Jahwe (12.07.2015)

 

Małgorzata Terlikowska odpowiada Dryjańskiej: Śmieje się z „wymodlonych dzieci”? Niech jedzie do Betlejem

Małgorzata Terlikowska wyśmiewa poglądy feministki Anny Dryjańskiej ws. in vitro. Zarzuca manipulację pod dyktando lewicowego wypaczonego postępu.
Małgorzata Terlikowska wyśmiewa poglądy feministki Anny Dryjańskiej ws. in vitro. Zarzuca manipulację pod dyktando lewicowego wypaczonego postępu. Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

W mocnych słowach Małgorzata Terlikowska oceniła działaczkę Feminoteki Annę Dryjańską i jej opinię na temat in vitro. Żona popularnego prawicowego publicysty kilkukrotnie radzi Dryjańskiej wymianę szkieł w okularach na grubsze i przekonuje, że ta doszła do perfekcji w wypaczaniu na rzecz lewicowego postępu.

Feministyczne okulary
Małgorzata Terlikowska zarzuca Dryjańskiej, że manipuluje wypowiedziami przedstawicieli środowisk prawicowych w prostacki sposób i zmienia je w imię wypaczonego postępu. Poglądy feministki definiuje jako „bajka”. – Rzeczywistość oglądana przez równościowe i feministyczne okulary zdecydowanie różni się od tej postrzeganej przez okulary zwykłe, tradycyjne – pisze w swoim felietonie. To, co Dryjańska nazwała „komórką jajową z plemnikiem w środku” Terlikowska określa wprost: „To zarodek ludzki (…), którym swego czasu była też Anna Dryjańska”.

MAŁGORZATA TERLIKOWSKA

Być może pani Dryjańskiej chodziło o „mrożaczki”, albo „eskimoski”. (…) Kiedy powiemy, że zarodki zamrożone są w ciekłym azocie, brzmi to tak nieludzko, ale kiedy powiemy, że są „na zimowisku” – to już zdecydowanie lepiej, prawda? Czytaj więcej

Terlikowska skomentowała również niezadowolenie Dryjańskiej wynikające z faktu, iż przegłosowana w minionym tygodniu w Senacie ustawa in vitro nie jest dozwolona dla samotnych matek. – Wydawało mi się, że każde macierzyństwo zakłada jakąś formę ojcostwa. A tu Anna Dryjańska postuluje niemalże „seksmisję” – pisze prawicowa publicystka i chwali ustawodawcę za zachowanie „resztek zdrowego rozsądku” w tej akurat kwestii.

Wymodlone dzieci to nie absurd
W komentarzu Małgorzaty Terlikowskiej nie brak ciętej ironii. Publicystka radzi Dryjańskiej, aby zmieniła szkła w swoich „lewicowych” oprawkach, skoro nie potrafi poprawnie przeczytać i zrozumieć słów polskich biskupów wypowiadających się na temat in vitro. Feministka przyznała bowiem, że dzieci poczęte w wyniku tej metody często są szkalowane przez Episkopat. Słyszą, że mają bruzdy i są niepełnosprawne. Terlikowska stanowczo się temu sprzeciwiła i przytoczyła list polskich biskupów, w których deklarują oni, że każde dziecko takie należy „przyjąć z miłością i szacunkiem”.

MAŁGORZATA TERLIKOWSKA

I ostatnia sprawa, która bardzo rozbawiła Annę Dryjańską. To modlitwa o dziecko, którą postulował choćby bp Wątroba. Dowodem na to, że modlitwy są wysłuchiwane i ludzie mają dzieci, choć lekarze nie dawali im szans, jest choćby grota mleczna w Betlejem. Niech niedowiarki tam się wybiorą i na własne oczy zobaczą ogromną liczbę świadectw i zdjęć dzieci wymodlonych przez swoich rodziców. To może przestaną się głupio uśmiechać. Czytaj więcej

Terlikowska przyznaje, że zdaje sobie sprawę, iż Bronisław Komorowski ustawę w sprawie in vitro podpisze, choć – jak dodaje – cuda zawsze się zdarzają, więc ciągle liczy na to, iż zmieni zdanie. Sprawa in vitro była głównym tematem minionego tygodnia. Głośnym echem odbiła się kilkunastogodzinna dyskusja w Senacie, w trakcie której senatorowie próbowali zatrzymać ustawę wytaczając niedorzeczne często argumenty, o których pisaliśmy w naTemat.

Źródło: Fronda.pl

naTemat.pl

Beata Szydło kłamie: PiS chciał zakazać in vitro

„PiS nigdy nie mówiło, że in vitro ma być zakazane” – oświadczyła kilka dni temu Beata Szydło, typowana na kandydatkę tej partii na premiera. Media szybko rozpowszechniły te słowa metodą copy-paste, nie kłopocząc się ustaleniem faktów. A fakty wyglądają niestety tak, że Beata Szydło kłamie: PiS chciał zakazać in vitro. Aby tego dowieść, nie trzeba prowadzić wielomiesięcznego śledztwa dziennikarskiego – wystarczy pięć minut googlowania i kilka zrzutów ekranu.

CZERWIEC 2012 | Trzy lata temu, 22 czerwca 2012 roku, PiS wniósł projekt ustawy o zakazie zapłodnienia pozautstrojowego = zakazie in vitro. Nadal można się z nim zapoznać na stronie Sejmu.

Pod projektem zakazującym in vitro podpisał się Jarosław Kaczyński, prezes PiS, Krystyna Pawłowicz, Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Antoni Macierewicz, prezydent elekt Andrzej Duda i mnóstwo innych posłów i senatorów PiS. Podpisała się też Beata Szydło, która teraz twierdzi, że „PiS nigdy nie mówiło, że in vitro ma być zakazane”.

Art. 57 PiS-owskiego projektu ustawy przewidywał grzywnę, karę ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 2 dla tego, „kto tworzy embrion ludzki poza organizmem kobiety”.

MARZEC 2015 | Kampania prezydencka w toku. Beata Szydło nie popiera już karania więzieniem za in vitro.

KWIECIEŃ 2015 | 7 kwietnia 2015 r. PiS składa kolejny projekt ustawy, wprowadzający zakaz in vitro.

LIPIEC 2015 | Beata Szydło twierdzi, że „PiS nigdy nie mówiło o tym, że metoda in vitro ma być zakazana”, choć trzy lata wcześniej podpisała się za zakazem, a trzy miesiące temu mówiła, że nie popiera karania in vitro więzieniem, jak przewidywał PiS-owski projekt zakazu.

naTemat.pl

BeataSzydłoKłamie

Kaczyński na Jasnej Górze: nie ma Polski bez Kościoła

12.07.2015

– Nie ma Polski bez Kościoła; nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół – mówił podczas uroczystości 24. Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę, prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Dodał, że „Polska ma wiele wad, ale byłaby gorsza, gdyby Radia Maryja nie było”.

 

Jarosław Kaczyński

Foto: Jakub Kamiński / PAP Jarosław Kaczyński

Lider PiS zaakcentował potrzebę prowadzenia Polski „ku dobrej zmianie” – pod wodzą polskiej hetmanki, Matki Boskiej Królowej Polski. Zapewnił przy tym, że zarówno prezydent elekt Andrzej Duda, jak i kandydatka na premiera Beata Szydło, „nie są głusi na głos Polaków” oraz „wobec tego wszystkiego, czego naucza Kościół i co jest fundamentem naszej wiary i fundamentem polskości”.

Prezes PiS po zakończeniu mszy będącej głównym punktem pielgrzymki podziękował metropolicie szczecińsko-kamieńskiemu abp. Andrzejowi Dziędze za wygłoszoną wcześniej homilię.

Hierarcha mówił w niej m.in., że to zwykli ludzie wiedzą, co najlepsze dla Polski. Wzywał do „cichego oporu wobec złego prawa”, m.in. do konwencji o przemocy w rodzinie. Sprzeciwił się ustawie o in vitro, którą nazwał „zbrodniczą”. Zaapelował do „ludzi odważnych”, aby „prawo niemądre naprawiać”. Prosił też o kilka miesięcy modlitwy przed wyborami parlamentarnymi.

– Polska czekała na te słowa – podkreślił Kaczyński. – Chciałem szczególnie podziękować księdzu arcybiskupowi metropolicie szczecińsko-kamieńskiemu za to, co tutaj powiedział, za to, że przedstawił w sposób jednoznaczny i zdecydowany stanowisko Kościoła. Chciałbym podziękować księdzu arcybiskupowi metropolicie częstochowskiemu za to, że swoją obecnością wraz z innymi biskupami zaświadczył tę naukę, którą tutaj usłyszeliśmy – zaakcentował.

– Powtarzam, potrzebowaliśmy tego wszyscy, potrzebowała tego Polska – dodał prezes PiS. Dziękował też wszystkim obecnym, którzy przybyli by modlić się za Radio Maryja i za Polskę – zgodnie ze słowami kard. Stefana Wyszyńskiego, którymi uczyniono hasło pielgrzymki: Po Bogu najbardziej kocham Polskę.

– Tak, Polskę trzeba kochać, trzeba kochać ją czynnie i trzeba działać skutecznie razem. Trzeba działać pod tą wodzą, która jest niezawodna. Tu padły słowa o hetmance, o Matce Boskiej Królowej Polskiej, polskiej hetmance. Pod jej wodzą musimy prowadzić Polskę ku dobrej zmianie – mówił prezes PiS.

Zapewnił, że ci, „którzy już zdobyli urzędy, które upoważniają do takiego prowadzenia, prezydent elekt” i ci, „którzy o nie zabiegają, przede wszystkim kandydatka na premiera, pani Beata Szydło”, to „z całą pewnością nie są ludzie głusi na głos Polaków, nie są głusi wobec tego wszystkiego, czego naucza Kościół i co jest fundamentemnaszej wiary i fundamentem polskości”.

– Bo nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół. I nawet gdyby ktoś miał wątpliwości, nawet gdyby ktoś nie wierzył, ale był polskim patriotą, to musi to przyjąć – musi przyjąć, że nie ma Polski bez Kościoła, nie ma Polski bez tego fundamentu, który trwa od przeszło tysiąca lat – mówił oklaskiwany Kaczyński.

Zadeklarował też wiarę, że „przejdziemy ten wiraż (…), w imię tego hasła i z tymi słowami, które ma zawsze na ustach ojciec dyrektor, twórca tego niezwykłego dzieła”. Podkreślił, że to „niezwykłe dzieło w wymiarze duchowym, odnoszącym się do zbawienia, ale też w ziemskim”. – Polska codzienna ma wiele wad, ale byłaby z całą pewnością dużo gorsza, gdyby Radia Maryja nie było – ocenił Jarosław Kaczyński na Jasnej Górze

Onet.pl

„Nie ma Polski bez Kościoła”. Jarosław Kaczyński przemawiał na Jasnej Górze

Jarosław Kaczyński podkreślił, że "nie ma Polski bez Kościoła"
Jarosław Kaczyński podkreślił, że „nie ma Polski bez Kościoła” Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Wśród pielgrzymów, którzy przybyli na Jasną Górę w ramach XXIV Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja, nie zabrakło Jarosława Kaczyńskiego. W wygłoszonym przemówieniu prezes PiS podkreślił, że „nie ma Polski bez Kościoła”.

W swoim wystąpieniu, którego wysłuchali zarówno pielgrzymi, jak i obecni na Jasnej Górze hierarchowie, Kaczyński stwierdził, że „nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół”.

– I nawet gdyby ktoś miał wątpliwości, nawet gdyby ktoś nie wierzył, ale był polskim patriotą, to musi to przyjąć. Musi przyjąć, że nie ma Polski bez Kościoła, nie ma Polski bez tego fundamentu, który trwa od przeszło tysiąca lat – oświadczył lider PiS.

Były premier nie zapomniał wspomnieć także o samym Radiu Maryja, nazywając rozgłośnię „niezwykłym dziełem”. – Polska, ta Polska codzienna, ma wiele wad, ale byłaby z całą pewnością dużo gorsza, gdyby Radia Maryja nie było – powiedział Kaczyński.

Duda i Szydło słyszą nauczanie Kościoła

W przemówieniu Kaczyński zwrócił także uwagę na zalety Andrzeja Dudy i Beaty Szydło.

– Chciałem powiedzieć, że ci, którzy już zdobyli urzędy: prezydent elekt, i ci, którzy o nie zabiegają, a przede wszystkim kandydatka na premiera pani Beata Szydło, to z całą pewnością nie są ludzie głusi. Nie są głusi na głos Polaków, nie są głusi wobec tego wszystkiego, czego naucza Kościół, co jest fundamentem naszej wiary i co jest fundamentem polskości – oznajmił prezes PiS.

naTemat.pl

 

 

Rewelacje abp Hosera: Ekspresja genów dokonuje się w ciągu całego życia człowieka i przenosi się również na następne pokolenia. Ustawa i in vitro nieobliczalna

dżek, PAP, KAI, 12.07.2015
Senatorowie po głosowaniu m.in. nad ustawą o in vitro

Senatorowie po głosowaniu m.in. nad ustawą o in vitro (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

– Ustawa o in vitro jest, w mojej ocenie, najgorszą ustawą w dziejach parlamentaryzmu polskiego. Być może jest to wręcz najgorsza ustawa w Europie – mówi Henryk Hoser arcybiskup w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej.
W piątek Senat – po burzliwych, ośmieszających i niemerytorycznych dyskusjach – przegłosował ustawę o leczeniu niepłodności. Teraz dokument o in vitro czeka na podpis prezydenta. Swoje ubolewanie wyraził już Episkopat. Teraz głos zabrał abp Hoser.- To nie będzie chwalebna data (przegłosowania ustawy – red.) w historii Polski, bo ustawa, którą uchwalono jest, w mojej ocenie, najgorszą ustawą w dziejach parlamentaryzmu polskiego. Być może jest to wręcz najgorsza ustawa w Europie. Jest wyraźnie motywowana politycznie. W sposób niejawny i zawoalowany uderza w istotę człowieczeństwa, relatywizuje ludzkie życie, wprowadza chaos w zupełnie podstawowych, konstytucyjnych relacjach międzyludzkich mówi w wywiadzie dla KAI abp Henryk Hoser.

 

„…I to w roku Jana Pawła II”– W mojej ocenie jest to ustawa sprzeczna z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, na pewno też z polską konstytucją i innymi ważnymi aktami prawnymi. Jest wreszcie jawnym zaprzeczeniem nauczania Jana Pawła II, zwłaszcza encykliki ,,Evangelium vitae” i to w roku, w którym obchodzimy – na mocy uchwały sejmowej – Rok Jana Pawła II – dodaje Hoser.

Przewodniczący Zespołu Ekspertów KEP ds. Bioetycznych wyraził nadzieję, że prezydent nie podpisze ustawy w tym kształcie lecz skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego.

Nieobliczalna ekspresja genów

Abp Hoser uważa, że „skutki biologiczne i genetyczne” zabiegu in vitro są w dużej mierze nieprzewidywalne zarówno w pierwszym pokoleniu dzieci poczętych w wyniku z zapłodnienia pozaustrojowego, jak i w pokoleniach następnych”. – Ekspresja genów dokonuje się bowiem w ciągu całego życia człowieka i przenosi się również na następne pokolenia. Jest to więc ustawa nieobliczalna – stwierdza hierarcha w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Jego zdaniem pary dzięki in vitro „uzyskują dziecko kosztem życia wielu innych dzieci poczętych”.

– Uważam też, że posłowie (to pomyłka abpa – głosowali senatorowie – red.)katolicy, którzy głosowali za jej przyjęciem skompromitowali się, stracili swoją wiarygodność i zawiedli pokładane w nich nadzieje – tak to należy widzieć.

Co jest w ustawie?

Sejm uchwalił ustawę o leczeniu niepłodności pod koniec czerwca. Daje ona prawo do korzystania z niej małżeństwom i osobom we wspólnym pożyciu, potwierdzonym zgodnym oświadczeniem. Leczenie niepłodności tą metodą będzie mogło być podejmowane po wyczerpaniu innych metod leczenia, prowadzonych przez co najmniej 12 miesięcy.

Ustawa zezwala na dawstwo zarodków, zabrania zaś ich tworzenia w celach innych niż pozaustrojowe zapłodnienie. Zakazuje też niszczenia zarodków zdolnych do prawidłowego rozwoju – grozić będzie za to kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5.

O poparcie ustawy do senatorów apelowali m.in. lekarze. Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu, zrzeszające ekspertów, specjalistów i praktyków klinicznych, przekonywało, że proponowane regulacje stanowią wyważony kompromis, dają wyraz głębokiej troski o poszanowanie godności człowieka oraz bezpieczeństwo leczenia niepłodnych par.

Zobacz także

TOK FM

Przywilejem kobiet we wspólnocie Świadków Jehowy jest sprzątanie Sali Królestwa

Małgorzata Borowska, 12.07.2015
Robert Rient - pisarz, dziennikarz

Robert Rient – pisarz, dziennikarz (Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)

Jako 15-latek prowadziłem zebranie wspólnoty. Z jednej strony rozpierała mnie duma, że dane mi jest coś, co nigdy nie będzie dostępne żadnej z zebranych tam kobiet. Z drugiej strony miałem ogromne poczucie winy – rozmowa z Robertem Rientem, byłym świadkiem Jehowy i autorem książki „Świadek”
Nadal trzymasz w domu walizkę z „rzeczami nie do spalenia”?Tak, stoi za łóżkiem. Wciąż są w niej listy, nawet sprzed 25 lat. Sama teczka jest paskudna – czarna, modna w latach 90. aktówka. Zawsze była smutnym balastem, który trzeba było ze sobą zabierać. Przeprowadzałem się ponad 20 razy. Nigdy mi się nie przydała do tego, do czego ją wymyśliłem. Gdy w 1984 r. spalił nam się dom, podsłuchałem rozmowę dorosłych, że najpierw trzeba było zabrać dokumenty. Postanowiłem więc, że wszystkie swoje skarby będę trzymał w jednym miejscu, łatwym do zabrania na wypadek pożaru. W teczce zawsze były listy, dziennik, zapiski, później testament. Całe moje życie było tam schowane.

Podczas pisania książki też do niej sięgnąłeś. Do czego najchętniej?

Do listów Eweliny – mojej przyjaciółki, jednej z bohaterek „Świadka”. Rozłożyłem też listy rodziców – ułożenie ich w odpowiedniej kolejności zajęło mi wiele dni. W 1973 r. tato został skazany na trzy lata więzienia za odmowę służby wojskowej. Miał 19 lat, mama 18. Czekała na niego. Pisali długie, 16-kartkowe, listy. Wziąłem je od rodziców osiem lat temu, nie wiedząc jeszcze, dlaczego to robię. Opowiadały historię bardzo romantyczną. Przez chwilę czułem, że tam jestem – świadek zakochania własnych rodziców. Chciałem w książce umieścić więcej fragmentów listów, coś w ten sposób podarować rodzicom, może wskrzesić. Teraz wiem, że było to pragnienie małego dziecka, które chciałoby, żeby jego rodzice zawsze byli szczęśliwi.

Wystąpiłeś ze świadków Jehowy, oni – nie. Masz z nimi kontakt?

Miałem to szczęście, którego nie ma wiele osób występujących ze wspólnoty, że rodzice nie zerwali ze mną kontaktu. Jesteśmy w bliskiej relacji. To niezwykli ludzie. Choć jest kilka osób, które się od nich za to odwróciły.

Wystąpiłeś ze świadków po wielu latach życia w bardzo silnej doktrynie. Wyliczasz w książce „grzechy” tej wspólnoty. Które według ciebie to „grzechy główne”?

Jednym ze straszniejszych dla mnie jest „rózga karności”. To przyzwolenie na „wychowawcze” bicie dzieci. Generalnie świadkowie Jehowy nie pochwalają przemocy – szli przecież do więzienia za odmowę służby wojskowej. Jednocześnie uważają, że sensownym rozwiązaniem w dziedzinie wychowania jest fragment „Przysłów” Salomona o tym, że warto czasem bić. Świadkowie Jehowy używają zwrotu „jaśniejsze światło”. To moment, w którym stare nauki przestają być aktualne, ponieważ zarządzający organizacją, tzw. Ciało Kierownicze, wymyślają nową naukę lub interpretują Biblię ponownie. Informacja o „rózdze karności” znajdowała się w książce do studiowania Biblii z lat 90. Podczas pisania „Świadka” byłem przekonany, że przyszło jednak „jaśniejsze światło”. Okazało się, że nie. Uważam, że największym grzechem jest odbieranie ludziom wolności.

Świadkowie Jehowy mówią wyznawcom, jak należy się ubierać, z kim należy się spotykać, co należy myśleć.

Można być wykluczonym za „myślozbrodnie”, czyli artykułowanie wątpliwości lub powtarzanie nauk sprzecznych ze „Strażnicą”. Doktryna odbiera przyjemność poszukiwania, kontaktu z kulturą, rozwijania pasji – można to robić w małym zakresie, najlepiej we własnym pokoju, ale nie można iść na studia artystyczne ani na filozofię, bo to dzieła szatana.

Z jednej strony świadkowie mają niezwykle głęboką wiarę, która powoduje, że są gotowi zapukać do obcych drzwi i głosić naukę o zbawieniu, z drugiej – muszą stłumić pragnienie rozwoju, żeby nie zostać wykluczonymi ze wspólnoty. Dlatego nie wierzę w grzech. Uważam, że nie można zgrzeszyć, co nie oznacza, że nie można czynić zła lub popełnić zbrodni. Grzech jest wymyślony przez systemy religijne po to, żeby kontrolować wyznawców, tak jak to się dzieje u świadków.

Robert Rient „Świadek”, wyd. Dowody na Istnienie. Fot. Materiały Prasowe

Od kiedy opublikowałeś książkę, codziennie dostajesz listy.

W ciągu około miesiąca dostałem ich już kilkaset. Pomimo spędzenia w religii większości swojego życia, pomimo traum, których doświadczyli moi bliscy, mam o świadkach Jehowy gorsze zdanie niż przed napisaniem książki. Przerażająca liczba osób pisze do mnie o różnego rodzaju nadużyciach. To są opowieści ludzi molestowanych, wyrzuconych z domu, czasami doświadczających pedofilii. Łapię się na tym, że jak ktoś pisze, że odchodząc z religii, stracił rodziców, bliskich i że nikt nie mówi mu „dzień dobry”, to uznaję to za normę.

A co nie jest normą?

Depresja, stany lękowe, pobyt w szpitalu. Pewna kobieta, bita przez męża, poszła do starszych zboru, chciała odejść. Przypomnieli jej, że tylko zdrada i śmierć małżonka jest w oczach Jehowy powodem do przerwania małżeństwa. Wróciła do męża. Piszą osoby doświadczające pedofilii – wskazane jest, by zgłaszając sprawę starszym zboru, mieli dwóch świadków zdarzenia. Niedawno spotkałem się z taką osobą, gwałciciel był z nią na posiedzeniu komitetu sądowniczego świadków Jehowy, który orzeka o winie. I jedna, i druga osoba zostały napomniane, odesłane do domu i zachęcone, by nie poruszać tej sprawy publicznie. Starsi zboru w wewnętrznym liście dostali zalecenie, by przypadki pedofilii w pierwszej kolejności zgłaszać do działu prawnego organizacji, a nie na policję czy do prokuratury.

Piszą do mnie osoby, które żyją z poczuciem wstydu. Myślę, że dostaję te historie w rewanżu za podzielenie się swoją. Próbując obnażyć system, wiedziałem, że sam w książce również muszę być nagi. Piszą tacy, którzy pytają o pomoc. Część chce się dowiedzieć, jak mogą wyciągnąć z religii kogoś bliskiego.

A ty co robisz?

Odpisuję, czasem polecę dobrego terapeutę, czasem się spotkam. Jeśli na cztery listy jeden jest o gwałcie, a drugi o utracie rodziny, to rośnie we mnie bezradność. I złość. Obok nas żyje 125-tysięczna wspólnota, która zgadza się na przedmiotowe traktowanie kobiet, bicie dzieci i na ich śmierć w wyniku braku transfuzji krwi.

Komitet sądowniczy prowadzi trzech mężczyzn – ich jedyną kompetencją musi być zaangażowanie w służbę Jehowy. Często są to osoby bez wykształcenia i przygotowania psychologicznego.W książce opisuję amerykański proces wytoczony świadkom przez molestowaną we wspólnocie Conti Candace. Sąd przyznał jej 21 mln dol. odszkodowania. Zarządzający organizacją namawiają wyznawców, by sprawy rozstrzygali pokojowo, nadstawiali drugi policzek, by nie chodzili do sądu. Ci sami zarządzający, otoczeni prawnikami, złożyli apelację, powiedzieli w ten sposób zgwałconej: nic od nas nie dostaniesz. Ofiary „Strażnicy” często pozostają w zrozumiałym lęku. Na rzecz byłych świadków działa w Polsce jedynie stowarzyszenie Wyzwoleni.

Role kobiet i mężczyzn u świadków różnią się? Kobiety mają coś do powiedzenia?

Zarządzają wyłącznie mężczyźni – bezpośrednio z Nowego Jorku. Mężczyźni mogą być starszymi zboru, czyli liderami społeczności, prowadzą komitety sądownicze, czyli decydują o dalszej przynależności wyznawcy do zboru. Ci najwyżej postawieni decydują o budowie nowych Sal Królestwa, czyli miejsc spotkań. Mężczyźni piszą artykuły znajdujące się w „Strażnicach” i innych publikacjach, otrzymują od Jehowy to „jaśniejsze światło”. Żaden z tych szczebli władzy nie jest przeznaczony dla kobiet. Kobieta może poprowadzić zebranie świadków Jehowy wyłącznie wtedy, gdy nie jest na nim obecny żaden ochrzczony mężczyzna, czyli w praktyce – prawie nigdy. Przywilejem dla kobiet jest sprzątanie Sali Królestwa.

A w małżeństwie?

Tak jak głową zboru jest Chrystus, tak głową kobiety jest mężczyzna. Już sama ta definicja zaprasza do nadużyć władzy. Mężczyźni są zachęcani, by byli pełni wyrozumiałości i szacunku dla swoich grzesznych żon, ale to oni zawiadują rodziną. Jeśli żony mają inne zdanie niż mąż, to lepiej, by zachowały je dla siebie. Kobiety nie powinny uchylać się od „powinności małżeńskiej”.

Są jakieś kobiety, na których się można wzorować?

Są Rut i Noemi ze Starego Testamentu, Maria Magdalena, Maria, matka Jezusa, która nie jest jednak uważana za świętą. Wielkimi figurami są mężczyźni: Jezus i apostołowie, Abraham, Jakub, Mojżesz. Świadkowie mają do zaoferowania kobietom dokładnie to, co patriarchat nieskażony żadną feministyczną myślą.

Ten mizoginizm teologiczny pasuje mi zresztą nie tylko do świadków Jehowy. Moje zainteresowanie buddyzmem osłabło z tego samego powodu. W Tajlandii w jednym z klasztorów buddyjski mnich tłumaczył mi, że w poprzednim życiu kobiety musiały popełnić coś złego, bo nie odrodziły się jako mężczyźni. Nie znam systemu religijnego, który dawałby kobietom sprawiedliwe miejsce.

W książce piszesz o swoim wczesnym związku z dziewczyną – Gają. Traktowałeś ją zgodnie z doktryną?

Dziś mi wstyd, ale wielokrotnie tak się wobec niej zachowałem. Dlatego w książce pojawił się jej głos, zapis tamtego czasu dokonany jej ręką. Dyscyplinowałem ją na przykład za strój. Byliśmy kiedyś umówieni na zakupy z moimi rodzicami, miała na sobie wytarte dżinsy. Powiedziałem jej, że ubrała się niestosownie. Na zebrania kobiety przychodzą w sukienkach i spódnicach, tak by nie było widać kolan. Mężczyźni – w garniturach. Z binarnego podziału na płeć wypływają konkretne konsekwencje w postaci rozpisanych ról, tego, co męskie i kobiece, oraz tego, co nienormalne, na co w zborze nie ma miejsca.

W jakim stopniu twoje przekonania o kobietach były kształtowane przez nauki „Strażnicy”?

W zupełnym. Jako 15-latek prowadziłem zebranie wspólnoty. Zebraliśmy się w domu: kilkanaście starszych, doświadczonych kobiet, w tym moja mama, i ja, taki gówniarz. Do dziś pamiętam to uczucie – pomieszanie siły i wstydu. Z jednej strony rozpierała mnie duma, że mam dane coś, co nigdy nie będzie dostępne żadnej z zebranych tam kobiet. Z drugiej strony miałem ogromne poczucie winy – były przecież mądrzejsze ode mnie, bardziej doświadczone. Zastanawiałem się, jak to możliwe, by Bóg chciał, żebym to ja zajmował najwyższe stanowisko na tym spotkaniu tylko ze względu na moją płeć.

Napisałeś tę książkę ku przestrodze?

Chciałbym, żeby została tak odebrana. Nie chciałem dłużej nic ukrywać, to był najsilniejszy pretekst do tego, żeby sięgnąć po tak osobistą historię. Chciałbym, żeby po przeczytaniu tej książki czytelnicy mieli w zanadrzu kilka pytań, które mogą zadać świadkom Jehowy. Szczególnie „zainteresowani” – czyli ci, którzy otworzyli drzwi i zgodzili się na wspólne studiowanie Biblii. Chcę, żeby zapytali, jaki będą mieć status, za co mogą zostać wykluczeni, co naprawdę ich wówczas czeka. Niewiele osób ma świadomość, że odwrócą się od nich dosłownie wszyscy, w których wcześniej znajdowali oparcie. Jeśli ktoś mimo tej wiedzy zdecyduje się być świadkiem, to będzie jego wybór.

Świadkowie Jehowy są często adresatami nienawistnych komentarzy. Sam byłeś w szkole samotny z powodu „kociej wiary”. Nie boisz się, że ta książka to pogłębi?

Nie jest moją intencją, by cierpieli pojedynczy głosiciele. Chcę, byśmy poznali system przekonań, który krzywdzi ludzi. Z doświadczenia wiem, że najbardziej zainteresowani rozmową z głosicielem są cierpiący, doświadczający wykluczenia, leczący się z uzależnień, ci, którzy stracili bliskich. Jeśli zatem ta książka choć trochę poszerzy społeczną świadomość tego, na co naprawdę decydują się zainteresowani, bardzo się z tego ucieszę.

Czy coś ci grozi za odsłanianie kulis?

Świadkowie generalnie są przeciwni przemocy – wiedzą, że „miecze przekute zostaną na lemiesze”. Już samo to, że mówię o naukach „Strażnicy” jako o naukach grupy ludzi, powoduje, że nie chcą ze mną rozmawiać, spotykać się. Co nie znaczy, że nie otrzymuję czasami pełnych jadu wiadomości.

Robert Rient. Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja GazetaW książce występujesz jako Łukasz i Robert. Od kiedy jesteś tym drugim?

Pierwsza informacja o Robercie pojawia się w moich zapiskach – zeszycie z szarą okładką – w 1991 r. Miałem wtedy 11 lat. Robert pojawił się w pamiętniku, bo korespondował z Łukaszem. Robert mógł więcej, był z założenia starszy, to on pouczał Łukasza, to on mógł się onanizować bez miażdżącego poczucia winy.

Myślę, że wcześniej fantazjowałem o Robercie w sposób bezosobowy. Moja terapeutka uważała natomiast, że nowa tożsamość jest rozdwojeniem jaźni – formą nieradzenia sobie z rzeczywistością. Ona pozostała z niezrozumieniem, ja – z zażenowaniem, że nie umiem tego dobrze wytłumaczyć.

Moja podróż do wolności jeszcze się nie zakończyła. Czuję się wolny od systemu religijnego, a przez to zachęcony do tego, żeby dekonstruować inne ograniczające mnie systemy – np. pojęcia męskości, związku romantycznego, polityki.

Na początku myślałem, że podróż do wolności polega na tym, żeby zbudować siebie od nowa – tyle że opierając się na innym systemie wartości. Zostałem więc fanatycznym wyznawcą psychologii. Teraz rozumiem, że wolność uzyskuje się przez dekonstruowanie tych pojęć, tracenie wiary. To raczej rozbieranie się niż ubieranie. Nagle wokół jest więcej przestrzeni, zachwytu, choć pustki i samotności również.

Jak się zachowywałeś jako fanatyczny wyznawca psychologii?

Po wystąpieniu ze świadków łatwo mi było uwierzyć w psychologię, bo pomagała się chronić i wyrażać siebie – mogłem się złościć, nie pozwalać przekraczać granic. Równocześnie nie zauważyłem, że znów wiem lepiej od innych. Byłem ekspertem od życia. Egotycznym, lekko zarozumiałym „nowym człowiekiem”, który potrafi wysłuchać, ale chrząknie, żeby pokazać drugiej stronie „zajmij się sobą”, albo spyta, czy na pewno nie chodzi o relację z matką.

Kiedy się zorientowałeś, że znów jesteś fanatykiem?

Po tym, jak rozpadł się mój ponadsześcioletni związek. Dom, wspólny pies, kredyt na 35 lat. Pytałem się, jak to możliwe, bo „przecież wszystko zrobiłem dobrze”. Zwolniłem się wtedy z dwóch prac, a z jednej mnie zwolniono. Zacząłem weryfikować przyjaźnie – patrząc na to, w jak wielu pełnię funkcję ratownika, odnajduję się przez pomaganie i jak bardzo głoszę światu „mądrość psychologiczną”, samemu nie chcąc dowiedzieć się o sobie niczego ważnego. Dopiero kiedy ponownie straciłem wszystko i wyprowadziłem z Poznania, postanowiłem, że czas przyjrzeć się sobie uczciwiej, i zdjąłem psychologię z piedestału.

Mam wrażenie, że psychologia jest dzisiaj w ogóle nowym bóstwem – w ciągu ostatnich kilku tygodni widziałem co najmniej trzy wydarzenia, w których – na stadionie, na którym spotykają się również świadkowie Jehowy – występuje bóg-coach: mówi ludziom, jak żyć, zbawia.

Dziś myślę, że oprócz pomagania w cierpieniu terapia usypia. Pomaga odzyskać realny obraz idealizowanych lub nienawidzonych rodziców albo obraz siebie jako nie tylko ofiary, również krzywdziciela, ale często zaprasza nie do wolności, lecz do budowania sobie sali więziennej tak, żeby było najwygodniej.

O tylu rzeczach piszesz w „Świadku” bardzo szczerze. Zostało coś jeszcze do opowiedzenia?

W książce nie ma ostatnich dziesięciu lat mojego życia. Rozbierając się w niej prawie do naga, chciałem zachować dla siebie – mimo wszystko – sporo. Nie ma więc w niej historii miłosnych i tego, co dla mnie znaczyły. Nie ma bardzo ważnej relacji z moim bratem. Nie ma nic na temat tego, o czym chciałbym kiedyś napisać: że czuję się człowiekiem, który nie ma płci. Chyba nie umiem jeszcze o tym opowiadać.

Mam nie pytać?

Spróbuję. Moi rodzice byli pewni, że urodzę się dziewczynką. Mama dokonała jakichś skomplikowanych wyliczeń i wszyscy czekali na mnie jako Martę.

Gdy w końcu lekarz podniósł mnie i zobaczył moje genitalia, oświadczył, że jestem chłopcem. To on mi nadał płeć, sam nie czuję, żebym ją posiadał.

Bliżej mi do świata, który tworzą kobiety, ale nie mam potrzeby przynależeć do niego. Na co dzień używam męskiego rodzaju i strojów – bo się opłacają. Ale wypisałem się ze świata tzw. prawdziwych mężczyzn – związanego z walką, udowadnianiem, zawłaszczaniem, potwierdzaniem, wytrzymywaniem.

Od odejścia ze świadków Jehowy z uwagą badam różne systemy i każdy zbadany znika. To frustruje i cieszy. O tym, że męskość, choć prawdziwa w doświadczeniu, jest wymyślona, wiedziałem. Zdumiało mnie, gdy zniknęła płeć.

Ktoś jeszcze zwraca się do ciebie per Łukasz?

Niektórym było bardzo smutno, kiedy mówiłem, że „Łukasz umarł”. Niektórzy uważali, że bycie Robertem jest tylko formą lansu. Dziś jest mi znacznie łatwiej, bo wszyscy poznają mnie już jako Roberta.

Tylko moi rodzice mówią do mnie Łukasz i nie wymagam od nich, żeby to zmienili. Są jedynymi, którzy mają do tego prawo, w końcu wybrali dla mnie to imię. Ono nie jest złe, ma po prostu inną historię.

Robert Rient – dziennikarz, pisarz, debiutował powieścią „Chodziło o miłość”. Urodził się i dorastał w Szklarskiej Porębie. Właśnie pojawiła się jego książka non-fiction „Świadek”

Zobacz także

wysokieobcasy.pl

 

Przywilejem

Jak spłonęło 300 mld euro

Witold Gadomski, 11.07.2015
Zdenerwowana grecka emerytka<br />
w tłumie ludzi usiłujących dostać się do banku. Heraklion na Krecie, ostatni czwartek

Zdenerwowana grecka emerytka w tłumie ludzi usiłujących dostać się do banku. Heraklion na Krecie, ostatni czwartek (FOT. STRINGER / REUTERS)

Mały kraj Unii otrzymał największą w historii pomoc zagraniczną, by zapanować nad dławiącym zadłużeniem. Dlaczego Grecji pomoc nie pomogła, skoro pomogła innym – większym i w gorszych opałach.
20 grudnia 1994 r. nowo wybrany prezydent Meksyku Ernesto Zedillo ogłosił dewaluację peso o 13-15 proc. mimo obietnic banku centralnego, że kurs waluty pozostanie stały. Dwa dni później kurs został uwolniony i peso gwałtownie traciło na wartości. Inwestorzy zaczęli wycofywać kapitały z banków i giełdy. Rząd, by powstrzymać ucieczkę, podniósł oprocentowanie, ale niewiele to dało. Kraj liczący wówczas 95 mln mieszkańców, z PKB o wartości 350 mld dol., stanął na skraju bankructwa.

Grexit, przekleństwo Europy

USA w obawie, że katastrofa gospodarcza sąsiada przyniesie falę niekontrolowanej imigracji, zorganizowały pomoc ratunkową o wartości 50 mld dol. Dołożył się Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który dał też techniczną asystę, Bank Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei i kilka innych krajów. W 1995 r. PKB Meksyku skurczył się o 5,8 proc., a wydatki gospodarstw domowych spadły o 11 proc. Ostry kryzys trwał rok. W 1996 r. gospodarka urosła o 5,9 proc., a dziś PKB Meksyku jest większy niż w 1995 r. o 71 proc.

Jesienią 1997 r. wybuchł kryzys finansowy w Indonezji i kilku innych krajach Azji Wschodniej – Tajlandii, Malezji, Korei Południowej. Azjatyckie banki nie miały sprawnego systemu nadzoru. Kredytów udzielały bez dokładnego sprawdzenia klientów, czasem po znajomości. Banki krajowe zaciągały kredyty za granicą, gdzie było taniej. Kurs rupii był sztywny. Gdy zabrakło pieniędzy na spłatę kredytów, rupia została uwolniona i w kilka miesięcy cena dolara wzrosła z 2 tys. do 14 tys. rupii. Banki i firmy upadały.

Indonezja to kraj biedny, ale ogromny. W 1997 r. miała 200 mln ludności, a dochód narodowy wynosił 220 mld dol. MFW zaakceptował program naprawczy przygotowany przez rząd Indonezji i przyznał pożyczkę 10 mld dol. Dołączyły się inne instytucje międzynarodowe. Łącznie pakiet pomocy wyniósł 36 mld dol. Warunkiem było wprowadzenie ostrych oszczędności. Wydatki państwa, m.in. na płace urzędników, edukację, zdrowie, spadły o 15 proc. Wyraźnie obniżył się i tak niski poziom życia. Ale terapia szokowa trwała tylko kilkanaście miesięcy.

W 1998 r. PKB Indonezji spadł o 13,1 proc. Rok później gospodarka zaczęła rosnąć, z czasem coraz szybciej. Dziś PKB na głowę mieszkańca (uwzględniając parytet siły nabywczej) jest realnie większe niż w 1998 r. o 75 proc.

Do Brazylii „zaraza” przyszła z Rosji, która w sierpniu 1998 r. zawiesiła spłatę długów zaciągniętych na rynku krajowym. Inwestorzy zaczęli w panice wycofywać się z krajów uznanych za wrażliwe. Brazylia to wówczas blisko 200-milionowy kraj, największa gospodarka w Ameryce Płd. W sierpniu uciekło z Brazylii 12 mld dol., we wrześniu 19 mld. Bank centralny musiał podnieść stopy procentowe do prawie 50 proc., a rząd ogłosił oszczędności i zwrócił się o pomoc do MFW, Banku Światowego i rządu USA.

Zgromadzono 41,5 mld dol. pomocy z półtorarocznym okresem spłaty przy oprocentowaniu 7 proc. Podniesiono podatki i składki emerytalne, umożliwiono usunięcie kiepskich urzędników państwowych. Już w kwietniu 1999 r. rząd zdołał sprzedać obligacje za 3 mld dol. Brazylia uniknęła recesji, bezrobocie wzrosło do 10 proc., ale od 2000 r. gospodarka zaczęła rosnąć.

W ostatnich latach zażegnano kryzys finansowy w Islandii i kilku krajach strefy euro. Irlandia, Portugalia i Hiszpania, które „zaraziły się” kryzysem od Grecji, pomocy już nie potrzebują; finansują swój wciąż bardzo wysoki dług publiczny, sprzedając na rynku obligacje.

Grecja ma niespełna 11 mln mieszkańców, a jej gospodarka jest dziś dziesięciokrotnie mniejsza niż Brazylii i czterokrotnie niż Indonezji. Dlaczego ten mały kraj na peryferiach Europy zadłużył się na 300 mld euro, otrzymał największą w historii pomoc zagraniczną, a pięć lat od początku programu naprawczego i pierwszej raty pomocy wciąż grzęźnie w recesji, żąda umorzenia części długu i nowych miliardów pomocy?

Timothy G. Ash: Ratujmy Grecję. Dla naszego dobra

Paniczna reakcja Europy

Oprocentowanie greckiego długu zaczęło ostro rosnąć, gdy wybrany w październiku 2009 r. rząd Jorgosa Papandreu ujawnił, że prawdziwy dług i deficyt budżetowy znacznie przekraczają podawane wcześniej. Kraje o gospodarce rynkowej finansują swój dług, sprzedając obligacje. Im bardziej kraj jest wiarygodny, tym ich oprocentowanie (rentowność) niższe. Obligacjami można handlować na rynku wtórnym, więc ich posiadacz (wierzyciel) może je sprzedać. W styczniu 2010 r. rentowność obligacji Grecji przekroczyła 6 proc., a w kwietniu 8 proc. Ponieważ dług wynosił 130 proc. PKB, Grecja nie była w stanie finansować go tak wysoko oprocentowanymi obligacjami. Poprosiła o pomoc.

2 maja 2010 r. Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy („trojka”) zebrały na to 110 mld euro. Unia Europejska dała najwięcej; utworzyła Greek Loan Facility (GLF) o wartości 80 mld euro. Grecja miała do czerwca 2013 r. spłacać z tego funduszu zobowiązania wobec wierzycieli prywatnych, głównie banków i funduszy inwestycyjnych. Ratunkowy wkład Niemiec był największy – 27 proc.; nieco ponad 20 proc. dała Francja.

Chodziło o krótkotrwałe wsparcie dłużnika, tak jak innych krajów ratowanych przez MFW. Kolejne transze uwalniano co kilka miesięcy – w zamian za reformy mające pobudzić wzrost gospodarczy i zrównoważyć budżet Grecji.

Europejskie rządy działały szybko z obawy przed „zarazą” (ang. contagion). Termin ten świat finansów stosuje od 1997 r., gdy kryzys finansowy roznosił się po Azji Wschodniej. Trudności Grecji wywołały wzrost oprocentowania długu Portugalii, Hiszpanii, Irlandii i Włoch. Fundusz ratunkowy jak „zapora przeciwogniowa” (określenie też weszło do języka finansów) miał uspokoić handlujących obligacjami.

Posiadaczami greckich obligacji było wiele europejskich banków. Świat jeszcze się nie otrząsnął z kryzysu po upadku banku Lehman Brothers. Audyty wykazały złą sytuację wielu banków europejskich. Kilka dużych dostało kapitał od państwa. Pomoc dla Grecji była więc pośrednią pomocą dla banków.

– To nie Grecja otrzymała pomoc, lecz banki – mówi wielu Greków. Ale to w tych bankach kraj się zadłużył. Korzystali na tym praktycznie wszyscy Grecy, choć w różnym stopniu. Pieniądze „trojki” rzeczywiście poszły na wykup obligacji posiadanych przez banki prywatne, ale pieniądze w nich trzymały miliony zwykłych ludzi. Załamanie banków byłoby dla nich katastrofą.

Grecja nad przepaścią. Rozmowa z Nikosem Marantzidisem

Scenariusz alternatywny, czyli niebyły

Według Bank for International Settlements (BIS) w marcu 2010 r. banki posiadały papiery dłużne rządu greckiego o wartości 130,3 mld dol., z czego francuskie 27 mld, niemieckie 23,1 mld, amerykańskie 5,4 mld, brytyjskie 3,6 mld, włoskie 3,3 mld, a innych krajów 22,9 mld dol. Największym wierzycielem rządu były banki greckie (45 mld euro), zaś drugim co do wielkości – greckie fundusze inwestycyjne i emerytalne (29 mld euro). Reszta długu należała do EBC (przyjmował obligacje jako zastaw pożyczek, których udzielał bankom), do banku centralnego Grecji i funduszy w wielu krajach.

Kapitał podstawowy banków greckich wynosił w 2010 r. 47 mld euro, czyli niewiele więcej niż ich udział w finansowaniu długu rządu. Zgodnie z ówczesnymi przepisami rządowe papiery dłużne uważano za superbezpieczne.

Gdyby rząd Grecji ogłosił wiosną 2010 r. niewypłacalność, jej system bankowy przestałby istnieć. Banki greckie miały wtedy depozyty warte 240 mld euro, które byłyby zagrożone, podobnie jak kilkadziesiąt miliardów euro, którymi zarządzały greckie fundusze.

Ale po późniejszych perypetiach Grecji widać, że najtaniej byłoby ogłosić niewypłacalność, zamiast urządzać nieudolną akcję ratunkową.

Oczywiście nie obeszłoby się bez pomocy z zewnątrz. Odbudowa greckiego systemu bankowego kosztowałaby kilkanaście miliardów euro; dokapitalizowanie banków najbardziej zaangażowanych w Grecji – kolejne kilkanaście, może kilkadziesiąt miliardów. Zapewne MFW musiałby dać pożyczki na ustabilizowanie nowej (starej) waluty, bo operacja ta wymusiłaby wyjście Grecji ze strefy euro.

W sumie pomoc zmieściłaby się pewnie w 50 mld euro. To moje prywatne szacunki, może trochę zaniżone. Ale na pewno suma pomocy nie przekroczyłaby połowy tego, co Grecja otrzymała w pakietach ratunkowych.

Straty ponieśliby wierzyciele, którzy dostaliby częściowo rekompensaty z pieniędzy publicznych, oraz społeczeństwo greckie. Nie wszystkie depozyty zostałyby wypłacone, a nowa waluta zapewne traciłaby na wartości, a zatem spadałby poziom życia Greków. Ale dziś kryzys grecki byłby odległym wspomnieniem.

Niestety, alternatywnych scenariuszy nie da się już zrealizować. Politycy UE i urzędnicy MFW wiedzą, że w Grecji popełnili błędy, ale z tej wiedzy niewiele wynika.

Merkel murem za Grecją

Udawaj, że dłużnik spłaca

Finansiści są w głębi duszy poetami. Gdy klienci nie spłacają kredytów, niektórzy bankowcy ukrywają ten fakt metodą „extend and pretend”, czyli „wydłuż (termin spłaty) i udawaj (że klient spłaca)”.

Zanim pierwszy pakiet pomocy się wyczerpał, Grecja dostała w lutym 2012 r. drugi pakiet, tym razem 130 mld euro. Pożyczki były nisko oprocentowane, a spłata rozłożona na 30 lat. Grecja miała spłacić całość do 2054 r., najwięcej w latach 2037-39. Warunki te oznaczały w istocie oddłużenie. Wraz z drugim pakietem Grecja otrzymała prezent. Prywatni posiadacze obligacji zostali nakłonieni do wydłużenia terminu spłaty, obniżenia oprocentowania i zaakceptowania łącznie 53,5 proc. strat w stosunku do wartości nominalnej obligacji.

Pakiety pomocy pozwoliły prywatnym wierzycielom pozbyć się części greckich papierów. Głównymi wierzycielami Grecji nie są dziś prywatne banki, lecz instytucje „trojki”. W końcu 2014 r. Grecja była im winna 218 mld 953 mln euro, czyli 68 proc. całego długu.

Rok 2015 jest dla dłużnika najtrudniejszy. Rząd grecki musiałby w tym roku spłacić 22,3 mld euro. Mógł to uczynić, gdyby się z „trojką” porozumiał i dawne długi spłacił, zaciągając nowe. Takie rolowanie długu to normalna operacja, przeprowadzają ją wszystkie rządy.

Co poszło nie tak

Parę lat „trojka” przymykała oko na rozjeżdżanie się wyników Grecji i uzgodnionych planów. Wydatki publiczne wzrosły w latach 2010-12 z 52 do 54 proc. PKB i aż do 60 proc. w 2013 r. (najwyższy poziom w UE). Znaczna ich redukcja nastąpiła dopiero w 2014 r. – do 49,3 proc. (w Polsce wynoszą 41,8 proc.). Nominalnie w latach 2010-13 wydatki publiczne spadły ze 118 do 110 mld euro, czyli do poziomu z 2007 r. Mówienie o „bolesnych cięciach” to nieporozumienie.

Rozmyły się plany prywatyzacji. Do końca 2015 r. miała przynieść 50 mld euro. Rząd grecki sporządził listę sprzedaży państwowych firm, w tym portów morskich i lotniczych, banków, holdingów. Była nawet mowa o sprzedaży w ręce prywatne kilku wysp. Gdyby plany się powiodły, dług znacząco by zmalał. Rzeczywiste wpływy wyniosą zaledwie 3,2 mld euro.

Największym rozczarowaniem była przedłużająca się recesja. Obecny rząd, zwłaszcza minister finansów Janis Warufakis (odszedł po referendum), winą za to obarcza narzuconą przez „trojkę” politykę austerity. Ale w greckich finansach publicznych austerity nie widać aż do 2014 r. Deficyt, który w 2009 r. wynosił aż 15,4 proc. PKB, był zbijany stopniowo, a nie gwałtownie. W 2012 r. wyniósł 8,7 proc., a rok później wystrzelił do 12,3 proc.

Recesja była skutkiem zaniechania reform strukturalnych, które mogłyby wyrwać grecką gospodarkę z marazmu. „Trojka” skupiła się na sprawach fiskalnych, słabo nalegając na reformy prawa gospodarczego i instytucji państwowych.

Niedawno ekonomiści z London Business School (Lucrezia Reichlin, Richard Portes i Elias Papaioannou) opublikowali tekst „Grecja – czas skończyć z grą pozorów”. Postulują terapię szokową, czyli szybkie reformy:

* podniesienie wieku emerytalnego i walkę z unikaniem płacenia składek,
* ułatwienia dla prywatnego biznesu i „twórczą destrukcję” nieefektywnych firm państwowych,
* usunięcie przeszkód dla inwestycji zagranicznych i krajowych,
* zwiększenie dostępu do zawodów regulowanych,
* likwidację cen maksymalnych i zmniejszenie wymogów licencyjnych,
* rozgraniczenie między służbą cywilną a polityką,
* wzmocnienie prawnej ochrony własności prywatnej,
* zwiększenie liczby sędziów i dłuższy czas pracy sądów.Grecja jeszcze przed kryzysem nie imponowała dynamiką. Ma najniższy w strefie euro wskaźnik wzrostu wynikający z poprawy produktywności (TFP, czyli total factor productivity). Jej gospodarka rośnie tylko wtedy, gdy zwiększa zatrudnienie lub inwestycje. Ale z powodów demograficznych, bezrobocia i emigracji zatrudnienie maleje, a inwestycje są słabe. Jeżeli TFP się nie poprawi, gospodarka Grecji będzie skazana na niski wzrost. Pomysł, że wzrost trwale przyspieszy, gdy rząd rozluźni budżet, jest nieporozumieniem.

Grecja najszybciej rosła w latach 60., gdy była królestwem, a potem za dyktatury pułkowników. Średni wzrost wynosił aż 8,4 proc. rocznie, kraj szybko doganiał Europę Zachodnią. W latach 1970-79 dynamika nieco spadła, ale wciąż była znakomita – 5 proc.

W 1981 r. Grecja wstąpiła do EWG (dziś UE), ale mimo napływu funduszy strukturalnych wzrost spadł w latach 1980-89 do 0,8 proc. W latach 2000-14 gospodarka kurczyła się przeciętnie o 0,1 proc. rocznie. To oczywiście skutek kryzysu finansowego i głębokiej recesji od 2008 r.

Kto zawinił

Grecka katastrofa jest wielopiętrowa. Po pierwsze, od wielkiego kryzysu lat 30. XX wieku nie zdarzyło się, by gospodarka rozwiniętego kraju w czasie pokoju skurczyła się o 26 proc. i przez sześć lat nie wychodziła z recesji.

Po drugie, przepadnie duża część pieniędzy podatników wydanych przez kraje strefy euro na pomoc. Każdy Niemiec „pożyczył” (bez swojej woli) Grekom około 1 tys. euro. Wielu Niemców nie dożyje zwrotu choć części tych pieniędzy.

Po trzecie, kryzys grecki i nieudolna akcja ratunkowa zniszczyły reguły obowiązujące w UE, EBC i MFW.

Kraje otrzymują wsparcie z MFW w proporcji do swojej kwoty, czyli udziału w funduszu. Grecja dostała kredyty o wartości 1860 proc. jej kwoty. Jak napisał niedawno na blogu prof. Stanisław Gomułka, to wynik niespotykany, stwarzający ryzyko, że MFW po raz pierwszy w historii nie dostanie zwrotu dużej części kredytu. MFW był pod presją USA, Francji i Niemiec, by kredytować Grecję szczególnie miękko. Podatnicy tych i innych krajów, także Polski, będą musieli pokryć straty.

Pomoc dla Grecji łamie wiele unijnych przepisów, co grozi destabilizacją instytucji UE. Komisja Europejska uczyniła w ostatnich latach wiele, by wzmocnić politykę budżetową krajów członkowskich. Służył temu pakt fiskalny oraz kilka unijnych dyrektyw. Pomoc dla Grecji jest z tym sprzeczna.

Szczególnie „zasłużył się” EBC, który wiele tygodni pompował do greckich banków gotówkę, mimo że rząd grecki odrzucił wcześniejsze ustalenia. Od lutego z greckich banków odpłynęło za granicę lub do domowych skarbców 90 mld euro. EBC pokrył to pożyczkami dla greckich banków o wartości 118 mld euro (instrument zwany Emergency Liquidity Assistance – ELA). W gruncie rzeczy EBC bezprawnie finansuje także grecki rząd, który sprzedaje bankom bony skarbowe, a one płacą gotówką z EBC. O ile pomoc dla Grecji ze strony „trojki” jest przynajmniej transparentna (w niektórych krajach UE muszą ją przedłużać parlamenty), o tyle pomoc EBC idzie „pod stołem”, bez kontroli opinii publicznej.

Zawinili więc politycy greccy, ale także europejscy, bo nie wstrzymali wypłat kolejnych transz, mimo że Grecja nie przeprowadzała uzgodnionych reform. Amerykanie – bo naciskali na Europejczyków, bojąc się destabilizacji Grecji. Zawinił MFW i jego szefowa Christine Lagarde – bo godziła się na łamanie zasad udzielania kredytów w imię „wyższej racji”.

Trawestując powiedzenie Churchilla o Chamberlainie: światowi politycy mieli wybór – łamanie zasad albo katastrofa. Wybrali łamanie zasad, ale nie unikną katastrofy.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W ‚Magazynie Świątecznym” czytaj:

Kraków: stolica prawdziwych Polaków
Kierunki polskiej polityki na najbliższe pięć lat wytycza grupa znajomych w wilgotnej księgarni pod Wawelem

Adam Bodnar: Nie będę młotem na PiS
Każda władza ma tendencję do jej nadużywania. Przy każdej władzy trzeba się upominać o słabszych i pokrzywdzonych. Z Adamem Bodnarem rozmawia Ewa Siedlecka

Socjalizm po amerykańsku. Ten kraj potrzebuje politycznej rewolucji
Dlaczego Bernie Sanders zdobędzie nominację Demokratów i pokona każdego republikanina w 2016 roku. Bez znaku zapytania

Watykan wymierza sprawiedliwość
Najdroższa jest zagraniczna przesyłka ekspresowa. Kosztuje 1150 peso. Majątek. Francisco mówi kasjerowi, żeby wziął sobie 50 reszty na oranżadę. Chce mieć absolutną pewność, że list dotrze do Watykanu, do papieża. Już nie jestem panienką

Historie rodzinne Marka Kondrata. Hulaj Pole, czyli Przemyśl rodzinny
Goszczący w pałacu w Balicach Wojciech Kossak uwiecznił mojego pradziada Piotra na obrazie „Kozak na koniu”. To może być jedyna prawda w rodzinnych opowiadaniach stryja Józefa

Pisarz nie wiedźmin, zasad mieć nie musi
Znany pisarz Szczepan Twardoch został ambasadorem marki Mercedes-Benz. Tylko zaraz, zaraz – co to właściwie znaczy?

Grexit. Jak spłonęło 300 mld euro
Mały kraj Unii otrzymał największą w historii pomoc zagraniczną, by zapanować nad dławiącym zadłużeniem. Dlaczego Grecji pomoc nie pomogła, skoro pomogła innym – większym i w gorszych opałach

Hus, ważnych spraw stos
600 lat temu papiestwo, cesarstwo i sobór spaliły Jana Husa na stosie. Ta płonąca góra drewna wciąż oświetla naszą Nowoczesność

wyborcza.pl

MałyKraj

Książę czy oszust? W Polsce rośnie liczba oszustów matrymonialnych, a ich ofiarami są najczęściej kobiety

Agata Jankowska, 12.07.2015

Rysunek Maciej Sieńczyk

Opracował plan doskonały. Uzyskał rozliczenia podatkowe najbogatszych przedsiębiorców w okolicy i zbadał, który z nich ma córkę
Książę Grzegorz A. miał dwa metry wzrostu i szerokie barki. Lubił sporty walki, szybko jeździł luksusowym srebrnym autem. Dlatego 31-letnia Kaśka z Nowej Huty pod Krakowem uwierzyła, gdy opowiadał o ściśle tajnych misjach policji, śledzeniu mafiosów i aresztowaniu międzynarodowych przestępców. Na dowód pokazał przecież legitymację policyjną, kamizelkę i kajdanki. Ale w mundurze Książę pracował tylko nocą. W dzień prowadził różne biznesy – od sprzedaży bielizny w internecie po windykację długów.- Na portalu randkowym dałam ogłoszenie, że szukam pracy. Tak naprawdę szukałam też męża – wspomina Kaśka. Książę odezwał się szybko. Na spotkaniu opowiadał, że szuka sekretarki. Praca od zaraz, dobrze płaci. Dużo mówił o swojej samotności. O śmierci ojca, który miał zawał, i matki, która na jego oczach przewróciła się na śliskiej podłodze i wskutek uszkodzenia czaszki umarła na miejscu, w jego ramionach. O bracie, którego mafia zastrzeliła, ładując mu w pierś 40 kulek z karabinu maszynowego. Chcąc pomścić brata, postanowił ścigać przestępców.

– Było mi go żal. Wkrótce wyznał, że coś do mnie czuje i że zamiast razem pracować, moglibyśmy się spotykać, a pracę wkrótce mi załatwi. Byłam samotna, on czarujący. Lubię wolny czas spędzać nad wodą, więc organizował wypady niespodzianki nad jezioro. Dni płynęły nam sielsko, na noce znikał do tajnej pracy w policji – mówi Kaśka.

Po dwóch miesiącach znajomości Książę wyznał, że biznes się sypie i na gwałt potrzebuje pieniędzy.

– Poprosił, żebym wzięła kredyt, chwilówkę. Miał oddać za kilka dni, jak tylko dostanie pensję. Podpisałam na 10 tys. zł. Ale to nie wystarczyło. Kolejny raz poprosił, żebym u operatorów sieci komputerowych wzięła na siebie umowy i nowe telefony. Miał je sprzedać z zyskiem. Łącznie podpisałam kilkanaście dokumentów u wszystkich operatorów, zapożyczając się na blisko 60 tys. zł. Brałam komórki, PlayStation, iPady. Przysięgał, że za trzy miesiące przeprowadzi cesję i umowy przejdą na niego. Obiecywał, że otworzy mi lokatę i tam znajdę większość pieniędzy. Gdy upominałam się o nie, stawał się oschły, nerwowy. Krzyczał, że nie wiem, jak to jest, gdy firma się wali. Obwiniał mnie, że jestem nieczuła, a on tak bardzo liczył na moje wsparcie. Rozumiałam. Milczałam. Kochałam go jeszcze mocniej – wspomina kobieta.

Pewnego dnia Książę zapadł się pod ziemię. Zniknął, nie odbierał telefonów, maili. Katarzyna ustaliła, że to zwykły oszust. Jego firma, choć miała stronę internetową, po prostu nie istniała. W policji też nigdy nie pracował. Za to odsiedział kilkuletni wyrok za sutenerstwo. Podobno prowadził nielegalny dom publiczny. – Zostałam z długiem, ściga mnie komornik. Nie liczę strat moralnych, ale moje życie emocjonalne legło w gruzach. Najtrudniej odbudować zaufanie do mężczyzn – opowiada.

– Sama zaproponowałam pożyczkę, gdy opowiedział, że jest pod kreską. Też wzięłam kilka telefonów na fałszywe umowy. Dziś muszę spłacić 30 tys. zł długu. Ale nigdy sobie nie wybaczę, że oddałam złoty zegarek z grawerowaną sentencją, który córka na komunię dostała od dziadków. Zastawił go w lombardzie i mimo obietnic nigdy nie wykupił – zeznaje 35-letnia Inka, kolejna ofiara Księcia Grzegorza. Znała oszusta z widzenia, bo od lat przyjeżdżał do punktu wulkanizacji, w którym pracowała. Jej też opowiadał bajki o tajnej pracy w policji. – Zainteresował się mną, dopiero gdy podsłuchał, że właśnie rozwodzę się z mężem po 11 latach małżeństwa i zostaję sama z kilkuletnią córką. Wtedy potrzebowałam miłości, opieki, wsparcia. Dał mi to wszystko, ale nie za darmo – wspomina kobieta.

I dodaje: – Kiedy Książę zniknął, koledzy powiedzieli mi, że na mieście mówi się o nim „Fryzjer”. A to dlatego, że dobrze „strzyże”, czyli okrada dziewczyny.

W podobny sposób Grzegorz A. oszukał kilkanaście innych kobiet – to ustaliła policja. Ale nic więcej. Nie ma podstaw do wszczęcia postępowania, bo wszystkie ofiary dobrowolnie podpisały umowy kredytowe, wszystkie z nieprzymuszonej woli pożyczyły pieniądze. Książę pozostaje bezkarny.

Policja przestrzega: w Polsce z roku na rok rośnie liczba matrymonialnych oszustów, choć nie wiadomo, jaka dokładnie jest skala tego typu przestępstw, bo w policyjnych statystykach oszuści matrymonialni wpadają do tego samego worka co sprawcy wszelkich innych oszustw. Ofiary przed sądem mają nikłe szanse na odzyskanie utraconych pieniędzy. Artykuł 286 kk mówi:

„Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do lat ośmiu”. W rzeczywistości jest to bardzo trudne do udowodnienia.

– Ofiarą matrymonialnych oszustów padają na ogół kobiety w trudnym momencie życia, nieprzekonane o swojej wartości. A natura nie znosi próżni. Jeśli jest w nas obszar pusty – coś musi go wypełnić. Jeśli czegoś bardzo chcemy, jesteśmy w stanie uwierzyć w największą bzdurę, dać się zwieść byle banałem, jeśli jest to banał, który pragniemy usłyszeć. Jeśli uwierzymy, to dla oszusta połowa sukcesu. Wówczas bardzo łatwo możemy ulec manipulacji – tłumaczy Przemysław Staroń, psycholog i kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS w Sopocie.

Rys. Maciej Sieńczyk

+++

Książę Marcin (przynajmniej tak się przedstawiał) opracował plan doskonały.

W małym mieście na południu Polski uzyskał (przekupując urzędników) rozliczenia podatkowe najbogatszych przedsiębiorców w okolicy, a potem zbadał, który z nich ma córkę na wydaniu. I podając się za zamożnego biznesmena wykonującego tajne zlecenia dla NATO, bezzwłocznie uderzył w konkury. Jego ofiarą padła 22-letnia Maja, córka potentata w branży przetwórstwa mięsnego.

– Zaczepił mnie na ulicy. Wracałam z uczelni, gdy obok mnie zatrzymał się czarny mercedes klasy S. Przystojniak zapytał o drogę. Miło się rozmawiało, więc zgodziłam się, gdy zaproponował, że mnie podrzuci do domu. Na drugi dzień umówiliśmy się na lody. Był prawdziwym mężczyzną, innym niż ci z naszej okolicy. Przystojny, zawsze w garniturze, z drogim zegarkiem na ręku. Obsypywał mnie kosztownościami. Raz zabrał do pięknego apartamentu w Juracie, innym razem do hotelu w Zakopanem. Twierdził, że są jego. I że będą nasze, jeśli niedługo zgodzę się zostać jego żoną – wspomina Maja.

Wkrótce Książę się oświadczył. Ale najpierw o jej rękę poprosił ojca. – Przyniósł drogą whisky i wielki bukiet kwiatów dla mamy. To była najbardziej romantyczna chwila w moim życiu. Uklęknął i wręczył mi pierścionek z wielkim brylantem. Od razu wyznaczyliśmy datę ślubu na maj – opowiada Maja.

Narzeczony zniknął już w marcu. Zabrał pierścionek i ślad po nim zaginął. Ale wcześniej u przyszłego teścia zaciągnął wysoką pożyczkę. – Twierdził, że NATO nie zapłaciło za kontrakt, a on ma zobowiązania. Musi opłacić ludzi, spłacić pożyczki, raty. Pożyczył od taty prawie milion złotych. Podpisał umowy, aneksy. Wierzyliśmy, że wkrótce odda, przecież był zamożny. Kto by nie pomógł zięciowi? Na drugi dzień zniknął. Poszukiwania nic nie dały – nie ma w całej Polsce osoby o takich danych personalnych. Dane z dowodu osobistego były fałszywe.

Takie historie to chleb powszedni dla Agnieszki Pnieziuk, założycielki portalu Oszukana.eu. Miesięcznie zgłasza się do niej kilkanaście kobiet, prosząc o radę i chcąc się wymienić traumatycznymi doświadczeniami. Ostatnio najczęściej zgłaszają się dziesiątki kobiet oszukanych metodą „na żołnierza”. – Najpierw na forach internetowych łowi ofiary. Pisze, że jest polskim żołnierzem, który został w Afganistanie lub Iraku i nie ma za co wrócić do kraju. A właśnie tu chciałby znaleźć żonę, założyć rodzinę. Czaruje, obiecuje małżeństwo, bierze na litość. Wyłudza drobne sumy, 200-300 dol., bo wie, że to dla kobiet zbyt mała strata, aby iść na policję. A potem znika. Za kilka dni pojawia się na innym portalu. Dziś jest Janek, jutro Jacek. Dziś jest siwy i nosi okulary, jutro jest łysy i wąsaty. Nic o nim nie wiadomo. Oprócz tego, że naciągnął ponad 30 kobiet – opowiada Agnieszka Pnieziuk.+++

Bartosz Weremczuk, prywatny detektyw z agencji detektywistycznej Lampart Group SA, potwierdza – coraz więcej kobiet pada ofiarą tych, którzy liczą na szybkie i łatwe zaspokojenie swoich finansowych potrzeb. A kobieta na rozstaju dróg to zawsze łatwy łup. Dlatego niedawno zorganizował pierwsze w Polsce bezpłatne warsztaty „Książę czy oszust”, chcąc unaocznić problem i przestrzec kobiety przed potencjalnymi manipulantami. Frekwencja była tak wysoka, że już planuje następne.

Oszuści sięgają po coraz bardziej wyszukane metody manipulacji, coraz lepiej się kamuflują, wykorzystując możliwości, jakie dają nowoczesna technologia i internet. Ostatnio modne stało się oszustwo „na mundur”. Mężczyźni kłamią, że pracują w strukturach służb specjalnych, takich jak BOR i ABW, lub w wojsku czy policji. To automatycznie wzbudza zaufanie kobiet i czyni oszusta bardziej wiarygodnym. Tymczasem on może łatwo ukryć swoje drugie życie albo skutecznie wyłudzić pieniądze, nie wzbudzając podejrzeń. Co gorsza, Weremczuk twierdzi, że przykład idzie z góry, a oszuści mogą się uczyć od najlepszych: – Choćby wśród funkcjonariuszy służb specjalnych zdarzały się przypadki prowokacji wykorzystujących techniki manipulacji emocjonalnej. Słynna sprawa agenta Tomka z CBA, który stosował dokładnie znane i opisane naukowo przez psychologów taktyki, aby uwieść pewną posłankę, zdobyć jej zaufanie i uśpić czujność, dla wielu nieuczciwych naśladowców posłużyła jako instrukcja obsługi.

Ostatnio detektywowi udało się zapobiec wyłudzeniu i namierzyć pewnego oszusta z Lublina. Martyna, 42-letnia bankierka z Trójmiasta, poznała Księcia Marka w sieci. – Graliśmy razem w internecie w literaki. Opowiadał o rozwodzie i o trudnej pracy w BOR. Mówił, że jest wojskowym pilotem, a dorabia w prywatnych liniach lotniczych. Że często jeździ na tajne misje, ma dość życia na walizkach, mieszkania w bazach NATO. Szuka kobiety życia, chce założyć rodzinę. Zaprzyjaźniliśmy się. Kiedy był w kraju, spotykaliśmy się w różnych miastach Polski, chodziliśmy na randki, kochaliśmy się namiętnie – wspomina kobieta. – Pewnego dnia oznajmił, że jest w samochodzie i jedzie do mnie z niespodzianką. A niespodzianka jest ze złota, ma okrągły kształt i pasuje tylko na jeden palec. Mój palec.

Ale Książę na spotkanie nie dotarł. Nie dał znaku życia. Za kilka dni Martyna dostała wstrząsającą wiadomość. – Napisał do mnie ktoś, kto podał się za jego brata. Twierdził, że Piotr, jadąc do mnie, miał poważny wypadek samochodowy i teraz walczy o życie. Jest w śpiączce. Choć na razie przebywa w najlepszym szpitalu w Warszawie, to wkrótce zostanie przewieziony do USA na poważną i niezwykle kosztowną operację. Brat nie chciał, żebym poznała szczegóły. Twierdził, że stan i wygląd Piotra jest tak masakryczny, że musi chronić mnie w imieniu brata przed traumatycznym przeżyciem. Próbowałam ukochanego odnaleźć na własną rękę. Bez skutku. W końcu wynajęłam detektywa.

– Żadna z podanych przez Księcia informacji nie miała potwierdzenia w rzeczywistości. Nie nazywał się tak, jak mówił, nie mieszkał tam, gdzie miał mieszkać, nie był pilotem ani tym bardziej funkcjonariuszem BOR. Po całej Polsce szukaliśmy więc osoby NN [nazwisko nieznane], dysponując tylko jednym zdjęciem słabej jakości pozyskanym z monitoringu w jednej z restauracji – opowiada detektyw. Po krótkim czasie odnalazł Księcia, ale nie w szpitalu, tylko w małym mieszkanku w Lublinie. – Nie mam żadnych wątpliwości, że był oszustem, a my uprzedziliśmy jego kolejny ruch, czyli próbę wyłudzenia pieniędzy pod pretekstem pokrycia kosztów operacji, rehabilitacji czy powrotu z USA – opowiada. – Podając się za własnego brata, przygotowywał grunt do skutecznej manipulacji. Na szczęście klientka zawczasu poprosiła nas o pomoc.

Rys. Maciej Sieńczyk

+++

Jednak większość ofiar o nią nie prosi. Nie powiadamia policji albo po krótkim czasie wycofuje policyjne zeznania. Kobiety żyją w poczuciu krzywdy i nierzadko w poczuciu winy. Silniejsze niż chęć odzyskania pieniędzy i walki o sprawiedliwość jest poczucie wstydu. Przed najbliższymi i przed samą sobą.

– Tu działa mechanizm przemieszczania odpowiedzialności. Oszukane kobiety często same w sobie wzbudzają poczucie winy. Ofiara myśli, że dostała to, na co zasłużyła, ale tak nie jest. Winny zawsze jest sprawca – tłumaczy psycholog Staroń. Jednak ku przestrodze kończy wypowiedź, cytując aforyzm: – Nie potępiajmy dawców złudzeń, gdyż rozdają swój towar zgodnie z oczekiwaniami.

– Dla kobiety nie ma nic gorszego niż upokorzenie. Zamiast skupić złość na sprawcy, nie potrafimy samej sobie spojrzeć w twarz. Biczujemy się pokutnie, winiąc siebie za naiwność – opowiada 35-letnia Kaja, asystentka prezesa dużej korporacji. Ją Książę Karol M. potraktował wyjątkowo okrutnie. Nie poszła po pomoc. O swoim koszmarze nie opowiedziała nawet rodzinie. – Od początku wiedziałam, że romans i praca nie wróżą nic dobrego. Długo się opierałam, ale on przenosił góry, aby mnie zdobyć. Uległam. Po prostu się zakochałam – opowiada. Wówczas nie przypuszczała, że chodzi o wielomilionowy kontrakt, który Książę od roku negocjował z jej szefem. I wspomina czas, kiedy było cudownie: – Zamieszkaliśmy razem w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu. Główki świeżych kwiatów rozrzucone w sypialni, kalmary w słoiczku sprowadzane prosto z Włoch. Długie ciekawe rozmowy przy winie – tak spędzaliśmy czas.

Ale biznesmen podczas rozmów nie raczył wspomnieć o żonie, córce i kochance, z którą równocześnie mieszkał w innym mieście w Polsce. Nie wspomniał też, że regularnie opróżnia jedno z jej firmowych kont, do którego wcześniej sama dała mu dostęp.

– Była Gwiazdka. Jedliśmy kolację z moją rodziną. Zadzwonił telefon. Odebrałam i zemdlałam, upuszczając na podłogę gorącą brytfannę z pieczoną kaczką. W słuchawce usłyszałam, że kwadrans temu mój szef zmarł. Miał zawał. Dzwoniła jego nieletnia córka, która ciało ojca znalazła obok choinki – opisuje Kaja. Gdy Książę dowiedział się, że szef nie żyje, a w związku z tym nie dojdzie do lukratywnego kontraktu, wykorzystał zamieszanie. Wyszedł z domu, zabrał samochód Kai, wypłacił wszystkie pieniądze z konta, a z mieszkania wyniósł wartościowe przedmioty i biżuterię o wartości szacowanej na blisko 100 tys. zł. Dzień później wysłał SMS-a: „Wybacz mi, musiałem to zrobić”.

– Ależ ja byłam ślepa. Z perspektywy czasu wiem, że popełniłam błędy, powinnam była wyłapać niepokojące sygnały. Ale miłość, której wówczas tak bardzo pragnęłam, odebrała mi rozum – wyznaje.

+++

– To nie brak inteligencji, głupota czy naiwność, tylko zaspokajanie struktury bieżących potrzeb. W takim wypadku działa ten sam mechanizm, który towarzyszy ludziom wstępującym do sekty. Jeszcze gorzej, gdy działamy w stanie zakochania. Wtedy nasz umysł działa tak, jakby był zatruty. Podobnie jak po alkoholu czy po narkotykach. Nie przypadkiem mówi się „stracić dla kogoś głowę”. Zdarza się, że upojenie emocjonalne całkowicie przysłania racjonalne myślenie – psycholog Staroń rozumie rozczarowanie i rozgoryczenie kobiet.

Annie, 42-letniej stomatolog z Chełmna, rozwiedzionej rok wcześniej matce trójki dzieci, Książę Łukasz K. łatwo wmówił, że jest wdowcem, że oprócz żony stracił lukratywną pracę i samotnie wychowuje dwie małe córeczki, obie ciężko chore, jedna na niedrożność płuc, druga na nerki. Chciał pokazać rachunki za leki. Anna nie chciała oglądać, wierzyła, że leczenie kosztuje fortunę.

Dorotę, 42-letnią szefową oddziału banku w woj. warmińsko-mazurskim, w trakcie rozwodu przekonał, że pierwsza żona była szatanem. Bo jak nazwać taką, która odchodzi do młodszego mężczyzny, zabiera dziecko, a w sądzie łże jak pies, puszczając dotychczas wybitnie prosperującego biznesmena w samych skarpetkach? Chciał pokazać papiery rozwodowe i orzeczenie sądu o zabójczo wysokich alimentach. Dorota nie chciała oglądać, wierzyła na słowo.

Obie wierzyły też, że są miłością jego życia. Że to właśnie przy nich stanął na nogi, odbił się od dna, że w końcu spotkało go prawdziwe szczęście. No i wierzyły, że tylko one mogą mu pomóc. Dlatego Anna pożyczyła ukochanemu 300 tys. zł, czyli oszczędności życia, na leczenie córek, a Dorota na poczet odbudowania biznesowego imperium przepisała na jego nazwisko luksusowy samochód i działkę budowlaną w Bieszczadach.

Dziś nie chcą podawać nazwisk. Wstydzą się, że tak łatwo dały się nabrać. A poza tym to mogłoby zaszkodzić rozpoczętemu niedawno śledztwu.

I do dziś obie nie mogą uwierzyć, że książę z bajki okazał się zwykłym oszustem.

Zobacz także

wysokieobcasy.pl

 

corazWięcej

Serce, wielorybi ogon, pięciokąt… Zagadkowe struktury na zdjęciach Plutona, które przysyła sonda New Horizons

Karol Wójcicki, Piotr Cieśliński, 12.07.2015
7 lipca z odległości 8 mln km New Horizons uchwycił niezwykłą

7 lipca z odległości 8 mln km New Horizons uchwycił niezwykłą „twarz” Plutona, na której najwyraźniej rysuje się… serce. (NASA/JHUAPL/SWRI)

Jest już 4,7 miliarda kilometrów od Ziemi i ma tylko 2 miliony kilometrów do Plutona. Z tego odległego miejsca pstryka pierwsze w dziejach tak szczegółowe i bliskie zdjęcia tajemniczej eksplanety. Sygnał od sondy leci do nas ponad 4 godz. i 20 minut!
Do największego zbliżenia sondy New Horizons z Plutonem – kiedy to będzie sondę dzielić od planety jedynie 12 tys. 500 km – dojdzie dopiero we wtorek ok. 14 czasu polskiego. Dopiero? Już! Czym jest kilkadziesiąt godzin w porównaniu z dziewięcioma latami czekania.Sonda została wystrzelona w styczniu 2006 roku i od tamtej pory pokonała już miliardy kilometrów po to, żeby już za chwilę przez kilka godzin lecieć w bezpośrednim sąsiedztwie Plutona, ostatniej z „klasycznych planet” obecnie zaliczanej do grupy planet karłowatych.

Zbliżając się do celu, New Horizons nie próżnuje. Prawie „na żywo” relacjonuje ostatnią fazę zbliżania – co kilkanaście godzin przesyła na Ziemię niesamowite zdjęcia wykonane przez kamerę LORRI.

Pokazują one coraz więcej szczegółów na powierzchni. Potwierdzają obserwacje kosmicznego teleskopu Hubble’a – widać na nich duże różnice w jasności powierzchni Plutona, wyraźne granice między bardzo ciemnymi terenami oraz jasnymi obszarami, które mają duże albedo, czyli odbijają stosunkowo sporo światła.

Poza niezwykłymi różnicami w jasności powierzchni planety naukowców już teraz zastanawiają zaskakująco regularne kształty jakichś struktur geologicznych. Ale na razie nikt nie podejmuje się próby wyjaśnienia, co to są za struktury. Jedno jest pewne – to niezwykle interesujący glob dla geologów. Już zacierają ręce, a za chwilę zabiorą się do jego studiowania.

Zapraszamy do galerii zdjęć Plutona. Zdjęć, które możemy oglądać po raz pierwszy w dziejach.

Cztery pięciokątne plamy

Poniżej – najnowsze zdjęcie Plutona z 11 lipca, kiedy od planety dzieliło sondę 4 mln km. Wyraźnie widać na nim zagadkowe cztery ciemne plamy w okolicach równika. Mają podobne rozmiary, kształt zbliżony do pięciokąta i są w dość regularnych odstępach. Po tej stronie planety, która jest zawsze skierowana do księżyca Charona.

.

Ciemny wieloryb i jego ogon

Zdjęcie wykonane 9 lipca z odległości 5,4 mln km. Widać na nim obszary, które są bardzo różnorodne geologicznie. Jeden znajduje się na północ od ciemnego regionu rozciągającego się wzdłuż równika, który naukowcy ze względu na kształt nazwali wielorybem (z lewej strony tego ciemnego kształtu można np. rozpoznać jego ogon – whale’s tail – oznaczony na zdjęciu). Nad „wielorybim ogonem” widać także bardzo ciekawą strukturę, która ma kształt pięciokąta foremnego („polygonal feature”). Jeden piksel na tym zdjęciu to 27 km.

.

Lał, jakie zdjęcie!

A tak naukowcy z zespołu Johns Hopkins University Applied Physics Lab zareagowali na jedno najnowszych zdjęć z sondy New Horizons. Wcale się nie dziwimy ich podnieceniu. Od lewej do prawej: Cathy Olkin, Jason Cook, Alan Stern, Will Grundy, Casey Lisse i Carly Howett. To oni będą analizować i odczytywać nadsyłane zdjęcia z punktu widzenia geologii.

.

Serce Plutona

7 lipca z odległości 8 mln km New Horizons uchwycił niezwykłą „twarz” Plutona, na której najwyraźniej rysuje się… serce. Właśnie ta strona planety będzie na celowniku kamery sondy podczas największego zbliżenia w najbliższy wtorek. Widać charakterystyczny ciemny obszar zwany wielorybem, a po jego prawej stronie – jasny region w kształcie serca, który ma rozmiar ok. 2 tys. km. We wtorek powinniśmy mieć fotografie 500 razy lepszej jakości. Może się wyjaśni, co się kryje za tymi ciemnymi i jasnymi strukturami na powierzchni Plutona.

.

Pluton i Charon na jednym ujęciu

Na tym zdjęciu z 8 lipca widać niezwykłą parę – planetę i jej księżyc, które krążą wokół wspólnego środka masy, stale zwrócone do siebie tą samą stroną.

.

Poniżej to samo zdjęcie, ale z dodanymi kolorami, które zostały zarejestrowane wcześniej za pomocą instrumentu Ralph.

Pluton okiem LORRI

LORRI (czyli Long Range Reconnaissance Imager) to teleskop o średnicy 20,8 cm umieszczony „na sztywno” na jednym z boków sondy New Horizons. Jest jednym z najważniejszych instrumentów na pokładzie. Pozwala on na fotografowanie Plutona wraz z jego księżycem Charonem z odległości milionów kilometrów. Nie posiada żadnych ruchomych części, więc sonda podczas wykonywania zdjęć jest tak obrócona, aby LORRI patrzył dokładnie w wybranym kierunku.

Dostarczane przez LORRI zdjęcia są czarno-białe. Brak kolorowych filtrów to między innymi efekt największego jak to możliwe uproszczenia instrumentu, który musiał przetrwać blisko 10-letni lot przez Układ Słoneczny. Od jego niezawodności zależy naprawdę dużo!

Podczas największego zbliżenia z planetą LORRI dostarczy zdjęć powierzchni o rozdzielczości umożliwiającej wypatrywanie na powierzchni Plutona szczegółów o wymiarach porównywalnych z boiskiem piłkarskim. Może się wydawać, że to niewiele, ale naukowcom taka dokładność w zupełności wystarczy do obserwacji geologicznych struktur na powierzchni Plutona.

Zanim jednak LORRI zacznie obserwować detale na powierzchni Plutona i Charona, policzy i zmierzy obecne tam kratery, poszuka gejzerów i ich wyrzutów w atmosferę, teleskop już teraz służy astronomom do obserwacji Plutona z dużej odległości podczas zbliżania.

Zobacz także

zagadkowe

wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: