Spaghetti (28.04.15)

 

GDULA O KSIĄŻCE SOWY: WZYWANIE DUCHÓW PRZESZŁOŚCI

„Inna Rzeczpospolita jest możliwa!” okazuje się boleśnie polska i peryferyjna.


Inna Rzeczpospolita jest możliwa!

Wswojej nowej książce Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Jan Sowa stara się przekonać czytelników, że nadał jej tytuł nie bez racji. Chociaż nasza historia kształtowała się w realiach rozwojowego zapóźnienia i boleśnie doświadczyliśmy czasów socjalizmu, mamy szansę dokonać zasadniczej zmiany, która wydźwignie nas ze stanu podrzędności, dryfu i frustracji. Podzielając przynajmniej część nadziei Sowy na zmianę polskiej rzeczywistości, po lekturze nie czuję się przekonany, że zmiana jest możliwa ani że powinna zmierzać w kierunku, jaki wyznacza autor.

Zanim jednak napiszę o słabościach, chciałbym wspomnieć o zaletach książki. Na pewno jest sprawnie napisana. Sowa potrafi wciągnąć czytelnika w lekturę i nie nudzi go. Bardziej wymagające fragmenty przeplata anegdotami i nieoczekiwanymi sformułowaniami, tak że tekst zachowuje odpowiedni rytm. Takiego typu pisarstwa oczekiwać należy od humanistyki, która wychodzi poza krąg wtajemniczonych czytelników nieprzekraczający czasami grupki znajomych-badaczy grzebiących się w tym samym temacie.

Po drugie Sowa wplata w swoją opowieść wątki, które są być może znane lewicowemu czytelnikowi, ale szerzej wciąż uchodzą za herezję, jak na przykład stwierdzenie, że kapitaliści potrzebują państwa i wykorzystują je w procesie akumulacji, albo to, że organizacje pozarządowe pozwalają na tańszą realizację pewnych zadań administracyjnych, ograniczając przy okazji aktywność społeczną, która mogłaby mieć bardziej antysystemowy charakter. Pisanie o tych sprawach jest ważne i należy się cieszyć, że ktoś robi to atrakcyjnie i przystępnie.

Trudno jednak dać się porwać koncepcji Sowy, bo jego wywód pełen jest elementów, które nie rymują się ze sobą. Wątpliwości pojawiają się, gdy książkę ocenia się z perspektywy jej własnych założeń. Weźmy sam punkt wyjścia, który służy za uzasadnienie głębokiej krytyki polskiej rzeczywistości. Sowa podważa sensowność używania wzrostu PKB jako dowodu rozwoju Polski. Więcej o naszym kraju mówi niski udział płac w PKB i szóste od końca miejsce, jakie zajmujemy w Unii Europejskiej, jeśli idzie o poziom życia. Zaraz potem jednak Sowa stwierdza, że porównania i statystyka to w ogóle narzędzie manipulowania rzeczywistością. Nie można na przykład mówić o statystycznym Polaku, bo jeśli jeden mieszka w 150-metrowym lofcie, a drugi w 50-metrowym mieszkaniu, to każdy średnio ma 100-metrowe mieszkanie.

Danym i statystyce przeciwstawia Sowa społeczno-egzystencjalne doświadczenie prowadzące do „uczucia niezadowolenia i porażki, jakie przepełnia Polskę”; społeczeństwo, jak twierdzi autor, „ledwo zipie na kroplówce”. Jeśli wskaźniki PKB i statystykę uznaje się za manipulowanie rzeczywistością, to czym są retoryczne figury stosowane przez Sowę? Wolałbym, żeby teza, że w Polsce sytuacja jest niepokojąco zła, miała lepsze ugruntowanie niż najlepsze nawet bon moty. Zwłaszcza że naraża to Sowę na proste i trudne do odparcia zarzuty. Według Diagnozy Społecznej z 2013 roku subiektywne zadowolenie z życia deklaruje 80,3% respondentów. To nie jest żadna średnia ukrywająca prawdziwy rozkład dochodów, metraż mieszkań czy liczbę samochodów na głowę. Po prostu przytłaczająca większość deklaruje, że jest zadowolona z życia. Jeśli ktoś nie ufa Diagnozie Społecznej, może sięgnąć do badań CBOS. Według nich w 1994 roku było 53% zadowolonych z życia (bardzo i raczej zadowolonych), a 11% raczej i zdecydowanie niezadowolonych z życia. W 2012 było to już odpowiednio 71% i 3%. Najwyraźniej Sowa chce udowodnić, że Polacy mają gorączkę, rozbijając termometr.

Druga istotna wątpliwość dotyczy sposobu używania teorii postkolonialnej. Sowa szeroko korzysta z krytycznego potencjału tej perspektywy, zarówno analizując specyfikę polskiej historii, jak i dokonując krytyki istniejącej u nas zwłaszcza wśród elit fascynacji Zachodem i skłonności do jego naśladowania. Polska jest zapóźniona nie ze względu na swoją mentalność, ale strukturę podziału pracy w globalnym kapitalizmie, która sprawiała, że Anglia budowała manufaktury wtedy, gdy szlachta Rzeczypospolitej zaostrzała pańszczyznę. Dlatego, gdy chcemy naśladować Zachód popełniamy błąd. Chcąc go dogonić, tylko wzmacniamy niekorzystną dla nas strukturę podziału pracy i bogactwa.

Podkreślanie peryferyjności, jeśli ma prowadzić do czegoś innego niż myślenie imitacyjne, wymaga precyzyjnego przemyślenia celów emancypacji i uprawiania polityki.Jednocześnie Sowa zbyt często daje dowody na to, że krytykując lokalne realia, wykorzystuje Zachód jako normatywny układ odniesienia. Diagnozując polską rzeczywistość, mówi o tym, że brakuje tu „jakichkolwiek mniejszości”. Oprócz tego, że sam znam sporo przedstawicieli mniejszości seksualnych, etnicznych i religijnych, a nawet sam zaliczam się do polskiej mniejszości postgalicyskiej, uderzająca jest przyczyna, dlaczego Sowa uważa brak mniejszości za problem: „to one na Zachodzie dostarczają dynamizmu i energii starzejącym się społeczeństwom Europy czy Stanów Zjednoczonych”. Czyli u nas ma być tak samo jak „tam na Zachodzie”. Duża część wywodu zbudowana jest na tym motywie: liberałowie naśladują Zachód, ale tam promuje się już inne rozwiązania. Jeśli nie dokonamy zmiany, nie będziemy suwerenni tak jak zachodnie państwa, nie odrzucając Kościoła, pozostaniemy konserwatywnym skansenem, do którego nie dociera normalna kulturowa modernizacja. Mamy odrzucić imitowanie i kopiowanie Zachodu, ale Sowa na swoich patronów ideowych wybiera zachodnich myślicieli. Nie chodzi mi o to, żeby wiązać sznurówki po polsku, ale podkreślanie peryferyjności, jeśli ma prowadzić do czegoś innego niż myślenie imitacyjne, wymaga precyzyjnego przemyślenia celów emancypacji i uprawiania polityki.

Trzecia kwestia to bezkompromisowe odrzucenie zarówno projektu Rzeczypospolitej szlacheckiej, jak i PRL-u, przy hurraoptymistycznym potraktowaniu Solidarności. Kiedy Sowa analizuje PRL, wszelkie równościowe, wolnościowe i emancypacyjne treści traktuje jako element ideologii zasłaniający brutalną rzeczywistość wyzysku, hierarchii i arbitralności władzy. Realne praktyki obnażają ideologiczność oficjalnych sloganów. Do Solidarności podobnej procedury się jednak nie stosuje. Solidarność to czysta bezpośredniość, samoorganizacja, pluralizm i egalitaryzm. A przecież gdy skrobnie się trochę w historii związku, wychodzi, że ważną rolę odgrywała w nim dość tradycyjna polityka reprezentacji – o kierunku działania ruchu zadecydować miał zjazd i wybrani w wyborach delegaci. Na zjeździe – na co uwagę zwrócił mi Michał Sutowski – przyjęto m.in. program gospodarczy sformułowany przez Stefana Kurowskiego, który zakładał wyjście z kryzysu przez przerzucanie środków do sektora prywatnego. W nieprzekonujący sposób Sowa marginalizuje zarówno narodowe, jak i religijne nurty występujące w Solidarności. Nie porusza wątków antysemickich i patriarchalnych. Nie twierdzę, że były one dominujące albo że kompromitują one ruch, ale niesymetryczność w analizie Rzeczypospolitej szlacheckiej i PRL-u oraz Solidarności rzuca się w oczy i nie buduje wiarygodności autora.

Inna Rzeczpospolita jest możliwa! rodzi też kilka wątpliwości, które nie wynikają z jej wewnętrznych napięć. Od książki mówiącej o zmianie można oczekiwać, że przestawi myślenie o przeszłości tak, aby otworzyć drogę nowym możliwościom. W naszych warunkach oznacza to przede wszystkim zdolność do odczytania transformacji na nowo. Tutaj Sowa jest, wbrew pozorom i retoryce, dość tradycyjny. PRL to niesuwerenny zamordyzm, społeczeństwo buntowało się przeciw niemu, najwspanialszy zryw to Solidarność. Niestety wspaniały projekt zmian został symbolicznie wykorzystany przez elity, aby wprowadzić porządek sprzeczny z wielkimi założeniami ruchu Wbrew pozorom i retoryce Sowa jest dość tradycyjny.społecznego. Nawet jeśli trochę upraszczam narrację Sowy, to jednak trudno zaprzeczyć, że podziela ona zasadniczo dominującą narrację o Polsce z jej świętymi miejscami i datami, chociaż odwraca sens zmian po 1989 roku. Zamiast traktować je jako kontynuację Solidarności, przedstawia transformację jako zaprzepaszczenie energii i sensu społecznego zrywu z 1980 roku.

O wiele chętniej przeczytałbym opowieść o Polsce bez mitu i cienia Solidarności. Chciałbym poznać historię ostatnich dekad wyzwoloną z obowiązkowych dat 1980-1981-1989. Na przykład: co znaczyły dla Polski reformy Buzka z 1997 roku dokonujące destrukcji instytucji fordowskich? Jakie znaczenie miało wstąpienie dziesięć lat temu do UE, które zmieniło wiele społecznych trendów? Bez zastanowienia się nad tym wciąż kręcimy się wokół walki z dawnym reżimem i poszukiwania momentu, w którym utraciliśmy „nasz skarb”. Po książce Sowy jestem o tym bardziej przekonany niż wcześniej. Solidarność, ale też inne radykalne ruchy sprzeciwu wspominane w książce, jak na przykład ruchy Arabskiej Wiosny, traktowane są jako wcielenie społecznej pełni. Mit ten uzasadnia brak refleksji nad tym, dlaczego po wybuchu ruchy społeczne nie są w stanie ustanowić porządku, który jest bardziej egalitarny, pluralistyczny, otwarty, i kończą się porażką. Sowa stwierdza, że po Solidarności i Arabskiej Wiośnie zostały okruchy, ale to i tak wiele, bo to ślady walki o lepszy świat. Więcej w tym religijnej retoryki niż deklarowanego przez Sowę materializmu i zainteresowania polityką konkretną.

Zamiast wzywania duchów przeszłości i wróżenia z okruchów wolałbym analizę sił społecznych i kształtu instytucji, tak aby móc się zastanowić, kto może dokonać zmiany i w jakim kierunku powinna ona następować, by osadzić się w strukturach życia codziennego. Ostatnia część książki Sowy jest z punktu widzenia tych oczekiwań dużym rozczarowaniem. Dominują tutaj abstrakcyjne rozważania i rekonstruowanie pomysłów Hardta i Negriego. Wielość, która ma odmienić Polskę, już w zasadzie działa, wytwarzając świat społecznych relacji. Tylko że nie mamy na to dowodów innych niż teoretyczne. W tym braku zainteresowania lokalnością i podporządkowywaniu jej schematom myślowym wypracowanym w innym kontekście Inna Rzeczpospolita jest możliwa! okazuje się boleśnie polska i peryferyjna. Wielość, która ma dokonać zmiany, jest kolejnym fantomowym ciałem niezdolnym do prowadzenia realnej polityki.

Maciej Gdula

PiszeMaciej Gdula

Socjolog, publicysta. Członek zespołu „Krytyki Politycznej”. Pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się teorią polityki i teorią społeczną. Tłumaczył i opracowywał artykuły i książki Pierre’a Bourdieu.

pl.politicalcritique.org

Zasłony dymne Jędrzejewskiego, czyli Pinokio z Urzędu Miasta [KOMENTARZ]

Piotr Bojarski, 28.04.2015
Zastępca prezydenta Poznania Jakub Jędrzejewski

Zastępca prezydenta Poznania Jakub Jędrzejewski (ŁUKASZ CYNALEWSKI)

Tonący ponoć brzytwy się chwyta. Chcąc nie chcąc, zostałem brzytwą skompromitowanego wiceprezydenta Jakuba Jędrzejewskiego. Dziękując za ten wątpliwy zaszczyt, apeluję: – Panie szanowny, toń pan chociaż z klasą!
Poniedziałkowy program w telewizji WTK. Prowadzący pyta wiceprezydenta Jakuba Jędrzejewskiego o to, dlaczego przez tyle dni nie znalazł czasu na złożenie wyjaśnień przed władzami PO. W odpowiedzi Jędrzejewski mówi: „To nie jest prawda. Dopiero w dniu dzisiejszym pan redaktor Bojarski zaproponował mi wywiad. Natomiast narzucił termin w dniu jutrzejszym, do którego nie mogłem się dostosować. Zaproponowałem czwartek, ten termin nie pasował panu redaktorowi. Tak że ja bardzo chętnie znajdę taką możliwość. Jakoś inne podmioty, tak jak chociażby portal miastopoznaj.pl, znalazły taki termin, który i im pasował, i mnie” (cyt. za WTK).Chciał już w niedzielę

Dziękuję wiceprezydentowi za reklamę mojej osoby, wolałbym jednak, żeby nie rozmijała się ona z prawdą. Gwoli ścisłości: nie jestem pracownikiem biuletynu Platformy Obywatelskiej. Nie rozumiem, czemu miała służyć wrzutka z „redaktorem Bojarskim” w kontekście partyjnych problemów Jędrzejewskiego – może poza wywołaniem u widzów zamętu. I wrażenia, że „wszystko przez tych dziennikarzy”.

To jednak drobiazg w zestawieniu z sekwencją wypadków, o których wiceprezydent nie wspomniał albo które przeinaczył. Nieprawdą jest bowiem, że zaproponowałem mu wywiad „dopiero” w poniedziałek. Zadzwoniłem do niego w tej sprawie w niedzielę. Nie odebrał, ale oddzwonił w niedzielę po południu (billing to dobry dowód). Był chętny na spotkanie. Tak chętny, że chciał rozmawiać od razu, jeszcze w niedzielę. Rozżalony na PO sugerował, że w poniedziałek „odpali” informacje, które pokażą, co lokalni liderzy Platformy mają na sumieniu.

To nie były czcze pogróżki. W portalu Miastopoznaj.pl rzeczywiście ukazały się zarzuty Jędrzejewskiego pod adresem Filipa Kaczmarka i Rafała Grupińskiego: że mszczą się na nim, bo nie zgodził się zatrudnić w MPGM działaczki PO, polecanej przez obu polityków (co ciekawe, już w poniedziałkowym programie w WTK Jędrzejewski swoje pogróżki zbagatelizował, nazywając je „kaczką dziennikarską”).

Ale do rzeczy. W niedzielne popołudnie odpowiedziałem wiceprezydentowi, że w tym momencie prowadzę poniedziałkowe wydanie gazety (dowód w stopce gazety) i zwyczajnie nie dam rady porozmawiać z nim jeszcze w niedzielę. Zaproponowałem mu rozmowę we wtorek lub w środę rano. Przystał na to. Umówiliśmy się, że w poniedziałek zadzwonię i ustalimy ostateczny termin spotkania.

Jesteśmy umówieni, panie wiceprezydencie

Tymczasem w poniedziałek Rafał Grupiński, lider PO, złożył wniosek o usunięcie Jędrzejewskiego z partii. A prezydent Jacek Jaśkowiak zażądał od swojego podwładnego pisemnych wyjaśnień do środy wieczorem. Kiedy w poniedziałek po południu zadzwoniłem do wiceprezydenta, by ustalić termin spotkania, Jędrzejewski zmienił front. Oświadczył, że „w tej sytuacji” wolałby udzielić wywiadu w czwartek.

Odpowiedziałem, że zaplanowaliśmy z nim dużą rozmowę do „Magazynu Poznańskiego”, publicystycznej części „Wyborczej”, która tym razem – ze względu na weekend majowy – ukaże się nie w piątek, lecz właśnie w czwartek. Więc wywiad musiałby zostać przeprowadzony we wtorek, ewentualnie w środę rano. Jędrzejewski odpowiedział, że „to niemożliwe” i zaproponował czwartek. Ostatecznie doszliśmy do porozumienia – umówiliśmy się na „początek przyszłego tygodnia”, bo wtedy – jak zauważył sam wiceprezydent – „wszystko już będzie jasne”.

Dwie godziny później w WTK Jakub Jędrzejewski oświadczył, że „narzuciłem” mu termin wtorkowy. O ustalonym przez nas terminie przyszłotygodniowym zapomniał.

Nieudolna zasłona

Zdaję sobie sprawę, że kuchnia dziennikarskich działań może być dla czytelników mało ciekawa, ale myślę, że należą się państwu te wyjaśnienia. Nie pierwszy bowiem raz polityk próbuje wam wmówić, że ma dobre intencje, tylko media nie chcą ich dostrzec.

Prawda jest dla wiceprezydenta Jędrzejewskiego okrutna: do dzisiaj nie rozliczył się z podejrzanych faktur, które jako szef samorządowej spółki Szpitale Wielkopolski wystawiał firmie kolegi. Zamiast tego zajął się stawianiem nieudolnych zasłon dymnych. Ale ten dym niebawem się rozejdzie. Właściwie już się rozwiał.

W bajce o Pinokio drewnianemu bohaterowi po każdym kłamstwie wydłużał się nos. Gdyby ta reguła działała w realnym życiu, wiceprezydent Jędrzejewski już dawno miałby problem z opuszczeniem swojego gabinetu w Urzędzie Miasta.

poznan.gazeta.pl

Będzie rejestracja Kościoła latającego potwora spaghetti? Sąd uchyla decyzję ministerstwa

Paweł Kośmiński, 28.04.2015
Wojewódzki Sąd Administracyjny uchylił właśnie styczniową decyzję Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, w której resort odmówił rejestracji Kościoła Potwora Spaghetti

Wojewódzki Sąd Administracyjny uchylił właśnie styczniową decyzję Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, w której resort odmówił rejestracji Kościoła Potwora Spaghetti (123RF)

„Ramen! Nie spoczniemy w walce z ciemnotą i zabobonem!!!” – zapowiadają wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti. Wojewódzki Sąd Administracyjny uchylił właśnie styczniową decyzję Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, w której resort odmówił rejestracji Kościoła. Zdecydował jednak błąd urzędników, a nie kwestie merytoryczne.
– Nie jesteśmy do końca usatysfakcjonowani, ponieważ powodem uchylenia decyzji ministerstwa był błąd formalny. Pod kolejną decyzją resortu podpisał się ten sam urzędnik, a to niezgodne z prawem – relacjonuje „Wyborczej” Artur Mykowski z Kościoła latającego potwora spaghetti.I dodaje: – Nieporuszone zupełnie zostały kwestie merytoryczne. Sąd nie odniósł się do naszych zarzutów względem ministerstwa o łamanie przepisów i praw obywatelskich. Działania ministerstwa świadczą jednak o jego niekompetencji.

W jaki sposób „ocenić poziom wiary w wierze obywatela”

Teraz sprawa wróci zatem do stanu z końca ubiegłego roku, a więc prośby pastafarian o ponowne rozpatrzenie wniosku o wpisanie Kościoła latającego potwora spaghetti do rejestru Kościołów i innych związków wyznaniowych. Wówczas jego przedstawiciele zarzucili ministrowi naruszenie m.in. konstytucji, konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania, wreszcie – kodeksu postępowania administracyjnego. Podkreślali, że odmówienie im prawa do swobody wyznawania i szerzenia wiary jest przejawem niedopuszczalnego uzurpowania sobie przez państwo prawa do oceniania prawowitości przekonań religijnych.

– Naprawdę jesteśmy ciekawi, jaką ministerialną techniką czy urządzeniem jest on w stanie ocenić poziom wiary w wierze obywatela – zastanawiali się już w październiku.

Ale ministerstwo pozostało nieugięte, uznając, że Kościół latającego potwora spaghetti nie powstał „w celu wyznawania i szerzenia wiary religijnej”.

„Z punktu widzenia religioznawstwa doktryna ta zdradza w sposób zdecydowany cechy parodii doktryn już istniejących, a zwłaszcza chrześcijaństwa, zmierzając do ośmieszenia lub podważenia pewnych idei/prawd wiary, które mogą budzić sprzeciw u niewierzących (np. przekonanie o spożywaniu ciała i krwi Chrystusa w trakcie komunii)” – uzasadnił resort.

Pokazać Polsce, co znaczy być demokratycznym krajem

Ale batalia o rejestrację Kościoła latającego potwora spaghetti trwa już od 2012 r. To wtedy pastafarianie złożyli wniosek o wpisanie swojego Kościoła do rejestru po raz pierwszy. Wówczas ministrem administracji był jeszcze Michał Boni. Ale od tego czasu kierownictwo w resorcie zdążyli przejąć najpierw Rafał Trzaskowski, a następnie Andrzej Halicki. Każdy z nich podziela jednak ten sam pogląd – pastafarianizm to nie religia, ale jej parodia. I każdy rejestracji odmawia.

Nie pomogły również listy pisane do urzędników, w których członkowie Kościoła tłumaczyli, że „nie mają żadnych niejawnych czy wrogich intencji w stosunku do państwa polskiego, współobywateli czy przedstawicieli innych religii”, a ich Kościół „nie powstał po to, aby naśmiewać się z innych religii, parodiować je ani kogokolwiek obrażać”.

Co urzędnicy zrobią teraz? Rzecznik ministerstwa Artur Koziołek powiedział nam, że resort poczeka na oficjalne dokumenty i uzasadnienie decyzji sądu. Dopiero wówczas podejmie decyzję, co dalej.

„Chwała potworowi!”, „Może wreszcie będzie normalnie…”, „Ramen! Nie spoczniemy w walce z ciemnotą i zabobonem!!!” – piszą teraz na Facebooku sympatycy Kościoła. Ale jak można się domyślać, sprawa rejestracji znów utknie w ministerstwie na kolejne miesiące. Tym bardziej jeśli urzędnicy zdecydują się odwołać od decyzji sądu.

– Jesteśmy gotowi walczyć do skutku, nawet gdybyśmy mieli pójść do Strasburga. Choć nie chcielibyśmy tego robić, bo świadczyłoby to o tym, że to instytucja zagraniczna musi pokazywać Polsce, jak być demokratycznym krajem – mówi nam Mykowski.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Czuchnowski polemizuje z Gadomskim: ‚Polskie płace wstydu’

Wojciech Czuchnowski 2015-04-28

  • Autostrada nr 10 w Niemczech Fot. Marcin Olejniczak / AG

Jasny szlag mnie trafia, gdy czytam kolejne wystąpienia polskich publicystów „w obronie miejsc pracy”, które swoim pracownikom zapewniają ofiarni przedsiębiorcy, żadną miarą niebędący w stanie choćby o parę groszy podnieść stawek za godzinę.

+ zobacz powiększenie

Krew mnie zalewa, gdy słyszę argumenty, że jakakolwiek regulacja poziomu płacy minimalnej spowoduje kataklizm w postaci masowego upadku firm, które ostatkiem sił zapewniają byt milionom rodzin, dając im miejsca pracy.

Żyłka mi pęka, kiedy po raz nie wiem już który wyśmiewana jest społeczna „wrażliwość” (koniecznie pisana w cudzysłowie) nielicznych autorów dopominających się o prawo do lepszych zarobków dla pracowników najemnych, tych na etatach i tych płaconych od godziny.

Na łamach dzisiejszej „Wyborczej” w obronę uciśnionych przedsiębiorców zaangażował się Witold Gadomski.

Broni polskich przewoźników zaatakowanych przez Niemców, którzy w ubiegłym roku wprowadzili stawkę 8,5 euro jako minimalny zarobek za godzinę dla wszystkich pracujących na terenie ich kraju. Dotyczy to również kierowców polskich TIR-ów, którzy jadą do Niemiec docelowo lub przejeżdżają przez ten kraj tranzytem.

Według Gadomskiego 8,5 euro za godzinę pracy zakłóci handel między naszymi krajami, podniesie taryfy i wyeliminuje z rynku polską branżę transportową, bo właściciele firm przewozowych nie będą w stanie tyle płacić. Takie stanowisko prezentuje też rząd, który mocno naciska na zniesienie tej regulacji. Ma zresztą za nią stać nie dobro kierowców, lecz spisek firm niemieckich, które „przegrywają konkurencję z tańszymi przewoźnikami z Europy Środkowo-Wschodniej”.

Głos publicysty „Wyborczej” nie jest niczym nadzwyczajnym. Od miesięcy polskie media pełne są mniej lub bardziej strzelistych aktów obrony właścicieli firm transportowych. Głosów przeciwnych, np. takich, że może 8,5 euro za godzinę (ok. 36 zł) to po prostu uczciwa stawka za ciężką pracę i wzór, do którego powinniśmy dążyć, jest niewiele.

Obowiązujące w Polsce ceny podstawowych artykułów żywnościowych, paliw, energii, ubrań, butów, samochodów i lekarstw co najmniej od dziesięciu lat są takie same lub zbliżone do cen w bogatych krajach Unii Europejskiej. Czasem – tak jak benzyna, tańsza np. w Austrii niż w niektórych regionach Polski – są nawet nieco wyższe. Choć trzeba przyznać, że znacznie tańsze są u nas ceny usług, czynsze i czasem ceny wynajmu mieszkań.

Tymczasem minimalne zarobki i stawki godzinowe według różnych obliczeń są u nas od dwóch do nawet sześciu razy mniejsze. W przeliczeniu na godzinę Europa zarabia od 4,5-4 euro (biedna Grecja i Hiszpania) przez 6 funtów (32 zł) w Wlk. Brytanii, 8,5 euro w Niemczech, 9 euro we Francji i aż 15 euro (w przeliczeniu z koron) w Norwegii.

W Polsce od lat nie udaje się wywalczyć regulacji narzucającej stawkę 10 zł (brutto!!!), czyli niepełna 2,5 euro. Dlatego nie należą do rzadkości wynagrodzenia tak kuriozalne jak 3 zł za godzinę pracy „w ochronie”, a normą jest 6 do 8 zł brutto w handlu. Każda próba wprowadzenia wyższego minimum wywołuje lament przedsiębiorców, którzy grożą masowym zwalnianiem, bo „już nie dadzą rady”.

Nic się zatem nie zmienia, poza tym, że pracodawcy coraz śmielej proponują ludziom głodowe płace. Bo mogą. I wiedzą, że zawsze znajdzie się desperat, który złamie się przyciśnięty przez życie.

Winna temu jest polska klasa polityczna, która w głębokim lekceważeniu ma najgorzej zarabiających obywateli. Mimo że mamy właśnie rok wyborczy, żaden z kandydatów na urząd prezydenta i żadna partia nie ma w swoim programie planu stopniowego zrównania płac z krajami Unii ani też podniesienia stawki minimalnej. Nie interesuje się tym lewica ani związki zawodowe. Wolą angażować się w obronę lepiej zarabiających i bardziej wpływowych grup jak np. górnicy.

Ludzie pracujący za haniebne pieniądze nie mają żadnej reprezentacji ani znaczących obrońców. Nie mają też czasu na walkę o swoje prawa, bo muszą walczyć o życie i zapłacenie podstawowych rachunków.

Nie stać ich też na to, by pojechać za granicę i na własne oczy zobaczyć, jak żyje tam zwykły robotnik.

Na przykład kierowca ciężarówki. Widać to na parkingach przy wielkich autostradach przecinających Europę. Tirowiec niemiecki, austriacki, włoski francuski czy grecki odpoczywa tam, pijąc kawę w restauracji, w której może sobie pozwolić na kupno przyzwoitego posiłku. Ma pieniądze, bo za ciężką pracę z dala od domu dostaje przyzwoitą stawkę. Ma czas, bo nie może przekroczyć określonej normy godzin za kierownicą.

Na tym samym parkingu jego polski (ale też ukraiński czy białoruski) kolega koczuje przy samochodzie, gotując na maszynce chińską zupkę i najpodlejszą kawę. Odkąd Niemcy masowo wprowadzili płatne toalety (1-2 euro za wejście), sika do plastikowej butelki. Kombinuje też, jak oszukać tachograf, by policja nie zobaczyła, że jechał dłużej niż ustawowe 9 godzin, po których należy odpocząć.

Nie mam pojęcia, o czym myśli, widząc bogaty i normalny świat za pancerną szybą.

wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: