In vitro (01.04.15)

 

Matka Andrzeja Dudy zbierała na uczelni podpisy dla syna. „Mama to Mama”

Andrzej Duda wyjaśnił, że "mama to mama"
Andrzej Duda wyjaśnił, że „mama to mama” Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Środowy „Fakt” napisał o matce Andrzeja Dudy, która podczas zajęć prosiła studentów krakowskiej AGH o złożenie podpisów popierających kandydaturę jej syna. Sprawę skomentował już Joachim Brudziński.

– Atakowano już teścia Andrzeja Dudy, atakowano jego córkę, (…), była już afera śmieciowa rzekomo. Dzisiaj atakuje się jego mamusię. Wie pan co, została jeszcze tchórzofretka. Andrzej Duda ma tchórzofretkę, więc czekam, kiedy zostanie również zaatakowana – oznajmił poseł na antenie radia RMF FM.

Informacja utrzymująca, że Andrzej Duda jest właścicielem tchórzofretki, zaintrygowała cześć internautów. Z tego względu kandydat PiS umieścił na Twitterze fotografię, która dowodzi prawdziwości słów Brudzińskiego.

Duda: Mama to Mama
Ponadto Duda wyjaśnił, że „mama to mama, a podpis to nie głos”, dodając, iż „nie pomyślałby nawet, by rodziców do czegokolwiek namawiać”.

W podobnym tonie wypowiedział się Brudziński. – Andrzej Duda zebrał ponad 1,6 mln podpisów i twierdzenie, że Andrzej Duda musiał prosić swoją mamę…. Mama to mama – uciął poseł.

Prof. Janina Milewska-Duda pracuje na Wydziale Energetyki i Paliw Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. W środę „Fakt” opublikował nagranie, na którym słychać, jak profesor prosi studentów o wsparcie kandydatury syna podpisami.

Nagranie wykonano podczas zajęć akademickich. Wynika z niego, że prof. Milewska-Duda sama przyznała studentom, że „tego na zajęciach robić nie wolno”.

„Kopacz mówiła o hienach cmentarnych”
Rozmawiając z radiem RMF FM, Brudziński nie ograniczał się oczywiście do wątków rodzinno-domowych. Na początku wywiadu chętnie skomentował na przykład wtorkowe wystąpienie Ewy Kopacz, która w ekspresowym tempie podsumowała sześć miesięcy swoich rządów.

Brudzińskiemu nie spodobał się między innymi fragment, w którym premier wspomniała o „narastającym radykalizmie naszych oponentów”. Dlatego poseł przypomniał o kontrowersyjnych wywodach Stefana Niesiołowskiego oraz słowach samej Kopacz.

– Jako marszałek Sejmu, pełna miłości i pokoju, zwracała się pod adresem opozycji takimi słowy, jak „szubrawcy”, „hieny cmentarne” – zauważył Brudziński.

źródło: RMF FM

naTemat.pl

Łagodna twarz PiS-u? To tylko wyborcza maska. Andrzej Duda to katolicki radykał, który wierzy w zamach

Wizerunek Andrzej Dudy nie jest tak dobry, jak to kreuje jego sztab.
Wizerunek Andrzej Dudy nie jest tak dobry, jak to kreuje jego sztab. Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

Andrzej Duda to łagodniejsza twarz Prawa i Sprawiedliwości. Tak przynajmniej stara się go przedstawić sztab. Ale wypowiedzi Dudy mówią same za siebie. Zarówno jeśli chodzi o treść, jak i o formę, Duda to radykał. Choć na tle swojego otoczenia i tak wypada blado: jego asystentka stawiała szkocką za spalenie tęczy na pl. Zbawiciela.

Piękna wiosenna niedziela w małopolskiej Lipnicy Murowanej. Na tradycyjnym konkursie palm wielkanocnych pojawia się Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta. Uśmiechnięty, wita się z Elżbietą Bieńkowską z PO i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem z PSL. Kolejna scenka: Londyn, początek marca. Andrzej Duda spotyka się z emigrantami, kilka dni później internet podbija jego zdjęcie z szeroko uśmiechniętą studentką. 31 marca, polityk odwiedza Łuków. Jego sztab nie traci okazji, by wrzucić do sieci zdjęcie kandydata z misiem, symbolem miasta.

To dokładnie przemyślana strategia: Duda ma walczyć o elektorat, dla którego prezes Kaczyński jest zbyt ostry. O tych, którzy widzą, że w Polsce źle się dzieje, ale nie chcą powtórki z IV RP. Poprzednia kampania przebiegała pod znakiem ocieplania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego. Teraz wizerunku nie trzeba zmieniać, wystarczy go wykreować. Bo prawdziwa twarz Andrzeja Dudy jest mało znana.

Smoleńsk: był wybuch
Duda jest jednym z niewielu młodych polityków PiS, którzy dopuszczają możliwość zamachu. – Mówienie, że nie doszło do zamachu jest zakłamaniem. Dotąd nie wiemy, na bazie jakich dokumentów powstał raport komisji Millera – mówił w 2012 r. w naTemat. Dwa lata później był jeszcze bardziej stanowczy: – Wszystko, co miałem do tej pory okazję wysłuchać na zespole Antoniego Macierewicza, wskazuje, że doszło do wybuchu – mówił w 2014 r. w Polskim Radiu.

Duda, kiedy jeszcze był posłem do Sejmu, zasiadał w prezydium zespołu Antoniego Macierewicza. Przez to też miał bliskie związki z Klubami Gazety Polskiej, w których przekonanie o zamachu jest jednym z fundamentów postrzegania polityki. Duda często pojawia się na uroczystościach Klubów, już jako kandydat na prezydenta był na VIII Zjeździe Klubów Gazety Polskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Dzielenie Polaków
Także podczas spotkania KGP, tym razem w Krakowie, dał dowód, że jest hipokrytą. Krytykuje Bronisława Komorowskiego za „dzielenie Polaków”. Sam jeszcze niedawno robił to wprost. – Dzisiaj dzielę Polskę na dwa obozy patrząc w telewizor: jeden to jest obóz propaństwowy, a drugi to jest obóz antypaństwowy – mówił Duda.

Podobnie Polskę dzielił PiS w 2005 roku. Wtedy główną osią kampanii wyborczej był podział na Polskę liberalną (reprezentowaną przez PO) i Polskę solidarną (tę PiS). Jak widać, Andrzej Duda wcale tak bardzo nie odróżnia się od Jarosława Kaczyńskiego. I choć sam podział w kampanii nie jest niczym złym, to hipokryzja już tak.

Defetyzm
Ale jest coś jeszcze gorszego, co źle wpływa na nasz narodowy zapał do pracy. To defetyzm, który jest nieodłączną częścią retoryki PiS. Jest on tak głęboko zakorzeniony w umysłach polityków tej partii, że nie potrafią się go wyzbyć nawet na wydarzeniach, które z założenia mają pokazywać co zrobić, żeby było lepiej. Tak było podczas zeszłorocznego Kongresu Obywatelskiego, gdzie prof. Piotr Gliński, szef rady programowej PiS, skupił się na mówieniu jak dramatycznie źle jest w kraju. Na to, co zrobić, by było lepiej, zabrakło już czasu.

Podobnie o naszym kraju mówi zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Andrzej Duda. – Czas skończyć z niszczeniem Polski powiatowej. Wszystko na obrzeżach jest likwidowane. Znikają urzędy pocztowe, sądy, komunikacja, komisariaty policji, wszystko to, co ludziom normalnie pozwalało funkcjonować, co umożliwiało, godziwe życie – mówił Duda w Opatowie.

Kondominium
– Polska nie ma suwerennej polityki zagranicznej – przekonuje kandydat PiS. – Płynięcie w głównym nurcie to nie suwerenna polityka zagraniczna. Osiem lat rząd nie prowadził suwerennej polityki zagranicznej. Ostatnia suwerenna polityka to była polityka pana prezydenta profesora Lecha Kaczyńskiego – dodawał na innym ze spotkań.

Od tego blisko już do nazwania Polski kondominium rosyjsko-niemieckim, jak mówił to we wrześniu w 2010 roku. W 2012 o polskiej polityce zagranicznej Kaczyński pisał tak:

JAROSŁAW KACZYŃSKI

Niestety z bólem trzeba powiedzieć, że ta ignorancja wobec Polski, jej historii i znaczenia w świecie, jest negatywnym efektem naszej obecnej polityki zagranicznej. Polska dyplomacja jest słaba i nie potrafi w sposób należyty zadbać o nasze interesy. Prawo i Sprawiedliwość żąda natychmiastowej reakcji władz Polski, Prezydenta RP i Premiera RP. Czytaj więcej

Obietnice z kosmosu
Kampania wyborcza jest od obiecywania. Wiadomo. Obietnice wyborcze Andrzeja Dudy wyceniono na 250 mld zł. To między innymi zupełnie nierealne przywrócenie dawnego wieku emerytalnego, wypłata 500 zł miesięcznie na każde dziecko czy zwiększenie zakresu programu Mieszkanie dla młodych.

Ale są też obietnice mniejszego kalibru. Jak na przykład przywrócenie województwa częstochowskiego. To samo obiecywał też Jarosław Kaczyński. – To dobrze, że pan prezes Jarosław Kaczyński taką deklarację złożył, bo wierzę w to głęboko, że będzie w przyszłości premierem i jako premier przygotuje taki rządowy projekt – komplementował szefa Duda.

Katolicki fundamentalizm
Radykalne sądy Dudy ujawniły się w pełni, kiedy dyskutowano o in vitro. Początkowo Duda unikał odpowiedzi wprost. W końcu przyznał, że popiera stanowisko Episkopatu. Później jeszcze dodał, że jest przeciwnikiem tej metody. – To w znacznym stopniu oszustwo – obwieścił podczas jednego ze spotkań wyborczych.

Równie stanowczo Duda mówi o konwencji antyprzemocowej Rady Europy, którą nazwał „lewackim aktem”. – Ratyfikacja jest to akt szkodliwy, ale przede wszystkim niepotrzebny – mówił jeszcze przed sejmowym głosowaniem nad ratyfikacją. Równi ostro protestowali najbardziej skrajni posłowie prawicy, m.in. Beata Kempa czy Marzena Wróbel.

Złe otoczenie
Andrzej Duda, jak chłopak z osiedla, wpadł w złe środowisko. Choć sam stara się kreować na łagodnego, w jego najbliższym otoczeniu nie brakuje ludzi o skrajnych poglądach. Kandydata PiS nie odstępuje na krok jego asystentka Magdalena Żuraw. Poza tym, że była „aniołkiem Kaczyńskiego”, wsławiła się tym, że oferowała „najlepszą szkocką whisky” za spalenie tęczy na placu Zbawiciela.

Na pierwszym froncie medialnej walki jest rzecznik Marcin Mastalerek, znany między innymi z ostrego języka i nieco przyciężkich porównań. – Donald Tusk niczym jego przyjaciel Putin będzie rugał lub chwalił swoich ministrów – pisał w 2012 roku o przeglądzie ministrów. Przez kilka lat nie stracił ostrości języka, ani nie nabrał finezji w atakowaniu przeciwników. – Ten błazen, winiarz, milioner spod Biłgoraja? On startuje po to, by obrażać Dudę – mówił o Palikocie.

Andrzej Duda mocno walczy o centrum, żelazny elektorat PiS nie wystarczy, by zagrozić Bronisławowi Komorowskiemu. Dlatego wyborcom przedstawiany jest nie prawdziwy Andrzej Duda, ale wizerunek atrakcyjny dla wyborców. Ten prawdziwy jest znacznie mroczniejszy.

naTemat.pl

Zbierała podpisy dla Dudy na uczelni. „Mama to Mama. A podpis to nie głos”

tw, 01.04.2015
Lublin. Plac Litewski. Wiec wyborczy Andrzeja Dudy

Lublin. Plac Litewski. Wiec wyborczy Andrzeja Dudy (JAKUB ORZECHOWSKI)

„Kandydat PiS na prezydenta wyłożył się na całego. Poprosił mamę, by zbierała na niego podpisy… na uczelni!” – donosi „Fakt”. Andrzej Duda zaprzecza. „Nie pomyślałbym nawet, by Rodziców do czegokolwiek namawiać…” – napisał na Twitterze.
„Jestem mamą Andrzeja Dudy, który startuje jako kandydat na prezydenta. Prosił jeśli mogę, zebrać od studentów podpisy, więc kto będzie chciał, proszę mi się tutaj podpisać na listy, ja tak poślę rzędami. Oczywiście jest to nieformalna sprawa. Tego na zajęciach robić nie wolno” – miała powiedzieć według „Faktu” Janina Milewska-Duda, rozpoczynając zajęcia ze studentami na krakowskiej AGH.
Jak podaje tabloid, dowodem jest nagranie wykonane przez jednego ze studentów Wydziału Energetyki i Paliw Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

„Na prośbę syna, doktora prawa, prawo złamała, bo w szkołach agitować nie wolno. A zaledwie kilka tygodni temu PiS zaciekle krytykował sztab Bronisława Komorowskiego, który do kampanii zaangażował dzieci” – analizuje na pierwszej stronie swojego wydania tabloid.

Do sprawy odniósł się Andrzej Duda. „Nie pomyślałbym nawet, by Rodziców do czegokolwiek namawiać… Mama to Mama. A podpis to nie głos” – napisał kandydat PiS na prezydenta, gdy na Twitterze pojawiła się środowa okładka tabloidu.

gazeta.pl

Grzegorz Braun zapowiada kontrrewolucję

Fot. Grzegorz Braun

– Jestem monarchistą i uważam, że tylko podniesienie Korony Polskiej otworzy przed nami na powrót szeroką perspektywę dziejową – mówi Grzegorz Braun. Postuluje „kontrrewolucję we wszystkich niemal dziedzinach

Podpisy w PKW złożył ostatniego dnia – 26 marca. Było ich prawie 127 tys. Na stronie „w ciągu najbliższych dni” ma pojawić się jego program wyborczy, a na razie Braun odwołuje się do wywiadu udzielonego Janowi Bodakowskiemu.

Ordynacja większościowa w okręgach jednomandatowych

Kandydat na prezydenta zapowiada zmianę systemu wyborczego. Chce zmniejszenia liczby reprezentantów wybieranych na każdym szczeblu przy założeniu, że w gminach mieszkańcy sami powinni decydować, ilu potrzebują radnych. Oprócz tego chce wprowadzenia ordynacji większościowej i okręgów jednomandatowych.

Uzupełnieniem tych reform mają być zmiany w systemie fiskalnym. „Maksymalnie uproszczone podatki powinny być zbierane właśnie przez gminy, które płacić powinny stosowną działkę za opiekę rządu centralnego – nie zaś odwrotnie” – mówił Bodakowskiemu (kolejne cytaty także z tego wywiadu).

Zmiany mają objąć system emerytur. Braun chce „ubruttowienia wypłat – z przeniesieniem powinności opłacania ZUS z pracodawcy na pracobiorcę już po odebraniu całej pensji”. Oprócz tego podatkiem podstawowym ma się stać podatek pogłówny (jedna z najstarszych form opodatkowania; polega na tym, że każdy płaci określoną kwotę podatku).

Przez ustrój prezydencki do monarchii

Braun szuka zastępstwa dla demokracji, która jego zdaniem jest „systemem fasadowym – w którym przy zachowaniu pozorów ludowładztwa w rzeczywistości rządzą mafie, służby i loże”

„Alternatywa może być dwojaka: albo autorytaryzm świecki i kolektywistyczny, tj. zwyczajny zamordyzm, po prostu rządy jakiejś junty – albo też autorytaryzm uświęcony, tj. właśnie katolicka monarchia”.

Braun, który chce wprowadzić do konstytucji powołanie Rady Regencyjnej, zdaje sobie sprawę, że przy obecnym systemie prawnym jest to nie możliwe. Dlatego przejściowo proponuje wprowadzenie ustroju prezydenckiego, który umożliwi forsowanie dalszych pomysłów.

Jak najmniej państwa

„Interwencjonizm państwowy powinien być zawsze limitowany do minimum – stwierdza Braun. Obecność państwa widzi tylko w takich dziedzinach jak wojsko, policja, sądy i centralny aparat fiskalny, a „wszystko inne niechaj będzie zależne od uznania władz gminnych i regionalnych – i od fantazji przedsiębiorczych Polaków”.

Jedyną kwestią, w której państwo może ingerować w gospodarkę, jest jego obronność. Braun uważa, że Wojsko Polskie powinno móc kupować na wszystkich rynkach i nie koniecznie w trybie przetargu publicznego.

Chce przeprowadzić dywersyfikację sądów, dając możliwość wyboru sądu, przed którym chce stanąć obywatel.

Rozliczmy się z przeszłością

„Członkowie przestępczych organizacji, aparatu sowieckiej władzy i propagandy w Polsce: funkcjonariusze KPP, PPR i PZPR, kadra oficerska LWP, funkcjonariusze bezpieki wojskowej oraz UB/SB, funkcyjni redaktorzy i producenci prasy, radia i telewizji w PRL – oni wszyscy nie powinni w spokoju konsumować owoców swego zaprzaństwa i zdrady, a ich rodziny nie powinny cieszyć się większym komfortem życia codziennego niż rodziny ich ofiar” – mówi Braun.

Jak chce się rozliczyć z przeszłością? Czerpiąc z procesów norymberskich i wprowadzając ustawę dekomunizacyjną.

Powrót do „normalności”

Braun chce zmian w systemie edukacji, bo – jak mówi – „do dziś kolejne pokolenia urabiane są w tym systemie kołłątajowsko–stalinowskim – oczywiście w duchu postępowo-rewolucyjnym. Dziś służy propagandzie marksizmu kulturowego (tzw. poprawności politycznej), dezinformacji (przykład: brednia globalnego ocieplenia) i deprawacji (patrz: akcja „genderyzacji”)”.

Do normalności chce sprowadzić Polaków z pomocą swojego programu „Kościół – Szkoła– Strzelnica”.

Kara śmierci – tak, aborcja – nie. Sojusz z WatykanemBraun chce przywrócić karę śmieci dla „rozmyślnych morderców, zdrajców stanu, szpiegów i dezerterów w obliczu wroga”. Ma ona gwarantować utrzymanie suwerenności państwa.

Jest przeciwny aborcji, in vitro oraz propagowaniu zachowań szkodliwych dla zdrowia, homoseksualizmu, nikotynizmu czy hazardu. „Wspólna wola polityczna głowy państwa i mobilizacja opinii zdrowo myślącej i reagującej większości może przyspieszyć powrót do normalności, tj. np. do nazywania choroby chorobą i dewiacji dewiacją” – komentuje Braun.

„Z jakim państwem powinien nas wiązać stały, najbardziej niezłomny sojusz? Z Watykanem, ma się rozumieć”. Oprócz Watykanu, Braun zapowiada „pilne” ożywienie kontaktów z Mińskiem, Ankarą, Oslo, Sztokholmem i Pekinem.

Uwolnić przedsiębiorczość

Braun chce zwrócić Polakom „wolności dysponowania własnymi, ciężko zapracowanymi pieniędzmi”. W zamian za to zapowiada likwidację urzędów pracy i ośrodków pomocy społecznej.

Wolność gospodarcza ma wpłynąć także na powstanie nowych mediów. Obecne traktuje je jako „reżimowe” i twierdzi, że abonament jest kolejnym podatkiem.

Reżyser filmów dokumentalnych. Biografia Grzegorza Brauna

Grzegorz Braun urodził się w 1967 r. w Toruniu. Jest absolwentem polonistyki Uniwersytetu Wrocławskiego i studiów reżyserskich na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. W latach 80. działał jako opozycjonista. Zajmował się kolportażem i organizowaniem akcji Pomarańczowej Alternatywy i Solidarności Polsko-Czechosłowackiej. Uczestniczył w strajkach Niezależnego Zrzeszenia Studentów na Uniwersytecie Wrocławskim.

Na początku lat 90. był publicystą miesięcznika „Opcja na prawo”, a następnie „Frondy”. Od 1994 r. jest reżyserem filmów dokumentalnych i seriali, autorem takich filmów jak „Eugenika w imię postępów”, „Towarzysz generał” czy „Defilada zwycięzców”. W twórczości odwołuje się do historii Polski i idei obrony życia i godności człowieka.

Był wielokrotnie sądzony za głoszone w swoich filmach stwierdzenia. W 2014 r. Trybunał w Strasburgu przyznał Grzegorzowi Braunowi rację w sądowym sporze o prawo do upublicznienia informacji o współpracy prof. Jana Miodka z SB. Jak podaje jego biografia na stronie internetowej, „wcześniej sądy III RP wszystkich instancji nakazywały reżyserowi przeprosiny za mówienie prawdy – czemu się nie podporządkowywał, płacąc za to m.in. utratą pracy, stając się obiektem nagonki medialnej i wieloletniej windykacji komorniczej”.

Ostatni raz przed sądem stanął w sprawie wtargnięcia do siedziby PKW jesienią 2014 r. Został tam zatrzymany razem z grupą 12 osób i oskarżony o naruszenie miru domowego. Dzień po złożeniu list z podpisami poparcia dla swojej kandydatury na urząd prezydenta został skazany na karę grzywny. Zapowiedział apelację.

 

Małgorzata Łubik, serwis.MamPrawoWiedziec.pl

TOK FM

Prof. Piontek: Poznańscy wyborcy mogą zatęsknić za Grobelnym

Tomasz Cylka, 01.04.2015
Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania

Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania (PIOTR SKÓRNICKI)

Jeśli dalej prezydent będzie tak prowadził politykę, to ludzie szybko zatęsknią za Ryszardem Grobelnym. Nie zdziwiłabym się, gdyby za trzy lata powrócił on na stanowisko, jeśli oczywiście wystartowałby w wyborach – mówi prof. Dorota Piontek, politolog z UAM.
TOMASZ CYLKA: Prezydent Jacek Jaśkowiak coraz częściej nie znajduje wspólnego języka ze swoją partią. chce udowodnić, że nie będzie w stu procentach zależny od Platformy Obywatelskiej?Dorota Piontek: Prezydent chce teraz wyraźnie pokazać autonomię. Co prawda przed wyborami zapewniał, że nie będzie zależny od władz PO w Warszawie, ale dziś już widać, że to od lokalnej PO chce się odróżnić. Prezydent wie doskonale, że dzięki bezpośrednim wyborom ma mocny mandat do sprawowania władzy. Zdaje sobie sprawę, że to jego mieszkańcy będą rozliczać z obietnic wyborczych, a nie całą partię, którą on reprezentuje. Jeśli zatem teraz jego wizja i pomysły na miasto są inne niż członków Platformy, to będzie pokazywał, że potrafi postawić na swoim.Ale Jaśkowiak partii wiele zawdzięcza. To członkowie PO harowali na niego w kampanii wyborczej. Partia pewnie dała też sporo pieniędzy na plakaty i billboardy. Chyba liderzy mają prawo wymagać, żeby konsultował z nimi przynajmniej niektóre decyzje?

– Polityka to gra zespołowa. Kto uważa, że jest inaczej, prędzej czy później ponosi porażkę. Ale dobrze wiemy, że przed wyborami nikt z PO w Jaśkowiaka nie wierzył. Wystawiano go, bo innego kandydata brakowało. Jaśkowiak był jak Andrzej Duda, obecny kandydat PiS na prezydenta. Partia i prezes go wystawili, ale tak naprawdę, jak przegra, to wszyscy powiedzą, że to Andrzej Duda poniósł klęskę, a nie PiS. Ale jeśliby się udało, to ojców sukcesu będzie wielu. Tak jest właśnie z Jaśkowiakiem. Wygrał i jest dla Platformy swoim człowiekiem. Jednak po wyborach było kilka sytuacji, kiedy Jaśkowiak posłuchał członków partii. Teraz idzie pod prąd.

Tak jest np. w sprawie Jarosława Pucka, szefa ZKZL. PO chce zmiany na tym stanowisku, ale prezydent daje do zrozumienia, że go ceni i chętnie zostawi. Sprawdza, na ile mu partia pozwoli?

– Ta sytuacja jest kolejną, która dowodzi, że PO nie była przygotowana na zwycięstwo w wyborach na prezydenta Poznania. Gdyby było inaczej, wiele rzeczy – także personalnych – zostałoby już wcześniej ustalonych. Także to, czy prezesem nadal ma być Jarosław Pucek, który opowiedział się przecież stanowczo po stronie Ryszarda Grobelnego, czy jednak dokonujemy zmiany, bo tego oczekują mieszkańcy. A teraz obie strony prowadzą w tej sprawie zakulisowe rozgrywki. Spór o Pucka pokazuje, że niezależnie od jego kompetencji na tym stanowisku, partia nie miała gotowego scenariusza.

Konkurs w ZKZL budzi emocje. Prezes spółki podpisuje akty notarialne z kancelarią żony obecnego prezydenta. Najpierw mówi, że dotyczy to tylko dwóch dokumentów, potem jego przeciwnicy dostarczają kopie 28 i są etyczne wątpliwości. Powinien w tej sytuacji zrezygnować ze startu w konkursie?

– Tu nie ma zero-jedynkowego rozstrzygnięcia. Wbrew pozorom Poznań to nie jest wielkie miasto. Urzędnicy się znają, w niektórych przypadkach pewnych relacji ukryć się nie da. Dobrze, że prezydent znajomości z prezesem się nie wypiera i sytuacja jest dla wszystkich czytelna. To bardziej sam Pucek powinien sobie odpowiedzieć, czy bliska znajomość z prezydentem działa teraz na jego korzyść czy też nie. Jakiekolwiek będzie jego rozstrzygnięcie, krytyków nie zabraknie. Wybiorą go, to powiedzą: „znajomy prezydenta”. Nie wybiorą, to usłyszymy – „prezydent uległ Platformie”. Tu nie ma prostej odpowiedzi i rzeczywiście pozostają tylko etyczne wątpliwości.

Ale działacze PO argumentują, że ludzie głosowali za zmianami, więc zmieńmy Pucka. To brzmi logicznie.

– Po tę argumentację partie sięgają w zależności od sytuacji. Ktoś nie chce Jarosława Pucka, to mówi o zmianie. Ale zaraz pojawi się ktoś inny, kogo warto na określonym stanowisku zostawić i pojawi się hasło „nie róbmy w urzędzie rewolucji”. Ale żeby oddać sprawiedliwość, tak się dzieje nie tylko w polityce i nie zawsze ma to logiczne uzasadnienie.

Może dlatego Anna Szpytko, była rzeczniczka prezydenta Grobelnego, zostaje teraz dyrektorem wydziału zdrowia. To nie jest chyba ta zmiana, za którą cztery miesiące temu głosowali poznaniacy?

– Nie chcę wchodzić w oceny personalne, bo być może była pani rzecznik jest sprawną i kompetentną urzędniczką, ale dla elektoratu Jacka Jaśkowiaka ta decyzja jest zupełnie niezrozumiała i zaskakująca. To może być też dla wyborców pewien sygnał, że Ryszard Grobelny nadal ma wpływy na pl. Kolegiackim.

Kiedy skończy się cierpliwość poznaniaków, którzy od Jaśkowiaka oczekiwali rewolucji?

– Szczególnych objawów zniecierpliwienia nie widzę. Ale trudno nie zauważyć, że z tego kampanijnego entuzjazmu dla zmian niewiele zostało. Wyborcy Jaśkowiaka są na pewno rozgoryczeni, co będzie skutkować pewną apatią polityczną. Jedyne, co teraz poznaniacy kojarzą z kadencją obecnego prezydenta, to usunięcie samochodów z parkingu na pl. Kolegiackim i nieszczęsne zapowiedzi o poszerzaniu granic Poznania i zwężaniu dróg dojazdowych do miasta, co ma utrudnić życie okolicznym gminom. Jeśli dalej prezydent będzie tak prowadził politykę, to ludzie szybko zatęsknią za Ryszardem Grobelnym. Nie zdziwiłabym się, gdyby za trzy lata powrócił on na to stanowisko, jeśli oczywiście w wyborach by wystartował.

Może dlatego Jaśkowiak chce zostać mediatorem między Komitetem Odbudowy Pomnika Wdzięczności a dyrekcją Festiwalu Malta? I apeluje, by w 1050. rocznicę chrztu Polski unikać jakichkolwiek prowokacji i kontrowersji?

– Jestem przeciwna takiemu stawianiu sprawy. Nie jest rolą prezydenta angażowanie się w festiwale, miejskie eventy czy imprezy. To nie są jego kompetencje. Komitet Odbudowy Pomnika Wdzięczności działa już od kilku lat i to jest sprawa, którą żyją poznaniacy od dłuższego czasu. Program przyszłorocznego festiwalu teatralnego to niejako antycypowanie przyszłych wydarzeń. Prezydent powinien być w tych sprawach szczególnie powściągliwy. Mediatorem można być w przypadku konfliktu, a to są dwa zupełnie różne wydarzenia.

Zobacz także

poznan.gazeta.pl

Żakowski do Biedronia: „Co teraz? Stanie pan na czele lewicy?”. A ten bez wahania: „Nie. Mam umowę z mieszkańcami mojego miasta”

psm, 01.04.2015
Robert Biedroń

Robert Biedroń (Robert Korybut-Daszkiewicz)

– Nie od tego jest dzisiaj Biedroń, żeby tworzyć nową lewicę – przekonywał w rozmowie z Jackiem Żakowski Laureat Nagrody Radia TOK FM im. Anny Laszuk – Robert Biedroń. Prezydent Słupska zadeklarował jednoznacznie: – Mam swoją misję, swoją umowę z mieszkańcami mojego miasta i zamierzam się w to angażować przez najbliższe cztery lata.
Robert Biedroń został laureatem Nagrody Radia TOK FM im. Anny Laszuk za rok 2014. Nominowany był za to, że dzięki osobistym walorom, takim jak kultura osobista, takt i szacunek dla innych ludzi, zjednał sobie społeczność Słupska, która obdarzyła go zaufaniem, oddzielając sprawy publiczne od spraw prywatnych i dając tym samym nadzieję na jeszcze większe zmiany mentalności społecznej.Laureat nagrody był gościem w Poranku TOK FM.Jacek Żakowski: No i co teraz? Grzegorz Napieralski zapowiada budowanie nowej lewicy po wyborach parlamentarnych. Pan stanie na jej czele?

– Nie, dlaczego? To Grzegorz Napieralski tworzy tę nową lewicę. Ja oczywiście kibicuję, bo ubolewam nad tym, że dzisiaj jesteśmy na pustyni lewicowej, gdzie nic się nie dzieje. A jest co zbierać, jest co tworzyć. Dzisiaj lewica jest w rozsypce, jest wiele ciekawych postaci, które można zebrać. Jak się znajdzie dobry generał, to jest to do zrobienia.

No właśnie: Robert Biedroń.

– Nie, ja mam swoją misję, swoją umowę z mieszkańcami mojego miasta i zamierzam się w to angażować przez najbliższe cztery lata.

Czyli nie będzie pan kandydował w wyborach parlamentarnych.

– Nie. Na pewno.

Ale liderowanie partii czy jakiemuś ruchowi politycznemu to co innego. To nie narusza pańskiej roli w Słupsku.

– Ale jest czasochłonne i energochłonne, a ja jestem od tego, żeby załatwiać różne sprawy w Słupsku. Słupsk staje się centrum debaty, jest coraz więcej gości, jest ferment dyskusyjny wokół takich miast jak Słupsk. Ostatnio zrobiliśmy ciekawą debatę z Edwinem Bendykiem na temat polskich miast i tych zmian powyborczych, zjazd progresywnych burmistrzów i prezydentów.

Robimy wiele ciekawych rzeczy, które promieniują na cały kraj i temu chciałbym się poświęcić, a nie tworzeniu lewicy. Przy tworzeniu lewicy będzie bardzo wiele ambitnych i zdeterminowanych osób i będę im kibicował, ale nie od tego jest dzisiaj Biedroń, żeby tworzyć nową lewicę.

Jednak wrażenie, że jest wiele ambitnych i zdeterminowanych osób, to nie jest wrażenie, za którym by szło przekonanie, że z tego da się coś zbudować.

– Ale nic nie gwarantuje, że za Biedroniem pójdą. Trzeba budować wiarygodność lewicy. Jeżeli stworzą coś Grzegorz Napieralski, Andrzej Rozenek, Wanda Nowicka, Anka Grodzka, Barbara Nowacka…

… Magdalena Środa, Kazimiera Szczuka. Prawie same kobiety.

– Nareszcie! Nareszcie są kobiety w polityce. Można dużo złego mówić o Palikocie, chociaż ja go cenię, ale to dzięki niemu zafunkcjonowały te kobiety. To mu trzeba oddać. Myślę, że jeżeli Grzegorz Napieralski ma jakiś plan, to powinien on obejmować w dużej części te kobiety.

Nadaje się na lidera?

– Ja mam złe doświadczenia z tej współpracy. Ale Grzegorz uczy się trochę na tych błędach, wyciąga wnioski, dzisiaj rozmawia dość szeroko. To może być recepta na sukces. Jednak nie wiem, czy to powinien być Grzegorz.

A kto powinien być takim liderem?

– To naturalnie się wyłoni. Jak patrzę na talenty Anny Grodzkiej, Wandy Nowickiej, Andrzeja Rozenka, to tam jest talent liderstwa. Palikot musi odpocząć. To wspaniała postać polskiej polityki, wprowadza potrzebny ferment do polityki. Ale dzisiaj się pogubił w tym wszystkim. Ja mu bardzo kibicuję, to wizjoner. Być może potrzebny jest ktoś, kto ma wizję rozwoju lewicy; żeby wiedział, w którą stronę ten okręt ma płynąć. W 2011 Palikot tę wizję miał.

A potem miał inną. A potem jeszcze inną. To człowiek, który miewa wizje, a nie ma wizję.

– I przegrywa, kiedy zmienia wizję, kiedy staje się to chwiejne. Może jak odpocznie, to wróci.

Jak to w Słupsku wygląda, przekonał pan nieprzekonanych?

– Ja z nimi przede wszystkim rozmawiam. Na radzie miasta jest spokój, dialog, rozmawiamy merytorycznie. Nie ma gorszących scen, które były kiedyś, za mojego poprzednika. To niestety w Polsce dzisiaj się nazywa sukcesem. A powinno być standardem.

Myślę, że jest euforia powyborcza, że jest poczucie, że rozmawiamy o problemach, o problemach miast średniej wielkości. To dzisiaj są realne problemy. Popełniliśmy wiele błędów, jeżeli chodzi o rozwój naszego kraju – postawiliśmy na metropolie. Taka była idea Platformy Obywatelskiej – że najpierw będziemy wspierali metropolie, a potem metodą dyfuzyjną rozpraszali to. To się chyba nie sprawdziło.

Jak patrzę na Słupsk, gdzie odcinane są kolejne połączenia kolejowe, autobusowe; gdzie nie ma inwestycji w podstawowe potrzeby mieszkańców, np. rozwój przedsiębiorczości, edukację, to te miejsca umierają. To jest trudne, czuję się współodpowiedzialny za to.

I co można zrobić w sprawie takiego Słupska?

– Ja chcę sprowokować dyskusję o takich miastach. Głos burmistrzów i prezydentów takich miast jest niesłyszany. A tam jest życie Polski, staram się więc nas zjednoczyć. Dzisiaj nadszedł czas na prezydentów i burmistrzów małych i średnich miast, którzy powinni domagać się równego traktowania jeżeli chodzi o podział dóbr, o zrównoważony rozwój, bo jest to niesprawiedliwe. Jako prezydent muszę utrzymywać coraz to nowe instytucje, mam coraz większe obowiązki od państwa, ale za tym nie idzie żadne wsparcie finansowe, czy w innej postaci.

TOK FM

Zdjęcia Marylin Monroe dobrem kultury polskiej. Jak Dama z gronostajem

MAGDALENA KOZIOŁ, 01.04.2015
Zdjęcia Marylin Monroe kupione przez Wrocław

Zdjęcia Marylin Monroe kupione przez Wrocław (Fot. Milton H. Greene)

Fotografie symbolu popkultury Marylin Monroe, które w ubiegłym roku za grube miliony kupił Wrocław, zostały uznane za dobro narodowe. Podlegają już szczególnej ochronie: nie można ich wywieźć za granicę na stałe, ani sprzedać
Tą informacją pochwalił się Andrzej Baworowski, prezes Hali Ludowej, spółki należącej do miasta Wrocław, która 14 kwietnia szykuje pierwszą ekspozycję zdjęć Marilyn Monroe. Pod koniec ubiegłego tygodnia cała kolekcja 3 tys., autorstwa Miltona H. Greena, przedstawiających Marilyn Monroe, a także Marlenę Dietrich i Audrey Hepburn stała się częścią narodowego zasobu archiwalnego.Bohaterami kolekcji nie są osoby bezpośrednio związane z Polską. – Są jednak rozpoznawanymi ikonami popkultury i obliguje nas to do ich ochrony – tłumaczy Andrzej Biernat, zastępca dyrektora naczelnego Archiwów Państwowych. – Tak jak „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, znajdująca się w zbiorach Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, czy freski z Faras w warszawskim Muzeum Narodowym. – W Polsce mamy wiele dzieł, które nie zostały stworzone ani przez Polaków, ani w Polsce, a jednak są dobrem kultury.Jak pokażemy Marylin

Za tą decyzją nie idą jednak żadne pieniądze. Są za to obowiązki. Zdjęć nie można na stałe wywieźć za granicę ani sprzedać. Można je udostępnić tylko w celach naukowych i wystawienniczych. O tym, gdzie i kiedy zostaną pokazane, zdecyduje ich właściciel, czyli Hala Ludowa. Jej władze nie muszą się już martwić o miejsce przechowania 3 tys. fotografii. Zdeponowane zostaną na stałe we Wrocławiu w Archiwum Państwowym. Hala zamierza je jednak udostępniać wrocławianom. Pierwszy raz – za dwa tygodnie.

Zdjęcia na tę prezentację wybiera wykładowca na Wydziale Malarstwa i Rzeźby wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych Marek Stanielewicz. To on został kuratorem wystawy i ma już pomysł, jak pokazać Marilyn Monroe. – Wielu ludzi pamięta ją tylko z filmów. My przedstawimy ją poza planem, w garderobie i w domu. Pokażemy ją jako normalną dziewczynę wpuszczoną w trudny świat – zdradza Stanielewicz. Nie chce jednak powiedzieć, czy zobaczymy 100 czy więcej fotografii. Oprócz MM chce zaprezentować też inne gwiazdy.

Czy powstanie muzeum?

Przypomnijmy, że odbitki Miltona H. Greene’a Hala kupiła na aukcji pod koniec czerwca ubiegłego roku. Wrocławski nabytek nie był w idealnym stanie. Większość zdjęć jest lekko zabrudzona, zwłaszcza na odwrocie. „Obiekty – są w charakterystyczny sposób zdeformowane. Występuje sfalowanie powierzchni pod wpływem zmiennych warunków klimatycznych” – tak stwierdził konserwator oceniający całą kolekcję. Uznał, że można ją udostępnić publiczności tylko przez cztery miesiące w roku.

Wrocław ma ambitne plany związane z muzeum MM, ale urzędnicy wciąż nie zdradzają ani miejsca, ani kosztów jego powstania. – Nie wiem, czy to muzeum w ogóle powstanie – przyznaje Stanielewicz, którego zadaniem jest przygotowanie kolejnej letniej ekspozycji fotograficznej. Co więc dalej z całym projektem? Władze Wrocławia i Hali mają poinformować o tym w lipcu.

Dotąd z miejskiej kasy na zdjęcia wydano 6,4 mln zł. Ta kwota miała do Wrocławia wrócić w postaci nagrody Meliny Mercouri w wysokości 1,5 mln euro (w ramach ESK 2016). O tym, czy faktycznie tak będzie, Komisja Europejska zdecyduje do końca kwietnia. Bo dostać tych pieniędzy wcale nie musimy. Był już taki przypadek. – W 2009 r. nagrody nie otrzymało Wilno – przypomina Wiola Samborska z Biura ESK. Ale zapewnia, że to, co pokazał Wrocław, w Brukseli przyjęto z entuzjazmem: – Prezentacja zakończyła się brawami.

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

Z polityki do specsłużb i z powrotem

Wojciech Czuchnowski (Gazeta Wyborcza), 01.04.2015
Mariusz Kamiński

Mariusz Kamiński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Poniedziałkowy wyrok na Mariusza Kamińskiego, posła PiS i byłego szefa CBA, można przedstawić tak: oto w Polsce w roku wyborczym wiceszef największej partii opozycyjnej zostaje skazany na trzy lata więzienia.
Rzecznik PiS Marcin Mastalerek mówi, że jego partia „nagłośni tę sytuację na forum Parlamentu Europejskiego”. – W Polsce zbliżamy się do standardów białoruskich – powtarza „przekaz dnia” za swoim prezesem Jarosławem Kaczyńskim. – To złamanie zasad demokracji i będziemy chcieli je umiędzynarodowić. Niech Europa zobaczy, co się dzieje w Polsce pod rządami Platformy.Zaraz po ogłoszeniu wyroku politycy PiS i sprzyjający im publicyści mówili też o „hańbie” „skandalu”, „niegodziwości”, „pogardzie dla opozycji”. Zbigniew Ziobro porównał Kamińskiego do „żołnierzy wyklętych” mordowanych przez stalinowskie sądy.Forsując taką interpretację, PiS i jego zwolennicy próbują zakrzyczeć prawdę. A jest ona dla nich przykra. Otóż za surowe wyroki dla Kamińskiego, jego zastępcy Macieja Wąsika i dwóch funkcjonariuszy, którzy dali się zniewolić urokom IV RP, odpowiedzialność ponosi Jarosław Kaczyński.W ciągu dwóch lat rządów swojej partii wcielał on bowiem w życie, ręka w rękę z Ziobrą, wizję państwa, którego zbrojnym ramieniem w dziele zwalczania „układu” i oczyszczania Polski miało być CBA. W szeregu z CBA karnie szły Instytut Pamięci Narodowej z programem totalnej lustracji, speckomisja Antoniego Macierewicza ds. likwidacji WSI i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Na czele tych instytucji PiS postawił swoich ludzi, a kierownictwo CBA niemal w całości obsadził wypróbowanymi działaczami i sympatykami partii. I tak politycy z dnia na dzień przeobrazili się w funkcjonariuszy służby specjalnej. Do pracy przystąpili tak gorliwie, że Wąsik miał na biurku stanowisko do odsłuchiwania kontrolowanych przez CBA rozmów, a Kamiński osobiście jeździł do aresztu, by straszyć zatrzymanego przez agentów dr. Mirosława G.

Gdy IV RP po dwóch latach poniosła porażkę, PiS rzucił swoim funkcjonariuszom koło ratunkowe, wciągając ich na listy do Sejmu. Posłami zostali Kamiński, Macierewicz i szef ABW Bogdan Święczkowski. Dla Wąsika znalazła się posada szefa klubu radnych PiS w. Warszawie. Mandat poselski dostał nawet Tomasz Kaczmarek – agent Tomek.

Jeśli ktoś jeszcze wierzył w ich apolityczność, po tych nominacjach musiał tę wiarę utracić.

Kaczyński, robiąc z polityków funkcjonariuszy, a potem na powrót z funkcjonariuszy posłów, zburzył bariery, które w demokracji powinny oddzielać służby specjalne od czynnej polityki. Dowiódł, że w państwie przez niego rządzonym agent tajnej policji może oczekiwać nagrody i immunitetu, jeśli gorliwie realizuje linię partii.

To są właśnie standardy… Nie wiem, czy białoruskie, ale na pewno głęboko szkodliwe dla demokracji.

Wyroki na Kamińskiego i Wąsika to nie koniec. Za kłamstwa i pomówienia w raporcie o WSI przed sądem stanie jeszcze Macierewicz, a zarzuty łamania prawa postawiono już agentowi Tomkowi.

Nie są rozliczani jako opozycyjni politycy, ale jako funkcjonariusze i szefowie służb, którzy łamali prawo i przekraczali uprawnienia. Pełniąc funkcje w aparacie ścigania, nie zostawili za drzwiami swoich politycznych sympatii. Przeciwnie, do służb poszli kierowani „szlachetnym wzmożeniem”, zaprzęgając je do ścigania ludzi nieposłusznych czy niewygodnych oraz ówczesnej opozycji. Za to, i tylko za to ponoszą dzisiaj odpowiedzialność.

PS Kusi mnie, by w ramach publicystyki political fiction napisać przemówienie Kaczyńskiego, które prezes wygłosiłby, gdyby w sprawie Kamińskiego zapadł wyrok uniewinniający. Zaczynałoby się od zdania: „Są jeszcze sądy w Warszawie…”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Ojciec, syn, figurant i rozdawanie pożyczek w SKOK im. św. Jana z Kęt

Maciej Bednarek, 01.04.2015
Wczorajsze posiedzenie sejmowej podkomisji nadzwyczajnej do spraw realizacji ustawy o SKOK-ach

Wczorajsze posiedzenie sejmowej podkomisji nadzwyczajnej do spraw realizacji ustawy o SKOK-ach (BARTOSZ BOBKOWSKI)

– Prezes był kierowcą w firmie budowlanej. Jego syn – świetny analityk, ale bez żadnych umiejętności zarządczych. Trzecia osoba to figurant. Przychodził do SKOK, jak był potrzebny jego podpis – opowiadała wczoraj w Sejmie zarządczyni komisaryczna SKOK im. św. Jana z Kęt.
Wczoraj odbyło się drugie jawne posiedzenie nadzwyczajnej podkomisji sejmowej ds. SKOK. Posłowie wysłuchali Teresy Stankiewicz-Haupy, która od lipca 2013 r. była zarządcą komisarycznym w SKOK im. św. Jana z Kęt. To jedna z najmniejszych kas, licząca blisko 20 tys. członków. Kasy nie udało się wyprowadzić na prostą i ostatecznie przejął ją w 2014 r. Alior Bank.Dlaczego Kasa znalazła się w tarapatach? Stankiewicz-Haupa wykryła wiele patologii. Jedną z nich były źle udzielane pożyczki, bez odpowiedniego badania zdolności kredytowej.- Trzeba to nazwać nie udzielaniem, ale rozdawaniem pożyczek. Algorytm wykorzystywany w tym SKOK-u zakładał, że po uwzględnieniu raty pożyczki klientowi powinno zostać 500 zł na życie. Jeśli za te 500 zł musiał opłacić czynsz, media, to nic dziwnego, że wielu z nich nie było w stanie spłacić pożyczki – mówi Stankiewicz-Haupa.Co więcej, wewnętrzne przepisy pozwalały udzielić pożyczki osobie, która nie ma zdolności kredytowej, bo przyjmowano, że po udzieleniu pożyczki może tę zdolność odzyskać. – Zastanawiałam się, w jaki sposób może ją odzyskać. Nie wiem, może kupi rower i będzie rozwozić mleko? – ironizowała Stankiewicz-Haupa.

W efekcie aż 56 proc. pożyczek było przeterminowanych, z czego aż 90 proc. powyżej 12 miesięcy.

Zarządczyni podała inny przykład niegospodarności zarządu SKOK im. św. Jana z Kęt. – Zarząd za 1,5 mln zł kupił działkę przemysłową, która była obciążona 30-letnią dzierżawą. Nie można było więc jej użytkować ani sprzedać, a SKOK im. św. Jana z Kęt musiał od nieruchomości płacić podatki.

Stankiewicz-Haupa opowiadała też o tym, jak firma związana z systemem SKOK (nie podała jej nazwy) zakazała wykorzystywania znaku graficznego plastra miodu symbolizującego spółdzielczość oszczędnościowo-kredytową. Prawa do niego miała Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych, ale w czerwcu 2011 r. zostały przeniesione na spółkę prawa handlowego. – Musieliśmy płacić za używanie tego znaku – mówi Stankiewicz-Haupa.

Fatalne zarządzanie

Jej zdaniem SKOK był też fatalnie zarządzany. W skład zarządu wchodziły trzy osoby bez żadnych doświadczeń w zarządzaniu. – Prezes był kierowcą w firmie budowlanej. Jego syn – świetny analityk, ale bez żadnych umiejętności zarządczych. Trzecia osoba to figurant. Przychodził do SKOK, jak był potrzebny jego podpis – mówi zarządczyni.

Obecni na posiedzeniu podkomisji przedstawiciele Komisji Krajowej SKOK, która wcześniej sprawowała nadzór nad Kasami, tłumaczyli, że nie mieli wpływu na obsadę zarządów. – Kasa Krajowa ustalała tylko kryteria, które mieli spełniać członkowie zarządu – tłumaczył Wiktor Kamiński, zastępca dyrektora generalnego Kasy Krajowej.

Wojciech Kwaśniak, wiceszef Komisji Nadzoru Finansowego, przypomniał jednak uchwałę Kasy Krajowej z 2003 r., która mówiła, że kandydat do zarządu może być zatwierdzony, jeśli spełnia określone warunki. Taką zgodę Kasa Krajowa wydawała na dwa lata. – Kasa Krajowa musiała wydać zgodę – precyzował.

By ratować sytuację, SKOK im. św. Jana z Kęt potrzebował pieniędzy. – Zwróciłam się do Kasy Krajowej o wsparcie z funduszu stabilizacyjnego, ale odmówiono mi – mówiła zarządczyni komisaryczna.

Przedstawiciele „Krajówki” twierdzili, że odmówiono wsparcia, ponieważ zarządca komisaryczny nie przedstawił planu naprawczego w wariancie przewidującym pomoc finansową i bez niej. – Po co miałam to robić, kiedy wiedziałam, że nie było możliwości uzdrowienia Kasy bez pomocy finansowej? SKOK potrzebował pieniędzy, bo jego fundusze własne były ujemne – tłumaczyła Stankiewicz-Haupa.

Zobacz także

wyborcza.biz

 

Wyrok na Kamińskiego. Żakowski: „Nagle na prawicy obudził się front obrony przestępców”

Piotr Markiewicz, 01.04.2015
Jacek Żakowski

Jacek Żakowski (KUBA ATYS)

Mariusz Kamiński, wiceprezes PiS, został skazany na 3 lata bezwzględnego więzienia i oraz dostał zakaz sprawowania funkcji w organach władzy przez 10 lat. A jak wyrok sądu komentuje prawica? – Obudził się tam front obrony przestępców – zauważył Jacek Żakowski w Poranku TOK FM.
Trzy lata więzienia oraz 10-letni zakaz zajmowania stanowisk – taki wyrok orzekł Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia wobec Mariusza Kamińskiego, którego uznał za winnego przekroczenia uprawnień szefa CBA przy „aferze gruntowej” w 2007 r. Sąd uznał, że Kamiński zaplanował i zorganizował prowokację CBA, zlecił wprowadzenie w błąd Andrzeja K. i podżeganie go do korupcji. Zdaniem sądu brak było podstaw do wszczęcia akcji CBA w resorcie rolnictwa.Kamińskiego skazał sędzia Wojciech Łączkowski. I prawie od razu po wydaniu wyroku, stał się wrogiem publicznym prawicy. – Stał się nim w momencie, kiedy zastosował prawo; kiedy postanowił skazać na bezwzględne więzienie funkcjonariuszy publicznych, którzy bezwzględnie łamali prawo, któremu podlegali – zauważył w Poranku TOK FM Jacek Żakowski.

„Nikt już nie pyta, dlaczego kradli”

– Nagle po prawej stronie obudził się front obrony przestępców, broniący nie tylko tych polityków, pełniących funkcje publiczne w CBA, których sędzia Łączkowski wskazał – kontynuował Żakowski.

Zdaniem prowadzącego Poranek TOK FM, podobnie sprawa się ma z uczestnikami tzw. „madryckiej wycieczki”, czyli z politykami Prawa i Sprawiedliwości, którzy pobrali pieniądze na podróż do Madrytu samochodem, a polecieli wraz z partnerkami tanimi liniami lotniczymi. – Dla mnie absolutnie niezwykłą rzeczą jest to, że uczestnicy „wycieczki madryckiej”, ludzie robiący proste przekręty – ujawnione i bezwstydne – wrócili do mediów i występują jako „autorytety”. Nikt ich już nie pyta: „dlaczego pan kradł i czy się pan tego nie wstydzi?”. A oni chodzą w glorii jakichś dziwnych mędrców – zauważył Żakowski.

Zobacz także

TOK FM

Biskupi napominają parlamentarzystów: Komunia albo in vitro

Katarzyna Wiśniewska, 01.04.2015
Przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki, jego zastępca abp Marek Jędraszewski i i rzecznik episkopatu ks. prof. Józef Kloch

Przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki, jego zastępca abp Marek Jędraszewski i i rzecznik episkopatu ks. prof. Józef Kloch (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Nie akceptujcie projektu ustawy o in vitro, bo „może to oznaczać wykluczenie się ze wspólnoty Kościoła” – pisze Prezydium Episkopatu w specjalnym komunikacie
Prezydium zwróciło się wczoraj do parlamentarzystów, by nie akceptowali przyjętego przez rząd projektu ustawy o in vitro. Biskupom nie podoba się, że w myśl projektu in vitro będzie dozwolone nie tylko dla par małżeńskich. „Wobec inicjatywy uchwalenia złego prawa naszym obowiązkiem jest przyjęcie prawa, które poprawi obecną sytuację, a nie ją zalegalizuje bez zastrzeżeń” – napisali przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki, jego zastępca abp Marek Jędraszewski i sekretarz Episkopatu bp Artur Miziński.Biskupi tłumaczą, że troszczą się o sumienia posłów, by mogli „pozostać w pełnej łączności ze wspólnotą Kościoła katolickiego i w dyspozycji do przyjmowania Komunii świętej”. To sugestia, że jeśli poprą in vitro, popełnią grzech ciężki i nie będą mogli przystępować do komunii.Biskupi piszą też: „Pominięcie [granic moralnych przy stanowieniu prawa] rodzi odpowiedzialność moralną za skutki wejścia w życie takiej regulacji i może oznaczać wykluczenie się ze wspólnoty Kościoła”.Strasząc posłów karami kościelnymi, biskupi muszą się liczyć z dezaprobatą wielu katolików. Liczne sondaże pokazują, że ponad połowa Polaków jest przeciwna angażowaniu się Kościoła, księży na przykład w przebieg głosowań w Sejmie. A poparcie dla in vitro wynosi blisko 70 proc.Sami biskupi w sprawie in vitro są podzieleni. Nie brak wśród nich zwolenników kompromisowego podejścia i złagodzenia języka. Część z nich gotowa byłaby poprzeć zarzucony już projekt Jarosława Gowina. Jednak komunikat Prezydium Episkopatu wskazuje na to, że nurt radykalnego sprzeciwu bierze górę.”Przyjęty przez Radę Ministrów projekt ustawy o leczeniu niepłodności zawiera rozwiązania, które uniemożliwiają jakikolwiek udział katolika w pracach służących jego przyjęciu” – napisali biskupi. „Z przykrością odnotowujemy wypowiedzi niektórych polityków, którzy przyznają się do wiary katolickiej, iż poparcie projektu w kształcie przyjętym przez rząd jest konieczne z powodu troski o dobro par zmagających się z dramatem niepłodności” – czytamy dalej.Komunikat przypomina akcję „Naszego Dziennika” sprzed kilku lat, kiedy radiomaryjna gazeta piórem ks. prof. Jerzego Bajdy ostrzegała prezydenta Bronisława Komorowskiego, że popierając in vitro, nie może przyjmować komunii, bo to „zuchwałość” i „świętokradztwo”.Biskup Ignacy Dec zaapelował niedawno w specjalnym liście do prezydenta Komorowskiego o niepodpisywanie ustawy w sprawie ratyfikacji konwencji antyprzemocowej. Pouczył go: „Jest Pan katolikiem od chwili chrztu, a zwolennikiem określonej partii od pewnego czasu. Partie i rządy przemijają, a słowo Boga trwa na wieki, słowo, którego aktualnie strzeże Kościół, którego Pan jest członkiem”.

Większości biskupów nie podoba się zawarta w konwencji definicja płci – gender – czyli związana z rolami społecznymi przypisywanymi kobietom i mężczyznom, a nie z biologią, co rzekomo mogłoby godzić w tradycyjną rolę kobiety i wartości chrześcijańskie.

Prezydent ustawę podpisał.

– Można oczekiwać przed wyborami prezydenckimi komunikatu Episkopatu, w którym nie padnie żadne nazwisko, ale biskupi stwierdzą, że ktoś, kto popiera in vitro i gender, sprzeciwia się prawu Bożemu. W domyśle, że katolik nie powinien na kogoś takiego głosować – mówi „Wyborczej” jeden z biskupów.

Zobacz także

wyborcza.pl

Biskupi stawiają posłów pod ścianą. Za poparcie in vitro mogą grozić kary kościelne

Biskupi zajęli zdecydowane stanowisko w sprawie in vitro.
Biskupi zajęli zdecydowane stanowisko w sprawie in vitro. Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta

In vitro to w ostatnim czasie jeden z najczęściej komentowanych tematów w Polsce, co da się wytłumaczyć m.in. kampanią prezydencką. Swoje zdanie w sprawie sztucznego zapłodnienia wyrazili też biskupi. I jest ono bardzo stanowcze.

Im bliższy termin zakończenia rządowych prac nad nową ustawą o in vitro, środowisko kościelne zajmuje bardziej zdecydowane stanowisko. – W przypadku zapłodnienia in vitro rozwiązaniem docelowym z moralnego punktu widzenia jest odrzucenie tej procedury jako zagrażającej godności oraz życiu lub zdrowiu dziecka we wczesnym stadium jego rozwoju – napisali hierarchowie w specjalnym komunikacie opublikowanym na stronie internetowej Konferencji Episkopatu Polski.

Jak dodano, zapłodnienie in vitro to nie metoda leczenia niepłodności, a taka jego kwalifikacja jest manipulacją. – Za bulwersujące uważamy stanowisko lekarzy i biologów współpracujących z podmiotami zajmującymi się procedurą medycznie wspomaganej prokreacji, którzy zaprzeczają powszechnie już publikowanym w uznanych międzynarodowo periodykach medycznych danym naukowym o istotnych negatywnych skutkach zdrowotnych, jakie powoduje u dziecka i u jego matki ten sposób poczęcia – podkreślono.

Tym samym akceptacja metody sztucznego zapłodnienia, a więc przyjęcie „niemoralnego prawa”, może grozić wykluczeniem ze wspólnoty Kościoła. Brak takiej akceptacji – jak wynika z dokumentu podpisanego m.in. przez przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego – nie będzie skutkowało utratą prawa do przyjmowania Komunii świętej.

– Strasząc posłów karami kościelnymi, biskupi muszą się liczyć z dezaprobatą wielu katolików. Liczne sondaże pokazują, że ponad połowa Polaków jest przeciwna angażowaniu się Kościoła, księży na przykład w przebieg głosowań w Sejmie. A poparcie dla in vitro wynosi blisko 70 proc. – przypomina „Gazeta Wyborcza”, która dotarła do jednego z hierarchów, według którego tylko kwestią czasu jest komunikat KEP kwalifikujący poparcie dla in vitro jako sprzeciw wobec boskiego prawa.

Jednoznacznie negatywne stanowisko biskupów w stosunku do in vitro nie jest niespodzianką, choć ostatnio donoszono, że w KEP istnieje na ten temat różnica zdać, która miała wynikać z „wewnętrznych sporów”. Według informacji „GW”, w grupie „liberalnych” biskupów mieli znajdować się m.in. kardynałowie Kazimierz Nycz oraz Stanisław Dziwisz, a także wielu biskupów pomocniczych.

Do problemu in vitro odniósł się także na łamach naTemat bp Tadeusz Pieronek mówiąc: – Nauka Kościoła w tej kwestii jest bardzo wyraźna. Dziecko jest dziełem wzajemnej miłości małżonków, a nie wytworem techniki, przy użyciu elementów życia wyciągniętych z organizmów mężczyzny i kobiety. Jest to moralnie niedopuszczalne i biskupi w tych kategoriach to oceniają.

Źródła: episkopat.pl; „Gazeta Wyborcza”

naTemat.pl

Szambo wyborcze

Od początku swojego istnienia Platforma sporo inwestowała w kreowanie wizerunku organizacji „sympatycznej” – zawsze uśmiechniętej, a jednocześnie poważnej. Zresztą partyjne logo doskonale wpisywało się w klimat, jaki starano się wokół partii tworzyć. Miało być „na poważnie”, ale przy tym życzliwie.

Miało być, ale już nie jest. Coś się rozsypało. „Ch**, d*** i kamieni kupa” – dokonana przez ministra Sienkiewicza diagnoza stanu państwa powinna stać się wyborczym hasłem Platformy. Bo prowadzona przez PO kampania wyborcza nie jest już „sympatyczna”. To raczej czerpanie wiadrem z własnego szamba i oblewanie nim opozycji.

Kalendarium kampanii układa się w dość ponury obraz. Najpierw pycha i pewność sztabowców PO, że pierwsza tura załatwi Bronisławowi Komorowskiemu reelekcję. Potem nerwowy falstart okraszony pospiesznym wprowadzeniem do Sejmu kwestii in vitro. Temat fantastycznie dobrany, bo od lat polaryzujący społeczne nastroje. Nawet, jeśli tym razem nie rozgrzał wyborców, to z pewnością okazał się chwytliwy dla komentatorów i dziennikarzy, którym łatwo można przypisać sympatie polityczne. I tak przywołano stary już i nieco męczący podział na „ciemnogród” i „świat cywilizacji zachodniej”. A Bronisław Komorowski… mógł pokazać się w telewizji.

Chwilę później – widząc jak wielką szkodę wyrządziły Platformie afery Amber Gold oraz „taśmowa” – sztabowcy wykreowali tak zwaną aferę SKOKów. Przestrzelili. Tak na dobrą sprawę żaden wyborca nie zrozumiał, o co w medialnym szumie chodzi, a jedynie grono najbardziej oddanych Platformie dziennikarzy usiłowało skierować oskarżycielski palec w stronę PiS. Prawie się udało. Prawie, bo oskarżenie niczym bumerang zatoczyło koło i uderzyło w samego Bronisława Komorowskiego. Tym razem, prezydent Komorowski wolał się w telewizji nie pokazywać.

Pięć dni temu – oczywiście „przez przypadek” – prokuratura wojskowa przypomniała sobie o katastrofie w Smoleńsku. Panowie prokuratorzy nie powiedzieli nam nic nowego, ale sprawnie odkurzyli dawne emocje i zapowiedzieli kolejną konferencję… na październik, miesiąc wyborów parlamentarnych. Taki tam, zwykły zbieg okoliczności.

W międzyczasie, uciekający przed poczuciem niechęci do samego siebie Michał Kamiński – najnowszy nabytek premier Kopacz – obwieścił, że osoba Andrzeja Dudy kładzie się cieniem na prezydenturze Lecha Kaczyńskiego. Zabieg raczej rozpaczliwy, niż sprytny, ale zawsze trochę smrodu powstało.

I wreszcie wydarzenie z wczoraj. Po latach śledztwa Sąd uznał, że były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, a obecnie wiceprezes PiS, przekroczył uprawnienia szefa CBA i musi iść na 3 lata do więzienia. Wyrok absurdalny. Apelacja zajmie miesiące i nie zdziwię się, jeśli będzie rozpatrywana dopiero… w październiku. Ważne jest to, że dziwnym trafem, po kilku latach czynności procesowych, wyrok został wydany w samym środku kampanii wyborczej. Gorzkiego wymiaru całej sprawie dodaje fakt, że sądy dość szybko uniewinniły posłankę PO, która na oczach całej Polski przyjęła łapówkę. Natomiast po raz pierwszy w historii RP skazany zostaje poważny urzędnik państwowy, który ujawnił korupcję w obozie władzy. Pomyje zostały wylane. A Bronisław Komorowski mógł znowu pokazać się w telewizji…

Tak dla jasności – Bronisław Komorowski nie pokazuje się w telewizji, żeby debatować. Rozmów z konkurentami definitywnie odmawia. Ale lubi porozmawiać sam ze sobą. I chce, żebyśmy na to patrzyli. Takie, ot, hobby.

naTemat.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: