SKOK (20.03.15)

 

Szczurek: Sektor bankowy uratował klientów SKOK. Zarzut zemsty jest komiczny

past, PAP, 21.03.2015
Oddział SKOK Wołomin w Wołominie

Oddział SKOK Wołomin w Wołominie (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

– System bankowy, razem z sektorem publicznym, w zeszłym roku wyłożył ponad 3 miliardy złotych w ramach gwarantowania depozytów klientów SKOK – mówi w RMF FM minister finansów Mateusz Szczurek.
Chodzi o słowa twórcy SKOK Grzegorza Biereckiego, który uważa, że afera wokół SKOK to zemsta sektora bankowego. – Gdyby nie pomoc bankowego funduszu gwarancyjnego i wypłata gwarantowanych depozytów, to mielibyśmy poważny problem społeczny – powiedział Szczurek w RMF FM.
Zdaniem ministra finansów, kłopoty finansowe SKOK-ów są w Polsce „największym problemem od bardzo długiego czasu”. – Całe szczęście, że udział SKOK w aktywach sektora finansowego w Polsce nie jest taki duży – dodał minister.

– Zarzut zemsty sektora bankowego na SKOK-ach jest o tyle komiczny, że to system bankowy, razem z sektorem publicznym, wyłożył ponad 3 miliardy złotych w ramach gwarantowania depozytów klientów SKOK – powiedział Szczurek.

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/rozmowa/news-mateusz-szczurek-to-sektor-bankowy-uratowal-klientow-skok-za,nId,1702163#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Szczurek stwierdził, że wielką zaletą polskiego systemu finansowego dobry kapitał bankowego funduszu gwarancyjnego. – Poza Szwecją nie ma żadnego kraju w Europie, gdzie ten system gwarantowania depozytów byłby tak dobrze przygotowany na kryzysy tego rodzaju – powiedział minister finansów.

Przeczytaj tekst pieniądze.gazeta.pl o „7 grzechów SKOK-ów”>>>

Kontrowersje wokół SKOK-ów po raportach KNF

Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe stały się jednym z głównych tematów politycznego sporu. PO wskazuje na patologie w kasach, wykazane w raportach Komisji Nadzoru Finansowego. PiS uważa, że temat jest instrumentalnie wykorzystywany w kampanii wyborczej. To m.in. efekt publikacji prasowych na ten temat.

W ubiegłym tygodniu najpierw „Wprost”, a potem „Gazeta Wyborcza” napisały, że senator PiS i twórca SKOK-ów Grzegorz Bierecki „wyprowadził kilkadziesiąt milionów złotych do spółki, której dziś jest właścicielem i prezesem”.

Senator Grzegorz Bierecki oświadczył, że zarzuty podnoszone przeciwko niemu w artykułach” „Wprost” i „Gazety Wyborczej”, to kłamstwa. Stwierdził też, że na jego temat kłamią także politycy PO i premier Ewa Kopacz „prowadząc w ten sposób brudną kampanię wyborczą”.

Na przyszły wtorek zaplanowane jest pierwsze posiedzenie sejmowej podkomisji ds. SKOK – poinformował jej szef Marcin Święcicki (PO). Podkomisja została powołana w czwartek; jej celem jest zbadanie, jak realizowane były ustawy o SKOK.

Bierecki zawieszony w prawach członka klubu PiS

Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak podjął decyzję o zawieszeniu w prawach członka klubu senatora Grzegorza Biereckiego – poinformował we wtorek rzecznik partii Marcin Mastalerek. Błaszczak zwrócił się do senatora o wyjaśnienia w związku z publikacjami mediów nt. SKOK.

„Przewodniczący Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość Mariusz Błaszczak w uzgodnieniu z Prezesem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim podjął decyzję o zawieszeniu w prawach członka klubu senatora Grzegorza Biereckiego. Jednocześnie przewodniczący zwrócił się do senatora Biereckiego o wyjaśnienia w sprawach opisanych w ostatnich dniach przez media” – brzmi komunikat podpisany przez rzecznika PiS Marcina Mastalerka.

Zobacz także

TOK FM

Od łowcy gryzoni po niedoszłego prezydenta. Jak koty zdominowały świat i podzieliły ludzi

Ludzie zawsze dzielili się na zwolenników i przeciwników kotów.
Ludzie zawsze dzielili się na zwolenników i przeciwników kotów. Materiały prasowe

Przez stulecia koty były obiektami kultu, a potem nienawiści, aż z drapieżnych zwierząt polujących na gryzonie stały się domowymi pupilami lub jak kto woli „kanapowymi lwami”. Uzależniły się od człowieka, zatraciły instynkt łowczy. A jeszcze całkiem niedawno, bo niecałe pół wieku temu, jeden z nich miał… ambicje prezydenckie – pisze Madeline Swan w wydanej właśnie w Polsce książce „Historia kotów”.

Koty towarzyszą nam, czy tego chcemy czy nie, od tysiącleci, a mimo tego człowiekowi nigdy nie udało się do końca zrozumieć tego zwierzęcia. Nie od dziś jednak dzielimy się na jego przeciwników i zwolenników (autor zdecydowanie należy do grona „kociarzy”). Jak świat stary, koty potrafiły zdobywać ludzkie serca. Byli wszak i tacy, którzy uczynili z obiektu kultu starożytnych Egipcjan zwierzęta diabelskie, po czym konsekwentnie prześladowali te niewinne stworzenia.

Koty ginęły na stosach wraz z domniemanymi czarownicami, a to wszystko stanowiło dobrą rozrywkę dla gapiów. Stosunek człowieka do tych zwierząt ewoluował, podobnie jak zmieniała się ludzka mentalność. Wieki temu znęcanie się nad kotami było czymś normalnym, ba, było w dobrym tonie…

Na dworze króla-Słońce Ludwika XIV zabawiano się na różne sposoby, ale boki zrywano szczególnie podczas… palenia kotów. Widok wrzucanych do ognia zwierząt futerkowych nikogo nie dziwił, mało tego, sam król własnoręcznie „decydował” o tragicznym losie kotów. Stos kotów podpalił na pewno w 1648 roku, w czasie, gdy paryżanie brali właśnie udział w balu z okazji nocy świętojańskiej. Jak zabawa to zabawa – po tym, jak Ludwik XIV pozwolił zwierzętom umierać w płomieniach, zatańczył wokół stosu.

Francuski król nie był ani pierwszą, ani ostatnią wielką osobistością, która szczerze nienawidziła kotów. Już dwa tysiąclecia przed nim jeden z największych wodzów w historii Aleksander Wielki, twórca potęgi państwa macedońskiego, tak bardzo nie znosił kotów, że ponoć mdlał na sam ich widok.

Inny wielki epoki antyku – wódz rzymski Juliusz Cezar miał wydawać rozkazy do zabijania wszystkich kotów w zasięgu wzroku. Kolejny wybitny „człowiek wojny” – Napoleon Bonaparte, trzymał się od tych zwierząt z daleka ze względów zdrowotnych. Nie tylko jednak słynni wodzowie, ale i ludzie kultury i sztuki, afiszowali się ze swą nienawiścią do kotów. Bo jak inaczej nazwać strzelanie do nich z łuku, z którego zasłynął znany niemiecki kompozytor Johannes Brahms?

Nieco więcej można było spodziewać się po papieżach. Ci jednak sami ulegali średniowiecznej koncepcji czarów i wydawali wyroki na tajemnicze i złowrogie, oczywiście w ich przekonaniu, zwierzęta futerkowe. O tym, że kot jest poplecznikiem szatana, zaświadczała bulla Grzegorza IX z 1233 roku.

Na tym jednak nie koniec. Bo z tymi zwierzętami walczyła też Elżbieta I Tudor, królowa Anglii, która – czytamy w „Historii kotów” – aby podpalić kosz z kociętami sprzeciwiła się nawet angielskiej tradycji koronacyjnej. Zgodnie z nią bowiem nowi władcy brali udział w procesji ulicami miasta, a przed ich obliczem… niesiono koty.

Na pocieszenie trzeba dodać, że stworzenia te kochali i wciąż kochają ludzie wielcy, znani i bogaci. Ich miłośnikami byli tacy wielcy literaci jak m.in. Francesco Petrarca, Ernest Hemingway, Mark Twain, czy naukowcy: Leonardo da Vinci, Isaac Newton oraz Albert Einstein. Kociarzami byli też Fryderyk Chopin (kota miała też kochanka George Sand), Pablo Picasso i… Włodzimierz Lenin. Za zwierzętami o specyficznym usposobieniu przepadają takie gwiazdy kina jak: Brigitte Bardot, Kim Basinger czy Robert de Niro.

Naprawdę doborowe towarzystwo, choć wielu wielkich w tym zestawieniu pominięto. Okazuje się zatem, że Francja nie była szczególnie nieprzychylna kotom, a Ludwik XIV był w swej nienawiści do tych zwierząt raczej wyjątkiem. Jego poprzednik Ludwik XIII, ale i następca Ludwik XV, koty uwielbiali. Podobnie jak kardynał Richelieu, właściciel 11 futrzaków. A i wcale papieże nie byli tacy źli, bo Grzegorzowi I, Leonowi XII czy Piusowi IX daleko było od nawoływań do polowań na koty. Na koniec prorok Mahomet, znany wielbiciel tych zwierząt, który według tradycji głosił kazania z kotem w ramionach…

Koty kochano i kocha się ot tak, z powodu kociej urody, a nawet ze względu na ich niezależność. Wcześniej uważano je za potrzebne, bo te łapały myszy, ale gdy nastał XX wiek, koty stały się po prostu modne. Wkroczyły wraz z człowiekiem w świat popkultury, stały się gwiazdami telewizji, „twarzami” reklam, służyły w armii – w 1968 roku Amerykanie wysłali do Wietnamu „oddział” kocich przewodników, które zamierzano wykorzystać w trakcie nocnych patroli.

Rok później, czytamy w „Historii kotów”, sławę za Oceanem zyskał rudy dachowiec ze schroniska, któremu nadano imię Morris. Nie byłoby w jego historii nic nadzwyczajnego, gdyby kocur nie był zapraszany na kolację do Białego Domu i nie załatwiał potrzeb fizjologicznych w kuwecie specjalnie zaprojektowanej przez Louisa Vittona. Gdy zmarł w 1978 roku, płakały po nim miliony. Dziesięć lat później jego „następca” Morris II wziął udział w przedwstępnych wyborach… na prezydenta. Choć nie przeszedł dalej, koty i tak nami rządzą. Nawet jeśli myślimy inaczej.

naTemat.pl

Stare aktorki na śmietnik? Świetny film o wojnie pokoleń od dziś w kinach [RECENZJA]

Juliette Binoche i Kristen Stewart w "Sils Maria"
Juliette Binoche i Kristen Stewart w „Sils Maria” fot. materiały prasowe

Jakiś czas temu przez Hollywood przetoczył się mały skandal, gdy Russel Crowe stwierdził, że w filmach produkowanych w Mieście Snów jest tak mało kobiet po czterdziestce, gdyż wstydzą się one swojego ciała i swojej – nadchodzącej – starości; znany z „Gladiatora” aktor został wtedy obwołany seksistą, a jego krytycy podkreślali, że talent nie zna płci ani wieku. Dzisiaj do polskich kin wchodzi film, który z europejskiej perspektywy pokazuje, że i płeć, i wiek – są istotnymi ograniczeniami. To „Sils Maria” z Juliette Binoche w roli głównej, nominowany w zeszłym roku do Złotej Palmy w Cannes. – „Birdman” po europejsku! – krzyknęli niektórzy. Nie do końca: bo Birdman, który jest kobietą, jest dużo bardziej smutny i przejmujący.

W świecie superbohaterów
Tym, co w porównaniu „Sils Maria” z oscarowego filmem z Michaelem Keatonem wypada zdecydowanie in plus, jest diagnoza, jaką reżyserzy obu dzieł – pracujący w Stanach Meksykanin Alejandro González Iñárritu i Olivier Assayas, który nigdy nie wyściubił zawodowo nosa poza Francję – stawiają zamerykanizowanemu światu kina; kręcący film środowiskowy Iñárritu wprost, Assayas dyskretniej, ale równie mocno. Jaka to diagnoza? Najkrócej rzecz ujmując, taka, że zgłupieliśmy, bo świat kina opanowali superbohaterowie z filmów young adult: zawsze młodzi, zawsze silni, zawsze piękni, zawsze zbawiający świat – i zawsze zarabiający pieniądze, o których twórcy niszowych produkcji mogą pomarzyć.

Grana przez Juliette Binoche Maria Enders nie spadła co prawda z tak wysokiego konia, jak Michael Keaton, któremu „klątwa Birdmana” uniemożliwiła zagranie jakiejkolwiek innej pierwszorzędnej roli, ale – po prostu upada trochę wolniej. Zbliża się do pięćdziesiątki, jest po rozwodzie; może zarabiać pieniądze na rzeczach łatwych – reklamowaniu kosmetyków, pokazywaniu się na okładkach pism lajfstajlowych, wreszcie: występowaniu w kolejnej części sagi o superbohaterach, w której obyty w popkulturze widz łatwo dostrzeże nawiązanie do „X-Menów” – ale nie chce; chce robić rzeczy ambitne, bo dzięki nim zaistniała w świecie, gdy, jako dwudziestolatkę szwajcarski reżyser i dramaturg Wilhelm Melchior obsadził ją w swoim filmie „Manola Snake”.

Dziś Maria jedzie ze swoją graną przez Kirsten Stewart asystentką przez Szwajcarię, by wygłosić kilka okolicznościowych słów na ceremonii przyznania Melchiorowi honorowej nagrody. Nie wygłosi ich – a przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej to sobie przygotowała – bo kiedy dojeżdżają do miasteczka Sils Maria, światowe media obiega informacja, że Melchior nie żyje. Zamiast wspominać swoje dawne przewagi u boku Szwajcara, spotka się z innym reżyserem, o kilkanaście lat od niej młodszym, który zaproponuje jej wystąpienie w tej teatralnej adaptacji scenariusza, która trzy dekady wcześniej przyniósł jej sławę. Tyle, że kiedyś występowała w roli młodej kobiety, a teraz ma zagrać starą.

Kobiety na skraju załamania nerwowego
„Majola Snake” opowiada historię młodej dziewczyny, która uwodzi swoją szefową – bezwzględną i wziętą bizneswoman – by doprowadzić ją na skraj depresji i samobójstwa. Więcej szczegółów o treści sztuki w „Sils Maria” nie znajdziemy – ale łatwo odgadnąć, do czego i do kogo Assayas nawiązuje i samą postacią Melchiora, i jego dramatem. Nad „Sils Maria” unosi się duch niemieckiego reżysera Rainera Wernera Fassbindera – cudownego dziecka kina, tragicznie zmarłego przed czterdziestką – i jego bodaj najsłynniejszego filmu, „Gorzkie łzy Petry von Kant” z 1972 roku, historii związku zaborczej projektantki mody, jej oddanej asystentki Marlene i pięknej modelki Karin. I o ile sama postać Juliette Binoche jest w „Sils Maria” zbyt skomplikowana, by być prostym odbiciem Petry – o tyle dwie pozostałe to czytelne wariacje na temat sportretowanych przez Fassbindera kobiet.

Jest więc asystentka Marii – dwudziestokilkulatka Valentine, znakomicie sportretowana przez Kristen Stewart. Ani ta Valentine ładna, ani brzydka: choć udaje jej się uwieść robiącego Marii zdjęcia fotografa, później sama zostaje przez niego rzucona. Ani też mądra, ani głupia: choć podziwia Marię, potrafi także emocjonować się filmem o superbohaterach dla młodych dorosłych, który popijająca koniak intelektualistka Maria odrzuca. Stewart udało się stworzyć ciekawy – i wiarygodny obraz – hipsterskiej dziewczyny-everymanki z początku XXI wieku, zadowolonej tym, co ma – i niepragnącej nic więcej.

Zupełnie inna jest Jo-Ann Ellis, dwudziestolatka, która dziś ma zagrać tę rolę, którą kilka dekad wcześniej grała Maria. Jo-Ann sławna stała się dzięki tej sadze o kosmicznych superbohaterach, która Marię śmieszy; a potem wciągnęło ją Hollywood. Nie taki świat filmu, który był bliski Marii, z namiętnościami i dramatami rozgrywającymi się dyskretnie, które rzadko kiedy przedostawały się do prasy – i to sprawiało, że urastały do rangi legend; zupełnie inny, w którym paparazzim może stać się każdym, kto ma telefon komórkowy i sfilmuje, jak Jo-Ann grozi swojemu byłemu chłopakowi. Grana przez uwodzicielską Chloë Grace Moretz bohaterka to ładny komentarz Assaya do gwiazdek pokroju Seleny Gomez i Miley Cyrus: przeżywających swoją młodość w świetle reflektorów i budzących niepohamowane pożądanie fanów, od których zależy, czy popełniony przez nie błąd – grożenie, jazda po pijaku – pogrąży je, czy wyniesie na kolejne szczyty.

Wojna pokoleń
Temat, który podejmuje film Assaya i który podejmowała fikcyjna sztuka fikcyjnego szwajcarskiego dramaturga – nie są niczym nowym, ale też „Sils Maria” nie ma zadania odkrywać niczego nowego; jest świeżym spojrzeniem na stary i wyeksploatowany na wiele sposobów temat wojny pokoleń. Ciekawym i istotnym dlatego, że jego środowiskowy portret – tego nurtu w kinie, z którego sam film się wywodzi, czyli europejskiego kina festiwalowego, autorskiego – otwiera przed tematem wojny pokoleń nowe możliwości, które byłyby niemożliwe do otworzenia w „Birdmanie” – o tym, że w Hollywood sprzedaje się młodość i piękno, wiedzą wszyscy. A w Europie, w której nic się nie sprzedaje, a wszyscy grzęzną w mało komercyjnych, ale doniosłych artystycznie projektach?

Nadchodząca starość – jej widmo, bo nikt poza Marią nie odczuwa jej starzenia się: ma wszak udzielać wywiadu magazynowi dla „aktywnych kobiet po czterdziestce”, wciąż otrzymuje od mężczyzn hołdy – jest przede wszystkim źródłem strachu, nie kompleksów. Maria nie jest – jeszcze – do wyrzucenia na śmietnik i do zastąpienia przez młodszą, atrakcyjniejszą, wzbudzającą większe pożądanie, wywołującą większe skandale. Ale – gra rolę, która jej karierę symbolicznie zamyka, po której nie będzie już mogła tak łatwo adaptować się do świat. Assayowi udało się nakręcić świetny, łagodny – ale w tej łagodności niezwykle przejmujący – film o walce między generacjami, która jeszcze nie zaczęła się rozgrywać, a która już w przedbiegach przez starość jest nie do wygrania.

naTemat.pl

Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]

1/15

>

MK, 2015.03.17
Zdjęcie numer 0 w galerii - Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]

edurneweb.com

Edurne Garcia Almagro to hiszpańska piosenkarka, występująca pod pseudonimemEdurne. A poza pracą – dziewczyna Davida de Gei. Hiszpanka wywołała ostatnio spore kontrowersje, zgadzając się z sugestią dziennikarza hiszpańskiej telewizji, który powiedział, że ”Manchester jest brzydszy, niż tył lodówki”
  • Zdjęcie numer 1 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 2 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 3 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 4 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 5 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 6 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 7 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 8 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 9 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 10 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 11 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 12 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 13 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 14 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 15 w galerii Dla kogo oni grają (cz. XIX). David de Gea i Edurne [ZDJĘCIA]

zczuba.sport.pl

IM MNIEJ WIEDZĄ O BOGU, TYM WIĘCEJ WIEDZĄ O SEKSIE

CEZARY MICHALSKI, 17.03.2015

Dlaczego Kościół zainwestował w biopolitykę, której „dogmatów” czytelnicy „W Sieci”, „Do Rzeczy”, „Frondy”, „Naszego Dziennika”… mogą być pewni bardziej niż dogmatu o Trójcy Świętej (chyba że synod czy papież je zmienią, wtedy będzie w Polsce płacz i zgrzytanie zębów, a może nawet jakiś kolejny, tym razem seksualny i biopolityczny mariawityzm)?

 

Dlaczego współcześni wyznawcy „zemsty Boga” mają wszystkie cechy wyznawców „rewolucji nihilizmu”, tak jak ich Hermann Rauschning opisał w 1938? A dotyczy to zarówno polskich „narodowych i prawicowych” katolików, jak też amerykańskich fundamentalistów ewangelikalnych albo fundamentalistów islamskich, albo fundamentalistów judaizmu. Dotyczy to nawet mnichów buddyjskich w Birmie, gdzie buddyzm pełnił, niestety, tak samo polityczną i „antyreżimową” rolę jak katolicyzm w Polsce. Dlatego dzisiaj, „u schyłku reżymu”, też „idzie po swoje”, po należną mu rentę władzy. A kapłani Buddy (sic!) cieszą się ze skazania za bluźnierstwo Nowozelandczyka, który zareklamował swoją knajpkę muzyczną plakatem przedstawiającym Buddę ze słuchawkami na uszach. Mając w sercu pustkę, budują wyraziste polityczne fronty „na zewnątrz”. Pomiędzy pustką w sobie a „niewiernymi”, „zepsutymi grzesznikami”, „cywilizacją śmierci”…

 

Im mniej wiedzą o Bogu, tym więcej wiedzą o bluźnierstwie. Im mniej wiedzą o Bogu, tym więcej wiedzą o seksie.

 

Że to nie jest przypadek, że to napięcie istniało od dawna, przypomina wiersz Karola Wojtyły Myśli biskupa udzielającego sakramentu bierzmowania w pewnej podgórskiej wsi z tomu Narodziny wyznawców z 1961 roku. Wojtyła, kiedy pisał ten wiersz, został właśnie wyświęcony na biskupa. Przyznaje się jednak – bo oprócz bycia biskupem jest także poetą, więc zdradza to, co nie powinno być zdradzone, przynajmniej w polskim Kościele – do przepełniającej go pustki wiary. Pisze: „Świat jest pełen ukrytych energii, które zuchwale nazywam po imieniu […] Jestem szafarzem. Sił dotykam, od których człowiek winien wezbrać. Lecz to, co czasem pozostaje, przypomni także noc bezgwiezdną”. Ktoś, kto jest szafarzem pewności dla innych, sam wypełniony jest niepewnością. „Winien wezbrać od sił, których dotyka” (jak mówi Wojtyła w swoim poetyckim języku, który „estetom” może się nie podobać, ale ja nie jestem „estetą” i uważam ten opis za wyjątkowo precyzyjny), pozostaje mu jednak tylko „noc bezgwiezdna”, tak jak wielu przed nim i po nim. Po przeprowadzeniu rytuału bierzmowania, po „wylaniu Ducha Świętego” na innych, po przekazaniu dalej pewności, której sam nie posiada, zostaje mu w rękach zaledwie „pewność” metafory.

 

Wiara bowiem nie może i nie powinna być niczym innym niż pustką, wątpliwością, oczywiście, w najlepszym razie, pustką dynamiczną, dynamiczną wątpliwością, ale nigdy pewnością. Inaczej być nie może. Dopiero z tej dynamicznej pustki rodziły się instytucje religijne. Rodziły się z niej nawet instytucje świeckie (polityka podporządkowana religii, nauka podporządkowana religii, prawo podporządkowane religii), dopóki ten wymiar ludzkiego życia nie uległ sekularyzacji. Przynajmniej w obszarze liberalno-demokratycznego Zachodu, który wolę od wielu niezsekularyzowanych peryferii. Właśnie dlatego, że dopiero zsekularyzowanie tych wszystkich „pewności” – nieodzownych dla polityki, nauki czy prawa – pozwala człowiekowi wierzącemu (halo, są tu tacy?) zmierzyć się wreszcie, bez udziału tych wszystkich pragmatycznych idoli, z dynamiczną pustką wiary. Z tym, co nie poddaje się instrumentalizacji. I pozostaje ostatnią niezsekularyzowaną cząstką religii w naszym zachodnim zsekularyzowanym świecie (choć nawet ją próbował odrobinę sekularyzować Immanuel Kant).

 

A kiedy ta wewnętrzna pustka wiary – albo, czasami, pustka po prostu – staje się „rewolucją nihilizmu” albo „zemstą Boga”? Ano wówczas, gdy wyrzucamy, wyprojektowujemy na zewnątrz, w postaci podziału na „przyjaciół” i „wrogów”, na „swoich” i „obcych”, na „prawdę wiary” i „zepsucie relatywizmu”… (metafor jest wiele i wszystkie są podłe), pewność, której w sobie nie mamy.

 

Sam Karol Wojtyła tak zrobił, kiedy zaledwie parę lat po napisaniu tego wiersza wraz z Wandą Półtawską zatrzymał Sobór Watykański II. Przekonując Pawła VI, łamiąc tego w gruncie rzeczy słabego człowieka swoją „pewnością” w kwestiach seksu, biopolityki, środków antykoncepcyjnych. Sprawiając, że Paweł VI odrzucił stanowisko Soboru Watykańskiego II w tych kwestiach, co zaowocowało encykliką Humanae Vitae. I tak naprawdę zerwało dialog Kościoła ze świecką nowoczesnością, który usiłowano po dwóch wiekach „demestryzmu” ostrożnie odbudować na Soborze (patrz wywiad ze Stanisławem Obirkiem cytującym Josepha Fuchsa, relatora stanowiska soborowej komisji ds. demografii, rodziny i seksualności).

 

Żyjemy wszyscy w cieniu tamtego zerwania, szczególnie w Polsce tak żyjemy. Od wojny o konwencję antyprzemocową do wojny o in vitro, od wojny o środki antykoncepcyjne do wojny o związki partnerskie. I wiemy już z praktyki rozszarpującej nasze państwo, politykę i społeczeństwo (a być może także nasz Kościół, mimo pozorów jedności), że pomiędzy ustanowioną przez Karola Wojtyłę i Wandę Półtawską „pewnością w kwestiach seksu” a „liberalną cywilizacją śmierci” żadnej negocjacji być nie może i nie ma.

 

Karol Wojtyła i Wanda Półtawska, ten polski odpowiednik Abelarda i Heloizy, zdradzili oboje dynamiczną pustkę wiary w sobie, zastępując ją jedyną pewnością, jakiej się dopracowali. Pewnością stanowiska w sprawach seksu.

 

To zresztą całkowicie logiczne, że takiej właśnie pewności w sprawach seksu dopracowała się para będąca specyficznym białym małżeństwem. Ona poślubiona innemu mężczyźnie, on zaślubiony Kościołowi. I proszę w tym nie czytać łatwego bluźnierstwa przeciwko „polskiemu idolowi”, choć oczywiście w porządku instrumentalnym („politycznym”) jest to łatwe bluźnierstwo przeciwko „polskiemu idolowi”. Jednak w porządku nieinstrumentalnym (czy może być taki? czy wiara i wiedza mogą nie być władzą?) historia naszych represji i rozluźnień albo wręcz rozsypań to jedyna prawdziwa historia wiary i jej mesjanizmów. Zarówno tych „religijnych”, jak i tych „zsekularyzowanych”.

 

Śledząc historię każdej praktycznie religii, odnajdujemy zawsze tę samą logikę. Im mniej wierni (kapłani, przywódcy) wiedzieli o Bogu, im bardziej paląca wypełniała ich pustka, tym łatwiej decydowali się na „wyprawy krzyżowe”. Tym łatwiej decydowali się na proste cięcia zewnętrzne przekładające się na „wojny cywilizacji”. Im mniej wiedzą o Bogu, tym więcej wiedzą o seksie. Im mniej wiedzą o Bogu, tym bardziej stają się księdzem Oko, Tomaszem Terlikowskim, „późnym” Jarosławem Gowinem, Markiem Jurkiem… W przeciwieństwie do Karola Wojtyły oni jednak poetami nie są, więc być może nigdy się nie dowiemy, jak wygląda pustka wiary w ich wnętrzu. Zresztą, czy warto się tak obnażać, jak zrobił to Karol Wojtyła, przyznając, że taka sama pustka wiary, jaka towarzyszyła mu, kiedy sam przyszedł do Kościoła, wypełnia go jako biskupa będącego już szafarzem pewności dla innych?

 

Nie warto, zawsze znajdzie się ktoś taki jak ja, kto zaciągnie to nieomalże prywatne wyznanie do szatańskiego młyna redukcji i instrumentalizacji. Użyje tego wyznania jako argumentu w tej czy innej „walce”. Tym razem w walce z „zemstą Boga”, z polityczną i ideologiczną instrumentalizacją religii (największą możliwą idolatrią). Jednak konsekwentna walka z instrumentalizacją religii instrumentalizuje także walczącego. Ja, wydobywając ten zapomniany przez wszystkich wiersz Karola Wojtyły, też jestem nieczysty, czystość pozostawiam wam. Spójrzcie w tej swojej czystości na momenty, w których odsłaniają się przyszli rewolucjoniści nihilizmu, kapłani „zemsty Boga”. I tylko dlatego, że są poetami.

 

**Dziennik Opinii nr 76/2015 (860)

 

 

Dziennik Opinii Krytyki Politycznej

Ewa Kopacz zgodziła się na dekarbonizację polskiej gospodarki!

Radio Maryja, 20.03.2015

Premier Ewa Kopacz zgodziła się na dekarbonizację polskiej gospodarki. To wyrok na węgiel, zamach na Śląsk – alarmował w Sejmie poseł Krzysztof Szczerski.

fot. PAP/EPA

Poseł uzasadniał wniosek o przerwę i zwołanie Konwentu Seniorów. Chciał, by porządek obrad Sejmu został rozszerzony o informację rządu na temat konkluzji unijnego szczytu w Brukseli w zakresie budowy unii energetycznej.

– W konkluzjach tych, po raz pierwszy, w oficjalnym dokumencie UE tej rangi znalazł się postulat, by UE opierała się na zasadzie dekarbonizacji gospodarki. Jest to zamach na Śląsk. To wyrok na polski węgiel. Chcemy koniecznie wiedzieć pod jakim naciskiem i pod jakimi argumentami premier Ewa Kopacz i Donald Tusk zgodzili się na dekarbonizację polskiej gospodarki. Dlaczego podpisaliście wyrok na Śląsk? Dlaczego podpisaliście certyfikat śmierci dla polskiego węgla? Słowo „dekarbonizacja” było słowem zakazanym w dokumentach europejskich przez wszystkie lata. Był to główny cel polskiej dyplomacji – wykreślenie dekarbonizacji z dokumentów Rady Europejskiej – podkreślił poseł Krzysztof Szczerski.

Wniosek nie był głosowany, bo nie dotyczył porządku trwających obrad. Marszałek Sejmu Radosław Sikorski polecił, by posłowie Prawa i Sprawiedliwości zgłosili swój wniosek w ramach informacji bieżącej, na kolejnym posiedzeniu Izby.

Zielone światło, jakie dali wczoraj szefowie państw i rządów krajów UE dla budowy unii energetycznej, daje Komisji Europejskiej możliwość rozpoczęcia prac nad konkretnymi aktami prawnymi w tej sprawie.

W przyjętym dokumencie nie ma mowy o proponowanych przez szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska wspólnych zakupach gazu. KE będzie miała tylko prawo wglądu w umowy zawierane przez poszczególne państwa.

Unia energetyczna ma m.in. pomóc zmniejszyć zależność UE od zewnętrznych źródeł energii. Inicjatywa nabrała znaczenia w obliczu napiętych relacji z Rosją i kryzysu na Ukrainie.

RIRM

RadioMaryja

Latkowski będzie zwolniony z „Wprost”? Jest oświadczenie wydawcy

ks, 20.03.2015
Sylwester Latkowski, redaktor naczelny

Sylwester Latkowski, redaktor naczelny „Wprost” (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

W najbliższym czasie Sylwestra Latkowskiego ma zastąpić Tomasz Wróblewski, publicysta „Do Rzeczy” – podaje portal Wpolityce.pl. Wydawca „Wprost” odpowiada: „Spekulacje i domysły konkurencji dementujemy”.
Portal Wpolityce.pl nie podaje źródła swojej informacji o rzekomym zwolnieniu Latkowskiego z funkcji redaktora naczelnego „Wprost”. Z kolei wydawca tygodnika, Platforma Mediowa Point Group, wydała oświadczenie na swoim profilu na Facebooku:

Spróbowaliśmy dowiedzieć się, co to oznacza. Skontaktowaliśmy się z Michałem M. Lisieckim, prezesem wydawnictwa. – Nie ma mnie w kraju, nie będę komentował spekulacji konkurencji – uciął krótko w rozmowie z nami. Z Sylwestrem Latkowskim i Tomaszem Wróblewskim nie udało nam się skontaktować.

Afera Durczoka

Na początku lutego tygodnik „Wprost” napisał o molestowaniu seksualnym w jednej ze stacji telewizyjnych. Opublikowano relację anonimowej „znanej dziennikarki”, która miała być molestowana przez byłego przełożonego, „bardzo popularną twarz telewizyjną, szefa zespołu w jednej ze stacji”. W artykule mowa była również o mobbingu i dyskryminacji. Nie podano jednak żadnych nazwisk, nie wyjaśniono też, o jaką stację chodzi.

W mediach pojawiały się spekulacje, że chodzi o szefa „Faktów TVN” Kamila Durczoka. On sam temu zaprzeczył. „Nigdy nie molestowałem żadnej kobiety. Czym innym jest styl zarządzania. Ja jestem cholerykiem, czasem wybuchałem w pracy” – mówił w stacji radiowej TOK FM. Trzy tygodnie po pierwszej publikacji ws. molestowania tygodnik otwarcie oskarżył Durczoka o molestowanie.

Komisja TVN

Po artykule „Wprost” w TVN została powołana komisja ds. zbadania zarzutów dotyczących mobbingu i molestowania. Rozmowy odbywały się z obecnymi i byłymi pracownikami oraz współpracownikami stacji, a zakres prac komisji nie ograniczał się wyłącznie do publicznie rozpowszechnianych zarzutów. W skład komisji weszły trzy osoby: dyrektorka działu HR w TVN, dyrektor departamentu prawnego spółki oraz adwokat, ekspert ds. prawa pracy.

„Komisja ustaliła, że trzy osoby zostały narażone na niepożądane zachowania. Jako zadośćuczynienie TVN SA zaoferuje tym osobom kwoty do wysokości sześciokrotności ich miesięcznego wynagrodzenia” – brzmiał komunikat prasowy wydany po zakończeniu prac komisji.Stacja podała również, że „spółka TVN i pan Kamil Durczok osiągnęli wzajemne porozumienie w sprawie zakończenia współpracy ze skutkiem natychmiastowym”.

Autorzy cyklu o molestowaniu – Sylwester Latkowski, Michał Majewski i Olga Wasilewska – byli niejednokrotnie krytykowani za nierzetelność. W internecie pojawiły się głosy nawołujące do bojkotu tygodnika. Jak podaje „Press”, w styczniu sprzedaż „Wprost” spadła o 21 proc. do 43,5 tys. egzemplarzy.

Zobacz także

TOK FM

Amerykański biskup polewał bezdomnych wodą

20-03-2015
ZOBACZ ZDJĘCIA »bezdomni, nowy jork, bieda

 źródło: Thinkstock

Biskup San Francisco w opałach. Bezdomnych szukających schronienia w portalach katedry polewały wodą automatyczne tryskacze.

Amerykańskie media przypominają arcybiskupowi Salvatore’owi Cordileone słowa ewangelii świętego Mateusza: „Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść; pragnąłem, a daliście mi pić; byłem gościem, a przyjęliście mnie.” Po informacji od słuchacza mieszkającego nieopodal Katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w San Francisco, dziennikarze lokalnej stacji radiowej KCBS odkryli w czterech portalach automatyczne tryskacze, które nocą włączały się co godzinę lub co 30 minut i z wysokości 10 metrów lały wodę przez 75 sekund. Taki prysznic przemaczał ubranie osoby znajdującej się w jego zasięgu na wylot, a tegoroczna zima nawet w Kalifornii nie należała do łagodnych – po zmroku temperatura nierzadko spadała poniżej zera.

Rzecznik arcybiskupa oświadczył, że cała sprawa to nieporozumienie. Tryskacze zostały założone dwa lata temu, i miały jedynie „zniechęcać nieproszonych gości”. „Naszą intencją nigdy nie było polewanie nikogo wodą.” – stwierdził

Pracownicy archidecezji rozpoczęli demontaż urządzeń natychmiast po nadaniu przez KCBS materiału z udziałem bezdomnych, którzy przeżyli przykrą niespodziankę. Tryskacze mające ich odstraszać nie są innowacją wymyśloną przez kościół. W wielu amerykańskim miastach, także San Franciso, taką metodę stosują właściciele firm, sklepów czy restauracji znajdujących się w budynkach z podcieniami. Jednak archidecezji – nawet zdaniem wiernych – takie traktowanie najuboższych po prostu nie przystoi.

Rzecznik arcybiskupa Cordileone, Larry Kramer oświadczył podczas briefiengu na schodach katedry, że cała sprawa to nieporozumienie. Tryskacze zostały założone dwa lata temu, i miały jedynie „zniechęcać nieproszonych gości”. „Naszą intencją nigdy nie było polewanie nikogo wodą.” – stwierdził Kramer.

Czytaj także: W Polsce przybywa bezdomnych, także dzieci

Obejrzyj fragment rozmowy naszej dziennikarki Małgorzaty Świętochowicz z bezdomnym opowiadającym o życiu na polskiej ulicy:

bezdomni, wideo, małgorzata świchowicz,krzysztof szatkowski

1:23 min

Odmiennego zdania jest niejaki Robert – bezdomny, który powiedział reporterom radia, że nawet wyjątkowo szybki refleks nie ratował jego znajomych szukających schronienia w portalach katedry przed przemoczeniem do suchej nitki. A o śpiących szkoda nawet mówić. Nim się obudzili i zorientowali w sytuacji, byli nie tylko mokrzy ale również zmarznięci. I oczywiście pozbawieni możliwości osuszenia ubrań.

Księża: Przykro nam, że nasze intencje zostały źle odebrane, choć przyznajemy, że użyta przez nas metoda była niefortunna. Nie chodziło o wypędzenie niepożądanych osób, a jedynie zachęcenie ich do zmiany miejsca pobytu na lepiej chronione i bezpieczniejsze.

Księża: Przykro nam, że nasze intencje zostały źle odebrane, choć przyznajemy, że użyta przez nas metoda była niefortunna. Nie chodziło o wypędzenie niepożądanych osób, a jedynie zachęcenie ich do zmiany miejsca pobytu na lepiej chronione i bezpieczniejsze.

W pisemnym oświadczeniu archidiecezji można przeczytać, że jest ona jednym z najhojniejszych dobroczyńców w mieście i zawsze troszczyła się o los biedaków. „Przykro nam, że nasze intencje zostały źle odebrane, choć przyznajemy, że użyta przez nas metoda była niefortunna. – napisali księża. – Nie chodziło o wypędzenie niepożądanych osób, a jedynie zachęcenie ich do zmiany miejsca pobytu na lepiej chronione i bezpieczniejsze.”

Sąsiad księży: Byłem zaszokowany. Przede wszystkim to niehumanitarne, a poza tym mamy suszę i władze każą oszczędzać wodę.

Czytaj także: Bezdomność jak zaklęty krąg

„Faktycznie były tablice, że wstęp wzbroniony, ale żadnych zachęt ani ostrzeżeń nie umieścili.” – narzekał Robert. „Byłem zaszokowany. – mówił sąsiad księży, który zadzwonił do radia z informacją o tryskaczach. – Przede wszystkim to niehumanitarne, a poza tym mamy suszę i władze każą oszczędzać wodę.” Reporterzy KCBC nie znaleźli w miejskim rejestrze pozwolenia na zainstalowanie w katedrze tego typu urządzeń, co oznacza, że prawdopodobnie zostały założone nielegalnie.

Arcybiskup Cordileone poza bezdomnymi nie lubi również gejów. Wydał kontrowersyjny okólnik nakazujący parafiom zwalnianie katechetów o nietypowych skłonnościach seksualnych. Lubi natomiast wypić. W sierpniu 2012 roku został aresztowany za prowadzenie pod wpływem alkoholu samochodu z dwojgiem pasażerów – matką i zaprzyjaźnionym niemieckim księdzem. Dostał trzy miesiące nadzoru sądowego a ponadto musiał zapłacić grzywnę i zapisać się na terapię odwykową.

Bezdomny powiedział reporterom radia, że nawet wyjątkowo szybki refleks nie ratował jego znajomych szukających schronienia w portalach katedry przed przemoczeniem do suchej nitki. A o śpiących szkoda nawet mówić.

 

Newsweek.pl

Lech Kaczyński nadał 30 orderów ludziom ze SKOK-ów

psz/radioZet

20-03-2015

W 2007 roku Prezydent Lech Kaczyński nadał najwyższe odznaczenia państwowe twórcom SKOK-ów. Wśród nich był m.in. szef instytucji, przez którą później wyprowadzono majątek SKOK-ów.

Jak dowiedziało się Radio ZET, złote, srebrne i brązowe krzyże zasługi prezydent Kaczyński przyznał za wzorowe i sumienne wykonywanie obowiązków zawodowych przez zasłużonych pracowników Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo Kredytowych. Wśród odznaczonych byli między innymi, dwaj wiceprezesi Kasy Krajowej SKOK, trzech członków Rady Nadzorczej Krajowej SKOK i liczni prezesi poszczególnych kas.

Łącznie ordery otrzymało 30 osób, w tym późniejszy dyrektor Spółdzielczego Instytutu Naukowego. Według Komisji Nadzoru Finansowego instytucja ta brała udział w przekształceniach własnościowych, które zakończyły się wyprowadzeniem majątku ze SKOK-ów.

 

Łącznie ordery otrzymało 30 osób, w tym późniejszy dyrektor Spółdzielczego Instytutu Naukowego. Według Komisji Nadzoru Finansowego instytucja ta brała udział w przekształceniach własnościowych, które zakończyły się wyprowadzeniem majątku ze SKOK-ów.

Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski został też Grzegorz Bierecki, ale trudno znaleźć o tym jakąkolwiek informację, ponieważ Kancelaria Prezydenta się nią nie chwaliła. Uroczystość w Hotelu Sofitel Victoria w Warszawie poprowadził ówczesny doradca Prezydenta Andrzej Stelmachowski. Nie cały rok później do Sejmu trafił prezydencki projekt Prawa Spółdzielczego, który proponował przepisy wzmacniające niezależność Kasy Krajowej SKOK.

Czytaj także: Bierecki jak trędowaty. PiS nie broniło senatora związanego ze SKOK

Newsweek.pl

„Financial Times” o zgrzytach w Grupie Wyszehradzkiej. „Dlaczego Polacy uważają, że zawsze mają rację?”

Krzysztof Lepczyński, 20.03.2015
Viktor Orban i Ewa Kopacz podczas spotkania w kancelarii premiera w Warszawie

Viktor Orban i Ewa Kopacz podczas spotkania w kancelarii premiera w Warszawie (ADAM STĘPIEŃ)

„Rosja sieje niezgodę w Europie Środkowej” – pisze „Financial Times” o załamującej się współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Dziennik wskazuje, że Węgry, Czechy i Słowacja nie podzielają twardej, antyrosyjskiej polityki Polski, przez co stajemy się w tym gronie politycznym outsiderem.
„Financial Times” pisze o rozkładzie Grupy Wyszehradzkiej, skupiającej Polskę, Węry, Czechy i Słowację. Brytyjski dziennik przypomina niedawną wizytę Viktora Orbana, premiera Węgier, w Warszawie. Miała ona miejsce zaraz po przyjeździe Władimira Putina do Budapesztu.”Viktor, jesteśmy przyjaciółmi” – miała mówić Kopacz do Orbana. „Ale jak wiesz, przyjaciele powinni być wobec siebie szczerzy” – dodała. „Mówiąc wprost, premier mówiła: co do diabła, Viktor?” – mówi „Financial Times” polski urzędnik znający kulisy rozmowy. Gazeta pisze o „niedowierzaniu” polskiej premier wobec zbliżania się Węgier i Rosji, co prowadzi do rozbijania jedności krajów europejskich w kwestii ukraińskiej.

Jedność? „Nie łudźmy się”

Problem w tym, że europejska jedność staje się pustym sloganem. „Nie łudźmy się, to staje się coraz trudniejsze” – mówi o konsensusie w sprawie Ukrainy minister jednego z krajów Grupy Wyszehradzkiej. „Jeśli chodzi o Ukrainę, jedność jest naprawdę wystawiana na próbę. To może być początek końca. I szybko się o tym przekonamy” – zaznacza.

„Financial Times” podkreśla, że Orbana w krytycyzmie wobec antyrosyjskich sankcji po cichu wspierają Czechy i Słowacja. Mają mieć pretensje do Polski za twarde stanowisko wobec Rosji i starają się uczynić z Ukrainy „temat tabu”.

„Polacy próbują cały czas poruszać temat sankcji” – żali się jeden z dyplomatów dziennikarzom. „Mamy sankcje, one działają. Mamy jednak prawo do własnej polityki w sprawie Ukrainy, więc dlaczego oni uważają, że zawsze mają rację?” – pyta.

Szukanie porozumienia „bez sensu”?

Jak pisze „Financial Times”, zdaniem węgierskich dyplomatów twarde stanowisko Polski wynika z tego, że zyskała ona większą niezależność energetyczną wobec Rosji. Budapeszt takiego komfortu nie ma. Dlatego też, zdaniem dyplomatów cytowanych przez gazetę, szukanie porozumienia w sprawie unijnej polityki energetycznej jest „pozbawione sensu”.

„Bez kwestii Ukrainy i energetyki, dwóch kluczowych w regionie, efektywność Wyszehradu jako narzędzia polityki zagranicznej jest minimalna” – pisze „Financial Times”. I zaznacza, że jego członkowie przebąkują już o dwustronnych kontaktach, a nawet tworzeniu innych grup. „Jeśli jeden z czterech krajów w grupie agresywnie sprzeciwia się podejściu pozostałych, musimy zadecydować, czy nie lepiej jest porozumieć się w obrębie tej trójki – mówi jeden z dyplomatów.

Teoretycznie i praktycznie

Według dziennika Warszawę miało też „rozwścieczyć” powstanie tzw. grupy Austerlitz, czyli spotkania Czechów, Słowaków i Austriaków. Ci zapewniają jednak, że nie ma to na celu torpedowania współpracy w ramach Wyszehradu.

„Retorycznie może się nie zgadzamy, ale w praktyce wszyscy wiemy, że lepiej działać razem” – mówi „Financial Times” Rafał Trzaskowski, minister ds. europejskich w KPRM. – Oczywiście, że są różnice, zwłaszcza w sprawach Rosji i Ukrainy. Ale pracujemy, by znaleźć kompromis, który jest odzwierciedlany na poziomie UE” – zapewnia polski urzędnik.

Cały tekst na stronach „Financial Times”.

Zobacz także

TOK FM

Żakowski: Jeśli sprawa SKOK też się rozejdzie, zacznę się czuć jak idiota, że jeszcze nie kradnę

Krzysztof Lepczyński, 20.03.2015
Jacek Żakowski

Jacek Żakowski (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

Dlaczego Polska nie potrafi rozliczyć afer i skandali? – zastanawiali się publicyści w Poranku Radia TOK FM. – Rzeczywiście, to wezwanie IV RP, że trzeba szarpnąć cuglami, ale mądrze, żeby palców nie powyrywać, jest konieczne – stwierdził Jacek Żakowski.
Publicyści rozmawiali w Poranku Radia TOK FM o sprawie SKOK-ów. – Polska tu odstaje od standardów obowiązujących w wielu krajach demokratycznych pod względem nieodpowiedzialności i nierozliczalności – mówił Jacek Żakowski. – Problemem jest, jakiego rodzaju postawy wybiera państwo wobec takich sytuacji. Nie mówię tylko o SKOK, ale też bankach, które dawały frankowe kredyty bez opamiętania – wskazywał prowadzący audycję.Za batonik karzemy. A za malwersacje…Tomasz Lis, redaktor naczelny „Newsweeka”, zaznaczył, że nie potrafimy rozliczyć nie tylko afer finansowych. – Mieliśmy w tym studiu 170 dyskusji o odpowiedzialności. Za sprawę Blidy, ekscesy IV RP. Czy ktokolwiek poniósł jakąkolwiek odpowiedzialność? Nie jesteśmy w stanie wyegzekwować odpowiedzialności. Znaleźć 20 prokuratorów, którzy się znają na finansach i z determinacją przez lata będą prowadzić sprawę. Ja nie wiem, czy w ogóle tylu w Polsce jest – wskazywał publicysta.

– Mam wrażenie, że część prokuratorów od jakiegoś czasu zezuje w prawą stronę i jest liberalna i opieszała względem dokonań pewnych polityków. Bo a nuż przejmą władzę, więc lepiej być grzecznym – dorzucił Lis. – Że karierowicze zezują, to uniwersalny problem. Chodzi o jakość systemu wymierzania sprawiedliwości. Przyjęliśmy żelazną zasadę w Polsce, że w niepoważnych sprawach, jak batonik, karzemy. A w poważnych sprawa się toczy tak długo, aż zdechnie – mówił Żakowski.

Znów trzeba szarpnąć cuglami?

– Odwołam się do książek Juliusza Bandrowskiego. Sparafrazuję go, mówiąc, że mamy śmietnik postpeerelowski. Mamy wiele rzeczy niedokończonych, niewyjaśnionych – mówił Tomasz Wołek. – I mamy też śmietnik III RP, tak jak Bandrowski mówił o śmietniku II RP. Nie chcę wiać w żagle IV RP, ale nie dajmy się zwariować. Trzeba powiedzieć, że jest tu dużo śmietnika, który ciągnie się za nami i nie umiemy się z tym uporać – zaznaczył publicysta.

– Jak IV RP była u szczytu potęgi, mieliśmy diagnozę, że ona wychodzi ze słusznych przesłanek i używa niesłusznych narzędzi – mówił Żakowski. – I te niesłuszne narzędzia spowodowały, że trudno wracać nawet do słusznych przesłanek. I jak mówimy o ściganiu, karaniu, sprawiedliwości, zaraz myślimy: to doprowadzi do nadużyć. Niekoniecznie! – zauważył.

– Rzeczywiście, to wezwanie IV RP, że trzeba szarpnąć cuglami, ale mądrze, żeby palców nie powyrywać, jest konieczne – stwierdził wreszcie Żakowski. – Jeśli kolejna sprawa się tak rozejdzie, zacznę się czuć jak idiota, że jeszcze nie kradnę – skwitował.

Zobacz także

TOK FM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: