Kukiz (02.04.15)

 

“Dlaczego uniwersytety przestają być kolebką elit intelektualnych?”

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 18 lat rzecznik prasowy Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Oznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

WSZYSTKIE TEKSTY AUTORA

„Moim największym odkryciem naukowym jest Stefan Banach” – mawiał wybitny matematyk Hugo Steinhaus. Podobnie twierdził kilkadziesiąt lat później o swoim uczniu Andrzeju Derdzińskim wrocławski geometra różniczkowy Witold Roter. Uczeń przerasta mistrza. Czy dziś to jeszcze aktualne?

Gdy podczas wieczornego spaceru przez krakowskie Planty w lipcu 1916 roku prof. Hugo Steinhaus usłyszał dobiegającą z parkowej ławki rozmowę na temat całki Lebesque’a, znanej wówczas tylko nielicznym matematykom, podszedł i przestawił się. Jednym z dwóch dyskutujących na ławce mężczyzn był Stefan Banach, jeden z najwybitniejszych polskich matematyków. Mimo iż nie miał ukończonych studiów, dzięki wstawiennictwu Steinhausa, doktoryzował się i otrzymał etat asystenta na Politechnice Lwowskiej. Stał się wkrótce największym autorytetem w analizie funkcjonalnej, którą współtworzył, jednym z najwybitniejszych matematyków w historii nauki i przerósł swojego protektora, z którym łączyła go prawdziwa przyjaźń. Dokoła Banacha, na spotkaniach w słynnej kawiarni Szkockiej, wyrosła – pod kierownictwem Steinhausa – nowa, lwowska szkoła matematyczna, uznawana za największy wkład polskiej nauki w naukę światową.

Ponad pół wieku później wrocławski matematyk prof. Witold Roter „odkryje” matematyczny talent wśród studentów I roku i powie, podobnie jak przed laty Steinhaus, że Andrzej Derdziński, jeden z wybitniejszych matematyków na Uniwersytecie Stanowym w Ohio, to jego największy naukowy sukces.

Mistrz dumny ze swojego ucznia. Dumny z tego, że go przerasta.

Przypomina mi się przy tej okazji historia mojego ojca Adama Wankego, antropologa, ucznia Jana Czekanowskiego. Był on twórcą dwóch sztandarowych metod badawczych, szeroko stosowanych w wielu dziedzinach (stochastycznej korelacji wielorakiej i metody punktów odniesienia, zwanej metodą Wankego) i choć w swojej krótkiej, bo przerwanej wojną i represjami czasów stalinowskich, karierze naukowej nie opublikował zbyt wielu prac, ale stworzył szkołę, wypromował aż 30 doktorów, z których trzech zostało później profesorami.

Jednym z nich był Tadeusz Bielicki. To z nim łączyła ojca wręcz wzorcowa relacja Mistrz – Uczeń. Dostrzegł w nim bowiem ponadprzeciętne zdolności i wyjątkowe predyspozycje do pracy naukowej. I to dla niego dokonał niesamowitych zabiegów, położył na szali swoją karierę, aby Bielicki mógł wyjechać na stypendium do Stanów Zjednoczonych. W późnych latach pięćdziesiątych dla byłego więźnia stalinowskiego, jakim był mój ojciec, a także jego protegowany, graniczyło to niemal z cudem.

Ale udało się. Gdy Bielicki, po powrocie z Kalifornijskiego Uniwersytetu w Los Angeles, zaproponował zupełnie nowe podejście do antropologii, tzw. populacyjną koncepcję ras, kwestionując metody i krytykując osiągnięcia szkoły Czekanowskiego, mój ojciec był entuzjastycznym promotorem doktoratu, w którym jego metoda została zaatakowana. Z tezami tej pracy polemizował jednak w artykułach. Obaj darzyli się zaufaniem i przyjaźnią, niemal ojcowsko-synowską relacją. A na łożu śmierci ojciec wyznał, że gdy zastanawiał się, czy to, co robił w życiu miało sens, doszedł do wniosku, że „dla Bielickiego miało, dla niego tak”. W tej opowieści jest potrójna relacja Mistrz – Uczeń: Czekanowski, Wanke – uczeń Czekanowskiego i Bielicki – uczeń Wankego, „naukowy wnuk” Czekanowskiego.

Bez opartej na zaufaniu relacji Mistrz – Uczeń nie powstaną szkoły naukowe.  – W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że zamiast mnożyć swoje publikacje, będę starał się wykształcić następców – usłyszałam kilka lat temu z ust jednego z profesorów po obronie doktoratu młodego doktoranta. Uczniowie tego profesora sami są już profesorami i dorobili się habilitowanych uczniów. Powstała licząca się szkoła naukowa. Uzdolnionych studentów profesor „wyłuskiwał” już na I roku, otaczał ich opieką, proponował indywidualny tok studiów i stypendia zagraniczne. Powstało już całe „drzewo genealogiczne” uczniów i „wnuków naukowych” owego profesora.

Czy system organizacji nauki w wystarczającym stopniu wspiera kształcenia kadr, tworzenie szkół naukowych, dzielenie się swoim doświadczeniem i wspierania młodych naukowców? Kiedyś ze zdziwieniem usłyszałam wypowiedzianą przez pewną panią profesor opinię, że doktorant, który publikuje swoją pracę, powinien dopisać jako głównego autora kierownika katedry. Nawet, jeśli ów kierownik nie miał żadnego wkładu do tej publikacji, oprócz umożliwienia badań. Czy to właściwe?

Pogoń za punktami w ocenie nauczycieli akademickich sprzyja takim postawom, zwłaszcza gdy pełniący funkcje kierownicze naukowcy nie mają zbyt wiele czasu na własną pracę badawczą. Korzystają więc z cudzej. Młodzi, zależni od nich pracownicy naukowi doskonale się do tego nadają.

Czy uczciwość naukową zapewnią informatyczne systemy antyplagiatowe? Kodeksy etyki, komisje rektorskie do spraw oceny etycznej pracowników? Wątpię.

Nie tak dawno, gdy pojawiły się w prasie informacje o wyłudzaniu przez naukowców jednej z wrocławskich uczelni pieniędzy na granty i nawet wszczęto w tej sprawie prokuratorskie dochodzenie, usłyszałam od jednego z profesorów, że „przecież wszyscy tak robią, a ci byli tylko za mało ostrożni”. Jest przyzwolenie dla podobnego postępowania. Nawet więcej, opisane przypadki traktuje się jak swoistego rodzaju instruktaż.

Zanika poczucie wstydu. A wstyd i ostracyzm wobec nieetycznych zachowań to znakomite regulatory międzyludzkich relacji. I nie dotyczy to tylko w kwestii uczciwości naukowej. Wstyd i ostracyzm właściwie zanikły, bo pod fałszywie rozumianą tolerancją akceptuje się każdą patologię, także nieetyczne praktyki w środowisku naukowym. A, gdy znika wstyd, a środowisko nie reaguje ostracyzmem, eliminując nieuczciwych i nieetycznych, żadne regulacje i kodeksy dobrych praktyk nie będą skuteczne. Wszystkie da się ominąć.

Pamiętam historię pewnego studenta V roku, który – referując swoją pracę na seminarium prof. Bronisława Knastera – powołał się na lemat (pomocnicze twierdzenie) swojego kolegi, nie wymieniając jego nazwiska. Czyli po prostu przywłaszczył sobie jego autorski wkład do dowodu twierdzenia. Nie miało znaczenia, że to był tylko referat, a nie publikacja. Gdy wyszło na jaw przywłaszczenie, świetnie zapowiadający się student dostał wilczy bilet. Jego kariera naukowa była skończona, zanim się zaczęła. A miał obiecany etat asystenta i perspektywy naukowego rozwoju. Zawiódł zaufanie, które jak dziewictwo traci się tylko raz.

Bez odbudowy opartej na zaufaniu relacji Mistrz – Uczeń, bez prawdziwych autorytetów naukowych, którzy będą także wzorami postaw moralnych, żadne zmiany nie będą skuteczne. Konieczna jest odnowa moralna środowiska naukowego. To uniwersytety powinny być kolebką elit intelektualnych.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

http://wszystkoconajwazniejsze.pl/malgorzata-wanke-jakubowska-dlaczego-uniwersytety-przestaja-byc-kolebka-elit-intelektualnych/

BUJDA, GRANDA ZWYKŁA

BARBARA NOWACKA, 01.04.2015

Po naszej polityce można się spodziewać wielu rzeczy. Z pewnością zaś patosu. Po latach mrzonek PiS-u dotyczących polityki jagiellońskiej, którą żaden z naszych wschodnich sąsiadów realnie nie był i nie jest zainteresowany, co w konsekwencji prowadzi jedynie do postkolonialnych sentymentów wobec nich, swoje do polskiego teatrum postanowiła dodać Platforma Obywatelska.

 

Z przytupem wracamy do najgorszych pokładów mitomanii głoszących ideę Polski mocarstwowej, która stworzy siłę militarną odstraszającą potencjalnych agresorów. Czyli, mówiąc wprost, Rosję (która do agresji na Polskę się nie kwapi nawet werbalnie). Zwiększenie wydatków na armię, powołanie na ćwiczenia rezerwistów, planowane zakupy rakiet Tomahawk, czołgów Leopard, okrętów wojennych itp. ma być gwarancją pokoju.

 

Właściwie trzeba się dziwić, że nikt z duopolu PO – PiS nie zaproponował jeszcze zakupu lotniskowca atomowego.

 

Ta militarystyczna histeria podlana łzawymi bon motami w stylu bezceremonialnegopytania poprzedniego premiera „czy 1 września dzieci pójdą do szkoły?”, obliczona na wywołanie zagrożenia i strachu oraz znalezienie remedium w postaci piknikowego przejazdu amerykańskich żżołnierzy, nie prowadzi do polityki antyputinowskiej w Polsce, lecz wręcz przeciwnie – wiedzie nas prosto w odmęty bogoojczyźnianej karykatury propagandy rządu dzisiejszej Rosji. Nieustanne aluzje sytuujące Putina obok Hitlera czy Mussoliniego, obrzydliwe kłamstwa historyczne (Ukraińcy i tylko oni wyzwalający Auschwitz-Birkenau), to przykłady na to, że zaczadzenie umysłów rządzących jest stanem trwałym.

 

To, co dla rządów Norwegii, Holandii, Włoch czy Portugalii jest rzeczą oczywistą, fakt, że sami się nie obronimy, bo wobec Rosji, USA czy Chin nie jesteśmy w stanie tego zrobić, w Polsce traktowane jest jako akt kapitulacji w surrealistycznej, nieistniejącej wojnie.

 

Polska będzie bezpieczna, jeśli jak najmocniej – gospodarczo i kulturowo – będzie wiązać się z krajami Unii Europejskiej, a w szczególności z Niemcami, które są jej siłą napędową.

 

To powiązanie poprzez wspólny rynek, walutę, politykę zagraniczną jest gwarantem traktowania nas jako członka europejskiej rodziny. To polityka zmierzająca do dekompozycji Unii, zatrzymania jej integracji, jest prawdziwym niebezpieczeństwem dla państw takich jak nasze, będących na gospodarczym i demokratycznym dorobku.

 

Warto, by podczas kolejnej defilady, przelotu lub choćby przejazdu politycy przypominali naszym obywatelkom i obywatelom jedną podstawową informację: atak na terytorium Federacji Rosyjskiej, USA, Chin, Wielkiej Brytanii, Francji, Izraela, Indii i Pakistanu może być początkiem ostatniego konfliktu zbrojnego na naszej planecie. Arsenały jądrowe dwóch pierwszych państw pozwalają na kilkukrotną zagładę inteligentnych form życia na Ziemi. Stąd może dorośli Europejczycy wyprowadzili za ucho naszą dyplomację i nie zaprosili jej do stolika ani w Mińsku, ani w Moskwie. I już nie zaproszą.

 

 

**Dziennik Opinii nr 91/2015 (875)

 

Prof. Piontek: Poznańscy wyborcy mogą zatęsknić za Grobelnym

Tomasz Cylka
01.04.2015 09:15
A A A Drukuj
Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania

Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania (PIOTR SKÓRNICKI)

Jeśli dalej prezydent będzie tak prowadził politykę, to ludzie szybko zatęsknią za Ryszardem Grobelnym. Nie zdziwiłabym się, gdyby za trzy lata powrócił on na stanowisko, jeśli oczywiście wystartowałby w wyborach – mówi prof. Dorota Piontek, politolog z UAM.
TOMASZ CYLKA: Prezydent Jacek Jaśkowiak coraz częściej nie znajduje wspólnego języka ze swoją partią. chce udowodnić, że nie będzie w stu procentach zależny od Platformy Obywatelskiej?

Dorota Piontek: Prezydent chce teraz wyraźnie pokazać autonomię. Co prawda przed wyborami zapewniał, że nie będzie zależny od władz PO w Warszawie, ale dziś już widać, że to od lokalnej PO chce się odróżnić. Prezydent wie doskonale, że dzięki bezpośrednim wyborom ma mocny mandat do sprawowania władzy. Zdaje sobie sprawę, że to jego mieszkańcy będą rozliczać z obietnic wyborczych, a nie całą partię, którą on reprezentuje. Jeśli zatem teraz jego wizja i pomysły na miasto są inne niż członków Platformy, to będzie pokazywał, że potrafi postawić na swoim.

Ale Jaśkowiak partii wiele zawdzięcza. To członkowie PO harowali na niego w kampanii wyborczej. Partia pewnie dała też sporo pieniędzy na plakaty i billboardy. Chyba liderzy mają prawo wymagać, żeby konsultował z nimi przynajmniej niektóre decyzje?

– Polityka to gra zespołowa. Kto uważa, że jest inaczej, prędzej czy później ponosi porażkę. Ale dobrze wiemy, że przed wyborami nikt z PO w Jaśkowiaka nie wierzył. Wystawiano go, bo innego kandydata brakowało. Jaśkowiak był jak Andrzej Duda, obecny kandydat PiS na prezydenta. Partia i prezes go wystawili, ale tak naprawdę, jak przegra, to wszyscy powiedzą, że to Andrzej Duda poniósł klęskę, a nie PiS. Ale jeśliby się udało, to ojców sukcesu będzie wielu. Tak jest właśnie z Jaśkowiakiem. Wygrał i jest dla Platformy swoim człowiekiem. Jednak po wyborach było kilka sytuacji, kiedy Jaśkowiak posłuchał członków partii. Teraz idzie pod prąd.

Tak jest np. w sprawie Jarosława Pucka, szefa ZKZL. PO chce zmiany na tym stanowisku, ale prezydent daje do zrozumienia, że go ceni i chętnie zostawi. Sprawdza, na ile mu partia pozwoli?

– Ta sytuacja jest kolejną, która dowodzi, że PO nie była przygotowana na zwycięstwo w wyborach na prezydenta Poznania. Gdyby było inaczej, wiele rzeczy – także personalnych – zostałoby już wcześniej ustalonych. Także to, czy prezesem nadal ma być Jarosław Pucek, który opowiedział się przecież stanowczo po stronie Ryszarda Grobelnego, czy jednak dokonujemy zmiany, bo tego oczekują mieszkańcy. A teraz obie strony prowadzą w tej sprawie zakulisowe rozgrywki. Spór o Pucka pokazuje, że niezależnie od jego kompetencji na tym stanowisku, partia nie miała gotowego scenariusza.

Konkurs w ZKZL budzi emocje. Prezes spółki podpisuje akty notarialne z kancelarią żony obecnego prezydenta. Najpierw mówi, że dotyczy to tylko dwóch dokumentów, potem jego przeciwnicy dostarczają kopie 28 i są etyczne wątpliwości. Powinien w tej sytuacji zrezygnować ze startu w konkursie?

– Tu nie ma zero-jedynkowego rozstrzygnięcia. Wbrew pozorom Poznań to nie jest wielkie miasto. Urzędnicy się znają, w niektórych przypadkach pewnych relacji ukryć się nie da. Dobrze, że prezydent znajomości z prezesem się nie wypiera i sytuacja jest dla wszystkich czytelna. To bardziej sam Pucek powinien sobie odpowiedzieć, czy bliska znajomość z prezydentem działa teraz na jego korzyść czy też nie. Jakiekolwiek będzie jego rozstrzygnięcie, krytyków nie zabraknie. Wybiorą go, to powiedzą: „znajomy prezydenta”. Nie wybiorą, to usłyszymy – „prezydent uległ Platformie”. Tu nie ma prostej odpowiedzi i rzeczywiście pozostają tylko etyczne wątpliwości.

Ale działacze PO argumentują, że ludzie głosowali za zmianami, więc zmieńmy Pucka. To brzmi logicznie.

– Po tę argumentację partie sięgają w zależności od sytuacji. Ktoś nie chce Jarosława Pucka, to mówi o zmianie. Ale zaraz pojawi się ktoś inny, kogo warto na określonym stanowisku zostawić i pojawi się hasło „nie róbmy w urzędzie rewolucji”. Ale żeby oddać sprawiedliwość, tak się dzieje nie tylko w polityce i nie zawsze ma to logiczne uzasadnienie.

Może dlatego Anna Szpytko, była rzeczniczka prezydenta Grobelnego, zostaje teraz dyrektorem wydziału zdrowia. To nie jest chyba ta zmiana, za którą cztery miesiące temu głosowali poznaniacy?

– Nie chcę wchodzić w oceny personalne, bo być może była pani rzecznik jest sprawną i kompetentną urzędniczką, ale dla elektoratu Jacka Jaśkowiaka ta decyzja jest zupełnie niezrozumiała i zaskakująca. To może być też dla wyborców pewien sygnał, że Ryszard Grobelny nadal ma wpływy na pl. Kolegiackim.

Kiedy skończy się cierpliwość poznaniaków, którzy od Jaśkowiaka oczekiwali rewolucji?

– Szczególnych objawów zniecierpliwienia nie widzę. Ale trudno nie zauważyć, że z tego kampanijnego entuzjazmu dla zmian niewiele zostało. Wyborcy Jaśkowiaka są na pewno rozgoryczeni, co będzie skutkować pewną apatią polityczną. Jedyne, co teraz poznaniacy kojarzą z kadencją obecnego prezydenta, to usunięcie samochodów z parkingu na pl. Kolegiackim i nieszczęsne zapowiedzi o poszerzaniu granic Poznania i zwężaniu dróg dojazdowych do miasta, co ma utrudnić życie okolicznym gminom. Jeśli dalej prezydent będzie tak prowadził politykę, to ludzie szybko zatęsknią za Ryszardem Grobelnym. Nie zdziwiłabym się, gdyby za trzy lata powrócił on na to stanowisko, jeśli oczywiście w wyborach by wystartował.

Może dlatego Jaśkowiak chce zostać mediatorem między Komitetem Odbudowy Pomnika Wdzięczności a dyrekcją Festiwalu Malta? I apeluje, by w 1050. rocznicę chrztu Polski unikać jakichkolwiek prowokacji i kontrowersji?

– Jestem przeciwna takiemu stawianiu sprawy. Nie jest rolą prezydenta angażowanie się w festiwale, miejskie eventy czy imprezy. To nie są jego kompetencje. Komitet Odbudowy Pomnika Wdzięczności działa już od kilku lat i to jest sprawa, którą żyją poznaniacy od dłuższego czasu. Program przyszłorocznego festiwalu teatralnego to niejako antycypowanie przyszłych wydarzeń. Prezydent powinien być w tych sprawach szczególnie powściągliwy. Mediatorem można być w przypadku konfliktu, a to są dwa zupełnie różne wydarzenia.

Wszystkie nasze artykuły znajdziesz na Twitterze i Google+
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas, dyskutuj i dziel się opiniami.

Zobacz także

Cały tekst: http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,17688202,Prof__Piontek__Poznanscy_wyborcy_moga_zatesknic_za.html#ixzz3W2oOnA7W

Hofman: Nie będę proszalnym dziadem. Wyobrażam sobie życie poza polityką

olg, 02.04.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103087,17697054,video.html?embed=0&autoplay=1
– Ledwo, ale dycham. Reanimacja jest możliwa – odpowiedział Adam Hofman na pytanie, czy czuje się już politycznym trupem. Były rzecznik PiS był gościem Konrada Piaseckiego w RMF FM.
– Ja nie stoję w pozycji proszalnego dziada i naprawdę, proszę mi wierzyć, wyobrażam sobie życie poza polityką. Jeśli tak będzie, to tak będzie. Mam taką wyobraźnię, że widzę kilka pomysłów na to życie – powiedział Hofman. Powrotu do polityki jednak jednoznacznie nie wykluczył.
Hofman komentował „sprawę madrycką” (przypomnijmy: on, Antoni Kamiński i Adam Rogacki mieli wziąć na podróż samochodową do Madrytu 20 tys. zł zaliczki z Sejmu, a za bilety lotnicze zapłacić po kilkaset złotych on, Antoni Kamiński i Adam Rogacki mieli wziąć na podróż samochodową do Madrytu 20 tys. zł. zaliczki z Sejmu, a za bilety lotnicze zapłacić po kilkase ).

– Robi się ze mnie symbol obciachu. Walczę, żeby nim nie zostać – mówił. Dodał jednak, że „nie czuje się święty”.

– Ja wyciągnąłem i wyciągam wnioski z tej sprawy, żałuję, że tak się stało, i mówiłem o tym, że gdybym mógł cofnąć czas, to nigdy bym tak więcej nie postąpił. Mimo że postępowałem według swojej wiedzy najlepiej jak wydawało mi się, że można, ale czas już upłynął i teraz trzeba pracować, żeby odpracować swoje… – stwierdził.

Czytaj więcej na stronie RMF FM >>>

Zobacz także

TOK FM

Hofman: Nie będę proszalnym dziadem. Wyobrażam sobie życie poza polityką

2 kwietnia 2015

Polityczny nieboszczyk? „Ledwo, ale dycha. Odruchy życia są, więc być może reanimacja jest możliwa” – mówi w Kontrwywiadzie RMF FM były rzecznik PiS, poseł niezrzeszony Adam Hofman. „Nigdy nie mówiłem, że czuję się święty. Żałuję, że tak się stało. Gdybym mógł cofnąć czas, to nigdy bym tak nie postąpił. Myślę o sobie, jako o kimś, z kogo zrobiono symbol obciachu. Walczę z tym, żeby nim nie zostać” – odpowiada Hofman pytany o tzw. aferę madrycką. Dlaczego nie oddał mandatu poselskiego? „Nie ma takiej potrzeby, ani nie ma takich okoliczności” – komentuje. Poseł cieszy się, że Prawo i Sprawiedliwość dobrze sobie bez niego radzi, ale „po wynikach ich poznacie”. „Nie stoję w pozycji proszalnego dziada i wyobrażam sobie życie poza polityką. Jeśli tak będzie, to tak będzie” – mówi były poseł PiS. Wybory parlamentarne? „Jeśli nie będzie możliwości startowania z rozsądnej propozycji, to nie będę startował” – odpowiada Adam Hofman.

Adam Hofman /Michał Dukaczewski /RMF FM
Adam Hofman
/Michał Dukaczewski /RMF FM
Hofman: Nie będę proszalnym dziadem. Wyobrażam sobie życie poza polityką/RMF FM

Konrad Piasecki: W Kontrwywiadzie RMF FM Adam Hofman. Niegdyś rzecznik Prawa i Sprawiedliwości, dzisiaj to już chyba polityczny nieboszczyk.

Adam Hofman:Ale dycha.

Ale ledwo.

Ledwo, ale dycha.

Czuje się pan już politycznym trupem czy wciąż jeszcze młodym zdolnym?

Odruchy życia są, więc być może reanimacja jest możliwa.

A co musiałoby się wydarzyć, żeby tę reanimację przeprowadzić?

Polska scena polityczna jest w tej chwili – wbrew temu, co mówią, że zabetonowana – w takim momencie, że przed wyborami prezydenckimi wydaje się, że się nic nie może zmienić, a jednak się trochę może zmienić. Pojawiają się nowe możliwości, by obóz zmiany – szeroko mówiąc – zyskał większość, być może większość konstytucyjną.

A nie myślał pan, że by się lepiej sprzedać, może odbudować, dobrze byłoby porzucić poselski mandat, oddać go, zrezygnować z niego?

Jeśli nie będzie możliwości startowania z rozsądnej propozycji, czyli nie takiej typu Michał Kamiński, że trzeba napluć na swoich kolegów – tego nie będę robił, to nie będę startował

Ja uważam, że jeśli nie będzie możliwości startowania z rozsądnej propozycji, czyli nie takiej typu Michał Kamiński, że trzeba napluć na swoich kolegów – tego nie będę robił, to nie będę startował.

To pan nie będzie startował, ale ja się zastanawiam, dlaczego pan nie oddał tego mandatu teraz, parę miesięcy temu.

Nie ma takiej potrzeby ani nie ma takich okoliczności.

Grupa pańskich wyborców została zredukowana właściwie do zera. Nie ma dzisiaj wyborcy Adama Hofmana.

Właśnie tak wielu myślało, a okazało się po tej sprawie ostatniej – czyli tego procesu z Bronisławem Komorowskim, kiedy zostałem pozwany za dociekanie prawdy, za pytanie, już skazany, choć nieprawomocnie – że wiele telefonów, maili, wpisów na serwisach społecznościowych od moich wyborców, sympatyków skłaniało, żebym się trzymał, że trzeba walczyć, że tu chodzi o zasady.

Czyli ma pan jeszcze jakichś sympatyków i wyborców?

Adam Hofman w warszawskiej redakcji RMF FM /Michał Dukaczewski /RMF FM
Adam Hofman w warszawskiej redakcji RMF FM
/Michał Dukaczewski /RMF FM

Ja chciałem im gorąco podziękować, bo ja sam byłem bardzo pozytywnie tym zaskoczony. Także z mojego okręgu, z Konina, z Gniezna, ale nie tylko – z całej Polski.

I nie sądzi pan, że ktoś ze śledztwem prokuratorskim na karku nie powinien mieć w sobie na tyle dużo – rzekłbym – zuchwałości, żeby rwać się na pierwszą linię frontu walki politycznej w wyborach prezydenckich?

Ale kto jest ze śledztwem prokuratorskim na karku?

Adam Hofman.

Nie.

A co prokuratura robi w pańskiej sprawie?

Nic. Prowadzi postępowanie w sprawie.

Ale to pan je zapoczątkował, pańska sprawa, pański casus.

Jest wielu posłów, którzy podlegają tej samej sprawie. Ba, jest postępowanie w sprawie blisko 150 posłów dotyczących kadencji 2005/2007. Także to jest rzecz powszechna…

Pan się czuje niewinny.

Wyciągnąłem i wyciągam wnioski z tej sprawy, żałuję, że tak się stało, i mówiłem o tym, że gdybym mógł cofnąć czas, to nigdy bym tak więcej nie postąpił

Nie, przecież ja nigdy nie mówiłem, że czuje się święty. Ja wyciągnąłem i wyciągam wnioski z tej sprawy, żałuję, że tak się stało, i mówiłem o tym, że gdybym mógł cofnąć czas, to nigdy bym tak więcej nie postąpił. Mimo że postępowałem według swojej wiedzy najlepiej jak wydawało mi się, że można, ale czas już upłynął i teraz trzeba pracować, żeby odpracować swoje…

Pan myśli wciąż o sobie, jako o symbolu obciachu?

Ja myślę o sobie jako ktoś, kto został w to wrobiony. Może wrobiony to złe słowo… Z kogo zrobiono symbol obciachu. Ja walczę o to, żeby nim nie zostać.

Panie pośle, trochę refleksji… Zachował się pan po cwaniacku, mówiąc wprost.

Ale mam naprawdę sporo refleksji, nie zachowałem się w ten sposób, proszę tak nie mówić…

No próbował pan wyciągnąć na boku parę złotych z kasy Sejmu…

To nieprawda. Insynuuje pan… Takie insynuowanie jest, mimo wszystko, nie tylko z okazji świat, ale w ogóle nieładne i nie na miejscu. Żeby tak mówić…

A jak pan coś insynuuje prezydentowi, to jest ładne i na miejscu, a jak ja pytam pana, dlaczego pan wyciągał parę złotych z kasy Sejmu… Można każde pytanie zadawać, bo to jest wolność słowa.

Chciałem wyjaśnić rzecz w obecności ministra prezydenckiego, zadać pytanie ministrowi prezydenckiemu o jego komitet honorowy

Pan insynuuje rzecz, która jest przestępstwem, a tutaj nikt o tym nie mówi, nie ma ani żadnego wyroku, ani dochodzenia, ani takiego zarzutu. Ja zaś zadałem pytanie, za co zostałem pozwany i skazany, co prawda nieprawomocnie, musiałbym zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych za to, że chciałem wyjaśnić rzecz w obecności ministra prezydenckiego, zadać pytanie ministrowi prezydenckiemu o jego komitet honorowy. To jest jednak różnica.

Ale dostał pan już odpowiedź, że tego pana nie ma w komitecie honorowym. Nie wystarczy to panu?

Wystarczy i sprawa była zamknięta. Nigdy bym więcej o to nie pytał. Gdyby nie to, że kancelaria uznała, że prezydenta nie można pytać o takie sprawy, nie można go pytać o przeszłość, nie można pytać o jego związki…

Nie tylko kancelaria, ale także sąd nawet uznał. Są takie pytania, które są insynuujące, panie ministrze. Są takie, które coś imputują.

Jest pan dziennikarzem. Dowiaduje się pan o jakiejś informacji. Na przykład, że ktoś, pan X, jest w komitecie honorowym prezydenta.

To po pierwsze ją sprawdzam…

Trzeba prewencyjnie kneblować usta. I to jest sentencja tego działania Kancelarii Prezydenta

Ja też to zrobiłem! Wszedłem na stronę prezydenta, na stronę jego komitetu, szukałem listy poparcia honorowego – to jest oczywiste. Ale nie mogłem tego znaleźć. Ba, świadek w sądzie, czyli członek sztabu Bronisława Komorowskiego powiedział, że nie ma takiej listy formalnej i że oni nigdzie jej nie publikowali. No to jak siedzę z profesorem Nałęczem, który jest jego przedstawicielem, nie robię tego pokątnie, nie robię plotek, w żaden sposób nie kolportuję wiedzy. Pierwszy raz publicznie zapytuję ministra. Minister mówi: „Nie wiem”. Redaktor Olejnik, chwilę później, mówi: „Nie ma go”. No, mówię, dobrze, sprawa jest zamknięta. Nie jest zamknięta? Trzeba prewencyjnie kneblować usta. I to jest sentencja tego działania Kancelarii Prezydenta.

Za chwilę ja będę musiał w pana rzucać ołówkiem… Nie smutno panu, gdy widzi pan, że Prawo i Sprawiedliwości bez Hofmana dobrze radzi sobie w kampanii prezydenckiej? 

Gratuluję, cieszę się, że sobie dobrze radzą.

Nie okazał się pan niezastąpiony. 

Nikt w polityce, i chyba w ogóle, nie jest niezastąpiony

Ależ nikt w polityce, i chyba w ogóle, nie jest niezastąpiony… Cieszę się, że sobie radzą…

Miło byłoby chyba być niezastąpionym.

… Przy czym po wynikach ich poznacie, bo to przecież jest tak, że nie kampania ma być oceniana, tylko wynik tej kampanii. To jest ważne.

Czuje pan, że ta kampania siada?

Czuję, że te rezerwy, które zostały dobrze zagospodarowane – rezerwy Andrzeja Dudy – zostały wykorzystane. W tej chwili rozstrzygnie się po świętach wielkanocnych, przy okazji 10 kwietnia i później, kształt wyniku wyborczego.

Ale uważa pan, że jeżeli on nie zbliży się o parę procent do Bronisława Komorowskiego, to w ogóle nie będzie drugiej tury czy będzie w niej pozbawiony jakichkolwiek szans?

Bronisław Komorowski zagrał na generała. Czyli generał – spokój, może być wojna, ja tu będę prowadził Polskę. Andrzej Duda gra na ekonomii, czyli euro i drożyzna

Nawet może nie o parę procent. Sondaże nie mają zbyt dużej wartości opisu rzeczywistości. Ale na samych tematach kampanii – i jakby umocowaniach kampanii – Bronisław Komorowski zagrał na generała. Czyli generał – spokój, może być wojna, ja tu będę prowadził Polskę. Andrzej Duda gra na ekonomii, czyli euro i drożyzna.

Kto lepiej przemawia do wyborców?

Moim zdaniem, bardziej angażującym tematem jest oczywiście temat bezpieczeństwa. Jest on bliski, to, co się dzieje za wschodnią granicą. Ludzie się pytają, czy będzie wojna, czy nie będzie wojny. Nie pytają się, czy będzie jutro euro, czy nie będzie euro. I to trzeba przepracować.

A uważa pan, że te haki, haczyki wyciągane przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu pomogą w kampanii? Czy raczej obrócą się przeciwko tym, którzy je stosują?

Ale haki, haczyki wyciągane są przeciwko wszystkim kandydatom, Andrzejowi Dudzie tak samo. Bardziej lub mniej udolnie. To jest normalne w kampaniach politycznych na całym świecie – to, że sztaby prowadzą także czarną kampanię.

Czyli „idźcie tą drogą” podpowiada pan? „Czarna kampania nie jest zła”?

Nie, nie, nie. Ja nie chcę być ten straszny, ten okropny, który namawia do złego…

Ale już pan jest.

Ale jeszcze bardziej. Pan utrzymuje, że się pewnie już nie da. Jednak ja sądzę, że bez tego nie ma dziś kampanii – to dekonstruowanie wizerunków czy pokazywanie słabych stron kandydatów jest elementem kampanii.

Od kiedy pan wiedział, że Duda będzie kandydatem PiS-u?

Przebąkiwało się o tym, mówiło się o tym dość dawno.

Ale od kiedy było to pewne?

Była taka rozmowa, dotycząca być może prawyborów i udziału Andrzeja Dudy, być może Zyty Gilowskiej, więc ta kandydatura od kilku lat już pojawiała się na rynku

Ja pierwszy raz taką rozmowę pamiętam, że w ogóle kilka lat temu mówiło się o tym. Była taka rozmowa, dotycząca być może prawyborów i udziału Andrzeja Dudy, być może Zyty Gilowskiej, więc ta kandydatura od kilku lat już pojawiała się na rynku.

Ale na ostatniej prostej miał przeciwko sobie jakiegoś silnego kontrkandydata?

Nie, myślę, że nie. Myślę, że prezes zdecydował, że to będzie Andrzej Duda już jakiś czas temu.

Jeszcze a propos prezesa: w jakiej sprawie go pan oszukał? 

Nie wiem.

Prezes mówił: Nadużył mojego zaufania, nie pierwszy raz oszukał mnie…

Nie wiem, nie miałem okazji…

Z powodu wyjazdu do Madrytu?

Nie, ja nie miałem okazji rozmawiać od tamtego czasu na ten temat z Jarosławem Kaczyńskim, także…

Nie, nie, ale on sugeruje, że pan powiedział mu, że jedzie zupełnie gdzie indziej, a poleciał wtedy z kolegami do Madrytu. 

Ale ja nie chcę tego komentować, nie chcę w ogóle do tej sprawy w ten sposób wracać, ja tak tego nie pamiętam.

Ale liczy pan, że gniew prezesa kiedyś przeminie? 

Nie stoję w pozycji proszalnego dziada i naprawdę, proszę mi wierzyć, wyobrażam sobie życie poza polityką

Nie no, ja nie stoję w pozycji proszalnego dziada i naprawdę, proszę mi wierzyć, wyobrażam sobie życie poza polityką. Jeśli tak będzie, to tak będzie.

A co pan będzie robił w tym życiu pozapolitycznym?

Mam taką wyobraźnię, że widzę kilka pomysłów na to życie. Oczywiście będzie mi brakować pana redaktora Piaseckiego…

Ja pana jako komentatora chętnie będę zapraszał. 

… będziemy się spotykać już tylko na biegach masowych, a nie w studiu RMF.

Może mnie pan kiedyś wyprzedzi w tym biegu… 

No, to nie ukrywam, że postawiłem sobie teraz taki cel.

Adam Hofman, dziękuję bardzo. 

Dziękuję bardzo.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kontrwywiad

RMF FM

RMF FM

 

Kukiz: Już myślę, co zrobię, jak zostanę prezydentem

Magdalena Kozioł, 02.04.2015
Paweł Kukiz

Paweł Kukiz (MACIEJ SWIERCZYNSKI)

– Najważniejsze jest, żeby Polakom dać przekaz, że trzeba zmienić ustrój, by jak pochodnie ten ogień nieśli dalej. Tą dobrą nowinę – tak, jak robili to pierwsi chrześcijanie – mówi Paweł Kukiz i szykuje się do wejścia do II tury.
Za nieco ponad miesiąc wybory na prezydenta RP. A jeszcze miesiąc temu Kukiz przyznał, że „czarno widzi zbieranie podpisów i całą tę sprawę związaną z kandydowaniem. Obawiał się, że nie uda mu się znaleźć 100 tys. osób, których poparcie pozwoli mu w ogóle w wyborach wystartować.Z marcowego zwątpienia i „czarnego widzenia” kandydowania tłumaczy się tak: – Do Częstochowy przyjechałem przekonany, że to jest spotkanie z wolontariuszami. Przekonywano mnie, że jest ich tam mnóstwo, a okazało się, że było 8-10 osób. Kiedy zobaczyłem puste krzesła, to powiedziałem, że jak będziemy tak zbierać podpisy, w życiu ich nie zbierzemy.Ostatecznie do Państwowej Komisji Wyborczej przywiózł jednak niemal 200 tys. podpisów poparcia. – Doprowadzili do tego obywatele bez struktur, bez pieniędzy. Ci wszyscy, którzy uważają, że obecny system ustrojowy jest dramatyczny. Oczywiście, ta akcja była koordynowana, oparta na działaniach zmieleni.pl, dążących do odtworzenia 750 tys. podpisów zmielonych Platformę Obywatelską.

Podkreśla, że sukces został odniesiony bez „17 komorowozów, bez konfetti”.

Kukiz tryumfuje. Miał nie zebrać 100 tys. podpisów, ma ich dwa razy tyle

Wiara w zwycięstwo

16 marca Kukiz znalazł się na ustach wszystkich komentatorów, bo w sondażu wyborczym dla telewizji TVN zajął wysokie, trzecie miejsce. Tylko za prezydentem Bronisławem Komorowskim z PO i Andrzejem Dudą z PiS.

Najnowsze doniesienia nie są dla niego już tak optymistyczne. Ostatnio – także w zestawieniu przygotowanym dla TVN przez firmę Millward Brown – wylądował daleko – nie tylko za Komorowskim i Dudą, ale też za Magdaleną Ogórek z SLD i Januszem Korwin-Mikkem.

Politolog o wyniku Kukiza: On może namieszać

– Do sondaży nie przykładam wagi – mówi „Wyborczej” Paweł Kukiz i mimo mizernego wyniku w zwycięstwo wierzy nadal. – Zawsze jestem nastawiony na to, że wygram. Będąc realistą, idę walczyć o zwycięstwo. Jak wychodzisz na ring, to nie po to, żeby przegrać, tylko żeby wygrać i teraz myślę, co zrobię dalej. Czyli kiedy wejdę do drugiej tury i kiedy zostanę prezydentem – wyznaje.

Jego zdaniem najlepszy scenariusz dla Polski byłby taki, gdyby wygrał wybory prezydenckie, a potem do parlamentu wprowadził ruch obywatelski, który ściśle współpracowałaby z prezydentem w nad zmianą ustroju Polski. Jego głównym punktem byłoby wprowadzenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Na spotkaniach z wyborcami w całym kraju mówi, że dąży do takiego systemu, gdzie władza będzie pracownikiem, a nie jak obecnie panem obywatela za obywatelskie pieniądze. Bezkarnym w dodatku.

– Najważniejsze jest, żeby ludziom dać przekaz, by jak pochodnie ten ogień nieśli dalej. Tą dobrą nowinę – tak, jak robili to pierwsi chrześcijanie. Na płycie, której nie będzie ponieważ Sony Music zerwało kontrakt, miał pojawić się tekst z takim refrenem: „my, jak pochodnie, jedna od drugiej ogień niosą w stos wiary niezłomnej, że wszystko minie, przejdzie jak zła noc, jak pochodnie ogień rozpali światło, wstanie świt, wiary nie zabije nikt”.

Kukiz: Mój start w wyborach to nie jest pomysł rokendrolowca

Po drodze z Beger?

Ale elektorat Kukiza nie rozumie wszystkich wyborów swojego kandydata. W tym spotkań z Renatą Beger i Sławomirem Izdebskim, szefem rolniczej OPZZ, który wspiera polskich górników, a sam handluje węglem z Rosji. Kukiz musiał się z tych spotkań tłumaczyć na Fb. Ale broni swoich decyzji:

– Jeżeli kongres rolników wpisze w swoich postulatach zmianę ordynacji wyborczej, to jest moim sojusznikiem. Jeżeli taki postulat wpisze np. koło młodych socjalistów, to oni również. Podobnie jak kółko różańcowe. Chodzi o obywateli, którzy uważają, że żyjemy w archaicznym ustroju, a obywatel pełni rolę chłopa pańszczyźnianego. Moim elektoratem mogą okazać się ci, którzy nie chodzą na wybory. Wcale nie walczę o wyborców PiS czy PO.

Kampanię będzie prowadził tak jak do tej pory. Zaplanował spotkania na ścianie wschodniej – od Białegostoku po Przemyśl. W okolicach 10 kwietnia będzie u tych, którzy – jak mówi – są ofiarami tego systemu. U „wypędzonych” w Irlandii, Anglii, Szkocji i Norwegii.

Kukiz: Ubrałem buty z czubem, by dać kopa partiom

Na koncie komitetu Pawła Kukiza jest prawie 106 tys. zł. To niewiele. – Raz apelowałem w internecie o wpłaty. Trzeba będzie znowu zacząć. Najważniejsze dla mnie w tej chwili to jest czas antenowy bezpłatny i promocja w internecie – kwituje Kukiz.

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s