Archiwum dla Maj, 2018

6 tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Osiągnięcia PiS są fenomenalne. Naród został podzielony na z grubsza gorszy i lepszy sort. W klasyfikacji Jarosława Kaczyńskiego ten gorszy sort przynosi imieniu Polaka chwałę i dumę, bo za takie należy uznać najwyższe nagrody dla reżyserów Małgorzaty Szumowskiej na festiwalu w Berlinie i Pawła Pawlikowskiego w Cannes oraz literacki Booker dla Olgi Tokarczuk.

To jest ta polska gorszość. A jak wygląda lepszość? To antypody dla wspomnianych, gdyby istniał festiwal najgorszych filmów to na najwyższą nagrodę mógłby liczyć „Smoleńsk”, a antyBookera mogliby zdobyć Wildstein bądź Ziemkiewicz. Najlepszość pisowska to czerwona latarnia – tak określa się w klasyfikującej tabeli pierwsze miejsce od tyłu, ostatnie – i taka jest ta lepszość, za którą należy się wstydzić, ale nie wstydzą się tego „prawdziwi Polacy”.

Ten podział dotyczy polityki, kultury, społeczeństwa. Dotyczy świata dorosłych. Niestety pęknięcie na lepszych i gorszych – której aksjologię opisałem wyżej – dotarło do dzieci i młodzieży. To jest fenomen, który na świecie jest niespotykany, dostępny tylko tutaj w kraju nad Wisłą, specialite de PiS.

Dzieciom i młodzieży została odebrana możliwość ekspresji politycznej, której dawano upust podczas Parlamentu Dzieci i Młodzieży, a sesja odbywa się w Dniu Dziecka. Marszałek Kuchciński uzasadnia to bezpieczeństwem dzieci. Co i kto miałoby zagrażać młodym Polakom?

Można się domyślać, iż zagrożeniem jest protest niepełnosprawnych. A więc Kuba Hartwich i Adrian Glinka zostali potraktowani jako niebezpieczni dla innych, choć sami są młodzieżą. Użyto w stosunku do nich strychulca wroga, kogoś niebezpiecznego. Czyli jako kogoś w rodzaju terrorystów.

Po imigrantach, których nie przyjęliśmy, pałeczkę terrorystów przejęli niepełnosprawni. Tak ex katedra przyjął dla najmłodszych Polaków marszałek Kuchciński. Jakim on może być autorytetem dla dzieci i młodzieży? Boję się, że autorytetem z obniżoną oceną. Gdyby przyjęto skalę od 1 do 10, to Kuchciński byłby w niej czerwoną pisowską latarnią.

Aby nie odebrać młodzieży frajdy w Dniu Dziecka organizację posiedzenia Parlamentu Dzieci i Młodzieży podjął się Uniwersytet Warszawski. Odezwała się jednak młodzieżówka PiS, która opublikowała oświadczenie, a w nim czytamy, że alternatywne obrady będą miały charakter „antyrządowy”, bo będzie na nich mowa o „demokracji i wrażliwości społecznej”.

Dla młodzieży wychowywanej przez PiS demokracja jest zagrożeniem, a wrażliwość społeczna niepożądana. Na taki podział wśród dzieci i młodzieży nie godzi się Polska Rada Organizacji Młodzieżowych, która w oświadczeniu pisze: „Decyzja o odwołaniu Sejmu Dzieci i Młodzieży sprawia, że wielomiesięczna praca 460 młodych Posłów i Posłanek, włożona w przygotowania do Sesji została zaprzepaszczona. Od 24 lat misją Sejmu Dzieci i Młodzieży jest kształtowanie postaw obywatelskich oraz szerzenie wśród młodzieży wiedzy na temat zasad funkcjonowania polskiego Sejmu i demokracji parlamentarnej. Decyzja ta uderza w tę misję, nie pozwalając młodym ludziom zabrać głosu w sprawach istotnych dla polskiego społeczeństwa. Ponadto, zwracamy uwagę, że podjęcie takiej decyzji bez konsultacji z samymi zainteresowanymi, jest wyrazem braku uznania podmiotowości młodych ludzi współtworzących to wydarzenie.”

PiS tworzy podziały wśród młodzieży na podstawowym poziomie – edukacji. Na lekcjach historii i literatury otrzymują wiedzę ze świata alternatywnego, w którym założycielami „Solidarności” byli bracia Kaczyńscy, a literaturę piękna reprezentują grafomani Wildstein i Ziemkiewicz.

Gdyby PiS miał dłużej rządzić, polskie społeczeństwo musiałoby sięgnąć po sprawdzone w czasie II wojny światowej metody edukacyjne – komplety. Uczyć wiedzy, a nie propagandy.

Kolano Jarosława Kaczyńskiego jest jak na najlepszej drodze – tak przynajmniej utrzymuje Mateusz Morawiecki. Podzielił się tą wiedzą w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM, gdy został zapytany, kiedy jego zwierzchnik wyjdzie ze szpitala: – „Tego nie wiem, to jest kompetencja lekarzy. Ale mam nadzieję, że jest wszystko na bardzo dobrej drodze”.

Droga samego premiera Morawieckiego jest drogą przez mękę, bo każdą ważną decyzję konsultuje: – „Najważniejsze rzeczy konsultuję. Rozmawiamy ze sobą, zwykle przez telefon, bo ma kontuzję pewną”. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Golgotą jest szpital przy Szaserów – do czasu jednak, gdy zostanie przeniesiona na Nowogrodzką.

Trudno nie kpić z Morawieckiego, który jest niesprawny językowo. A może jest sprawny, bo to język z groteski, wykrzywiony wewnętrznie, nie będący w kontakcie z rozumem, zaprzeczający sensowi już na przestrzeni dwóch zdań. Tak sypnął się Morawiecki, gdy zapytany został o fundusze unijne: – „My mamy błędne wyobrażenie, że nasza gospodarka zależy od środków unijnych. (…) Będziemy bardzo twardo walczyć o fundusze strukturalne i na politykę rolną”. Logika tych dwóch zdań jest następująca: będziemy walczyć o błąd.

Język jest nośnikiem oleju w głowie, jak powiedział Jan Onufry Zagłoba, bohater Trylogii Sienkiewicza, którą ponoć Morawiecki czytał. Premierowi jednak albo brak oleju w głowie, albo kiepsko porusza się w języku polskim. Nie mogę się zdecydować, co szwankuje u Morawieckiego, bo jak można połączyć protest niepełnosprawnych w Sejmie z PGR-ami. A to udało się temu bohaterowi wyjętemu z grotesek Barei: – „Ludzie o kamiennych sercach, którzy niszczyli PGR-y w latach 90-tych, zakłady pracy, bezrobocie 25%, zrobili nic albo prawie nic w sprawach społecznych”.

Premier rządu polskiego jeździ po Polsce, zamiast rządzić i tak jak bohater grotesek w każdej poruszanej kwestii jest na bakier z sensem. Morawieckiemu odkleja się oczko, jak „Misiowi” Barei.
Pisowska rzeczywistość musi się sypnąć. Sprzyja jej na razie koniunktura gospodarcza w Europie. Żadna w tym zasługa rządów Misia Morawieckiego, który jest śmieszny w swoich wypowiedziach, a które musimy racjonalizować, aby nie zwariować we własnym kraju.

Zracjonalizował groteskę PiS pewien mężczyzna, który na „schody Kaczyńskiego” na placu Piłsudskiego po prostu wszedł. Przynajmniej wiemy, do czego może w przyszłości będzie służyć ten pomnik, jako atrakcja turystyczna – do wchodzenia. I niech Morawiecki przyjmie do wiadomości, że dla niego schody się zaczęły, ale one prowadzą w innym kierunku – w czeluść.

40 dni trwał protest niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. 40 to liczba symboliczna w kulturze chrześcijańskiej, tyle dni na pustyni przebywał Joszua z Nazaretu i był oblegany przez złe duchy. Tymi diabełkami okazali się u nas marszałek Sejmu Marek Kuchciński, Mateusz Morawiecki i tudzież takie strzygi i rokity jak Krystyna Pawłowicz, jej koleżanki i koledzy strzykający brudnymi słowami.

Gdyby poruszyć jeszcze jedną symbolikę, wręcz mistykę narodową, to należy mówić o mrokach romantycznych Mickiewicza – „40 i 4” z III części „Dziadów”. Jak mało chrześcijańska okazała się władza PiS i mało polska, mało empatyczna, nieromantyczna, nieoświecona.

W proteście niepełnosprawnych nie chodziło o kompleksy polskie, ani chrześcijańskie, ale o jeden postulat – godnego życia, który nie został spełniony (dodatek na życie w kwocie 500 zł).

Więc co przyniósł ten protest? Każdy z osobna powinien odpowiedzieć na to pytanie. Przede wszystkim większość Polaków dowiedziała się o problemach niepełnosprawności. Niepełnosprawny stał się bliższy rodakom, patrzą na niego dużo bardziej przychylnym spojrzeniem i z empatią. Byłem świadkiem kilku zdarzeń, gdy ludzi na wózkach traktowano z większą atencją, uprzejmością i uśmiechem bliskości, niż to miało miejsce przed protestem.

Niepełnosprawni przegrali jednak z zimnym głazem władzy, która nie jest w stanie podjąć dialogu, a tylko monologować, jaki to sobie sama stawia plus, a jak się z tym nie zgadzasz, to nie pozwolą ci wyjść na spacer, utrudnią dostęp do prysznica, zamkną okna i wyślą strażników, aby wykręcali ręce.

Utrudniano życie protestującym i ich szykanowano. Nie zmieni się ich sytuacja tym bardziej po proteście, kłopot został zażegnany, ta władza ma gdzieś słabszych, są dla niej problemem nie do rozwiązania, bo są grupą społeczną nieznaczącą pod względem wyborczym.

Władza PiS zastosowała swoją strategię. Niepełnosprawni są jeszcze jednym segmentem gorszego sortu Polaków. Czy była szansa na zwycięstwo niepełnosprawnych? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć. W jakich warunkach zewnętrznych protestu była szansa, aby ta władza pochyliła się nad postulatem niepełnosprawnych?

Gdyby przez 40 dni spadło znacząco poparcie dla PiS, gdyby przed Sejmem i w całej Polsce dochodziło do masowych protestów, to nie mielibyśmy tej sytuacji, iż po 40 dniach zawieszono protest?

PiS się nie zmienia i nie zmieni. Nie miejmy w stosunku do nich żadnych oczekiwań. PiS wygrał z protestującymi. Czy w związku z tym wkrótce wygra wybory?

I jeszcze jedno – PiS nie wygrywa dzięki sobie. Wszystko niszczy, demoluje – Konstytucję, praworządność, niepełnosprawnych. Nie możemy na to pozwolić i dać się zepchnąć na kolejne lata do gorszego sortu.

Kto po Kaczyńskim? Klaudiusz Brudziński czy jakiś Kaligula?

Jarosław Kaczyński w szpitalu przebywa od 8 maja, a ma jeszcze w nim przebywać dwa tygodnie. Niemal półtora miesiąca hospitalizowania. Na kolano – operowane bądź nie – tyle się nie leży. Zatem należy się wszystkim odpowiedź na pytanie: co jest Kaczyńskiemu?

Lekarze unikają odpowiedzi, żadnych komunikatów nie wydają. Gdyby to było kolano, ordynator dawno podałby to do wiadomości, tak jak zasuwał z kulami rehabilitacyjnymi na Żoliborz. Dziennikarze nie potrafią uzyskać dojścia do karty choroby Kaczyńskiego ani do jakiejś pielęgniarki, która aplikuje prezesowi lekarstwa i zastrzyki. Żaden paparazzi nie przedarł się przez zasieki i barykady, za którymi skrył się Kaczyński, wszak łasy na splendor celebrycki. Przecież nie możemy polegać na medialnych rozhoworach Adamów Bielanów i Marków Suskich, których wiarygodność jest zerowa, a w zasadzie minusowa.

Nawet gdy Kaczyński wróci, to na krótko, a jeżeli jego choroba jest inna – a jest wielce prawdopodobne – niż na kolano i o wiele bardziej groźna, będziemy mieli do czynienia z nawrotami. Jesteśmy zatem świadkami odchodzenia Kaczyńskiego. Żeby było jasne – odchodzenia politycznego, bo w egzystencjalnym zawsze daję handicap współczuciu – nawet w stosunku do najbardziej złych ludzi, daję im szansę na odkupienie i poprawę. Acz nie wiem, czy Kaczyński leżący plackiem w zakrystii do końca swoich dni i ogrzewający swoim ciałem zimne posadzki – wg swojej średniowiecznej aksjologii – zasłużyłby na przebaczenie.

Widać gołym nieuzbrojonym okiem, iż w PiS toczy się zażarta walka o stołek prezesa. Tak naprawdę kandydatów jest niewielu. Kaczyński nominował Mateusza Morawieckiego, ale ten jest słaby w strukturach partyjnych, nadrabia tę przypadłość gębą, jest w niej bardziej papieski od prezesa. Nie bez szans ogrzania się na jeszcze ciepłym stołku prezesa ma Joachim Brudziński, który przez Renatę Grochal w „Newsweeku” został przyrównany do mało rozgarniętego Klaudiusza, który psim swędem uchował się na dworze Kaliguli.

Raczej nie ma szans na prezesa PiS Kaligula Zbigniew Ziobro, formalnie nie jest w PiS, ponadto pod każdym względem to cienki Bolek. Starszy Kaligula Antoni Macierewicz ma już za sobą karierę polityczną, kombinował coś ze swoim koniem Incitatusem Bartłomiejem Misiewiczem, ale nie udało mu się na trwałe zrobić go senatorem.

Władza PiS utyka na kolano prezesa, po jego odejściu – ktokolwiek posadzi swoje cztery litery na stołku Kaczyńskiego – będzie bardziej kuśtykała mimo jakichkolwiek kul rehabilitacyjnych. Oby w tym chwiejnym chodzie jak najszybciej się obalili ci, którzy przynieśli Polsce tyle nieszczęść.

Czy Lech Kaczyński był lepszym z braci, jak twierdzi Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji? Michalik pisze te słowa w kontekście „mordu sądowego” na Tomaszu Komendzie, który odsiedział w wiezieniu 18 lat za zbrodnię, której dokonał ktoś inny.

Do posadzenia Komendy walnie się przyczynił Lech Kaczyński, który jako minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka miał jedyny program polityczny – zaostrzyć prawo i bezwzględnie – wbrew procedurom – sadzać kogo popadnie. Padło na Komendę.

Nie był to program naprawy prawa bądź egzekwowania praworządności. Był to program polityczny, który wydobył PiS z niebytu politycznego. Komenda to niejako kozioł ofiarny mitu założycielskiego PiS.
Idąc dalej – czy Lech K. jest lepszy od groźnego dzisiaj Jarosława K.? Wszak to ta sama moneta, jeden jest reszką, a drugi orłem. Zło ma dwie twarze, nie ma w moralności mniejszego zła i większego, choć w polityce używa się takiego argumentu.

Gdyby nie Lech, nie mielibyśmy Jarosława – i tak należy postawić zależność wśród braci K. A potem ci katastrofalni politycy spowodowali, iż Lech odpowiada za katastrofę smoleńską. Choć zdaję sobie sprawę, że trudno osądzać nieżyjącego wg procedur prawa.

Ale może zastosujmy staropolską regułę, że Polak mądry po szkodzie, po katastrofie… I zadajmy sobie pytanie: Ku jakiej katastrofie zmierzamy pod władzą PiS, której dysponentem jest Jarosław K.?
Na ławie oskarżonych historii może być posadzony Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński. Wyrok, jaki wyda historia, nie będzie dla żadnego z nich uniewinniający. W tej przyszłej polskiej Norymberdze Lech Kaczyński może dostać dożywocie zapomnienia, a Jarosław czapę.

Ale czy na tej podstawie można twierdzić, że Lech jest lepszy z braci? Obydwaj psim swędem dostali się do polityki i takim psim swędem potraktuje ich historia jako zło tej samej monety, o tej samej wartości, zło o dwóch bliźniaczych twarzach.

Inteligentniejszym Polakom nie radzę znaleźć się w roli jego interlokutora

Wydawałoby się, że upupienie Zbigniewa Ziobry to żaden problem. Wszak widzimy, jaki on jest. Osoba bez specjalnych walorów intelektualnych i profesjonalnych. Do Ziobry ma zastosowanie jedno z najstarszych polskich powiedzeń, ujęte w pierwszej narodowej encyklopedii „Nowe Ateny” Benedykta Chmielowskiego: – „Koń jaki jest, każdy widzi”.

A w tym przysłowiu chodzi m.in. o osobowość. Jaki jest Ziobro? Na każde oko widać – chabeta. Ale nie śmiejmy się z tego Łyska z pokładu Idy albo z innej polskiej metafory – naszej szkapy. Twórczo Ziobro nic nie może, jego umysł nie może niczego wykreować, lecz z tego kompleksu ten „Nikt” (świetnie wyłuszczony przez pierwszego epika, Homera), może się odwinąć, że go długo popamiętamy.

Na pewno pamięta Ziobrę rodzina Barbary Blidy. Niektórzy zamiast samobójstwa (a może zabójstwa), jak posłanka z Siemianowic Blida, wybierają gehennę. Tak wybrał w 2000 roku młody człowiek Tomasz Komenda. Nie popełnił samobójstwa, został skazany i przez 18 lat za kratami doznał piekła – dosłownie, a nie w żadnej przenośni.

Dlaczego tak się dzieje? Czy ktoś słyszał jak mówi Ziobro, jak debatuje, jakich używa argumentów w debacie? Inteligentniejszym Polakom nie radzę znaleźć się w roli jego interlokutora. Ale to wina wszystkich Polaków, iż komuś tak marnemu pozwalamy być obecnym we wspólnej przestrzeni.

Ziobro z wypuszczenia na wolność niewinnego Tomasza Komendy po 18 latach chce podmalować swój wizerunek, walczącego z III RP. Można to nazwać ohydną manipulacją, lecz czy takie szemrane postaci jeszcze czymś nas zdziwią?

Komenda, który ma za sobą 18 lat piekła, człowieka „Nikt” Ziobrę tak podsumował: – „Nie rozumiem, jak Zbigniew Ziobro może pokazywać jako bohatera człowieka, który od 2010 roku miał wiedzieć, że siedzę niewinnie, ale nic nie zrobił. Jeśli był przekonany o mojej niewinności, to dlaczego musiałem spędzić w więzieniu kolejne 8 lat”.

Ziobrze dużo wcześniej należał się Trybunał Stanu – co zostało zaniedbane przez poprzednich rządzących. Sprawiedliwym byłoby, gdyby ten „koń jaki jest, każdy widzi” za zasługi pochodził w kieracie na spacerniaku przez 18 lat, jak niewinny Komenda – i oby ten spacerniak był mniejszy niż wielkość jego gabinetu w ministerstwie, do którego w ogóle się nie nadaje. I takie jest upupienie tej śliskiej postaci. Piszę „upupienie”, aby nie używać ostrzejszej formy rzeczownika od czteroliterowej części ciała.

w u

8 tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Kolano Jarosława Kaczyńskiego zaprowadziło go do szpitala. Za kolanem prezesa poszła polityka, a w każdym razie sprawujący władzę. Media donoszą, że po błogosławieństwo przybywają do szpitala przy Szaserów wszystkie najważniejsze aktualnie osoby w państwie – z premierem Mateuszem Morawieckim włącznie.

Podobno też przybył na Szaserów prezydent Andrzej Duda, który w odległości 100 metrów od prezesa robił przegląd garnituru zębów, bo te ponoć go bolały. Interesująca może być ze względów sensacyjnej narracji odpowiedź na pytanie: jakimi kanałami Duda dostał się do prezesa, bo kolano Kaczyńskiego leży w innym budynku, a Duda otwierał buzię przed stomatologiem w jeszcze innym bloku.

Kaczyński w odgradzaniu się od społeczeństwa ma praktykę godną Kim Ir Sena czy też jego następcy Kim Dzong Una. Tysiące policjantów i setki metrów barierek chronią go na miesięcznicach, do Sejmu wchodzi w otoczeniu zgrai ochraniających osiłków, którzy kosztują przeszło milion zł rocznie. Klejnoty Korony Brytyjskiej nie mają takiej ochrony, o czym mogliśmy się przekonać w filmie z Jasiem Fasolą.

Obywatele RP wraz ze społeczeństwem obywatelskim wygrali na Krakowskim Przedmieściu, nie ma już barierek i tysięcy policjantów podczas miesięcznicy. Właśnie funkcjonariusze przenieśli się na Szaserów.

32 lata temu rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban zapowiedział wysłanie bezdomnym w Nowym Jorku 5 tysięcy koców i śpiworów. Nie wiemy do dzisiaj, czy koce dotarły i na jaki adres zostały wysłane.

Ówczesna telewizja była usłużna wobec władzy, jak dzisiejsza. Działa ten sam mechanizm propagandy i manipulacji. Można dobitnie było się o tym przekonać w materiale „Wiadomości” TVP o Marszu Wolności, nie dość, że zaniżono ilość uczestników manifestacji opozycji, ale też wypowiedzi i charakterystykę osób przekłamano. Materiał TVP mógłby spokojnie być wyemitowany w podobnej telewizji – Russia Today (RT).

Szczególnie dotyczy to Wandy Traczyk-Stawskiej, uczestniczki Powstania Warszawskiego, która nie została wpuszczona do Sejmu, aby wesprzeć protestujących niepełnosprawnych, zajęła także głos podczas Marszu Wolności. Traczyk-Stawska upomniała się o niepełnosprawnych: „Przyszłam tu prosić, prosić o to, żebyście pamiętali, że najważniejszą sprawą jest to, żeby najsłabsi mieli pomoc z naszej strony”.

Dla pisowskiej Russia Today uczestniczka Powstania Warszawskiego została wykorzystana politycznie, jakoby „opozycja wykorzystała słabszych, by grać na uczuciach„, zaś protest niepełnosprawnych to sprawka opozycji: „Taki sam model działania widać podczas protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. Protest jest wspierany przez polityków opozycji, w nielegalnej okupacji gmachu Sejmu dostrzegli okazję do ataku na partię rządzącą i lansowania się przed wyborami”.

Stosunek mediów pisowskich i polityków PiS świetnie wczoraj scharakteryzował prof. Marcin Matczak porównując do postaci Edka w „Tangu Mrożka” ćwierćinteligenta z awansu, gbura i chama. Tak samo działają, tak samo traktują społeczeństwo, taki też podają chłam informacyjny.

Edkiem jest Mateusz Morawiecki, Edkiem w garniturze od Armaniego, który nie wstydzi się kłamać w oczy. Wczoraj na spotkaniu w Jędrzejowie bezwstydnie zrzucał winę na poprzedników: „W czasach rządów naszych poprzedników władza była silna dla słabych, a słaba wobec silnych – my chcemy dokładnie odwrotnie, dziś mogę powiedzieć, że nam się to udaje”.

„Udaje się”, bo protest „słabych” – niepełnosprawnych w Sejmie trwa od blisko miesiąca. Edek Morawiecki nie przejmuje się, że stosuje w stosunku do niepełnosprawnych siłę, ten gbur w garniturze od Armaniego chce ich przetrzymać, wykurzyć.

Urban zapowiedział wysłanie bezdomnym koców i śpiworów, dokładnie po 32 latach inny Edek – Morawiecki stosuje tę samą propagandową sztuczkę. Urban mógł nie znać adresu, Morawiecki ma niepełnosprawnych pod nosem w Sejmie przy Wiejskiej, ale Edek woli uciec do Jędrzejowa, czy innej miejscowości, aby nic nie zrobić na miejscu, nie podjąć dialogu, bo tak kazał mu prezes wszystkich pisowskich Edków.

Szef MSWiA Joachim Brudziński w końcu zdefiniował swoją rolę jako ministra nadzorującego policję – będzie polował na „debila”. Ciekawe zajęcie. Otóż w piątek szpital przy ulicy Szaserów został zablokowany przez policję, bo (cyt. tweeta Brudzińskiego): – „Debil, który dwukrotnie zgłaszał policji fałszywy alarm bombowy być może był inspirowany takim barbarzyńskim hejtem, jaki jest kierowany pod adresem PJK (prezesa Jarosława Kaczyńskiego) przez polityków opozycji i dziennikarzy”.

Wicie, rozumicie. Jakiś dowcipniś zatelefonował, że bombę podłożono w szpitalu, a policja wpadła w panikę, dziennikarze – w tym i ja – mieli ubaw, iż trzęsą się im portki, bo nie wiedzą, co zrobić z tym fantem. I wcale nie chodzi o szpital, ale o prezesa, który zachorował na kolano.

Brudziński znany z tego, że jest damą do towarzystwa dla prezesa. Gdzie Kaczyński pojedzie, tam Brudziński mu towarzyszy. Anglosaski obyczaj przeniesiony na pisowski grunt. Mogło być tak, iż Brudziński siedział przy łóżku prezesa i „debil” naruszył mu spokój towarzyszenia swemu panu. Teraz go chce go ścigać.

Alarmy bombowe są tak stare jak telefony, czyli zawinił wynalazca tego urządzenia Graham Bell. W latach 90., gdy Polska uzyskała suwerenność, telefony z informacją, iż podłożono bombę, były tak powszechne, jak wagary uczniów. To właśnie oni, chcąc oddalić jakąś klasówkę, informowali o podłożeniu bomby.

W tym wypadku może być jeszcze inne wytłumaczenie – świetnie opisane w literaturze. Sami zainteresowani akcją mogli zainicjować alarm bombowy. Opisuje to Joseph Conrad w „Tajnym agencie” i Sławomir Mrożek w „Policji”.

Nie chcę nazywać policji „debilami”, ale przeczytajcie inne tweety Brudzińskiego: – „Totalni tłiterowicze oburzeni słowem „debil” które użyłem pod adresem DEBILA! Który swoimi telefonami naraził wielu pacjentów szpitala na niebezpieczeństwo utraty życia. Kierujcie swoje oburzenie w inną stronę, bo ja nie tylko podtrzymuję, że ta kreatura jest DEBILEM ale obiecuję, że dołożę jako szef MSWiA wszelkich starań aby policja i inne służby namierzyli jak najszybciej tę osobę. Mam nadzieję, że prokuratura postara się, aby sąd mógł ukarać tę kreaturę, tak surowo, jak tylko pozwala na to obowiązujące prawo”.

Co ma tutaj do rzeczy określenie „totalni”, może wiedzieć tylko Brudziński. Nie radzi sobie z prostym prowokacyjnym telefonem „debila”, więc w stylu swej totalnej bezradności zwala na innych. Język Brudzińskiego dyskwalifikuje go jako poważną osobę. W polityce dał się poznać tym, że towarzyszy prezesowi i niczym innym. To jest – używając jego języka w stylu mrożkowskim bądź Barei – totalny nieudacznik. Tak! Brudziński jest totalnie bezradny jako minister i bezradny wobec nazywania problemów. Owe tweety świadczą o jego negatywnej totalności.

Wiemy już, że policja walczy z „debilami”. Wobec tego jak nazwać tych, którzy bez telefonu o alarmie wkroczyli na teren Uniwersytetu Szczecińskiego, bo tam odbywała się konferencja naukowa poświęcona filozofii Karola Marksa. Jakby ktoś nie wiedział, kto to – wyjaśniam. Marks to jeden z najwybitniejszych filozofów w dziejach ludzkości, kontynuator myśli Platona i Hegla.

Czy idąc śladami semantycznymi Brudzińskiego, można stwierdzić, że policja to „debile”? Acz Brudziński przeprosił rektora uniwersytetu, to wszak wiadomo, że policja wkroczyła na polecenie prokuratury, która z kolei jest zawiadywana przez prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę.

Mając do czynienia z takimi postaciami, jak Brudziński i Ziobro trzeba używać łopatologii. Leszka Millera, który niegdyś nazwał Ziobrę „zerem”, nie śmiałbym przewekslować, jak Brudziński innego prowokatora – na „debila”. Ale podsuwam Brudzińskiemu i Ziobrze rozwiązania już praktykowane w historii. Kto by sobie zawracał głowę książkami i nachodzeniem tych, którzy je czytają i interpretują – po prostu spalić je.

Zresztą polecam tym totalnym ministrom wybitny serial, który zaczyna emitować HBO – „451 stopni Fahrenheita” wg powieści Raya Bradbury’ego. Spalić, postraszyć debili. I jak to ujęli inni wspomniani przeze mnie wybitni Polacy (Conrad, Mrożek) znowu zapanuje spokój. Tak! – towarzysze pisowscy „wicie, rozumicie”.

Marszałek Senatu, izby refleksji (jak zakładano w pionierskich czasach) Stanisław Karczewski jest swoistym mistrzem refleksji. Pojechał na Białoruś i w Łukaszence refleksyjnie dojrzał „ciepłego człowieka”.

Znudziło mu się oglądanie w mediach protestu (włącznie z głodówką) lekarzy rezydentów, więc zaproponował im, aby „pracowali dla idei, a nie dla pieniędzy”. Takie złote myśli przychodzą do głowy temu człowiekowi.

Teraz też wygłosił „złotą myśl” w stosunku do protestujących niepełnosprawnych – „najwyższa pora”, by demonstrujące rodziny „poszły do domów” – stwierdził.

W czym problem? Mateusz Morawiecki, a za nim minister od rodziny Elżbieta Rafalska, przedstawili w swoim stylu – nazywam podobne krętactwa mamieniem za pomocą epidiaskopu – mapę drogową, która wyznacza kolejność spełnienia jakoby postulatów protestujących niepełnosprawnych. Przez nieszczęsnego premiera nałożona zostanie danina podatkowa na najbogatszych, nazywana – kolejny omam językowy – daniną solidarnościową. Chwyt komuszy, kiedyś zmetaforyzowany przez ministra minionego reżimu Zdzisława Krasińskiego jako „chrupiące bułeczki”. Bułeczki Morawieckiego nie załatwiają problemu, bowiem hamują rozwój najbardziej przedsiębiorczych.

Mapa drogowa przez niepełnosprawnych została potraktowana jak bezdroże, ślepa uliczka, bo nie spełnia podstawowego postulatu – 500 zł na życie osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji od urodzenia lub wczesnego dzieciństwa. Ani Morawiecki, ani Rafalska nie podejmują dialogu z protestującymi niepełnosprawnymi. Dlaczego? Boją się, gdyż pisowskie oszustwa zostałyby zdemaskowane w konfrontacji. Pisowscy politycy to uciekinierzy, boją się debaty, jak diabeł święconej wody, w tym są po prostu Belzebubami.

Niepełnosprawni nie chcą być wyślizgani, jak wspomniani lekarze rezydenci. Karczewski chciałby niepełnosprawnych przegnać do Rady Dialogu Społecznego. Tam zostali wyproszeni po swoim proteście lekarze rezydenci i mają to, co mają. Przez trzy miesiące nikt z nimi się nie kontaktował ani nie konsultował. Przygotowany został przez Ministerstwo Zdrowia projekt ustawy, który przez rzecznika prasowego Porozumienia Rezydentów Marcina Sobotkę jest opisywany: – „Zamiast reformować system zdrowotny, minister zdrowia chce wprowadzić przepisy pracy niewolniczej”.Lekarze rezydenci uważają, że „projekt ustawy to jednostronne złamanie porozumienia”. Rozważają „wszystkie opcje – łącznie z powrotem do jakiejś formy protestu”.

A jak władze pisowskie postępują z niepełnosprawnymi? Jeszcze gorzej. Morawiecki ucieka od nich, jego zachowanie pokazało, iż gardzi niepełnosprawnymi. Otóż taki dialog tchórzy prowadzi „dojna zmiana” ze społeczeństwem. Gdyby do protestu niepełnosprawnych dołączyli lekarze, przynajmniej moglibyśmy nie bać się o kondycję tych pierwszych. W pisowskiej Polsce wszystko jest możliwe i taki absurdalny scenariusz może się ziścić.

W dniach 25-27 maja w budynku Sejmu, w którym protestują niepełnosprawni i ich opiekunowie, ma się odbyć Zgromadzenie Parlamentarne NATO. Szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk uspokaja, iż „ta część, w której znajdują się osoby protestujące będzie musiała być wygrodzona w jakiś sposób od części, gdzie się odbywają obrady”. Jestem marnego zdania o Dworczyku, jego elokwencja i pijarowski sznyt to poziom Misiewicza Macierewicza, bo z powyższego jego zdania wynika, iż członkowie NATO zostaną potraktowani, jak ciemny lud podczas miesięcznic smoleńskich.

Protestujący mają być odgrodzeni jakimś murem, jako sprzeciwiający się władzy obywatele. Czy członkowie NATO zgodzą się na takie niecywilizowane potraktowanie niepełnosprawnych, a poza tym – czy nie jest wstyd władzy PiS, że nie potrafi dogadać się z protestującymi? Przecież PiS w stosunku do niepełnosprawnych prezentuje się jak oprawca. Skojarzenia w państwach NATO już są równie nieprzyjemne, wszak z ambasad sekretarze ślą noty dyplomatyczne i opinie.

Przed Zgromadzeniem NATO w Sejmie musi dojść do rutynowych kontroli bezpieczeństwa przez służby specjalne. Muszą więc oni wejść na teren – nawet ogrodzony – gdzie protestują niepełnosprawni obywatele RP. Z tego powodu wydaje się być nieprawdopodobne, aby protestujący zostali niezauważeni i pominięci. Zatem słowa Dworczyka są kłamliwe. Radny warszawski PiS z Rembertowa Artur Wosztyl puścił na Twitterze farbę: – „Te osoby muszą być wyprowadzone z budynku Sejmu, aby można przeprowadzić sprawdzenie budynku”.

Zatem lada dzień będziemy mieli do czynienia z akcją likwidacji protestu pod pozorem dbania o bezpieczeństwo. W następnym tweecie Wosztyl uzasadnia, iż osobom protestującym w Sejmie nie można ufać, nie wiadomo, jakie mają zamiary. Wg radnego PiS żadne służby nie zgodzą się na tolerowanie obecności niezweryfikowanych osób na terenie Zgromadzenia NATO.

Mamy więc do czynienia z podobnym uzasadnieniem w stosunku do protestujących niepełnosprawnych, jakie partia Kaczyńskiego stosowała w stosunku do uchodźców: mogą się wśród nich znaleźć terroryści.

Nikt nie powinien być zdziwiony, do czego jest w stanie posunąć się ta partia – PiS. Nie wpuszczono do Sejmu 92-letniej uczestniczki Powstania Warszawskiego Wandy Traczyk-Stawskiej ani Janiny Ochojskiej. Kim w stosunku do tych wybitnych kobiet jest Marek Kuchciński?

Ochojska porównała sytuację, gdy stała o kulach przed Sejmem, iż „łatwiej było się kiedyś dostać do oblężonego Sarajewa, niż dzisiaj do Sejmu RP”. Także uczestniczka Powstania mogłaby wysnuć porównanie, iż łatwiej było wydostać się kanałami w 1944 roku z zagłady Starego Miasta, niż uzyskać dostęp do protestujących. Niepełnosprawni sprawiają władzy PiS podobny kłopot, jak powstańcy tym, którzy najechali Polskę.

Frasyniuk o zakazach marszałka dla Kuby i Adriana: „Nawet w kryminale, stosując surowe kary, nie można pozbawić osadzonego prawa do spaceru”.

Od kiedy Jarosław Kaczyński leczy kolano w szpitalu przy Szaserów, Mateusz Morawiecki wstaje z łóżka prawą nogą i na jawie dalej śni sen o potędze. Polska nie tylko wydaje mu się z górnej półki rozwoju, ale jest tak nadymana, że premier nie panuje nad tym ego. W radiowej Jedynce podzielił się swoim chciejstwem: – „Chciałbym też, żeby Polska pokazała światu, na czym powinien polegać ten nowy kontrakt społeczny, umownie to nazywam, nowy ład społeczny, który się kształtuje na naszych oczach”.

Ten nowy kontrakt społeczny ma być oparty o solidarność i solidaryzm, co w kontekście protestu niepełnosprawnych w Sejmie musi trącić arogancją. Morawiecki przypomina w tym Józefa Cyrankiewicza, tylko wyłysieje i będzie jak tamten wieczny premier. Prędzej niż później przy pisowskim dążeniu do autokratyzmu dojdzie do równie masowych protestów, jak w 1956 roku. Pozostanie zatem Morawieckiemu powtórzyć słowa Cyrankiewicza wypowiedziane w Poznaniu: – „Każdemu, kto podniesie rękę na władzę, władza tę rękę odrąbie”.

Taki to nowy ład społeczny i nowy nieznany w świecie model gospodarczy premiera Morawieckiego – slajdy, konferencje prasowe, porzucone stępki. Totalna lipa! Czego najlepszym realnym wyrazem jest rok temu położona stępka pod prom w Stoczni Szczecińskiej. Hula tam dzisiaj wiatr, nie widać stoczniowców, nie słychać żadnych maszyn. To była ściema! Stępkę też ktoś podprowadził.

Równie ciekawie zaprezentował się marszałek Sejmu Marek Kuchciński, który w Sejmie odgrodził się nie tylko od niepełnosprawnych, ale także posłów opozycji. Do tej pory wejścia do marszałka broniła Straż Marszałkowska. Teraz cały korytarz jest odgrodzony zasiekami w postaci baneru informującego o 550-leciu Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej.

Piękna rocznica, a postawienie baneru haniebne. Kuchciński w związku z tym ogrodzeniem nazwany został ogrodnikiem. I jest to bardzo trafne porównanie. O takim mamrocie – i tak jestem łagodny dla Kuchcińskiego, bo Tomasz Siemoniak nazywa go zerem moralnym i intelektualnym – ogrodniku pisał w „Wystarczy być” Jerzy Kosiński, a w filmie odtwarzał go genialnie Peter Sellers.

Ogrodnika Sellersa trochę bym zmodyfikował i porównał do innej jego roli – Różowej Pantery. Ta pokraczność jest bliższa Kuchcińskiemu. Ukaranie przez tę „panterę” dwóch niepełnosprawnych – Kuby Hartwicha i Adriana Glinki – zabronieniem wyjścia na spacer dlatego, że spotkali się przed szlabanem sejmowym z Janiną Ochojską, wejdzie na trwałe do annałów polskiego parlamentaryzmu.

Władysław Frasyniuk jest tym zszokowany: – „Nawet w kryminale, stosując surowe kary, nie można pozbawić osadzonego prawa do spaceru. Chcecie wprowadzać represje w Sejmie? Zapytajcie klawiszy, gdzie są granice”.

Polityka w kraju wpadła w silne turbulencje, telepie nami aż miło. Nie wiadomo, co z prezesem PiS w szpitalu przy Szaserów. Tomasz Lis w TOK FM zadał fundamentalne pytanie dla egzystencji Polski: – „Jako obywatel zadaję pytanie – uważam, że jest absolutnie uzasadnione – co się dzieje panem Jarosławem Kaczyńskim? Czy to była operacja kolana? Czy przebiegła pomyślnie? Kiedy wyjdzie ze szpitala? Jakie są rokowania? Uważam, że skoro PiS stworzył model władzy, w którym Jarosław Kaczyński trzyma wszystkie lejce, mam prawo – jako obywatel – wiedzieć, jaki jest stan jego zdrowia”.

Co by tu nie powiedzieć, prezes Kaczyński to woźnica. Piszę to z tej racji, iż wiem, że nie jest kierowcą, bo nie posiada prawa jazdy. Proszę zauważyć, iż nie nazwałem go furmanem, choć wehikuł nowoczesności PiS przypomina furmankę w wersji drabiniastej.

Na Twitterze wcześniej Kleofas Wieniawa też się zatroskał jako patriota: – „Pytanie do lekarzy ze szpitala przy Szaserów: Czy z Kaczyńskiego uszło powietrze? Bo nie dycha politycznie ten specjalista od kanalii i mord zdradzieckich. Pyta zatroskany o los ojczyzny – patriota”. Niejakie informacje podał portal wp.pl – prezes Kaczyński ma włączone światło do późna w nocy, jest otoczony troskliwą opieką ochroniarzy, jak podczas miesięcznic smoleńskich i nie tylko. Portal nie podaje, czy też chronią go jak na Krakowskim Przedmieściu zasieki z barierek, ale dziennikarz portalu mógł tylko podziwiać światłość okien szpitalnych z ulicy.

Pewnie, że można drążyć temat, czy Kaczyńskiemu z pidżamy strzepywany jest łupież, jak to w Sejmie czyni Waldemar Andzel, który siedzi za prezesem rząd wyżej w ławach poselskich?

Wygląda jednak, że w Sejmie wolant jest trzymany w drżących rękach Marka Kuchcińskiego. Marszałek zabarykadował się w swoim kokpicie, nie chce z niego wyjść i wydaje dyspozycje sprzeczne z parlamentaryzmem i demokracją.

A zbliża się poniedziałek, zbliża się ziemia. Lech Wałęsa zapowiedział przybycie do Sejmu, wstęp do świątyni demokracji mu się należy, jak psu kiełbasa. Co więc ma robić spanikowany Kuchciński? Schodzić jeszcze niżej, toż to będzie rozpierducha na całego – kartoflanka. Sejm wywinie orła. A co się stanie, gdy Wałęsa przypomni sobie, jak to przeskakiwał mur 38 lat temu? Dzisiaj nie jest już tak wygimnastykowany, ale od czego my jesteśmy? Przecież my obywatele pomożemy, podsadzimy, aby spełnił się tylko jeden postulat protestujących niepełnosprawnych. Dla porównania podczas strajków w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku było 21 postulatów.

Wygląda na to, że PiS nie da rady turbulencjom i wyrżnie w bagno, którego Kaczyński nie jest w stanie wydrenować.

W PiS zapanowało istne bezhołowie. Prezes Kaczyński od dwóch tygodni leży w szpitalu przy Szaserów. Nie wiadomo, co z nim naprawdę jest. Nie płyną żadne komunikaty o stanie zdrowia ze strony medyków. Podobna sytuacja, jak w reżimach. W ZSRR Breżniew był kwitnącego zdrowia, nawet w sytuacji, gdy podtrzymywano mu rękę pod łokciem, aby mógł pokiwać do publiki. I nagle odszedł.

Broń boże nie chcę snuć podobnych porównań, bo mi szkoda każdego człowieka. A tabloidy opisują sytuacje w szpitalu, że prezes będzie miał operację na kolano, wdały się w nie wirusy, grozi to nawet amputacją. Tabloidy mają swoja poetykę, bo używają ograniczonego zasobu słów. Czytasz jednak o tym i przechodzi ci po grzbiecie dreszcz. Powtórzę, szkoda mi nawet złego człowieka.

Kaczyński może być wyłączony z polityki nawet przez pół roku. Błąd. Może chorować i być rehabilitowany pół roku, bo przecież do niego pielgrzymują najważniejsi politycy PiS. Pół roku bez złych emocji prezesa, czy jesteśmy na to przygotowani?

Prezes otacza się ludźmi pokroju zbliżonym do niego, więc bez obawy. Stworzą klimat, który dobrze znamy, a nawet będą bardziej papiescy niż papież PiS. Mateusz Morawiecki już ogłosił, że Polska jest płatnikiem netto Unii Europejskiej, można wysnuć mniemanie, że przygotowuje grunt pod Polexit, a może to tylko jego papieskość: rżnąć publikę lepiej niż prezes.

Niemniej bezhołowie w PiS czuć. Wyszły na światło medialne nagrody pisowskich ministrów, Kaczyński wystąpił na konferencji prasowej i ogłosił, że jego klika „zwróci” nagrody Caritasowi. Morawiecki zapytany, gdzie są potwierdzenia wpłaty nagród, odparł, że temat jest zamknięty. Nie radzi sobie. A teraz wylewa się kolejne kłamstwo z tego samego nurtu rynsztoka, Morawiecki nagrodził wysokich urzędników Ministerstwa Finansów kwotą 400 tys. zł. Czy oddali na Caritas? Pewnie nie! Bo prezes o nich nie wiedział.

Takie bezhołowie. Kompletnie pogubił się marszałek Sejmu Marek Kuchciński, zabarykadował się w Sejmie jak w twierdzy. Schował głowę w piasek, nie radzi sobie z protestem niepełnosprawnych. Kołomyja z decyzjami wokół nich, a to nie wypuści na spacer, a to zamknie okna, a to ogrodzi. Drzwi do Sejmu zostały zabarykadowane dla takich znaczących postaci życia społecznego, jak Janina Ochojska czy Wanda Traczyk-Stawska. Politykom opozycji wjeżdżającym na teren Sejmu sprawdzane są bagażniki samochodów, bo mogą coś lub kogoś przemycić.

Kuchciński za tę „bohaterszczyznę” ma zostać wysłany na synekurę do Parlamentu Europejskiej. Tam nie będzie szkodził, bo nie odzywa się i na niczym się nie zna, więc w Brukseli nie będzie się barykadował, a finansowo odkuje. Podobny los wysłania na ekonomiczne saksy do Brukseli ma spotkać Beatę Szydło, która jest wicepremierem nikomu niepotrzebnym, ale ponoć od spraw społecznych, a siedzi cichutko, jak trusia w kwestii niepełnosprawnych. Była premier przynajmniej będzie rozpoznawalna, bo to ona jest współautorką „sukcesu” 1:27.

Może i powinniśmy się cieszyć bezhołowiem w PiS, bo im w sondażach spada, ale czy można się cieszyć tym, iż prestiż Polski sięgnął bruku – jak to powiedział jakiś pisowski „orzeł” – jak fortepian Norwida.

A czeka nas w najbliższych dniach wizyta Lecha Wałęsy u protestujących niepełnosprawnych i Zgromadzenie Parlamentarne NATO w Sejmie. Politycy PiS knują na całego, jak z tego galimatiasu wybrnąć, no i wyjdzie im jeszcze większe bezhołowie. Rekordy śmieszności są bite przez PiS codziennie, kabaretowe „Ucho prezesa” za tym nie nadąża. Ale czy można nadążyć za groteską, nawet gdybyśmy podążali krokami z Ministerstwa Głupich Kroków Monty Pythona.

Dziennikarz Tomasz Olbratowski (RMF FM) skomentował w swoim satyrycznym felietonie loty byłej premier Beaty Szydło wojskową CASĄ do domu.

Policja i Straż Marszałkowska nie wpuściła do Sejmu uczestniczki Powstania Warszawskiego, a później nauczycielki dzieci niepełnosprawnych, Wandy Traczyk-Stawskiej. Chciała się spotkać z protestującymi opiekunami i osobami niepełnosprawnymi.

„Policjanci i Straż Marsz. nie pozwolilili Wandzie Traczyk-Stawskiej nawet usiąść na ławce. Uczestniczka Powstania Warszawskiego pracowała z niepełnosprawnymi dziećmi, dziś chce wesprzeć protestujących” – napisał na Twitterze Patryk Michalski z RMF FM. Zamieścił też film, na którym 92-letnia pani Wanda tłumaczy policjantowi, dlaczego powinna wejść do środka. Na nagraniu mówi, że aby wejść do parlamentu „będzie chyba musiała skrzyknąć kolegów z Szarych Szeregów”. – „Powinniśmy wspierać ze wszystkich sił te matki. Bardzo je podziwiam” – powiedziała pani Wanda.

Ta niesłychana arogancja PiS została jednoznacznie skomentowana na Twitterze. – „Wanda Traczyk Stawska ps. Pączek. W 1944 ona walczyła na barykadach warszawskich. Teraz stoi przed barykadą głupoty, która w polskim Sejmie zbudowała głupota PiS” – napisał Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”.

„Tego się nie da wytłumaczyć żadnymi względami bezpieczeństwa. Niczym. Jakkolwiek wielkie słowa i wielkie litery są passe, to tym razem jednak tak – UPADEK. I tyle” – to wpis Katarzyny Kaczorowskiej z „Gazety Wrocławskiej”.

„Panie marszałku Sejmu RP. Tego pan nie usprawiedliwi żadnymi względami. 92 letnia uczestniczka Powstania Warszawskiego i długoletnia nauczycielka dzieci niepełnosprawnych nawet pozwolenia by usiąść na ławce nie dostała. To nie wina Straży Marszałkowskiej a pańska” – napisał Jacek Czarnecki z Radia Zet

Najnowszy felieton posła Antoniego Macierewicza dla telewizji TRWAM na temat katastrofy smoleńskiej i pomnika katyńskiego w amerykańskim Jersey City.

3 felietony Waldemara Mystkowskiego.

Oni muszą zawłaszczać, demolować, skłócać wszystkich ze sobą w kraju i Polskę ze światem.

Politycy PiS to fenomen iście polski. I bodaj możliwy tylko tutaj – w kraju nad Wisłą. Czego się nie dotkną – schrzanią. Partactwo fenomenalne. Następne pokolenia będą się głowić nad tym, jak przywódca o średniej inteligencji, Jarosław Kaczyński, sięgnął po władzę niemal autokratyczną, nie pełniąc żadnej funkcji administracyjnej.

W pierwszym rzędzie powodem jest wytrwałość prezesa Kaczyńskiego, jest w polityce „od zawsze”, od 1989 roku. Nie jest nazbyt bystry, twierdzę tak niemal od zawsze (Marcin Król dla „Newsweeka”: – „Znałem prezesa PiS dość dobrze i o ile w dawnych czasach był po prostu postacią mało imponującą, to nie przypuszczałem, że gdy dostanie pełnię władzy, okaże się tak kiepskim strategiem. To doprawdy żaden mąż stanu.”).

Nie zwalnia to nas z obowiązku doszukiwania się przyczyn niemocy politycznej, w jaką popadł naród polski i delegował PiS do rządzenia. O ile badania genezy władzy PiS są całkiem solidne – Maciej Gdula, Rafał Matyja – to wnioskowanie ubogie, może dlatego, że nie biorą się za ten opis publicyści pierwszej wody.

W każdym razie Kaczyński doszedł do władzy w pierwszym rzędzie z powodu zasiedzenia w ławach poselskich i – o czym ciągle się zapomina – dlatego, iż równolegle z SLD potrafił prywatyzować – w istocie upartyjniać – majątek państwowy. Nawet gdy Kaczyńskiego zabraknie, PiS będzie miał czym karmić swoich polityków, choć jest to partia skarlała ze skarlałą wizją rewolucji. Jeszcze raz Marcin Król: – „Do przeprowadzenia rewolucji potrzebna jest wizja, choćby najbardziej szalona i utopijna, ale zakładająca tworzenie wszystkiego od nowa. Taką wizję wprowadza się w życie bez względu na koszty, zwykle przy pomocy terroru. Trzeci niezbędny czynnik to charyzmatyczny wódz, dla którego lud idzie na barykady. W przypadku rewolucji PiS każdy z tych elementów jest w jakiś sposób ułomny i wypaczony”.

W zasadzie jest to pocieszające, iż PiS jest byle jaki, bo to znaczy, że można (trzeba) im wyrwać Polskę. Politykę, jaką uprawiają, to tylko partanina. Oni muszą zawłaszczać, demolować, skłócać wszystkich ze sobą w kraju i Polskę ze światem. To jedyna metoda, aby przez jakiś czas rządzić.
Partacze zawsze kradną, korzystają z pięciu minut, które nieopatrznie użyczono im przez ślepy traf na loterii. „Im się należy” – tak argumentują, a gdy zostają złapani na gorącym uczynku, zachowują się, jak klasyczny złodziej, który złapany na doliniarstwie krzyczy: Łapać złodzieja.

Nie dziwmy się zatem, że Antoni Macierewicz mógł tylko liczyć na Misiewicza, tego ostatniego możliwości intelektualne sięgają najwyżej pomocnika aptekarza, ale jako wysłany na dolinę do Polskiej Grupy Zbrojeniowej – potrafi zagarnąć setek tysięcy złotych dla siebie i dla „funfli”. Tomasz Piątek, autor demaskatorskiej książki o Macierewiczu, nazywa to „niezwykłą łapczywością”.

To ich „pięć minut”. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski jedynie potrafi zdobyć się na wysiłek intelektualny, opisując Łukaszenkę jako „ciepłego człowieka”. Umysłem wyżej nie sięga, ale potrafi korzystać z mądrości ludowej – „podróże kształcą”. Kształcenie Karczewskiego kosztowało podatnika 205,4 tys. zł, jego zastępcę Koc 106,5 tys. zł. A najlepszy jest Adam Bielan, bo na kształcenie podróżami wydał aż 265,7 tys. zł. Czesne na Harvardzie jest dużo, dużo mniejsze.

I później w mediach słyszymy – ja nie słucham już dawno, tylko czytam brednie – Karczewskich czy Bielanów. Marcin Król pyta o innych orłów PiS: – „Czy panowie Sasin i Suski, piastujący prominentne stanowiska w urzędzie premiera, są ludźmi wybitnymi, którzy mogą pomóc w rządzeniu krajem? Albo sięgając na najwyższą półkę – Szydło i Morawiecki?”

O tej najdroższej władzy, ich przekrętach, dowiadujemy się przypadkiem, przy jakiejś okazji. To tylko wierzchołek góry lodowej, o którą musi się rozwalić Pistanic – i pójść na dno. Ale trzeba im pomóc. Polska tej – prawie oksymoron – solidnej partaniny za długo nie wytrzyma. Acz miejmy świadomość, iż wszystko zrobią, włącznie z oszustwami wyborczymi, aby władzy nie oddać.

Mateusz Morawiecki ma wyraźnie złe dni. Wiosna na niego źle wpływa albo po prostu nie ma talentów politycznych, tylko ambicje. A jak się ma ambicje, to trzeba potrafić je poprzeć możliwościami intelektualnymi, nad którymi pracuje się całe życie.

Rozumiem, że w PiS walor osobowości nie jest w cenie, wszak w tej partii jest odwrotnie: w cenie jest płaskość umysłowa, lizusostwo i pogarda. Gdyby to były pozytywy, to wielu polityków PiS zaliczałoby się do elity. Morawiecki nie jest orłem w żadnej klasyfikacji, jednak bardzo się stara i wychodzą mu brednie.

Swego czasu wyznał, że jego ulubioną książką jest „Winnetou”. Podejrzewam, że edukacja literacka w jego wypadku mogła zatrzymać się na tym poziomie… pacholęcia (cudnie analizowanego w „Ferdydurke”). Dodał jeszcze „Bunt mas” Ortegi y Gasseta – dzisiaj to socjologiczne wykopaliska.

Wcale nie dążę do szczególnej krytyki Morawieckiego, lecz z niego niczego interesującego nie można wydobyć, to człowiek względnie ubogi, gdy otworzy usta, widać, że jest bez właściwości. Chce, wysila się, nadyma, ambicja go rozpiera. Nadymanie prędzej czy później musi pęknąć, wydać z siebie skondensowaną pustkę, czyli używając języka wprost – smród.

Wczoraj Mateusz Morawiecki bronił w Sejmie kolegę z rządu, wicepremiera Piotra Glińskiego. Morawiecki rzucony na szerokie wody walki parlamentarnej idzie na dno w języku polemiki, używa fraz iście grafomańskich, przy których język „Winnetou” wydaje się wysublimowany narracyjnie.

Beata Szydło miała logoreę, słowotok, Morawiecki zaś używa języka poziomu… pacholęcia. Ktoś w internecie wytknął, iż literacki grafoman Paulo Coelho złapałby się za głowę, gdyby usłyszał paplaninę Morawieckiego, bo co ma znaczyć zwrot: – „Pozwólcie budować nam silną Polskę”? Albo: – „Wicepremier Piotr Gliński odbudowuje polskie dziedzictwo na obszarze, które narażone było na zakłamanie”. Co poeta grafoman miał na myśli? W innej frazie grafoman zwracał się do opozycji: – „Macie w sobie taki specyficzny kod genetyczny, który każe wam wyprzedawać majątek narodowy”.
To nie jest odpowiedni poziom języka polskiego, debaty politycznej ani formuł ideowych. To bezsiła, pustka i brak w inteligencji jako takiej i emocjonalnej.

Wykładowczyni akademicka, specjalistka od mowy ciała, Daria Domaradzka-Guzik na Twitterze analizuje zachowanie pisowskiego Coelho trybuny sejmowej: – „Te wszystkie wysokie i szybkie gesty to efekt wysokich emocji i zdenerwowania, do tego brak w ich koordynacji wprowadza chaos, a uderzanie dłońmi w mównicę zdradza brak kontroli, brak argumentów lub bezsilność”.

Morawiecki w swym pacholęctwie jest niedojrzały, nie wyrósł ze spodenek PRL, w którym to reżimie zatrzymał się z lekturą „Winnetou”. Howgh.

57% Polaków uważa, że protestujący niepełnosprawni i ich opiekunowie powinni pozostać w Sejmie aż uzyskają od rządu spełnienie wszystkich postulatów.

Protest niepełnosprawnych w Sejmie ujawnił głębię nieempatycznych pokładów i wartości niechrześcijańskich polityków PiS. Niezbadane są ich zasoby podłości i ludzkiej małości. Nie za bardzo martwilibyśmy się tą charakterystyką niehumanitarności osób z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego, bo na co dzień tego doświadczamy, ale niestety ich zło dotknęło najbardziej bezbronnych – niepełnosprawnych i ich opiekunów rodziców.

Do historii polskiej podłości przejdzie wielu osobników, którzy mienią się wyznawcami geniuszu prezesa PiS, jak Stanisław Pięta, Bernadeta Krynicka, a w szczególności – bijący w ostatnich dniach rekordy „padalcowatości” – Jacek Żalek.

Przy Żalku nawet prezes Kaczyński ze swoimi kanaliami, gorszymi sortami, zakazanymi mordami, może się czuć tylko wicemistrzem w dyscyplinie zajadłości. Zajady Żalka na trwałe wpisują go w ściganiu się w dyscyplinie pisowskiej nieludzkości. Do historii przejdą jego passusy o „zwyrodnialcach wśród rodziców osób niepełnosprawnych”, a także takie perełki o protestujących rodzicach, którzy swoje potomstwo „nie tylko chore dzieci, ale i zdrowe mordują w beczkach”.

Kilka dni Polska żyła opiniami z piekła rodem posła Żalka, tyradami godnymi Belzbuba, a media – cóż żyjemy w takich marnych czasach – zapraszały Żalka, aby dorzucał drwa do piekielnego ognia. Wiceszef klubu PiS nie zawodził, lecz przyszło opamiętanie, które narzuciło zmianę tonów polityków PiS.

Sondaże, a nie protesty, mają wpływ na decyzje polityków partii Kaczyńskiego. Wg badania „Rzeczpospolitej”, aż 57% Polaków sądzi, że protestujący niepełnosprawni i ich opiekunowie powinni pozostać w parlamencie aż uzyskają od rządu zapewnienie spełnienia wszystkich postulatów. Przeciwnego zdania jest tylko 26%.

Żalek dostał więc partyjny prikaz, aby wziął ruki po szwam, posypał łeb popiołem i przeprosił. Ale jego argumentacja to kolejny popis diabelskiej pokrętności: – „Nie mówiłem o paniach. Niestety padliśmy wszyscy ofiarą manipulacji. Mówiłem o tym, jak bardzo ważne jest to, co robicie i jak ważna jest pomoc osobom niepełnosprawnym” – tłumaczył niepełnosprawnym na konferencji prasowej.

Bije z tego nieszczerość i przymus sondażowy. Czegóż innego można spodziewać się po polityku ekipy rządzącej? Ale Żalek odniósł „sukces” – zostanie w kronikach odnotowana jego padalcowatość. Niepełnosprawni na zawsze zapamiętają jego imię. Mówisz Żalek – słyszysz podłość.

PiS chce budować „Budapeszt w Warszawie”. Nic dziwnego. Węgierski socjolog opisuje, jak wygląda rajskie życie tamtejszej elity władzy.

Przedstawiamy Państwu fragment książki Bálinta Magyara „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”. Książka w kwietniu trafiła do księgarń. 22 maja w budynku Agory w Warszawie odbędzie się spotkanie z udziałem Bálinta Magyara, Adama Michnika, Radosława Markowskiego i Wiktora Wojciechowskiego, poświęcone podobieństwom między systemem Orbána a państwem Kaczyńskiego. Bezpłatne wejściówki do pobrania za pośrednictwem strony wydarzenia na Facebooku: Spotkanie wokół książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”

Głowa rodziny politycznej w naturalny sposób posługuje się kulturowymi wzorcami wyniesionymi z rodziny patriarchalnej: wśród ludu domu obowiązuje jasna hierarchia; zwracanie się na „ty” łączone jest ze zwrotami wyrażającymi szacunek i wyraźnie wskazującymi na hierarchiczne podporządkowanie, np. „proszę cię, panie ministrze”. Wspólnota ponad podziałami klasowymi manifestuje się w pędzeniu domowej palinki (zwolnionej od podatków), w robieniu domowych kiełbas i w męskich, niekiedy wulgarnych żartach opowiadanych na hulankach, festynach i w piwniczkach z winem. Demonstracją rodzinnego ducha są wyprawy z Ojcem Chrzestnym terenówką w śnieżnej zawiei albo wspólne pogryzanie pestek podczas meczów piłkarskich, w kamizelkach i koszulkach z krótkimi rękawami, bez żadnych podziałów społecznych.

Ale niech nikogo nie zmyli ta poufałość i bliskość. Nie wolno bowiem nadużywać łaski Ojca Chrzestnego, nie wolno igrać z jego życzliwością. Kto tego nie rozumie, może dostać kuksańca albo „z liścia”, a jeśli nawet wtedy nie zrozumie – zostanie zepchnięty na margines albo pozbawiony majątku.

Rodzinna posiadłość w wiosce Felcsút – z domem, dworkiem, stadionem, gruntami, lokalną kolejką – jest materialnym symbolem panowania. Są nim także domownicy – mieszkańcy posiadłości – oraz najbliższa rodzina Ojca Chrzestnego. W tym miejscu do głosu zaczyna dochodzić – nie w pełni jeszcze ukształtowana – logika dynastyczna.

Orbánówna dostaje restauracje i hotele

Kiedy najstarsza córka Ojca Chrzestnego, Ráhel, wychodzi za mąż, trzeba jej zorganizować w Felcsút królewski ślub, z pełnym protokołem, świeżo wyasfaltowanymi ulicami i ochroniarzami z centrum antyterrorystycznego.

Jeśli pociąga ją gastronomia i hotelarstwo, trzeba ją posłać na nauki do najdroższej szwajcarskiej szkoły, a dla zdobycia praktyki trzeba jej zorganizować „własną” restaurację z kawiarnią: – „Sprawdziliśmy, kto jest właścicielem stołecznej luksusowej restauracji przy okupowanym przez turystów placu Elżbiety. Jakkolwiek sprawdzaliśmy, na końcu splątanych nici zawsze pojawiał się zięć premiera, István Tiborcz” – pisze główny węgierski tygodnik ekonomiczny „HVG”.

Także kupienie sieci 17 hoteli przez pochodzącego z Felcsút Lőrinca Mészárosa, niegdyś prostego hydraulika, zdaniem dziennikarzy śledczych miało być sposobem na stworzenie właściwej bazy dla hobby Ráhel Orbán.

„Rodzinne” rozprzestrzenianie się biznesu odbywa się według dość prostego modelu: figuranci wykupują upatrzone firmy, a ich właściciele szantażem są zmuszani do sprzedaży; jeśli kupujący nie mają dość gotówki, uzyskują wsparcie od państwowego banku; aby biznes mógł się pomyślnie rozwijać, państwo zapewnia mu pozycję monopolisty bądź wdraża programy gwarantujące odpowiedni poziom popytu. Np. państwowy Węgierski Bank Rozwoju przeznaczył 44 mld forintów na program nieoprocentowanych kredytów dla „dobrze rokujących” projektów i przedsiębiorstw turystyczno-gastronomicznych.

Zięć wygrywa przetargi

Zięć Ojca Chrzestnego István Tiborcz, by stać się godnym ręki jego córki, wzbogacił się na niezliczonych państwowych i unijnych projektach pozyskanych w podejrzanych przetargach (od zamawianego przez fideszowskie samorządy ledowego oświetlenia placów po port jachtowy nad Balatonem), a kolejne sukcesy odnosi dzięki użyciu narzędzi państwowego szantażu i gróźb.

Na projekt wykonania oświetlenia ulic wartości ponad 150 milionów forintów rozpisano wprawdzie otwarty przetarg, ale zgłosiła się tylko jedna firma, Elios (należąca do zięcia Orbána). W ten sposób bez żadnej konkurencji, oferując cenę zaledwie kilkadziesiąt tysięcy niższą od wyceny dokonanej przez samorządy, otrzymała ona zlecenie. Tajemnicą tego sukcesu były charakterystyki zamówionego oświetlenia dopasowane do wybranej firmy. Warunki przetargu precyzowały, „jakim kolorem farby, z dokładnością do konkretnego kodu barwy, ma być pomalowana obudowa lampy, oraz to, że klosz ma być wykonany z giętego szkła”. To jest wiano córki Ojca Chrzestnego.

I choć po 1 listopada 2015 roku w ustawie o zamówieniach publicznych przez przypadek znalazł się zapis, że najwyżsi urzędnicy państwowi oraz ich rodziny nie mogą brać udziału w przetargach, „błąd” ten parlament miesiąc później błyskawicznie naprawił: umożliwiono udział członków rodziny wysokich urzędników w przetargach publicznych, o ile nie zamieszkują oni we wspólnym gospodarstwie domowym.

Poprzez Tiborcza rodzina Ojca Chrzestnego weszła w branżę luksusowych nieruchomości, jak zamki, pałace i dworki. Kiedy po przedsięwzięciach w dziedzinie oświetlenia powierzchni miejskich pojawił się nowy rodzaj biznesu, czyli kupno zamków i pałaców, a ludzie z otoczenia Tiborcza nabyli wiele takich budowli, od 2017 roku renowacja pałaców została objęta preferencjami podatkowymi. Zgodnie z nową ustawą podstawa opodatkowania może zostać pomniejszona nie tylko o koszty poniesione na renowację zamków i pałaców, ale także na ich utrzymanie. Od tej chwili István Tiborcz bez ograniczeń skupuje – oczywiście korzystając z kredytów udzielanych przez bank państwowy bądź banki należące do kolegów – nieruchomości w stolicy i zamki położone na prowincji.

István Tiborcz wszedł też w branżę budowlaną. Nabywając większościowe udziały w WHB Nieruchomości sp. z o.o. (WHB Ingatlan Kft.), został członkiem grupy West Hungaria Bau, która w lecie 2016 roku zrealizowała 44 projekty inwestycyjne, w większości finansowane przez państwo, samorządy lub Kościół. W państwie mafijnym za dostęp do państwowych środków nie daje się łapówki, ale przekazuje udziały, które odpowiadają opłacie za ochronę. Wówczas już uzyskanie pozwolenia od władz samorządowych czy wygranie państwowego przetargu nie stanowi problemu, a kiedy zachodzi taka potrzeba, z przestrzeni publicznej wolno wyciąć przeszkadzające w budowie drzewa czy wysiedlić bezdomnych. Tak działa oparte na związkach rodzinnych „partnerstwo publiczno-prywatne”.

Z kim robi interesy klan Orbánów

W przebudowie pałaców na hotele niekiedy biorą udział szemrani tureccy czy arabscy inwestorzy. Na przykład zmarły w 2017 roku saudyjski magnat olejowy Ghaith Pharaon, którego amerykański Senat w 1992 roku oskarżył o „oszustwa, pranie brudnych pieniędzy, przekupstwo, handel bronią, wspieranie terrorystów, handel technologiami nuklearnymi, sponsorowanie prostytucji i udzielanie pomocy w nielegalnej imigracji”, do śmierci był ścigany przez międzynarodowe służby.

Nie przeszkodziło mu to jednak w zakupie nieruchomości położonej naprzeciw pałacu premiera w Budapeszcie czy w cumowaniu luksusowego jachtu w adriatyckim porcie, tuż obok jachtu figuranta Orbána, Lőrincza Meszárosa.

Młody partner drugiej córki Ojca Chrzestnego w gabinecie węgierskiego komisarza UE w Brukseli zdobywa doświadczenie i uczy się pozyskiwać oraz wykorzystywać kapitał kontaktów, zupełnie jak dzieci niegdysiejszych arystokratów na cesarskim dworze.

Oczywiście bogacą się także inni członkowie najbliższej rodziny: „właścicielem 51 proc. udziałów w Dolomit sp. z o.o. w mieście Gánt jest rodzina Orbána. W 2014 roku przedsiębiorstwo zamknęło rok przychodem 3,3 mld i dochodem 1,1 mld forintów, z czego właściciele otrzymali 900 mln forintów tytułem dywidendy. W 2015 roku dochód nadal wynosił 1,1 mld, ale spółka wypłaciła 1,8 mld forintów dywidendy, co oznacza, że pochłonęła ona cały zysk i jeszcze 700 milionów z rezerwy. Z tej dywidendy 900 mln forintów trafiło na rachunek ojca Viktora Orbána – Győző Orbána”.

Natomiast w 2016 roku „Áron Orbán, młodszy brat premiera, założył przedsiębiorstwo dostarczające hurtowe ilości materiałów budowlanych. Jeden z członków zarządu przez lata zajmował wysokie stanowiska w grupie MÁV (Węgierskie Koleje Państwowe SA)”. „Strategia biznesowa” jest tu dość jasna: budujemy rodzinną firmę działającą w upatrzonym segmencie rynku i podczepiamy ją pod dużych państwowych zleceniodawców, a następnie ustawowo tworzymy w tym segmencie jakiś rodzaj monopolu.

Futbolowy haracz dla Ojca Chrzestnego

W 2015 roku majątek rodziny Orbána szacowano na 6,9 mld forintów, co nie wystarczyło, by znalazł się na liście 33 najbogatszych Węgrów „Forbesa”. Jednakże poza legalnie posiadanym własnym majątkiem warto oszacować majątek Ojca Chrzestnego, będący własnością figurantów oraz majątek i państwowe środki, którymi dysponuje założona przez Orbána fundacja, kierowana przez wyznaczone przez niego kuratorium. Każdy możnowładca ma przecież swoje hobby. U nas premier lubi futbol, więc jego wasale muszą za karę, udowadniając swoją lojalność, sponsorować nie tylko akademię w Felcsút, ale także inne drużyny piłkarskie, oraz oglądać wraz z Ojcem Chrzestnym słabiutkie mecze, udając, że bardzo się nimi emocjonują. A te ich żałosne, poniżające męki transmituje telewizja…

Akademia piłki nożnej Ojca Chrzestnego dostała kolejkę wąskotorową, co uznano za priorytetową inwestycję państwową. Dzięki ustawie uchwalonej przez Zgromadzenie Narodowe akademia może też otrzymywać zwolnione z podatku prywatne darowizny. Co za cud, ile bezinteresownego entuzjazmu!

Dwie trzecie darowizn przekazywanych przez węgierskie przedsiębiorstwa sektorowi futbolowemu trafiło do wiejskiej drużyny Ojca Chrzestnego, która od tej pory zaczęła awansować do coraz wyższych lig. Bo dworscy dostawcy w nowo kształtującym się porządku wiedzą, że jeśli chcą mieć dostęp do państwowych zamówień i unijnych środków, tego rodzaju opodatkowanie się będzie dla nich korzystne.

Ojciec Chrzestny zorganizowanej przestępczości politycznej, budując stadion obok swoich włości i pobierając na swoje hobby pieniądze „za ochronę”, udziela zarazem ulgi podatkowej, żeby mniej bolało. Transparentność „pieniędzy za ochronę” służących finansowaniu hobby Ojca Chrzestnego może jednak stać się bardzo niewygodna, gdy porównamy listę firm ofiarodawców z listą podmiotów wygrywających przetargi publiczne. Dlatego w październiku 2016 roku parlament objął tajemnicą podatkową podmioty udzielające darowizn oraz wysokość tych darowizn.

Bálint Magyar

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Idea Konstytucji 3 Maja jest obca obecnej władzy

Polacy mają powody do chwały, lecz nie do bezkrytycznej refleksji nad swoimi dziejami. Z pewnością chwalebne jest, iż jako drudzy na świecie przyjęliśmy akt ustrojowy dla państwa. Konstytucja 3 Maja była nowoczesna, ale nie tak bardzo, jakbyśmy dzisiaj chcieli. Była wsteczna w stosunku do amerykańskiej konstytucji, w tej najbardziej otwartej demokracji na świecie do dzisiaj obowiązuje akt ustrojowy z 1787 roku, a także nie dość była radykalna jak postanowienia Rewolucji Francuskiej.

Konstytucja 3 Maja 1791 roku otwierała Rzeczpospolitej drogę do reform, ograniczała demokrację szlachecką i znosiła liberum veto, proponowała ustrój monarchii dziedzicznej (saksońskich Wettinów). Przeciw konstytucji powstała Targowica pod rosyjskim protektoratem, w której rej wodzili magnaci i wysoki kler.

Gdy dzisiaj słyszę abp. Stanisława Gądeckiego, że „nie byłoby Polski niepodległej bez działalności Kościoła”, to u mojego boku imaginowana szabla jest gotowa do płazowania. Kościół stanął przeciw Konstytucji 3 Maja, a papież Pius VI błogosławił konfederację targowicką. Watykan potępił wszystkie nasze powstania, a mój przodek Ignacy Mystkowski, wzór dla Józefa Piłsudskiego, jeden z dowódców powstania styczniowego i jedyny zwycięzca nad Rosjanami w bitwie pod Stokiem, nie życzył sobie obecności kleru na pogrzebie i nie chciał być pochowany w poświęconej ziemi, acz – wiadomo – stało się inaczej.

W święto Konstytucji 3 Maja odezwał się Andrzej Duda, który upiera się przy referendum konstytucyjnym, nawet podał datę – 10 i 11 listopada. Duda, który łamie obowiązującą konstytucję, jest wyrobem PiS w najczystszej postaci, politycznym wzorcem z Sevres, niesamodzielny i jak jego macierzysta partia łamiącym standardy demokratyczne.

Jeżeli zastosować paradygmaty polityczne w stosunku do Dudy i kleru, przed którym ten polityk – wszak nasz prezydent – pada na kolana, to należy uznać, iż on i jego obóz plasują się na antypodach Konstytucji 3 Maja, wówczas zresztą Duda byłby na garnuszku magnaterii, a w obozie Targowicy traktowany jak służba, pachołek.

My, obywatele poradzimy sobie z dzisiejszą Targowicą, nie mamy innego wyjścia, wypychają nas z Unii Europejskiej, marginalizują w Europie i na świecie, nawet nie zostaliśmy doproszeni do europejskiej inicjatywy militarnej 10 państw (m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy), otóż w czerwcu zostanie ogłoszone powstanie nowej koalicji wojskowej wspólnego działania w nagłych sytuacjach.

Refleksje na 3 maja mogą być tylko takie: Nie ma wolności bez obywatelskiej czujności.

Prezes Kaczyński choruje, Polska też. Jak długo?

Jarosław Kaczyński rzeczywiście okulał. Obrazek z dyrektorem Wojskowego Instytutu Medycznego gen. Grzegorzem Gielerakiem, który wraz z pielęgniarką dostarczyli prezesowi PiS kule, jest interesującą przesłanką ku oczywistej oczywistości, że Polska przestaje być normalnie funkcjonującym krajem demokratycznym.

Chylimy się w stronę republiki bananowej, takiej jak Burkina Faso, o której swego czasu wspomniał prezes, a Zygmunt Freud orzekłby, że nieprzypadkowo – co na myśli, to prędzej czy później spłynie na język.

Mogło to w pierwszym momencie wyglądać na zagrywkę pijarowską, bo prezes jakby korespondował – przedrzeźniał narracyjnie wg Gombrowicza – protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. W sztuce przechwytywania uwagi mediów prezes jest mistrzem, to istny Narcyz, świat się kręci wokół jego rozdymanego ego.

Ale oto prezes nie tylko kuleje, ale trafił także do szpitala. Diagnoza, do jakiej dotarły media – w tym wypadku „Fakt” – jest taka, iż prezes cierpi na zwyrodnienie kolana.

Co to miałoby znaczyć? Nikt za dużo nie wie, szpital nie wydał żadnego komunikatu, a szef ośrodka generał Gieralak takiego oto używa języka, gdy Wirtualna Polska zadała pytanie, co jego łączy z prezesem: „Ja – oraz kilku moich współpracowników – mamy zaszczyt utrzymywać relacje z panem Jarosławem Kaczyńskim. Nie ograniczają się one wyłącznie do opieki medycznej”.

Pomijam nędzę tego języka, ale generał – ni mniej, ni więcej – powiedział, że jest na służbie jak jakiś kamerdyner. Niektórzy ludzie nie powinni się odzywać, jeżeli mają kłopoty z określeniem swojej pozycji zawodowej.

„Fakt” nawet sugeruje, że kolano prezesa może być tylko fizycznym dowodem rozleglejszej niedyspozycji organizmu: „Sygnały ostrzegawcze wysyłane przez organizm Kaczyńskiego są poważne”. Jeżeli nawet zostanie poddany operacji, rekonwalescencja potrwa jakiś czas. A co będzie, gdy inne organy wewnętrzne dadzą o sobie znać, iż są zużyte, a przecież Kaczyński ma swoje lata?

Już zresztą rozpoczęła się walka o sukcesję po Kaczyńskim. Na delfina został konsekrowany Mateusz Morawiecki, lecz daje o sobie znać Beata Szydło, która trzyma sztamę ze Zbigniewem Ziobrą. Duże atuty są w posiadaniu Andrzeja Dudy, nieprzypadkowo wyskoczył jak Filip z konopii z terminem referendum konstytucyjnego, mianowicie w Święto Niepodległości. Ostatniego słowa nie powiedziała gwardia z zakonu Porozumienia Centrum: Brudziński, Błaszczak, Kuchciński.

Zapowiada się zacięta walka buldogów. Polityk w wieku Kaczyńskiego zapadający na zdrowiu ma dużo mniejsze szanse na szybsze wyleczenie niż emeryt, który nie jest poddany stresom politycznej gorączki. Czyżby gabinet przy Nowogrodzkiej miał zostać być na jakiś czas przeniesiony do separatki w szpitalu przy ulicy Szaserów?

Choruje prezes, Polska choruje od przeszło dwóch lat, tzn. od kiedy rządzi PiS. Jak długo?

Jaka jest metoda w szaleństwach PiS?

Obawiam się, że Patryk Jaki może zyskać konkurenta ze strony PiS w wyścigu do kandydowania na fotel prezydenta Warszawy.

Kim jest Jaki w stosunku do Antoniego Macierewicza? Macierewicz to były minister obrony i ciągle aktualny wiceprezes PiS, a Jaki to tylko członek partii Ziobry, przybudówki PiS. Czyżby prezes Kaczyński chciał skompromitować Ziobrę poprzez wystawienia kandydatury jego partyjnego kolegi w wyborach samorządowych?

Kaczyński lubi pokrętne gry, to istny krętacz polityczny, pokerzysta w tej szulerce. Wielki Szu w wykonaniu Jana Nowickiego to tylko gra aktorska na miarę przeboju filmowego, Wielki Szu w wykonaniu Kaczyńskiego zasługuje co najmniej na nominację do Oskara.

Wiceprezes PiS zajął stanowisko w sprawie Pałacu Kultury i Nauki. Wicepremier Piotr Gliński chciałby zburzyć PKiN, ale nie wie, co w tak powstałej dziurze miałoby powstać, a Macierewicz wie.

Mianowicie: Kolumna Chwały Wojska Polskiego zwieńczona figurą Matki Boskiej Hetmanki Polski. Niektórzy nazywają to szaleństwem, czy jednak mają rację?

Takie jest zdanie wiceprezesa PiS. A co na to Jaki? Na razie nic. Wobec zwierzchności cztery litery bierze w troki i jedzie na bulwary, aby raczyć lud smoleński kiełbasą wyborczą. Tak sobie grilluje.

Obawiam się, że mamy do czynienia z pokrętnością pisowską. Macierewicz zajmując głos w sprawie Warszawy, może zechcieć wystartować w wyborach samorządowych na prezydenta stolicy, nie musi tego robić z ramienia PiS, lecz z jakiegoś stronnictwa narodowego, czy też ONR, który jest pod ochroną Joachima Brudzińskiego, innego wiceprezesa PiS.

Jak niejednokrotnie się przekonaliśmy, szaleństwo PiS jest wpisane w pokrętną metodę. Nie inaczej odczytuję poruszenie PiS w sprawie pomnika katyńskiego w Jersey City.

W nekropolii w Katyniu 10 kwietnia tego roku nikt z PiS nie złożył kwiatów. Dlaczego, bo to nie jest rok wyborów parlamentarnych i prezydenckich, jak w 2010. Ale obruszenia wśród polityków PiS powstało, gdy burmistrz Jersey chce pomnik katyński usunąć.

Ważniejsze jeszcze jest to, iż w USA za sprawą polityki PiS powróciło określenie „polaczków” i kawałów Polish jokes. Tak PiS powstał z kolan, znowu staliśmy się śmieszni za sprawą Ferdynanda Kaczyńskiego, jego Waldusia Andrzeja Dudy i rozlicznych Paździochów.

Gogolowskie „z czego się śmiejecie” należy zamienić na „dlaczego się śmiejecie z sitcomu PiS”? Smutny to śmiech z Kiepskich Kaczyńskich i Paździochów Morawieckich. Taka jest metoda szaleństwa PiS. Niestety, coraz mniej oczyszczająca. Śmiech to już nie zdrowie, ale upadek.

Krzyże zanieście z powrotem do kościołów, ignoranci od rechrystianizacji

Gdy chadeckiemu premierowi Bawarii Markusowi Söderowi zachciało się krzyża na budynkach instytucji władz landu, usłyszał od arcybiskupa Monachium, a zarazem przewodniczącego rzymskokatolickiego episkopatu Niemiec kardynała Reinharda Marxa, iż krzyż jest znakiem religijnym, „znakiem sprzeciwu przeciwko przemocy, niesprawiedliwości, grzechowi i śmierci, ale nie jest znakiem przeciwko innym ludziom”.

Niemiecki hierarcha posunął się jeszcze dalej, twierdząc, że krzyża nie można traktować jako znaku kulturowego, lecz tylko religijnego – w innym wypadku jest to dowód ignorancji.

W Polsce kard. Marx (nomen omen) byłby z miejsca okrzyknięty lewakiem nie tylko przez Krystynę Pawłowicz, ale i przez Mateusza Morawieckiego, który chce rechrystianizować Europę. Arcybiskup powiedziałby, że krzyż nie jest logo kampanii wyborczej żadnej partii, a zwłaszcza tak obcej wartościom chrześcijańskim, jak PiS, która to partia unika rozwiązania np. problemu niepełnosprawnych.

Ale Morawiecki to ignorant zarówno w wiedzy o kulturze uniwersalnej i polskiej. Na każdym kroku daje temu dowód, bo uczynki tego niesamodzielnego i zagubionego emocjonalnie człowieka można porównać do postępowania w starożytnej Sparcie, w której niemowlaków niepełnosprawnych zrzucano ze skały, albo porzucano w lesie (w Polsce na korytarzach sejmowych). Takie porównanie jest uprawnione, da się odczytać po mowie ciała Morawieckiego, gdy wzdrygał się podczas rozmowy z opiekunami niepełnosprawnych.

PiS namawia matki, aby rodziły niepełnosprawne dzieci, byle zostały ochrzczone, a potem niech się dzieje z nimi cokolwiek (skała albo porzucenie w Sejmie). Ignorancja humanitarna takiego Morawieckiego wiele mówi o tym człowieku, nie nadającym się na pełnienie odpowiedzialnych funkcji politycznych, bo mu się miesza polityka z religianctwem i własnymi korzyściami narcystycznego ego.

Władze PiS uczyniły ogromne spustoszenie w życiu społecznym, choć rządzą tylko przeszło dwa lata. Edukacja młodzieży woła o pomstę do nieba. Polska szkoła jest bardziej zdewastowana niż demokracja i sądownictwo. Za to przyjdzie Polsce zapłacić jeszcze większą cenę. Szkoły zamieniane są w średniowieczne szkółki przykościelne, w których obok lekcji religii odbywają się apele z okazji Dni Papieskich, na uroczystościach szkolnych przemawiają duchowni, dyrekcja organizuje pielgrzymki. W dwóch trzecich szkół sale lekcyjne są obwieszone krzyżami.

Ba, zdarza się, że ksiądz jak druid święci plecaki pierwszoklasistom. Dobrze, że nie są tatuowane runy, ale kto wie, co się zdarzy, gdy rechrystianizacja przyspieszy. W „Newsweeku” Renata Kim i Anna Szulc opisują zdarzenie z poznańskiej szkoły, w której wychowawczyni od Kiki Wińczyk chciała usprawiedliwienie, dlaczego to ona nie uczestniczy w rekolekcjach. Gdy rodzice artyści odpisali, że Kika nie jest nawet zapisana na religię, więc nie chodzi na rekolekcje, nauczycielka nie przyjęła tego do wiadomości.

Tak już jest zindoktrynowane przez kler ciało pedagogiczne. Zatem rodzice Kiki, artyści Monika i Hubert Wińczykowie zrobili happening przed jednym z kościołów. Wystawili ławkę szkolną przed świątynią, przy której przeprowadzili lekcje ze swoją córką. Była to matematyka, język polski oraz języki obce, urozmaicane ćwiczeniami z wychowania fizycznego na rozgrzewkę.

Niedługo dojdzie do sytuacji, że pedagodzy ze szkół koranicznych z Iranu będą przyjeżdżali, aby pobrać nauki z metodyki średniowiecznej. Rządzą nami ignoranci, którzy znak religijny uczynili politycznym i straszą nas, niczym maczugą. Taki ich cywilizacyjny sznyt, run.