Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Niedobrze się dzieje, gdy nazbyt wielu ludzi oczekuje normalności od jednego człowieka, choćby był on największy. A tak dzieje się z Donaldem Tuskiem, którego przyjazd do Polski zawsze gromadzi ogrom Polaków i wzbudza emocje – dobre emocje.

To jest oczekiwanie na coś pozytywnego, na rycerza na białym koniu, który pokona za nas przeszkody. To nie tylko specjalność polska, u nas szczególnie admirowana, bo w naszych dziejach nie zaznaliśmy nazbyt wielu triumfów.

Przyjazd Tuska do Krakowa wielce łechce byłego premiera i aktualnego szefa Rady Europejskiej. Nie tylko powiedział wyważone i mądre słowa na konferencji, ale przede wszystkim spotkał się z ludźmi na Krakowskim Rynku i porozmawiał bez jakiejś specjalnej ochrony.

Ależ jesteśmy spragnieni normalności, a nie barykad, nasyłania policji na protestujących, czy też szczucia jednych na drugich. Wraz z Tuskiem powiała ta orzeźwiająca bryza, która powoduje wezbranie radości.

Można? Można. Tego jednak w kraju mamy deficyt – brak rozmów między Polakami, słyszymy krętactwa, kłamstwa, pomówienia.

A jednak niepokoją mnie nasze oczekiwania od jednego Tuska, choćby on był Napoleonem, Juliuszem Cezarem, największym, nie może za nas nieść ciężaru normalności. Tusk jest zwykłym Polakiem, który spośród nas zaszedł najwyżej, najwięcej osiągnął, też jednak ma swoje życie, rodzinę.

Jednak to przyjemne uczucie, gdy ktoś bez nadęcia, bez krzyków i opluwania mówi o rzeczach w polityce najważniejszych. Tego uczmy się od Tuska i róbmy swoje, aby normalność nie była deficytem, aby każdy z nas był takim Tuskiem w swojej działce obywatelskiej, społecznej, bądź politycznej.

Tuska będzie się cytować, powoływać na niego, będzie się jednak od niego oczekiwać. I przed tym przestrzegam. Jest wybitny, ale nie może być dla nas bożkiem Ideałem, Tusk jest z krwi i kości.

Bądźmy razem z Tuskiem, ale idźmy bez Tuska, bo każdy z nas powinien być w odpowiedniej skali i warunkach takim Tuskiem. Cieszmy się, że do tej alegorii rycerza możemy się odwołać, lecz metafory za nas nie zwyciężą, nie zasypią rowów, które w kraju zostały wykopane.

Jeżeli już przewietrzyliśmy się w tej bryzie, którą przywiał ze sobą Tusk, przenieśmy ten dobry klimat do naszej codzienności, do naszych małych ojczyzn – podwórka, dzielnicy, miasta.

Taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciołach” mają niecodzienną siłę kreowania polskiej polityki i wcale to dobrze nie świadczy o polskim państwie. Poniewczasie trzeba zgodzić się z jednym z inteligentniejszych podsłuchanych Bartłomiejem Sienkiewiczem, iż mamy „państwo teoretyczne” – zresztą taki tytuł nosi jego najnowsza książka.

Główny pomysłodawca podsłuchów Marek Falenta był w ścisłym kontakcie z kierownictwem PiS. Nawet się chwalił, że ma dobre dojścia do Jarosława Kaczyńskiego. Falenta liczył na tekę ministra, gdy PiS dojdzie do władzy. Tak zeznawał jeden z kelnerów Łukasz N., który na polecenia Falenty zakładał podsłuchy: – „Falenta twierdził też, że jest blisko z PiS-em i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Że jak się zmieni władza u nas, jak PiS przejmie władzę, to mogę dostać nawet jakąś tekę, jakieś stanowisko w rządzie PiS”.

Co zatem się stało, że Falenta dostał wyrok do odsiadki i skończy w więzieniu? Ciąg szpiclowskiej fabuły może wiele wytłumaczyć, dalej mówi ów kelner: – „Miałem zapewnienie od Falenty, że będą z tego duże pieniądze, że on może na tym zarobić miliard złotych. Ja wynegocjowałem dla siebie 10 tys. zł miesięcznie. Mówił mi, że będę bardzo bogaty”. „Duże pieniądze” miały przyjść od obcych służb.

Jakich służb? Tylko od rosyjskich, bo Falenta był na miliony zadłużony u mafii sołncewskiej, która jest krwawymi rękami Kremla. A więc mamy w tle Władimira Putina, któremu zależy na destabilizacji Polski i przede wszystkim na rozchwianiu Unii Europejskiej.

Dlaczego zatem PiS podjął współpracę z Falentą, wszak nietrudno było sprawdzić, gdzie kręci swoje szemrane biznesy? Odpowiedzi są dwie. Kaczyński chciał za wszelką cenę odsunąć Platformę od władzy i przymykał oko na rosyjskie ślady. Albo prezesowi PiS wszystko jedno i godzi się być Targowicą. Wszak w dalszym ciągu mało wiemy o bliskim współpracowniku Kaczyńskiego Antonim Macierewiczu: jakie dokładnie ma powiązania z Kremlem. Starał się to rozwikłać Tomasz Piątek w swojej bestsellerowej książce „Macierewicz i jego tajemnice”.

Czy można zatem rzec, iż PiS doszedł do władzy z możliwą kontrasygnatą rosyjskich służb? Gdy Onet dotarł do 40 tomowych akt, dotyczących afery podsłuchowej, opublikowano wreszcie zapis jednej taśmy – na razie tylko ona jest dostępna – na której zanotowano głos Mateusza Morawieckiego, kompromitujący go jako polityka, a nawet człowieka.

Przez dwa dni PiS nie wiedział, co z tym fantem zrobić. Morawiecki nawet dał nogę do Nowego Jorku, aby dziennikarze go nie nagabywali. Wreszcie prezes Kaczyński zgodził się na występ w podległej sobie telewizji TVP i usprawiedliwił Morawieckiego. W swoim stylu stwierdził, że – w największym skrócie – Morawiecki to Konrad Wallenrod.

Wywiad z Kaczyńskim jest niewiele warty, bo prezes też może być zakładnikiem – zarówno wiadomych służb, jak i zakładnikiem tego, który ma w posiadaniu następne taśmy z Morawieckim. Podobno jeszcze jedna na pewno jest na rynku szantażu – tak twierdził „Newsweek” 2,5 roku temu.

Morawiecki wrócił z ucieczki i dał głos u najbardziej pisowskich dziennikarzy Karnowskich – konkretnie Jacka K. – w telewizji internetowej wPolsce.pl. I co mówi? Określił „swoją” taśmę jako odgrzewany kotlet: – „Te taśmy wszystkie były pokazane w „Newsweeku” 2,5 roku temu”. To jest kolejne kłamstwo Morawieckiego. Taśma owszem była opisana, ale bardzo ogólnie. Onet cytuje duże passusy o korupcji i kumoterstwie oraz powołuje się – to może jest nawet najważniejsze – na 40 tomów akt śledztwa.

Morawiecki zatem prezentuje dobre samopoczucie po zapewnieniu Kaczyńskiego o jego wallenrodyzmie i mówi: – „Ja z drogi naprawy Rzeczpospolitej, którą mam ogromny honor czynić pod rządami PiS, w tym obozie politycznym, naszym obozie, ja z tej drogi nie zejdę” (cytuję in extenso). Czyli dalej będzie demolowane sądownictwo, nasze relacje z Unią Europejską, które są zagrożone Polexitem.

Na Kremlu zacierają ręce z takiej „naprawy Rzeczpospolitej” i destrukcji UE. Tym się różni Morawiecki od Falenty, że jemu się udało, a Falenta zaliczy pryczę za kratami. Taśmy podsłuchowe będą dalej rozstrzygać o polskiej polityce, najprawdopodobniej zaciążą na bycie Polski i niestety pod władzą PiS możemy oczekiwać najgorszego. Oczekuję, że za ten temat zabiorą się najlepsi dziennikarze śledczy, acz będą narażeni, bo tak to jest z wolnym słowem i wolnymi mediami w autorytaryzmach.

Cofamy się do czasów opisanych przez Bolesława Prusa w „Antku”, gdy leczono szturchańcami, wódką z piołunem, a wreszcie wzywano znachorki.

Ciekawie się rozwija fabuła z Mateuszem Morawieckim. Taśma z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciołach” ma kolejne odcinki. Zawiązuje się akcja godna Hitchcocka. Poznajemy inne wątki, a nawet dochodzi do takich suspensów, jakie mógłby wymyślić słynny scenarzysta hollywoodzki Dalton Trumbo.

Ryszard Czarnecki nie był w „Sowie”, a dał się nagrać. Toż to szczyt frajerstwa. Akurat Morawiecki dał telefon na tryb głośnomówiący i Czarnecki zapisał się na taśmie ku pamięci. Europoseł PiS wciska, gdzie może swoją facjatę. Ostatnio sfotografował się z pucharem mistrzów świata wywalczonym przez siatkarzy.  Takiej dostał nadętości, że Bartosz Kurek i Michał Kubiak zrobili zdziwioną minę.

Czarnecki załatwiał u Morawieckiego posadę dla syna. Morawiecki ma pecha, bo ze wszystkich nagranych polityków najbardziej właśnie jego obciążają te taśmy. Dał się złapać na korupcji, oferując pomoc byłemu ministrowi skarbu Aleksandrowi Gradowi: – „Pięć dych czy siedem, czy stówkę mu damy na jakieś badania, czy na coś”.

Morawieckiemu grunt solidnie pali się pod nogami. Uciekł na Wall Street do Nowego Jorku, gdzie nie chciał komentować sprawy taśm, gdy poprosiła go o komentarz Magda Sakowska. O losie Morawieckiego zadecydują następne taśmy albo prezes Kaczyński, który choć nie chodzi od kilku miesięcy do pracy w Sejmie, udziela się na konwencjach wyborczych PiS i w mediach, w tym w TVP.

PiS wspiera takie ruchy społeczne, jak antyszczepionkowców, którzy dostarczyli do Sejmu projekt ustawy o dowolności szczepienia dzieci przeciw chorobom zakaźnym. Dzięki wsparciu posłów PiS i Kukiz ’15 projekt przeszedł do dalszych prac w komisjach sejmowych. Cofamy się do czasów przed wynalezieniem antybiotyków, a nawet głębiej. Może dojść do takich sytuacji, jak opisana przez Bolesława Prusa w „Antku”, gdy leczono szturchańcami, wódką z piołunem, a wreszcie wzywano szeptuchy, znachorki.

Można nazwać to syndromem matki Rozalki. Gdy już wymienione domowe sposoby zawiodły, znachorka poradziła matce, aby chorą Rozalkę dla wypocenia umieścić w rozpalonym piecu chlebowym. Niestety po wyjęciu dziecko było martwe, upieczone. Taka też jest ta próba „wolności” od szczepień, która grozi nawrotami epidemii chorób, o których świat już zapomniał.

Do Sejmu przyjechały głodujące od miesiąca pielęgniarki z Przemyśla, ale nie zostały wpuszczone przez Marka Kuchcińskiego. Po czym udały się do Ministerstwa Zdrowia, skąd musiały przejść aż do Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”. Tam w końcu przyjął je minister Łukasz Szumowski. To ten facet od deklaracji wiary – mentalnie matka Rozalki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s