Tygodniki (06.04.15)

 

Bronisław Wildstein dołącza do „wSieci”: „Smoleńsk wysadzi III RP

W nowym wydaniu tygodnika „wSieci”: w związku z 5. rocznicą katastrofy w Smoleńsku raport specjalny, a w nim m.in. o przebiegu śledztwa piórem Bronisława Wildsteina – nowego publicysty tygodnika oraz wywiad z Jarosławem Kaczyńskim. W numerze także sprawa wyroku Mariusza Kamińskiego, czyli jak Polska zamienia się w państwo oligarchiczne, o dwóch projektach filmowych upamiętniających bitwę o Anglię oraz jak zmienia się styl życia nowoczesnego społeczeństwa.

W raporcie specjalnym na łamach „wSieci” Bronisław Wildstein w tekście „Smoleńsk, czyli beczka prochu pod III RP” pisze o śledztwie w sprawie wyjaśnienia tragedii smoleńskiej. – Za przekazanie śledztwa Moskwie, w czego efekcie zbadanie katastrofy zostało uniemożliwione, Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu – akcentuje dziennikarz.

W rocznicę tragicznej śmierci pary prezydenckiej Jarosław Kaczyński opowiada o śp. Marii Kaczyńskiej. – Marylka lubiła zwierzęta i wszystkie, które Leszek zbierał po jakichś drogach, stacjach benzynowych, przyjmowała, wychowywała, no i te psy czy koty chodziły potem za nią krok w krok. Oczywiście to był jeden z elementów spajających to małżeństwo, ale dalece niejedyny – wspomina swoją bratową Jarosław Kaczyński wrozmowie z Marią Dłużewską pt. „Solidarność i pieczone kurczaki”.

W najnowszym „wSieci” Piotr Skwieciński w tekście pt. „Nie będziemy tego znosić” pisze o wyroku, jaki usłyszał w sądzie Mariusz Kamiński: – Sędzia Łączewski przyłożył rękę do przekształcania Polski w państwo otwarcie oligarchiczne – ocenia publicysta „wSieci”.

Na łamach tygodnika Jolanta Gajda‑Zadworna w artykule pt. „Asy wojny” w kontekście zbliżającej się rocznicy bitwy o Anglię pisze o dwóch projektach filmowych opowiadających o tym wydarzeniu. – O zapis pamięci, patriotyzmu, profesjonalizmu, pasji i poświęcenia. Ale też fantazji i powietrznej wirtuozerii. Bohaterami mają być polscy lotnicy. Projekty są dwa: „Dywizjon 303” oraz „Krucha chwała”. Pieniędzywystarczy na jeden – pisze dziennikarka.

Barbara Stanisławczyk w materiale pt. „Wyścig szczurów na śmietniku” pisze o zmianachstylu życia postmodernistycznego społeczeństwa. – Ideałem życia nowoczesnego (postnowoczesnego) człowieka Zachodu, zaczynając od lat 80. poprzedniego wieku, był styl zwany cool, a jego wzorzec ucieleśniał yuppie, czyli „młody profesjonalista z Manhattanu. (…) Styl cool był ideologią bumu gospodarczego, choć sam yuppie odcinał się od wszelkich ideologii, wszelkich -izmów; był antyideowy, areligijny, aspołeczny, arodzinny. Jedyną jego ideą był hedonizm” – tłumaczy Barbara Stanisławczyk. Także na łamach nowego numeru tygodnika „wSieci” w stałych działach polityczno-gospodarczych Jan Rokita pisze o zamieszaniu z euroarmią, a ekonomista Janusz Szewczak tłumaczy, dlaczego polisolokaty to bomby z opóźnionym zapłonem.

 

wPolityce.pl 

Wybory prezydenckie 2015. Nowy spot Dudy o służbie zdrowia: „Pacjent jest najważniejszy”

ks, 06.04.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,143907,17712426,video.html?embed=0&autoplay=1
Wybory prezydenckie 2015. Andrzej Duda zaprezentował nowy spot, w którym porusza temat służby zdrowia. Powołuje się na motto prof. Zbigniewa Religi: „Pacjent jest najważniejszy”. Jutro klip zostanie wyemitowany w telewizji, a Duda wystąpi na konferencji prasowej w szpitalu w Grójcu.
„Od siedmiu lat w służbie zdrowia liczy się zysk. Lekarzy zmusza się, by najpierw liczyli, a potem leczyli. Szpitale zmieniono w przedsiębiorstwa” – słyszymy w nowym spocie wyborczym kandydata PiS na prezydenta. Andrzej Duda chce to zmienić.

– To pacjent jest najważniejszy – przytacza słowa prof. Zbigniewa Religi i powołuje się na współpracę z nim w przeszłości, gdy pracował jeszcze w kancelarii Lecha Kaczyńskiego. – Wrócimy do służby zdrowia, która służy ludziom – zapewnia.

Pojawiły się już pierwsze komentarze. Marek Migalski zatroszczył się o wykorzystanie wizerunku zmarłego prof. Zbigniewa Religi w kampanii wyborczej kandydata PiS:

MigalskiJeśli

gazeta.pl

W najnowszym „Newsweeku”. Michał Kamiński o katastrofie smoleńskiej: Sekunda jak wojna

06-04-2015
POLSCY EUROPOS?OWIE

Michał Kamiński  /  fot. Wiktor Dąbkowski

– Pamiętam pierwsze spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim po tej tragedii. I pamiętam swój strach przed tym spotkaniem. Strach, że nie wiem, co mam mu powiedzieć – Michał Kamiński wspomina w rozmowie z „Newsweekiem” pierwsze dni po katastrofie smoleńskiej.

NEWSWEEK: Za chwilę dojdziemy do Wawelu. Przyjeżdża pan, jest rozpacz i żal. To oczywiste. Czy już wtedy jest myśl, że są „jacyś winni”.
MICHAŁ KAMIŃSKI: Ja tak nie myślałem.

NEWSWEEK: Ale czy wyczuwa pan, że w powietrzu jest złość?
MICHAŁ KAMIŃSKI: Dzisiaj nie jestem w stanie tego powiedzieć. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim po tej tragedii. I pamiętam swój strach przed tym spotkaniem. Strach, że nie wiem, co mam mu powiedzieć. Poczucie, że nie mam słów, żeby wyrazić moje współczucie. To był jeden z bardziej poruszających momentów w moim życiu. Ten moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Jarosława po tej tragedii i kiedy musieliśmy zacząć rozmawiać o tym, co dalej robić.

NEWSWEEK: Pamięta pan tę rozmowę z Jarosławem?
MICHAŁ KAMIŃSKI: Nie pamiętam szczegółów, pamiętam tylko, że wydał mi się pełen bólu, ale i godności.

NEWSWEEK: Potem spotyka się pan z wieloma kolegami w Sejmie, w pałacu. Kiedy po raz pierwszy słyszy pan, że to był zamach?
MICHAŁ KAMIŃSKI: W tamtych dniach raczej tego nie słyszałem.

NEWSWEEK: A słyszy pan złość?
MICHAŁ KAMIŃSKI: Tak, złość była. Sam miałem poczucie, że wina za katastrofę leży po obu stronach.

NEWSWEEK: To przecież bzdura.
MICHAŁ KAMIŃSKI: Nie, realny powód katastrofy jest taki, że ta wojna polsko-polska, to nagrzanie wzajemne doszło już do takiego stopnia… Ale przychodzą mi też do głowy pytania. Na przykład: co by było, gdyby Rosjanie nie pozwolili lądować temu samolotowi?

NEWSWEEK: Co by było?
MICHAŁ KAMIŃSKI: Czy następnego dnia Jarosław Kaczyński zadzwoniłby i podziękował, że uratowali mu brata, czy ogłosiłby, że to prowokacja. Ale żeby być uczciwym, sam sobie zadałem pytanie: co by było, gdyby Lech Kaczyński do mnie zadzwonił…

Cały wywiad Tomasza Lisa z Michałem Kamiński przeczytacie w najnowszym „Newsweeku”. 

Newsweek.pl

Slavoj Žižek: tolerancja nie jest rozwiązaniem [WYWIAD]

06.04.2015

Ocię­ża­łość Eu­ro­py, jej obo­jęt­ność i wszech­obec­ny re­la­ty­wizm to dziś naj­więk­sze za­gro­że­nie – uważa sło­weń­ski fi­lo­zof Sla­voj Žižek. Jeden z naj­od­waż­niej­szych współ­cze­snych in­te­lek­tu­ali­stów Eu­ro­py uważa, że grozi nam au­to­ry­tar­ny ka­pi­ta­lizm na modłę chiń­ską, i opo­wia­da się za mniej­szą to­le­ran­cją wobec is­la­mi­stów oraz za wio­dą­cą kul­tu­rą Oświe­ce­nia.

Slavoj Žižek

Sla­voj Žižek nie chce, by ty­tu­ło­wać go pro­fe­so­rem. Kiedy ktoś tak go na­zy­wa, oglą­da się za sie­bie, by zo­ba­czyć, gdzie jest ten pro­fe­sor – żar­tu­je. Rze­czy­wi­ście rzad­ko kiedy wy­kła­da na uni­wer­sy­te­cie. 65-let­ni Žižek dzia­ła po­przez wiel­ką licz­bę pi­sa­nych przez sie­bie ksią­żek, ese­jów, ar­ty­ku­łów i fe­lie­to­nów. Wy­kła­dy i wy­stę­py na całym świe­cie uczy­ni­ły go jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych my­śli­cie­li i teo­re­ty­ków kul­tu­ry współ­cze­sno­ści.

Po­mi­mo wiel­kie­go wpły­wu, jaki wy­wie­ra, nie­ła­two jest usta­lić jego miej­sce w po­li­ty­ce i fi­lo­zo­fii. Uro­dził się w sto­li­cy Sło­we­nii, Lu­bla­nie, gdzie miesz­ka do dziś, był człon­kiem par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, z któ­rej wy­stą­pił w 1988 roku. Jego sto­sun­ki z wła­dza­mi par­tyj­ny­mi były trud­ne, po­nie­waż idee, jakie gło­sił, uwa­ża­no za nie­wy­star­cza­ją­co mark­si­stow­skie, z tego też po­wo­du nie mógł uzy­skać stop­nia pro­fe­so­ra w swoim ro­dzin­nym mie­ście.

Po­zwo­lo­no mu jed­nak stu­dio­wać w la­tach 1981-85 w Pa­ry­żu, gdzie zaj­mo­wał się głów­nie psy­cho­ana­li­zą Ja­cqu­esa La­ca­na. Przed roz­pa­dem Ju­go­sła­wii kan­dy­do­wał w 1990 roku na urząd pre­zy­den­ta z ra­mie­nia Li­be­ral­nej De­mo­kra­cji Sło­we­nii, choć na po­li­tycz­ny li­be­ra­lizm pa­trzył zde­cy­do­wa­nie kry­tycz­nie, uwa­ża­jąc go za bez­sil­ny i po­zba­wio­ny tre­ści.

Twór­czość Žižka, in­spi­ro­wa­na nie­miec­kim ide­ali­zmem, He­glem i Mark­sem, krąży wokół roz­wo­ju au­to­no­micz­ne­go pod­mio­tu i jego uwi­kła­nia w zmie­nia­ją­ce się ide­olo­gie i toż­sa­mo­ści. Od Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej po Azję znany jest jako kry­tyk glo­bal­ne­go ka­pi­ta­li­zmu i rzecz­nik le­wi­co­wych ru­chów pro­te­sta­cyj­nych.

Szok wy­wo­ła­ny mor­der­czy­mi za­ma­cha­mi ter­ro­ry­stycz­ny­mi w Pa­ry­żu skło­nił go do opu­bli­ko­wa­nia pisma po­le­micz­ne­go na temat is­la­mu i no­wo­cze­sno­ści. Po­ru­sza w nim kwe­stię roz­dar­cia mię­dzy to­le­ran­cją za­chod­nie­go świa­ta a fun­da­men­ta­li­stycz­na nie­na­wi­ścią ra­dy­kal­ne­go is­la­mu wobec li­be­ra­li­zmu. Za­chód – twier­dzi – po­wi­nien trzy­mać się dzie­dzic­twa Oświe­ce­nia i jego uni­wer­sal­nych war­to­ści. Tylko dzię­ki niemu i od­no­wio­nej le­wi­cy uda się obro­nić praw­dzi­wą su­we­ren­ność na­ro­dów.

Der Spie­gel: Kry­zys fi­nan­so­wy i go­spo­dar­czy po­ka­zał, jak wraż­li­wy jest sys­tem wol­nej go­spo­dar­ki ryn­ko­wej, uwa­ża­ny przez jego zwo­len­ni­ków po za­koń­cze­niu epoki ko­mu­ni­zmu za po­zba­wio­ny ja­kiej­kol­wiek al­ter­na­ty­wy. Pan obrał sobie za za­da­nie ob­na­że­nie sprzecz­no­ści współ­cze­sne­go ka­pi­ta­li­zmu. Spo­dzie­wa się pan nowej re­wo­lu­cji?

Sla­voj Žižek: Nie­ste­ty nie.

Ale chęt­nie by jej pan do­świad­czył. Jest pan jesz­cze ko­mu­ni­stą?

Wielu uważa mnie za zwa­rio­wa­ne­go mark­si­stę, który czeka na ko­niec obec­nych cza­sów. Je­stem może tro­chę eks­cen­trycz­ny, ale nie na­le­żę do oszo­ło­mów. Je­stem ko­mu­ni­stą z braku cze­goś lep­sze­go, z roz­pa­czy nad sy­tu­acją Eu­ro­py. Pół roku temu byłem w Korei Po­łu­dnio­wej i wy­gła­sza­łem tam wy­kła­dy na temat kry­zy­su glo­bal­ne­go ka­pi­ta­li­zmu, to samo co zwy­kle bla, bla, bla. Nagle słu­cha­cze za­czę­li się śmiać i za­py­ta­li: O czym pan mówi? Pro­szę spoj­rzeć na nas – na Chiny, Koreę Po­łu­dnio­wą, Sin­ga­pur, Wiet­nam – nam pod wzglę­dem eko­no­micz­nym wie­dzie się cał­kiem do­brze. Kto więc znaj­du­je się w kry­zy­sie? Wy! Wy w Eu­ro­pie Za­chod­niej, a do­kład­niej, w nie­któ­rych jej czę­ściach.

Takie pro­ste to chyba nie jest.

A jed­nak coś jest tu na rze­czy. Dla­cze­go my, Eu­ro­pej­czy­cy, od­czu­wa­my naszą kło­po­tli­wą sy­tu­ację jako wiel­ki kry­zys? Sądzę, że dla­te­go że czu­je­my, iż cho­dzi tu nie tylko o po­twier­dze­nie lub za­prze­cze­nie ka­pi­ta­li­zmo­wi, lecz o przy­szłość na­szej za­chod­niej de­mo­kra­cji. Na ho­ry­zon­cie czai się jakaś ciem­ność, pierw­sze wi­chu­ry już nas do­się­gły.

Kry­zys go­spo­dar­czy może prze­ro­dzić się w po­li­tycz­ny?

Chiny, Sin­ga­pur, Indie czy bli­żej nas ostat­nio Tur­cja, nie zwia­stu­ją ni­cze­go do­bre­go na przy­szłość. Myślę, że współ­cze­sny ka­pi­ta­lizm roz­wi­ja się w takim kie­run­ku, że le­piej bę­dzie funk­cjo­no­wał bez wy­kształ­co­nej de­mo­kra­cji. Ka­rie­ra tak zwa­ne­go ka­pi­ta­li­zmu z azja­tyc­ki­mi war­to­ścia­mi, jaką ob­ser­wu­je­my w ostat­nich dzie­się­ciu la­tach, budzi w każ­dym razie licz­ne wąt­pli­wo­ści. Co bę­dzie, gdy okaże się, że au­to­ry­tar­ny ka­pi­ta­lizm we­dług mo­de­lu chiń­skie­go to znak, że li­be­ral­na de­mo­kra­cja, taka, jak ją ro­zu­mie­my, nie jest już wa­run­kiem i siłą na­pę­do­wą roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go, lecz stoi mu na dro­dze?

Wielu uważa mnie za zwariowanego marksistę, który czeka na koniec obecnych czasów. Jestem może trochę ekscentryczny, ale nie należę do oszołomów. Jestem komunistą z braku czegoś lepszego, z rozpaczy nad sytuacją Europy

De­mo­kra­cja nie jest po to, by to­ro­wać drogę ka­pi­ta­li­zmo­wi, lecz prze­ciw­dzia­łać za­gro­że­niom, jakie on nie­sie. Do­pie­ro to spra­wia, że staje się nie­za­stą­pio­na.

By speł­nić to za­da­nie, musi być czymś wię­cej niż tylko za­sa­dą wol­ne­go wy­bo­ru – ta bo­wiem może po­cią­gnąć spo­łe­czeń­stwo we wszyst­kie moż­li­we kie­run­ki. W tym punk­cie je­stem le­ni­ni­stą. Lenin za­wsze pytał iro­nicz­nie: wol­ność czego?, dla kogo?

Wol­ność sa­mo­dziel­ne­go de­cy­do­wa­nia o wła­snym życiu. A do tego na­le­ży rów­nież wol­ność słowa i prze­ko­nań.

Wspa­nia­le! Nie je­stem sta­li­ni­stą, który drwi z miesz­czań­skich swo­bód i głosi linię par­tii jako je­dy­ną praw­dzi­wą wol­ność. W oso­bi­stym i pry­wat­nym ob­sza­rze wol­ność de­cy­do­wa­nia ro­śnie, rów­nież w Chi­nach. Mam tu na myśli takie dzie­dzi­ny, jak swo­bo­dę po­dró­żo­wa­nia, bo­ga­ce­nia się, pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej, wol­ność sek­su­al­ną. Ale za­sta­na­wiam się, czy to wy­star­czy, czy ten ro­dzaj oso­bi­stej wol­no­ści wy­bo­ru nie jest cza­sem pu­łap­ką. Wzrost wol­no­ści oso­bi­stej przy­sła­nia utra­tę wol­no­ści spo­łecz­nej. Kla­sycz­ne pań­stwo so­cjal­ne ulega de­mon­ta­żo­wi. Tra­ci­my z oczu kie­ru­nek, w jakim zmie­rza ów pro­ces, i to, w ja­kie­go ro­dza­ju spo­łe­czeń­stwie chce­my żyć. Pole opcji, w któ­rym mo­że­my ko­rzy­stać z na­szej in­dy­wi­du­al­nej wol­no­ści, musi zo­stać wy­ty­czo­ne na nowo.

In­ny­mi słowy, bra­ku­je panu de­ba­ty sys­te­mo­wej. To­czy­ło ją już po­ko­le­nie 68’, bez re­zul­ta­tu, prócz zwięk­sze­nia się li­be­ral­nych, miesz­czań­skich wol­no­ści. Czy w mo­bi­li­za­cji zbio­ro­wej woli do prze­zwy­cię­że­nia ist­nie­ją­ce­go stanu rze­czy nie czai się, ina­czej niż w przy­pad­ku in­dy­wi­du­al­nej wol­no­ści, to­ta­li­tar­na po­ku­sa?

XX wiek już się skoń­czył. Reżim to­ta­li­tar­ny jest na dłuż­szą metę nie­zdol­ny do życia. Jeśli chce­my za­cho­wać nasze za­chod­nie ro­zu­mie­nie sa­mych sie­bie, mu­si­my po­sta­wić na nowo wiel­kie py­ta­nie o po­sze­rze­nie stre­fy wol­no­ści de­mo­kra­tycz­nych, o pro­ces zbio­ro­wej eman­cy­pa­cji. W tym punk­cie Eu­ro­pa jest naj­bar­dziej za­gro­żo­na. W krę­gach le­wi­co­wych modne stało się kry­ty­ko­wa­nie eu­ro­cen­try­zmu w imię wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści, ja je­stem jed­nak prze­ko­na­ny, że dziś po­trze­bu­je­my Eu­ro­py bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek dotąd. Pro­szę wy­obra­zić sobie świat bez niej – zo­sta­ną dwa bie­gu­ny: USA ze swoim bru­tal­nym neo­li­be­ra­li­zmem oraz tak zwany azja­tyc­ki ka­pi­ta­lizm z jego au­to­ry­tar­ny­mi struk­tu­ra­mi po­li­tycz­ny­mi. Po­mię­dzy nimi jesz­cze Rosja Pu­ti­na z jej dą­że­nia­mi do eks­pan­sji. Prze­pa­dła­by naj­bar­dziej war­to­ścio­wa część eu­ro­pej­skie­go dzie­dzic­twa, w któ­rej de­mo­kra­cja obej­mu­je wol­ność zbio­ro­we­go dzia­ła­nia. Bez niej zaś nie by­ło­by mowy o rów­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści.

To spu­ści­zna Oświe­ce­nia, przej­ście od nie­doj­rza­ło­ści i do­świad­cza­nej bo­le­śnie ko­niecz­no­ści do au­to­no­micz­ne­go sa­mo­sta­no­wie­nia.

Wła­śnie! Nie za­li­czam się wpraw­dzie do naj­lep­szych przy­ja­ciół Jürgena Ha­ber­ma­sa, ale w tym punk­cie cał­ko­wi­cie się z nim zga­dzam. Po­win­ni­śmy moc­niej niż kie­dy­kol­wiek trzy­mać się za­gro­żo­ne­go pro­jek­tu eu­ro­pej­skie­go Oświe­ce­nia. Tylko z jego po­mo­cą da się zmie­nić to, co wy­da­je się moż­li­we do zro­bie­nia.

Czy ten plan nie prze­kra­cza sił li­be­ral­nej de­mo­kra­cji?

Tak, po­win­ni­śmy wyjść poza nią. Co­dzien­na de­mo­kra­cja funk­cjo­nu­je tak, by więk­szość oby­wa­te­li za­do­wo­li­ła się po­zo­ra­mi wol­no­ści wy­bo­ru, w rze­czy­wi­sto­ści zaś po­dą­ża za tym, co jej się mówi. Cha­rak­te­ry­stycz­ne jest, że dla Niem­ców ulu­bio­na forma rzą­dów to wiel­ka ko­ali­cja. Ze stra­chu, że trze­ba bę­dzie pod­jąć na­praw­dę ra­dy­kal­ne, pio­nier­skie de­cy­zje, po­stę­pu­je się tak, jak gdyby de­cy­zje brały się same z sie­bie, z oko­licz­no­ści, z ich przy­mu­su, na­rzu­co­nych wa­run­ków. Cho­dzi jed­nak o to, by zmie­nić cza­sem pole po­ję­cio­we, za­miast tylko zręcz­nie ana­li­zo­wać i do­pa­so­wy­wać się. Ale wspól­nej woli nie ma, po­zo­sta­je ona zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­na, a tym samym apo­li­tycz­na. Ka­pi­ta­lizm świet­nie sobie z tym radzi, bo li­be­ral­no-de­mo­kra­tycz­na wol­ność i zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ny he­do­nizm mo­bi­li­zu­ją ludzi do jego celów, za­mie­nia­jąc ich w pra­co­ho­li­ków.

Jak wy­glą­da­ła­by al­ter­na­ty­wa?

Nie ma po­wro­tu do ko­mu­ni­zmu. Sta­li­nizm był w pew­nym sen­sie gor­szy niż fa­szyzm, wła­śnie dla­te­go, że ko­mu­nizm chciał zgod­nie ze swo­imi ide­owy­mi rosz­cze­nia­mi do­pro­wa­dzić do końca Oświe­ce­nie jako sa­mo­wy­zwo­le­nie czło­wie­ka. Fa­szyzm nie miał nigdy oświe­ce­nio­wych am­bi­cji, dążył je­dy­nie do kon­ser­wa­tyw­nej mo­der­ni­za­cji za po­mo­cą kry­mi­nal­nych metod. Hi­tler był w pe­wien spo­sób mało ra­dy­kal­ny, nie­wy­star­cza­ją­co gwał­tow­ny.

Co ta­kie­go? To chyba nie jest po­waż­nie po­my­śla­na pro­wo­ka­cja?

Chcę przez to po­wie­dzieć, że fa­szyzm sta­no­wił wpraw­dzie re­ak­cję na miesz­czań­ską ba­nal­ność i sa­mo­za­do­wo­le­nie, ale po­zo­stał w ob­rę­bie ho­ry­zon­tów miesz­czań­skie­go spo­łe­czeń­stwa. Jego suk­ces wy­ni­kał z klę­ski le­wi­cy, do­wo­dząc, że ist­niał re­wo­lu­cyj­ny po­ten­cjał, któ­re­go nie po­tra­fi­ła ona jed­nak wy­ko­rzy­stać.

Jak mają się dziś pod­sta­wo­we war­to­ści li­be­ra­li­zmu – wol­ność, rów­ność i bra­ter­stwo? Czy li­be­ral­na de­mo­kra­cja jest wy­star­cza­ją­co silna, by obro­nić się przed ata­ka­mi?

Wąt­pię, czy do­ro­sła do wy­zwań. Glo­bal­ny sys­tem ka­pi­ta­li­stycz­ny zbli­ża się do nie­bez­piecz­ne­go punk­tu ze­ro­we­go. Jego czte­re­ma jeźdź­ca­mi Apo­ka­lip­sy są ka­ta­stro­fa kli­ma­tycz­na, nie­moż­li­we do prze­wi­dze­nia kon­se­kwen­cje badań bio­ge­ne­tycz­nych, brak sa­mo­re­gu­la­cji ryn­ków fi­nan­so­wych oraz ro­sną­ca licz­ba ludzi wy­klu­czo­nych. Im bar­dziej glo­bal­ne stają się rynki, tym więk­sza siła spo­łecz­ne­go apar­the­idu.

Nie­bez­pie­czeń­stwa są roz­po­zna­ne i sze­ro­ko się o nich dys­ku­tu­je. Mimo to bez­sil­nie zmie­rza­my ku prze­pa­ści?

Brak ja­snej al­ter­na­ty­wy nie może ozna­czać, że wszyst­ko mamy robić po pro­stu tak, jak do­tych­czas. Jeśli obec­ny sys­tem bę­dzie się dalej re­pro­du­ko­wał, doj­dzie do jego im­plo­zji. Je­dy­nie od­no­wio­na le­wi­ca jest w sta­nie ura­to­wać głów­ne war­to­ści li­be­ral­nej de­mo­kra­cji. Jeśli za­nie­dba ona tę szan­sę, wzro­śnie nie­bez­pie­czeń­stwo no­we­go fa­szy­zmu, a przy­naj­mniej no­we­go au­to­ry­ta­ry­zmu.

Takie ten­den­cje można ob­ser­wo­wać już teraz – w fun­da­men­ta­li­zmie re­li­gij­nym, pra­wi­co­wym po­pu­li­zmie czy w agre­syw­nym na­cjo­na­li­zmie.

Wła­śnie. Od­po­wie­dzią na to nie może być utar­ta, wy­uczo­na re­ak­cja li­be­ra­li­zmu – to­le­ran­cja i zro­zu­mie­nie. Nie! W ten spo­sób li­be­ra­lizm za­cznie krok po kroku nisz­czyć sam sie­bie. Mamo prawo po­sta­wić gra­ni­ce. Czu­je­my się nad­mier­nie winni, nasza wie­lo­kul­tu­ro­wa to­le­ran­cja wy­pły­wa z nie­czy­ste­go su­mie­nia, kom­plek­su winy, który może spo­wo­do­wać, że Eu­ro­pa zgi­nie. Naj­więk­szym za­gro­że­niem jest jej ocię­ża­łość, uciecz­ka w kul­tu­rę obo­jęt­no­ści i ogól­ne­go re­la­ty­wi­zmu. Tu staję się do­gma­tycz­ny – wol­no­ści nie da się utrzy­mać bez pew­ne­go do­gma­ty­zmu. Nie chcę sta­wiać wszyst­kie­go pod zna­kiem za­py­ta­nia, we wszyst­ko wąt­pić. Wol­no­ścio­wy do­gma­tyzm opie­ra się na tym, co Hegel na­zy­wał sub­stan­cją oby­cza­jo­wą. Dla­te­go je­stem też prze­ciw­ko każ­dej for­mie po­li­tycz­nej po­praw­no­ści. Pró­bu­je ona za po­mo­cą za­ka­zów spo­łecz­nych i re­li­gij­nych ure­gu­lo­wać coś, co po­win­no być in­te­gral­nym skład­ni­kiem na­szej sub­stan­cji oby­cza­jo­wej.

Tolerancja nie będzie tu żadnym rozwiązaniem. Tym, czego potrzebujemy, jest nadrzędna kultura przewodnia, która reguluje to, w jaki sposób poszczególne subkultury powinny ze sobą współdziałać. Wielokulturowość z jej respektem dla wrażliwości innych przestaje działać, gdy dochodzi do tego, co jest niemożliwe do zaakceptowania. Ortodoksyjni muzułmanie nie są w stanie znieść naszych bluźnierczych obrazów i bezwzględnego humoru, które uważamy za część naszej wolności. Podobnie dla zachodnich liberałów niedopuszczalne są takie praktyki, jak zmuszanie ludzi do zawarcia małżeństwa czy izolowanie kobiet, będące częścią islamu. Dlatego mówię jako lewicowiec: musimy walczyć o naszą własną kulturę wiodącą

Czy każda kul­tu­ra nie ma swo­ich bo­le­snych miejsc nie­to­le­ran­cji – dotąd, ale dalej już nie?

Są rze­czy, ja­kich nie da się znieść. Co sta­ło­by się na przy­kład, gdyby jakaś ga­ze­ta za­czę­ła się otwar­cie na­śmie­wać z Ho­lo­kau­stu? Co z żar­ta­mi od­bie­ra­ny­mi jako sek­si­stow­skie lub ra­si­stow­skie? Le­wi­co­wo-li­be­ral­na czy li­ber­tyń­ska po­sta­wa ogól­nej iro­nii, czy szy­der­stwa ma ten­den­cję do ob­ra­ca­nia się we wła­sne prze­ci­wień­stwo: wzmo­żo­ną wraż­li­wość na ła­twość zra­nie­nia in­nych. Do­brym te­stem progu to­le­ran­cji w po­szcze­gól­nych krę­gach kul­tu­ro­wych są ob­sce­nicz­ne dow­ci­py. Ja je uwiel­biam.

Po­waż­nie?

W daw­nej Ju­go­sła­wii każda re­pu­bli­ka związ­ko­wa miała dow­ci­py o in­nych. Miesz­kań­cy Czar­no­gó­ry na przy­kład uwa­ża­ni byli za le­ni­wych. Dla­cze­go więc Czar­no­gó­rzec wtyka fiuta w każdą dziu­rę w ziemi czy szcze­li­nę skal­ną? Czeka na na­stęp­ne trzę­sie­nie ziemi, bo nie chce mu się sa­me­mu ma­stur­bo­wać. Albo weźmy dow­ci­py ży­dow­skie – po­tra­fią być wspa­nia­łe w na­bi­ja­niu się ludzi z sa­mych sie­bie. Zna pan ten? Pol­ska Ży­dów­ka (mają one opi­nię wy­jąt­ko­wo fleg­ma­tycz­nych) szo­ru­je, po­chy­lo­na, pod­ło­gę wy­ło­żo­ną ka­fel­ka­mi. Wcho­dzi jej mąż, widzi jej wy­pię­ty tyłek, pod­nie­ca się i bie­rze ją od tyłu. Na końcu pyta żonę, czy i ona już do­szła. Ta od­po­wia­da: „Nie, zo­sta­ły mi jesz­cze trzy rzędy”. Bez ta­kiej wy­mia­ny ob­sce­nicz­no­ści nie ma praw­dzi­we­go wza­jem­ne­go kon­tak­tu, jest tylko chłod­ny re­spekt.

Nie bar­dzo do­wie­rzał­bym takim te­stom.

Są gra­ni­ce, oczy­wi­ście. Do wy­bu­cho­wych pro­ble­mów do­cho­dzi, kiedy dwie grupy et­nicz­ne lub re­li­gij­ne żyją w bli­skim są­siedz­twie, ale ich style życia są nie do po­go­dze­nia, uwa­ża­ją więc kry­ty­kę swo­jej re­li­gii czy oby­cza­jów za atak na wła­sną toż­sa­mość.

Czy wła­śnie tu nie leży ła­du­nek wy­bu­cho­wy po­pu­lar­ne­go od ja­kie­goś czasu stwier­dze­nia, że rów­nież islam jest czę­ścią Eu­ro­py?

To­le­ran­cja nie bę­dzie tu żad­nym roz­wią­za­niem. Tym, czego po­trze­bu­je­my, jest nad­rzęd­na kul­tu­ra prze­wod­nia, która re­gu­lu­je to, w jaki spo­sób po­szcze­gól­ne sub­kul­tu­ry po­win­ny ze sobą współ­dzia­łać. Wie­lo­kul­tu­ro­wość z jej re­spek­tem dla wraż­li­wo­ści in­nych prze­sta­je dzia­łać, gdy do­cho­dzi do tego, co jest nie­moż­li­we do za­ak­cep­to­wa­nia. Or­to­dok­syj­ni mu­zuł­ma­nie nie są w sta­nie znieść na­szych bluź­nier­czych ob­ra­zów i bez­względ­ne­go hu­mo­ru, które uwa­ża­my za część na­szej wol­no­ści. Po­dob­nie dla za­chod­nich li­be­ra­łów nie­do­pusz­czal­ne są takie prak­ty­ki, jak zmu­sza­nie ludzi do za­war­cia mał­żeń­stwa czy izo­lo­wa­nie ko­biet, bę­dą­ce czę­ścią is­la­mu. Dla­te­go mówię jako le­wi­co­wiec: mu­si­my wal­czyć o naszą wła­sną kul­tu­rę wio­dą­cą.

Co mia­ło­by nią być? Obec­nie w imię róż­nic kul­tu­ro­wych po­da­je się w wąt­pli­wość nawet ko­niecz­ność prze­strze­ga­nia praw czło­wie­ka.

Eu­ro­pej­ską kul­tu­rą prze­wod­nią jest uni­wer­sa­lizm Oświe­ce­nia, w któ­rym jed­nost­ki są zdol­ne do prze­kra­cza­nia swo­ich par­ty­ku­lar­nych spo­łecz­nych, re­li­gij­nych czy et­nicz­nych po­zy­cji. Nie wy­star­czy to­le­ro­wać się wza­jem­nie, mu­si­my do­świad­czyć na­szej kul­tu­ro­wej toż­sa­mo­ści jako cze­goś przy­pad­ko­we­go i zmien­ne­go.

Uni­wer­sal­na jed­nost­ka to abs­trak­cja, która nie wy­stę­pu­je w co­dzien­nej rze­czy­wi­sto­ści. Tu każdy jest czę­ścią ja­kiejś grupy czy wspól­no­ty.

Jak naj­bar­dziej jest ona rze­czy­wi­sto­ścią w na­szym życiu. Lu­dzie na­le­żą do okre­ślo­nych grup, lecz rów­no­cze­śnie mają swoją część w wy­mia­rze uni­wer­sal­nym. W ciągu swo­je­go życia nie je­stem wciąż taki sam, ale po­zo­sta­ję sobą. Wspól­no­ta nie jest za­ry­glo­wa­na – można ją opu­ścić, przy­łą­czyć się do innej. Nasza toż­sa­mość skła­da się z wielu toż­sa­mo­ści, które mogą ist­nieć obok sie­bie lub jedna po dru­giej.

(…) Eman­cy­pa­cja to gwał­tow­ny akt, ozna­cza roz­sta­nie, po­zby­cie się wła­snych ko­rze­ni. Islam nie ze­zwa­la swoim wy­znaw­com na opusz­cze­nie wspól­no­ty.

Nie ma wol­no­ści bez mo­men­tu prze­mo­cy. Od­dzie­le­nie się od swo­ich ko­rze­ni jest pro­ce­sem peł­nym gwał­tu, ale ów gwałt, który nie musi być czy­sto fi­zycz­ny, ma w sobie coś wy­zwa­la­ją­ce­go. Nie cho­dzi o to, by znisz­czyć cechy szcze­gól­ne, mu­si­my jed­nak zro­zu­mieć, że w par­ty­ku­la­ry­zmie tkwi przy­pad­ko­wość, która nie jest istot­na dla na­sze­go „ja”. Uni­wer­sa­lizm to otwar­cie się na ra­dy­kal­ną przy­pad­ko­wość.

Co ozna­cza to dla po­li­ty­ki?

Irań­ski re­wo­lu­cyj­ny przy­wód­ca Cho­me­ini po­wie­dział kie­dyś: My, mu­zuł­ma­nie, nie boimy się za­chod­niej broni ani eko­no­micz­ne­go im­pe­ria­li­zmu, lecz mo­ral­nej ko­rup­cji Za­cho­du. Eks­tre­mal­ną formą tego oporu jest Pań­stwo Is­lam­skie i jesz­cze bar­dziej Boko Haram. Cóż to za oso­bli­we zja­wi­sko! Ruch spo­łecz­no-po­li­tycz­ny, któ­re­go głów­nym celem jest to, by ko­bie­ty po­zo­sta­ły nie­wy­kształ­co­ne i skie­ro­wa­ne na swoje miej­sce. Stare motto z lat sześć­dzie­sią­tych, że sek­su­al­ność jest po­li­tycz­na, zy­ska­ło tu nie­ocze­ki­wa­nie nowe zna­cze­nie: utrzy­ma­nie ści­słej sek­su­al­nej hie­rar­chii staje się jed­nym z naj­waż­niej­szych zadań po­li­tycz­nych. Czy taka sama po­sta­wa w słab­szej po­sta­ci nie ob­ja­wia się w ro­syj­skiej re­ak­cji na Kon­kurs Pio­sen­ki Eu­ro­wi­zji, który wy­gra­ła bro­da­ta Con­chi­ta Wurst? Na­cjo­na­li­sta Ży­ri­now­ski po­wie­dział wtedy: „W Eu­ro­pie nie ma już ko­biet i męż­czyzn, jest już tylko ono”. Nawet nasz Ko­ściół ka­to­lic­ki wznie­ca tę samą pa­ni­kę swoim opo­rem prze­ciw­ko mał­żeń­stwom ho­mo­sek­su­ali­stów.

Czy nie­po­ha­mo­wa­ny in­dy­wi­du­al­ny he­do­nizm miał­by więc być wszyst­kim, co mo­że­my prze­ciw­sta­wić fun­da­men­ta­li­zmo­wi?

Nie, z dwóch po­wo­dów. Po pierw­sze na­szym prze­ciw­ni­kiem nie jest praw­dzi­wa re­li­gia. Zivko Ku­stić, chor­wac­ki ka­to­lic­ko-na­ro­do­wy ksiądz oznaj­mił, że ka­to­li­cyzm jest zna­kiem, iż nie je­ste­śmy go­to­wi zre­zy­gno­wać z na­sze­go na­ro­do­we­go i kul­tu­ro­we­go dzie­dzic­twa. Uświa­da­mia to, że nie cho­dzi tu już o re­li­gię i jej praw­dy, lecz o pro­jekt po­li­tycz­no-kul­tu­ral­ny. Re­li­gia jest w nim je­dy­nie na­rzę­dziem i in­dy­ka­to­rem na­szej zbio­ro­wej toż­sa­mo­ści. Cho­dzi o to, jak wiele stre­fy pu­blicz­nej kon­tro­lu­je nasza wła­sna stro­na i ile wła­dzy spra­wu­je. (…) Drugi powód, jesz­cze bar­dziej de­cy­du­ją­cy, to ten, że nie­po­ha­mo­wa­na oso­bi­sta wol­ność wy­bo­ru do­sko­na­le kom­po­nu­je się z dzi­siej­szym ka­pi­ta­li­zmem, w któ­rym glo­bal­ne pro­ce­sy spo­łecz­ne i eko­no­micz­ne stają się coraz bar­dziej nie­przej­rzy­ste. In­dy­wi­du­ali­stycz­ny he­do­nizm i fun­da­men­ta­lizm na­pę­dza­ją się na­wza­jem. Fun­da­men­ta­lizm można sku­tecz­nie zwal­czać je­dy­nie za po­mo­cą no­we­go zbio­ro­we­go pro­jek­tu ra­dy­kal­nej zmia­ny.

(…) Czy za­da­niem in­te­lek­tu­ali­sty, który, tak jak pan, dzia­ła pu­blicz­nie, jest nie­zmor­do­wa­na praca nad po­sze­rza­niem prze­strze­ni wol­no­ści? To przy­po­mi­na ra­czej otwar­te spo­łe­czeń­stwo Karla Pop­pe­ra niż pro­le­ta­riac­ką re­wo­lu­cję Ka­ro­la Mark­sa.

O Boże, tylko nie Pop­per! Po­zo­sta­nę w tym punk­cie mark­si­stą, bo tym, o co mi cho­dzi, jest ujęta w in­sty­tu­cje in­fra­struk­tu­ra wol­no­ści. Spe­cja­li­ści – idio­ci w pier­wot­nym zna­cze­niu tego słowa – trosz­czą się o znaj­do­wa­nie roz­wią­zań spe­cy­ficz­nych pro­ble­mów. In­te­lek­tu­ali­sta sta­wia na nowo py­ta­nia, za­sta­na­wia się nad re­ali­za­cją oso­bi­stych praw do wol­no­ści.

Kant w swoim szki­cu „Czym jest Oświe­ce­nie?” czyni roz­róż­nie­nie mię­dzy pry­wat­nym a pu­blicz­nym uży­wa­niem ro­zu­mu. Dziś jest to bar­dziej ak­tu­al­ne niż kie­dy­kol­wiek. Dla Kanta pu­blicz­ne po­słu­gi­wa­nie się ro­zu­mem ozna­cza wolne my­śle­nie, z dala od po­li­tycz­nych i re­li­gij­nych przy­mu­sów. Na tym po­le­ga dziś nasza walka, włą­cza­jąc w to Wi­ki­Le­aks, by utrzy­mać tę pu­blicz­ną prze­strzeń przy życiu.

Jak w takim razie mamy wy­kształ­cić so­li­dar­ność po­mię­dzy róż­ny­mi gru­pa­mi kul­tu­ro­wy­mi?

Moja od­po­wiedź brzmi: przez walkę. Zde­rze­nie kul­tur nie po­win­no być prze­zwy­cię­ża­ne przez od­czu­wa­ny glo­bal­ny hu­ma­nizm, lecz przez sze­ro­ką so­li­dar­ność z wal­czą­cy­mi w ob­rę­bie każ­dej kul­tu­ry. Nasza walka o eman­cy­pa­cję musi być po­łą­czo­na z walką prze­ciw­ko sys­te­mo­wi ka­sto­we­mu w In­diach, z opo­rem ro­bot­ni­ków w Chi­nach. Wszyst­ko za­le­ży tu od sie­bie na­wza­jem: walka o prawa Pa­le­styń­czy­ków i prze­ciw­ko an­ty­se­mi­ty­zmo­wi, dzia­ła­nia Wi­ki­Le­aks i Pussy Riot – wszyst­ko to są czę­ści tej samej walki. Jeśli nie, mo­że­my się wszy­scy zabić.

Onet.pl

Czy w święto chrześcijańskiej nadziei polscy biskupi muszą straszyć?

Katarzyna Wiśniewska, 06.04.2015
Abp Józef Michalik

Abp Józef Michalik (Fot. Waldemar Kompała / AG)

Papież Franciszek apelował o pokój, ale dla większości polskich biskupów wojny i dramaty świata nie są ważne. Mają swoje, polskie wojenki ideologiczne. Jedynie kard. Nycz w homilii nie straszył złym genderem ani demonem in vitro, ani związkami jednopłciowymi, tylko zastanawiał się nad przyszłością Kościoła
Wielkanoc może męczyć. Szczególnie gdy atmosfera przy rodzinnym stole jest ciężka, nie bardzo wiadomo, o czym rozmawiać z krewnymi dalszymi i bliższymi. Rozmawia się więc o polityce, narzeka na wszelkie, często wyimaginowane okropności. Jajko w sosie tatarskim staje w gardle.Kiedy słuchałam, o czym mówili w te święta biskupi, miałam wrażenie, jakby niektórzy hierarchowie zaprosili polskich katolików do takiego ponurego stołu. Na przykład abp Józef Michalik obwieszczał, że „nadciąga nowa ideologia, nowy totalitaryzm, bo z gender nie wolno dziś dyskutować”. Na zarażenie „genderyzmem” utyskiwał też bp Ignacy Dec. Albo abp Wojciech Polak wzywający, żeby upominać się o to, by „przestano uważać za zdobycz naukową produkcję dziecka traktowanego jako prawo zamiast przyjmowania go jako dar” – to oczywiście aluzja do in vitro. I jeszcze abp Leszek Sławoj Głódź: „Szyderstwem z rodziny są projekty legalizacji prawnych związków jednopłciowych”.Przypomina to trochę klimat z tabloidu: musi występować tam czarny charakter, którego można rzucić na pierwszą stronę. Biskupi w roli potwora obsadzają nieustannie złego gendera lub demona in vitro. I w święta chrześcijańskiej nadziei prezentują je wiernym.Sęk w tym, że te straszaki mają tyle wspólnego z rzeczywistością, ile rewelacje z tabloidów: gender to nie żadna totalitarna ideologia, a in vitro to nie taśma produkcyjna. Geje i lesbijki, rozwodnicy i zwolennicy gender są w społeczeństwie, także wśród chodzących do kościoła – czy to się biskupom podoba czy nie.Gdy w Wielkanoc przy rodzinnym stole rozżalony na świat wujek wygłasza swoje bon moty, niektórzy członkowie rodziny znacząco kopią się pod stołem lub uśmiechają do siebie porozumiewawczo. Nie życzę hierarchom, żeby katolicy tak zaczęli reagować na ich kazania. A może już zaczęli, skoro mimo kościelnego gromienia Polacy gremialnie popierają metodę in vitro?

Uderza różnica między świątecznym przesłaniem wielu polskich hierarchów a słowami papieża Franciszka, który apelował o pokój na świecie, mówił o trudnej sytuacji m.in. w Syrii i Iraku. Co tam wojny i dramaty świata, biskupi mają swoje, polskie wojenki ideologiczne.

Dobrze, że nie wszyscy hierarchowie przyjęli w Wielkanoc wszystkowiedzący ton. Kard. Kazimierz Nycz, zamiast kogokolwiek i cokolwiek piętnować, zastanawiał się nad przyszłością Kościoła i katolicyzmu. Pytał: „Dlaczego tych zadomowionych w Kościele jest mniej, a przynajmniej mniej ich widać?”. I słusznie stwierdził, że być może przyczyną może być właśnie przekonanie ludzi Kościoła o własnej nieomylności: „Może jesteśmy zamknięci z obawy przed światem? Z wygody? A może czasem z pozycji ‚jedynego posiadacza prawdy’? To są pytania do wielkanocnej refleksji”.

Te słowa kard. Nycza dedykuję wszystkim wszechwiedzącym – duchownym i świeckim – przy stołach i w kościołach.

Zobacz także

wyborcza.pl

Z Danzigu Gdańsk

Maciej Drzewicki, 04.04.2015
Zabytkowe centrum Gdańska zostało w marcu 1945 r. zniszczone w 90 proc. Był to efekt zaciekłych walk o miasto, ale także barbarzyństwa czerwonoarmistów, którzy niszczyli je już wkrótce po zdobyciu. Nie da się rozpoznać żadnego domu, a rozwalone wieże kościelne sterczą w niebo jak oskarżające palce - opisywał centrum Werner Hewelt, po wojnie dyrektor Haus Hansestadt Danzig w Lubece. Na zdjęciu z wiosny 1945 r.: odgruzowywanie zachodniej części ul. Długiej.

Zabytkowe centrum Gdańska zostało w marcu 1945 r. zniszczone w 90 proc. Był to efekt zaciekłych walk o miasto, ale także barbarzyństwa czerwonoarmistów, którzy niszczyli je już wkrótce po zdobyciu. Nie da się rozpoznać…(Zdjęcie Kazimierza Lelewicza z archiwum Muzeum Historycznego Miasta Gdańska)

Pierwszych Polaków, którzy przyjechali do Gdańska w kwietniu 1945 r., witał makabryczny widok: zaraz po wyjściu z dworca ujrzeli wisielców dyndających na latarniach.
Rozmowa z Piotrem Perkowskim*70 lat temu Armia Czerwona zdobyła Gdańsk. Naloty na miasto rozpoczęły się 9 marca 1945 r., a przez kolejne trzy tygodnie trwały zażarte walki uliczne. 23 marca Sowieci zajęli Sopot, dotarli do Zatoki Gdańskiej i rozdzielili oddziały niemieckie broniące Gdańska i Gdyni. Szturm w kierunku Gdańska ruszył z północy, zachodu i południa, a walki trwały do 30 marca (choć ostatnie punkty oporu zlikwidowano kilka dni później). Już w kwietniu pod sowieckim nadzorem w Gdańsku zaczęła powstawać polska administracja, a z głębi kraju napływali Polacy.Maciej Drzewicki: Jak wyglądał Gdańsk na początku kwietnia 1945 r.?Piotr Perkowski: Był bardzo zniszczony. Nie wszystkie dzielnice, ale np. Główne Miasto, czyli zabytkowa część Śródmieścia, czy centrum Wrzeszcza leżały w gruzach. Ludzie wysiadający z pociągów na ocalałym dworcu stali przed jego majestatycznym budynkiem, a potem patrzyli na panoramę zniszczonego miasta. To robiło wrażenie i pojawia się niemal w każdej relacji z tamtego okresu.

Zburzenie Gdańska

Tak jak wisielcy wzdłuż Adolf-Hitler-Strasse, jak nazywała się wówczas al. Zwycięstwa…

– Niemcy do ostatnich dni wieszali dezerterów. Rozkaz Hitlera był jasny: walczyć do ostatniego żołnierza. Tymczasem niemało spośród obrońców, często chłopców lub starszych mężczyzn wcielonych w ostatniej chwili, nie wytrzymywało psychicznie i chciało się poddać. Wielu powieszonych to niewinne ofiary tej wojny.

Niewinne ofiary?

– Mówimy też o 15-latkach, chłopakach niepodlegających poborowi do ostatnich tygodni wojny, niewyszkolonych, a w końcu wyciąganych siłą z domów. Nagle dostawali broń i mieli walczyć. Wojna długo toczyła się daleko, jeszcze latem 1944 r. na plażach w Sopocie opalały się tłumy ludzi, w Gdańsku działały teatry i kina, a frekwencja była wysoka. Cenzura nie pozwalała informować o tym, co rzeczywiście działo się na froncie, propaganda trąbiła o sukcesach, o Wunderwaffe, a ludzie cieszyli się, że 20 lipca 1944 r. Hitler przeżył zamach pułkownika Stauffenberga. Ale gdańszczanie zdawali sobie sprawę, że III Rzesza przegrywa wojnę. Dostawali przecież listy z frontu od mężów, synów. Przyjmowali zszokowane rodziny z innych miast Rzeszy po nalotach dywanowych, potem uciekinierów z Prus Wschodnich. Mimo cenzury można się było domyślić, jak trudna jest sytuacja.

Istnieje wiele relacji o mordach i gwałtach popełnionych po zdobyciu miasta przez żołnierzy radzieckich na cywilach.

– Na tydzień, dwa radzieccy dowódcy zostawiali swym podwładnym wolną rękę, a dowództwo dawało do zrozumienia, że za to, co zrobią, kar nie będzie. Żołnierze czuli się bezkarni i usprawiedliwieni, działało prawo stada. Przede wszystkim gwałcili – w raportach napisanych przez lekarzy z terenu woj. gdańskiego od kilkunastu do nawet 90 proc. kobiet w punktach z pomocą medyczną miało choroby weneryczne. Później ta fala opadła, ale co najmniej do lata 1945 r. władze administracyjne nie potrafiły zapewnić w mieście bezpieczeństwa. Do przemocy dochodziło przede wszystkim w mieszkaniach. Wciąż, choć już nie na taką skalę, zdarzały się gwałty, z tym że teraz sprawcami byli przede wszystkim Polacy. Mężczyźni polscy przemocą wdzierają się do mieszkań Niemców, dopuszczając się gwałtów na Niemkach – pisał jeden z lekarzy.

Kiedy można mówić o początkach polskiej administracji?

– Na początku kwietnia działały przynajmniej trzy duże grupy operacyjne wysłane z centrali, w tym grupa wojewody Mieczysława Okęckiego i grupa prezydenta Franciszka Kotusa-Jankowskiego, które ze sobą rywalizowały. Najpierw polska władza pojawiła w Oliwie, jako że została ona zdobyta tydzień wcześniej niż Główne Miasto. Burmistrzem (miejscowi naciskali, żeby tak jak to było do 1926 r., Oliwa stała się znów odrębnym miastem) został Hermann Klatt, tutejszy.

Niemiec?

– Tak sugeruje nazwisko? Urodził się w Łodzi. Opublikowałem raport podpisany przez niego napisany dobrą polszczyzną. W pismach urzędowych Klatt podkreślał, że każdy z jego urzędników jest „prawdziwym Polakiem”, choć pewnie większość mieszkańców Oliwy mówiła w domach po niemiecku. Szybko został aresztowany, bo miał figurować na folksliście.

Ilu Polaków było w Gdańsku w kwietniu 1945 r.?

– Według pierwszego spisu ludności z czerwca tamtego roku w mieście znajdowało się 134 tys. ludzi, w tym 8,5 tys. Polaków. Reszta została zakwalifikowana jako Niemcy, plus trochę cudzoziemców, ale trzeba pamiętać, że w przypadku osób kwalifikowanych jako Niemcy sprawa jest skomplikowana, byli wśród nich np. Kaszubi, dużo rodzin mieszanych. W kwietniu zaczęli się pojawiać nowi mieszkańcy, jeszcze nie w transportach zorganizowanych, lecz na własną rękę – przybywali pociągami towarowymi, ciężarówkami, na piechotę. Głównie młodzi mężczyźni, którzy usłyszeli o zdobyciu miasta i o tym, że można się w nim osiedlić. Ale nie wiedzieli jeszcze, czy Gdańsk aby na pewno będzie w Polsce, jak wygląda tam sytuacja. Nic dziwnego, że nie jechali od razu z rodzinami, a najpierw sami – na przeszpiegi.

Wysiadali na dworcu i co dalej?

– Szukali noclegu. Szli do placówki Czerwonego Krzyża, dowiadywali się, że w tymczasowej siedzibie we Wrzeszczu działa już jakiś urząd repatriacyjny czy inny tymczasowy urząd, więc szli tam. Część już wcześniej rozmawiała z kolejarzami, którzy pierwsi przyjechali do Gdańska i doskonale wiedzieli, gdzie są wolne mieszkania.

Szli ulicami i patrzyli, który dom mało zniszczony i można się tam wprowadzić?– Mniej więcej. Najpierw zajmowali wolne mieszkania, ale gdy zaczęło ich brakować, spoglądali na te zajęte przez ludzi mówiących po niemiecku. Jest wiele relacji o Niemkach mieszkających w atrakcyjnych lokalach i szukających jakiegoś opiekuna. Same nie były w stanie się obronić, wiele zmagało się z traumą niedawnej przemocy. Powstawała specyficzna sytuacja: Polacy wchodzili w relacje z tymi Niemkami. Oczywiście opowieści o tym zostały po latach wyidealizowane, że niby Niemki zawsze były wdzięczne, a Polacy rycerscy. Pewnie miłości i romanse się zdarzały, ale trudno mówić o takim samym położeniu – ludzie o skłonnościach do aktów przemocy mieli szerokie pole do popisu. Nie brakowało, rzecz jasna, porządnych, którzy po prostu przez pewien czas mieszkali z tymi Niemkami czy niemieckimi rodzinami, wiedząc jednak z komunikatów, że wkrótce zostaną one wysiedlone.Mieszkań pewnie nie starczyło na długo?– Tzw. głód mieszkaniowy pojawił się już jesienią 1945 r. Do Gdańska przyjeżdżały kolejne transporty repatriantów i powstawało pytanie, co z nimi zrobić, skoro większość mieszkań została już zajęta. W rzeczywistości wolnych jeszcze trochę było, ale nie działał system informacji. Od urzędników słyszało się: „Niech pan sobie idzie i coś poszuka. A jak już coś znajdzie, to niech pan kupi na bazarze rewolwer i pilnuje”. Szukali więc na własną rękę. Już w 1945 r. władze próbowały uporządkować sytuację mieszkaniową, ale bez większego efektu. Szybko za to zaczęły się wysiedlenia ludności niemieckiej, w Oliwie i we Wrzeszczu już późną wiosną i latem 1945 r., co z punktu widzenia prawa było co najmniej wątpliwe, bo o losie Niemców znajdujących się na wschód od Odry mocarstwa zdecydowały dopiero z początkiem sierpnia w Poczdamie. Nie było też decyzji wojewody gdańskiego.Do wiosny 1946 r. z Gdańska wysiedlono 90 tys. ludzi…

– Wielu chciało po prostu uciec. Ponadto ci, którzy nie mogli przejść weryfikacji narodowościowej (poddawani jej byli wszyscy mieszkańcy niemający przed wojną obywatelstwa polskiego), zostali wysiedleni. Ulica po ulicy. Jednak wielu przedwojennych gdańskich Polaków przechodziło weryfikację i zostawało. A że potem, na przełomie lat 40. i 50. czy już po 1956 r., wyjechało, to inna sprawa. Wśród nich były też rodziny obrońców Poczty Polskiej i ludzi związanych przed wojną z miejscową Polonią.

Dlaczego wyjechali?

– Ktoś może powiedzieć, że chcieli lepszego życia, ale prawda jest bardziej skomplikowana. W Gdańsku jeszcze wiele lat po wojnie najistotniejszym kryterium podziału mieszkańców był ten na ludność napływową i miejscową. Miejscowi nie czuli się jak u siebie i narzekali, że w Wolnym Mieście jako Polacy byli obcy, a teraz są traktowani podobnie, tyle że uważa się ich za Niemców.

W 1945 r. mieszkańcy Gdańska musieli się też zmagać z epidemiami.

– Przede wszystkim duru brzusznego. Przypadki groźniejszego tyfusu plamistego na szczęście nie były tak częste, odnotowano też parę innych chorób, nawet tak egzotycznych jak cholera. W jednym z raportów z wiosny 1945 r. znalazłem informację, że w co drugim domu znajdowała się osoba chora. Społeczność Gdańska tworzyły wówczas głównie kobiety, dzieci i osoby starsze, w czasie migracji, walk i zniszczeń śmiertelność musiała być duża. Trzeba jednak przyznać, że nowe władze w sferze działania sanitarnego potrafiły się świetnie zorganizować, zarządzając m.in. kontrole sanitarno-epidemiologiczne w domach czy dezynfekcję odzieży. Stosunkowo szybko też uruchomiono wodociągi z wodą nadającą się do picia.

Gdańsk w 1945 r. to ruiny, choroby i przemoc, ale na zdjęciach widać uśmiechniętych ludzi.

– Cieszyli się z końca wojny, że bomby już nie lecą z nieba. Zaczynali nowe życie.

Kiedy ruszyła odbudowa?

– Już w kwietniu. Ludzi nie trzeba było namawiać do pomocy. Najpierw odgruzowano ulice, żeby można było dostarczać np. żywość. Mieszkańcy na własną rękę reperowali dachy, wstawiali okna i oczywiście szabrowali sąsiednie budynki, ale często nie po to, by się wzbogacić, lecz by np. zdobyć materiały do naprawienia swojego domu. Władze organizowały odgruzowywanie najbardziej zniszczonych części miasta. Wynagrodzeniem była żywność, a Polacy dostawali więcej niż Niemcy, którzy odgruzowywali przymusowo i wykonywali najcięższe prace, np. wynosili trupy z piwnic.

W sierpniu 1946 r. w Gdańsku wybuchł strajk dokerów nazywany czasami pierwszym buntem robotników przeciwko władzy ludowej.

– Nie łączyłbym go z protestem przeciwko nowemu ustrojowi. Przed wojną nad Zatoką Gdańską strajki w portach też się zdarzały. Dokerzy nie mieli może najgorzej, ale chcieli więcej. Lepszych warunków pracy też, ale przede wszystkim sprzeciwiali się ograniczeniom dotyczącym terenów portowych, na których rozładowywano statki z transportami UNRRA; chodziło o zakazy wynoszenia przedmiotów czy częste kontrole skutkujące zwolnieniem z pracy. To nie były postulaty polityczne.

Ale władza tak je potraktowała.

– Reakcja była brutalna: otoczono kordonem gdański Nowy Port, protestujących aresztowano. Potem zostali zwolnieni z pracy, a niektórzy musieli opuścić województwo gdańskie jako tzw. element zbędny.

Podczas zamieszek zginął funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa.

– W tłum demonstrujących przed urzędem pracy wmieszało się trzech ubeków. Zostali rozpoznani, a jeden – Kazimierz Gronkiewicz, późniejszy patron jednej z portowych ulic – najprawdopodobniej zastrzelony. W Nowym Porcie w tamtych czasach nie tylko straż portowa miała broń, często dochodziło do strzelanin. Jeśli Gdańsk i inne ziemie poniemieckie uważało się w 1945 r. za „Dziki Zachód”, to Nowy Port pozostał nim przez cały okres stalinizmu.

Euforia pierwszych powojennych miesięcy przeminęła, a problemy zostały.– Najbardziej zniszczonym dużym miastem była Warszawa, potem Wrocław i Gdańsk. Potrzeby mieszkaniowe okazywały się gigantyczne, tym bardziej że pracy w mieście nie brakowało, dynamicznie rozbudowywał się przemysł stoczniowy, działały porty, dobrze funkcjonowały turystyka, usługi, handel. Władze szybko zdecydowały się na wprowadzanie ograniczeń: żeby mieszkać w mieście, trzeba było mieć pracę lub się uczyć, a do już zamieszkanych lokali dokwaterowywały kolejne rodziny. Na kilkudziesięciu metrach żyło czasem kilkanaście osób. Przywróciły przedwojenne przepisy o „pasie nadgranicznym”, na podstawie których można było dowolnie wysiedlać ludzi – przedsiębiorców, inteligencję, ale też prostytutki, marynarzy, dezerterów, folksdojczów. Ktoś odbudował dom, ale cały czas czuł się zagrożony, bo na podstawie przepisów o „elemencie zbędnym” mógł zostać wysiedlony. Każdy wiedział, że jeśli się narazi, może dostać dwa tygodnie na spakowanie się i opuszczenie województwa. Po raz pierwszy nowe władze skorzystały z tych przepisów wobec dokerów.Skąd ludzie przyjeżdżali do Gdańska?– Według statystyk ponad 60 proc. osadników przybyło z Polski środkowej i południowo-wschodniej oraz Wielkopolski, natomiast repatrianci zza Buga stanowili ok. 15 proc. Plus trochę repatriantów z Zachodu. Pochodzenie długo stanowiło główne źródło antagonizmów. Zresztą napływowi i miejscowi też byli między sobą mocno podzieleni. Miejscowi na mniej i bardziej prawdziwych Polaków, na Kaszubów i innych. Napływowi: na tych z Kresów, np. spod Wilna, którym wytykano dziwny akcent i wiejskie maniery, na warszawiaków, o których mówiono, że to najwięksi karierowicze, a ci z Łodzi – szabrownicy.Kiedy oni wszyscy zaczęli myśleć o sobie, że są gdańszczanami?

– Dopiero w latach 60., gdy nastąpiła zmiana pokoleniowa. Wówczas kończył się podział na warszawiaków, wilnian i przybyszy z innych miast. Dzieci nadal bawiły się w wojnę, w Polaków i Niemców, ale jeśli pojawiały się konflikty, to raczej międzyosiedlowe, inaczej przebiegały już linie podziału. Wszyscy czuli się gdańszczanami.

*Dr hab. Piotr Perkowski – historyk Uniwersytetu Gdańskiego specjalizujący się w dziejach najnowszych, szczególnie historii społecznej, autor książki „Gdańsk – miasto od nowa”

Wspomnienia z nowego Gdańska

Trójmiejska „Gazeta Wyborcza” wspólnie z gdańskim magistratem przeprowadziła zbiórkę pamiątek i wspomnień z powojennego Gdańska. Oto dwa fragmenty.

Nasza kamienica – fragment wspomnień Roberta Tracza

Pierwsze kamieniczki odbudowano w obrębie ulic: Długiej, Ogarnej i Piwnej. Ojcowie rodzin, którzy pracowali przy odbudowie miasta, otrzymywali w nich mieszkania z przydziału. Mój ojciec, cieśla z zawodu, był jednym z nich. Trzypiętrowa kamienica przy Piwnej przygarnęła powojennych rozbitków i tułaczy z wielu zakątków Europy. Wśród dziesięciu rodzin byli ludzie z Pomorza, Poznańskiego i z Wileńszczyzny. Moi rodzice powrócili z Niemiec, gdzie zostali wywiezieni na roboty; ojciec spod Lublina, matka z Kijowa.

Na ostatnim piętrze najmniejsze z mieszkań zajmowała pani Gertruda Detlaf, rodowita gdańszczanka, wdowa z małoletnią córką. Zawsze podkreślała, że jako jedyna w kamienicy jest „tutejsza”. Na ryby mówiła „fisze”, a niemal każdą kwestię kończyła słowami: „Jo wej”.

Początkowo mieszkańcy patrzyli na siebie nieufnie. Z czasem sytuacja uległa zmianie, głównie z powodu dzieci, których w każdej rodzinie było co najmniej dwoje. Zbrataliśmy się szybko podczas wspólnych zabaw na podwórzu. Budowaliśmy bunkry z cegieł, polowaliśmy na szczury, graliśmy w cymbergaja, klipę oraz palanta i ganialiśmy z drucianymi popychaczkami za toczonymi po ulicach fajerkami. Nasze troskliwe matki wychylały się z okien i rzucały nam w papierowych torebkach pajdy chleba ze smalcem lub cukrem, a po południu, po powrocie naszych ojców z pracy, wołały na zupę. W cieplejsze dni pomiędzy praniem a sprzątaniem siadywały we dwie, we trzy na ławce pod domem, cerując skarpety i łatając nasze portki. Gadały o życiu, o chorobach i o tym, co ugotować na obiad.

Na pierwszym zebraniu mieszkańców na gospodarza kamienicy wybrano Helmuta Grabowskiego z parteru. Mówił, że kilka lat spędził w niewoli, lecz nigdy nie sprecyzował w jakiej: u Ruskich, Niemców czy może u Amerykanów?

Żeby znów być razem – fragment wspomnień Haliny Radomskiej

Na razie warunki tutaj są dosyć ciężkie. Gdańsk (centrum miasta) jest mocno zniszczony. Zwalone domy, gruzy, szkielety samochodów, wozów i różnych maszyn, oto widok, jaki przedstawia się oczom zwykłego przechodnia.

W takiej to dzielnicy [okolice ulicy Łąkowej] mieszkaliśmy [autorka z mężem] przez jakiś czas, korzystając z gościnności pana Mirowskiego. Dzień w dzień dwa razy musieliśmy oglądać te zgliszcza i wdychać dym spalenisk, idąc do pracy i wracając z niej. Wreszcie w sobotę 4 sierpnia [1945 r.] przenieśliśmy się do Wrzeszcza na ul. Mickiewicza, do mieszkania, które mamy zajmować, a w którym na razie mieszkają jeszcze Niemcy. Dużo ich jest jeszcze w Gdańsku, ale sprawa wysiedlenia Niemców posuwa się naprzód. Już mamy swoje mieszkanie, które, mam nadzieję, będzie nam przyznane: trzy pokoje z kuchnią, łazienką, przedpokojem, częściowo umeblowane. Zrobiliśmy krok naprzód do przywiezienia Marty [córka autorki] i mamusi. Już nie mogę doczekać się tej chwili. Dowiedziałam się, że Marta już stoi sama, a ja tego nie widzę. W niedzielę 5 sierpnia, w dzień urodzin Marty, ofiarowałam mszę św. w jej intencji, aby się zdrowo chowała, wyrosła na chwałę Bogu, a nam na pociechę, i żeby dobry Jezus pozwolił nam jak najprędzej być razem.

W ”Ale Historia” czytaj też:

Wojna secesyjna. Krwawa jatka Amerykanów
W zakończonej 150 lat temu wojnie domowej biło się blisko 3 mln żołnierzy. Życie straciło co najmniej 625 tys. ludzi, czyli więcej, niż wyniosły amerykańskie straty w obu wojnach światowych. Dla Amerykanów wojna secesyjna do dziś pozostaje najważniejszym konfliktem zbrojnym w ich historii

Peter Niers: najgorszy zabójca doby reformacji
W drugiej połowie XVI wieku w Niemczech zaczęła się nakręcać spirala zbrodni. Za sprawą powszechnego strachu przed mordercami zmieniła się moralna kwalifikacja zabójstwa – to wtedy właśnie zaczęto je uważać za najstraszliwszy występek. Gorszy niż wyparcie się wiary czy popadnięcie w herezję

Katyń w Norymberdze
Podczas procesu w Norymberdze Sowieci próbowali zrzucić na Niemców winę za zbrodnię katyńską. Nie udało im się to m.in. dzięki trzem oficerom Wehrmachtu, uczestnikom spisku na życie Hitlera

Wanna: luksus dla wybranych i gniazdo rozpusty
Maria Antonina codziennie myła nogi i uwielbiała się kąpać. Nieszczęsna królowa Francji miała w sypialni krytą wannę, w której jadała śniadania

Redaktor Maj, czyli Bond PRL-u
Ten serial uchodzi za sztandarowy wytwór telewizji kierowanej przez Macieja Szczepańskiego: jest sensacyjną wersją propagandy sukcesu z bohaterem poruszającym się swobodnie po świecie. To ostatnie – rzecz jasna – było poza zasięgiem przeciętnego obywatela PRL-u

wyborcza.pl/alehistoria 

 

Dwie msze, dwa przemówienia prezesa i marsz pamięci. Tak PiS będzie obchodziło piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej

10.04.2013 Warszawa. Marsz Pamięci z Archikatedry św. Jana pod Pałac Prezydencki - w ramach obchodów trzeciej rocznicy katastrofy smoleńskiej.
10.04.2013 Warszawa. Marsz Pamięci z Archikatedry św. Jana pod Pałac Prezydencki – w ramach obchodów trzeciej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Od rana do późnego wieczora będą trwać obchody piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej, organizowane przez Prawo i Sprawiedliwość. Centralna część odbędzie się, jak co roku, przed Pałacem Prezydenckim.

10 kwietnia w Warszawie mają odbyć się dwie msze – po pierwszej, celebrowanej w archikatedrze św. Jana, ma wyruszyć marsz pamięci na Krakowskie Przedmieście. W miejsce, gdzie dokładnie 5 lat temu zbierali się pogrążeni w żałobie warszawiacy. Pochód ma zakończyć piątkowe uroczystości w stolicy.

Przed Pałacem Prezydenckim zostanie ustawiona scena, a podczas obchodów dwukrotnie przemawiać ma lider PiS, brat tragicznie zmarłego w wypadku prezydenta – Jarosław Kaczyński. Planowane są też pokazy filmów, będzie orkiestra. Ci, którzy nie zmieszczą się pod sceną, będą mogli śledzić wydarzenia na telebimach. Bezpieczeństwo ma zapewnić kilkusetosobowa wewnętrzna służba porządkowa PiS.

Prawicowe media już od jakiegoś czasu mobilizują szyki i wzywają do godnego uczczenia rocznicy katastrofy. O to apelował przed miesiącem także Kaczyński.

W tym roku, tak jak dotychczas, PiS zamierza samodzielnie – bez czynników państwowych – uczcić pamięć ofiar. Oficjalne uroczystości, z udziałem m.in. premier Ewy Kopacz, odbędą się w Świątyni Opatrzności Bożej na Wilanowie, na Powązkach Wojskowych, gdzie mieści się pomnik ku czci ofiar katastrofy, a także w Smoleńsku.

Termin najbliższej rocznicy jest wyjątkowy, wyścig o prezydenturę zmierza już bowiem powoli na ostatnią prostą. Kandydatowi PiS Andrzejowi Dudzie niekoniecznie jednak mogą pomóc działania tzw. środowisk smoleńskich. Te bowiem ostro krytykują Bronisława Komorowskiego, czego przykładem jest najnowsza inicjatywa Solidarnych 2010 – plakat z wizerunkiem obecnego prezydenta z dopiskiem „Prawda w oczy zagląda”.

Piątkowe uroczystości mogą być odzwierciedleniem podziału wśród warszawiaków, którzy różnie oceniają nie tylko przyczyny katastrofy smoleńskiej, ale i przedstawiony ostatnio przez ratusz projekt budowy tzw. placu smoleńskiego (przy Placu Piłsudskiego), upamiętniającego ofiary. Momentalnie wzbudził on wiele wiele wątpliwości.

Przeciwna tej lokalizacji jest m.in. dziennikarka TVN-u Katarzyna Kolenda-Zaleska. Nie ma ona wątpliwości, że pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej powinien stanąć na Krakowskim Przedmieściu, bo tam właśnie gromadziły się tłumy Polaków po 10 kwietnia 2010 roku. – Jeśli to nie wymaga upamiętnienia, to co? – pytała dziennikarka.

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

naTemat.pl

Rocznica katastrofy smoleńskiej: „Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu” [W TYGODNIKACH]

red., 06.04.2015
Okładki tygodników

Okładki tygodników (Fot. Gazeta.pl)

Śledztwo ws. katastrofy smoleńskiej to główny temat najnowszych numerów tygodników „Do Rzeczy” i „wSieci”. „Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu” – pisze Bronisław Wildstein. Ponadto we „Wprost” o tym, jak Polacy szykują się do wojny.
ZOBACZ WSZYSTKIE OKŁADKI >>>Po katastrofie airbusa A320 linii Germanwings dziennikarze „Newsweeka” sprawdzają bezpieczeństwo na pokładach samolotów. Okładkowy artykuł dotyczy również samej pracy pilotów oraz tego, jak w Polsce można dostać się do tego zawodu. Od czego zależy zdobycie licencji pilota, jakie wymagania trzeba spełnić, żeby dostać posadę u któregoś z przewoźników?

Więcej w „Newsweeku” >>>

W najnowszym „Wprost” o tym, jak Polacy szykują się do wojny. W naszym kraju działa blisko 100 organizacji paramilitarnych, które dotychczas przeszkoliły ok. 30 tys. osób. – Chcemy nauczyć się strzelać, szukamy przygody. Ale kiedy trzeba będzie bronić kraju, będziemy gotowi – mówią ci, którzy do nich wstępują.

Więcej we „Wprost” >>>

Najnowszy numer „Do Rzeczy” poświęcony jest przede wszystkim piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Okładkowym artykułem jest wspomnienie o Marii Kaczyńskiej: „Jak pierwsza dama zatrzymała przemysł pogardy”. Wspominają ją najbliżsi współpracownicy. „Bardzo bolały ją ataki na męża. Uważała je za niesprawiedliwe” – powiedział na łamach kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda.

Ponadto dziennikarz Cezary Gmyz tłumaczy, dlaczego zajmuje się katastrofą smoleńską nieprzerwanie od pięciu lat: „Przyrzekłem sobie, że zrobię wszystko, by przyczynić się do wyjaśnienia katastrofy”. Przypomina, że wcześniej pisał o tym, jak Rosjanie zamienili protokoły zeznań kontrolerów lotu w Smoleńsku. Więcej w „Do Rzeczy” >>>

Piąta rocznica katastrofy smoleńskiej jest również głównym tematem najnowszego „wSieci”. Najważniejszym artykułem jest podsumowanie śledztwa w sprawie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej autorstwa Bronisława Wildsteina: „Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu”.

Ponadto Jarosław Kaczyński wspomina w wywiadzie swoją bratową – Marię Kaczyńską: „Marylka lubiła zwierzęta i wszystkie, które Leszek zbierał po jakichś drogach, stacjach benzynowych, przyjmowała, wychowywała, no i te psy czy koty chodziły potem za nią krok w krok”. Więcej we „wSieci” >>>

TOK FM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: