Posts Tagged ‘afera KNF’

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Prezes PiS do perfekcji opanował strategię posiadania pełni władzy, a zarazem nie chce być odpowiedzialnym za jej sprawowanie.

Odpowiedzialność prawna bowiem spada na jego marionetki, które kiedyś – gdy władza wypadnie mu z rąk, jak Ceaușescu bądź Janukowyczowi – staną przed niezależnym wymiarem sprawiedliwości i odpowiedzą za bezprawie. Kaczyński swoją odpowiedzialność rozpisuje na Andrzeja Dudę, Beatę Szydło i Mateusza Morawieckiego, którzy w niepohamowanej własnej żądzy władzy stali się zakładnikami prezesa PiS.

Afera ze spółką Srebrna pokazuje – niczym w podręczniku politycznej korupcji –  w jaki sposób splatają się wątki narracji dyktatury i zarządzania marionetkami delegowanymi przez prezesa PiS. Winniśmy całować po rękach Geralda Birgfellnera, że zdecydował się ujawnić taśmy z transakcji biznesowych przeprowadzanych z Jarosławem Kaczyńskim. Niemniej bardzo ważną postacią w demitologizacji prezesa PiS jest Roman Giertych, zaś dziennikarze „Wyborczej”, opisujący kolejne rozdziały afery K-Towers, zasługują na najwyższe nagrody dziennikarskie i to międzynarodowe – jakiegoś globalnego Pulitzera.

Kaczyński na poziomie państwa odpowiedzialnymi za swoje bezprawie czyni prezydenta i premierów (na razie jest dwoje). Oni kiedyś odpowiedzą za niszczenie Polski i to na wszelkich poziomach: prawnym, moralnym, finansowym.

We władzach spółki Srebrna, którą zarządza Jarosław Kaczyński, są osoby bez znaczenia, które nadstawiają kark za prezesa, jak sławny już Kujda i „pani Basia”, osoby, które nie wiedzą, za co odpowiadają, za co jednak są wynagrodzeni sowitymi synekurami państwowymi. Birgfellner, rozmawiając z Kaczyńskim, był zdziwiony, że nie rozmawia z zarządem Srebrnej, Kaczyński miał na to odpowiedź: „Ci ludzie kręcą własne lody”.

A zatem mamy do czynienia z ludźmi-słupami, którzy nie są świadomi odpowiedzialności. Tak też wyglądać miał model biznesowy K-Towers (wieżowców na cześć braci Kaczyńskich). Odpowiedzialność prawną i finansową brały na siebie dwie spółki-krzaki Nuneaton (komandytowa i z o.o.), zaś Srebrna pełnię zysków. Gdyby biznes z wieżowcami nie wypalił, odpowiedzialne byłyby spółki-krzaki, a Srebrna nie straciłaby na tym ani grosza.

Kaczyński zarządzą Srebrną za pomocą ludzi-słupów i tak zarządza państwem – za pomocą słupów, w które ochoczo zgodzili się wcielić Duda, wcześniej Szydło, a dzisiaj Mateusz Morawiecki. Aby w przyszłości osądzić bezprawie i dążenie Kaczyńskiego do dyktatury, nie wystarczy powołanie jakiejś komisji śledczej ani postawienia go przed sądem. Najpierw do spółki Srebrna winni wejść śledczy i to ci o najwyższych kompetencjach i profesjonalizmie. Ten akt „pożegnania dyktatury” winien odbywać się przy podniesionej kurtynie, jednocześnie dobrze byłoby, gdyby osądzane były polityczne słupy prezesa – jako to podsądnymi winni być Duda, Szydło i Morawiecki – z jednym zarzutem: legitymizowanie bezprawia.

Musimy zdawać sobie sprawę, że Kaczyński, jego słupy i kadry partyjne nie oddadzą władzy, tylko dlatego, że przegrają wybory. Czeka nas męka przez dyktaturę – ku demokracji.

Już równo rok Polacy męczą się z zakazem handlu w niedzielę. Jaki cel przyświecał PiS-owi, aby przepchnąć pomysł narzucenia rodakom tego, czego „nie mają robić w wolnym czasie”?

PiS to partia genetycznie związana z PRL-em, wówczas niedziele były wolne od handlu, pozostałe dni tygodnia często też były wolne od handlu, sklepy nie miał czym handlować, choć nie uwarunkowało to czasu wolnego od pracy. To jest podstawowy gen, od którego uzależniona jest partia Kaczyńskiego. To są te wartości, które dzisiaj dla niepoznaki nazywane są np. wartościami chrześcijańskimi.

W niedzielę odbywały się czyny społeczne, PiS zapatrzony w tę narzuconą „bezinteresowność” dla wspólnoty za podszeptem funkcjonariuszy Kościoła katolickiego zakazał handlu dla dobra rodziny. Jakoby rodzina bardziej cementowała się, gdy nie łazi po sklepach.

W głębszym zamyśle duchownych – tych bliskich formatu Rydzyka – zakaz miałby napędzić więcej wiernych do kościołów, a tym samym szczodrzej miało im skapnąć na tacę.

Propagandowo zakaz w niedzielę miał po prostu dać wolne pracującym w handlu, co było pomysłem upadającego związku zawodowego „Solidarność”. A także polepszyć los małych sklepów, które w zderzeniu z wielkimi sieciami handlowymi przegrywały konkurencję. Okazało się, że zakaz tylko przyspieszył agonię sklepikarzy. Zyskały na tym stacje benzynowe, a szczególnie państwowy koncern PKN Orlen.

Do czego PiS się nie zabierze, nie udaje im się. Także nie wyszedł ten eksperyment na Polakach. Tak zresztą, jest z ideologiami, które mają uszczęśliwiać społeczeństwo i naród. Partia Kaczyńskiego nie nadąża za nowoczesnością, wysługuje się zamierzchłym instytucjom i ideom, które niczego nie rozwiązują, a wręcz komplikują, bądź są zawalidrogą w codziennym – a w tym wypadku świątecznym – życiu.

Oczywiście zostanie to kiedyś naprawione, tymczasem męczymy się z uszczęśliwianiem na siłę. Opozycja występuje kolejny raz z rozwiązaniem tego problemu. Platforma Obywatelska apeluje do marszałka Marka Kuchcińskiego, aby wyciągnął z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy, który został złożony już w listopadzie 2017 roku.

Otóż pracującym w niedzielę w handlu przysługiwały za to, co najmniej dwie wolne niedziele, w przeciągu 4 tygodni. To miałoby zmniejszyć dyskryminację pracowników i zapewnić im takie same prawa.

Czy PiS jest gotowy przyznać się do porażki i wycofać się z kolejnego pomysłu, który jest totalnie ideologiczny, zwłaszcza że większość Polaków zakaz handlu w niedzielę ocenia bardzo krytycznie?

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

PiS w tej chwili powalić może tylko jedna afera, nad którą traci sterowność. Afera, która zaczęła się wraz z ujawnieniem przez właściciela Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego rozmowy z ówczesnym szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim.

Podczas rozmowy zawiodły szumidła (urządzenia zakłócające nagrywanie) i treść tej rozmowy dotarła do publiczności. Chrzanowski złożył Czarneckiemu propozycję korupcyjną w zamian za usługi legislacyjne.

Afera KNF w nazbyt wielu miejscach przypomina słynną aferę Rywina, która skończyła karierę Leszka Millera i postkomunistycznego SLD. Dzisiaj raczej nie możemy się spodziewać podobnego losu PiS, bo politycy Kaczyńskiego nie dopuszczą do takiej sytuacji. Niemniej afery KNF nie da się zamieść pod dywan;  kwestią jest, co jeszcze zostanie ujawnione.

Chrzanowski zaliczył areszt i właśnie wyszedł. A to znaczy, że wszystkie nitki aferalne są w rękach Zbigniewa Ziobry. „Gazeta Wyborcza” dotarła do niektórych ustaleń śledczych. Jak można było się spodziewać, Chrzanowski był tylko wysłannikiem, jak Lew Rywin, który w imieniu grupy trzymającej władzę chciał ułatwić Agorze zakup Polsatu poprzez odpowiedni zapis w ustawie medialnej.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Zwierzęta swój teren oznaczają uryną. Ludzie różnie, choć patrioci najchętniej przelaną krwią. Elity wolą symbole. Przez 3 lata władzy politycy pisowscy wpadli w takie zasiedzenie, że teren Sejmu i Senatu uważają za swój. Czym oznaczają?

Marek Kuchciński znany jest z tego, że odzywa się tylko wtedy, gdy na kartce ma napisane, co ma powiedzieć. Ale wpadł na pomysł, aby każdy poseł na koniec kadencji dostał odznakę z napisem prawo (lex). Odznaka jest wzorowana na tej z Sejmu Ustawodawczego II Rzeczpospolitej z lat 1919-22. Opozycja mogłaby wyprodukować odznakę, która zdecydowanie więcej mówiłaby o Sejmie obecnej kadencji, mianowicie przedstawiać Salę Kolumnową z napisem: bezprawie.

Stanisław Karczewski przebił marszałka Sejmu. Umieścił w Senacie swój portret za pieniądze z kieszeni podatnika, lecz nie uzyskany aparatem fotograficznym, ale pędzlem zawodowego malarza. Karczewski myśli jednak kilka lat naprzód, mianowicie jego wizerunek może znaleźć się w Pałacu Saskim, który ma być odbudowany z przeznaczeniem na funkcjonowanie w nim Senatu. Karczewskiemu marzy się prowadzić obrady pod własnym portretem, jak na pisowskiego sarmatę przystało.

Wzmiankowani politycy  PiS są puści jak dzwony. Nie znam żadnych ich osiągnięć godnych zapamiętania, oprócz ich pomocniczości w demolowaniu instytucji demokratycznych i zaprowadzania państwa bezprawia.

W Sejmie doszło do spektakularnej sceny z udziałem szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego, który wszedł na trybunę i zażądał wycofania nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym. Prace nad nią dobiegały końca, była już po poprawkach, miało dojść do ostatecznego głosowania. Prezes pstryknął i ten punkt obrad został wykreślony z porządku. Taka jest wola prezesa i ona jest prawem.

Mateusz Morawiecki miał okazję zobaczyć w Brukseli, jak Polska została zmarginalizowana w Unii Europejskiej za władzy PiS dwóch lat rządu Beaty Szydło i rok jego. Szczyt państw strefy euro podjął decyzję, iż strefa euro będzie miała swój budżet. A zatem Europa dwóch prędkości staje się ciałem, a Polska nawet nie zmieści się w tej drugiej prędkości, bo jest hamulcowym standardów, jakie obowiązują w UE.

Morawiecki ponadto ma kłopoty w kraju. Niedawne wotum zaufania to było teatrum dla twardego elektoratu PiS, aby pokazać, jak skonsolidowana jest władza zjednoczonej prawicy. Farbę jednak puścił tatuś premiera Kornel Morawiecki, który stwierdził w Radiu Plus, że kłody pod nogi jego syna Mateusza (Kornel nazywa go kuriozalnie nawet jak na sferę publiczną: panem) rzuca Zbigniew Ziobro. Minister sprawiedliwości zaostrza aferę KNF, aresztując byłych jej członków, w tym Wojciecha Kwaśniaka, a także sprzeciwia się wycofaniu PiS z ustaw sądowniczych, które zostały zaskarżone przez Komisję Europejską w Trybunale Sprawiedliwości UE.

Czy Jarosław Kaczyński, przewidując kolejne afery, zdecyduje się na przyspieszone wybory?

Mateusz Morawiecki nikomu nie wywrócił stolika, jak chcą niektórzy publicyści, odnosząc się do sejmowej bufonady premiera z wotum zaufania. Niezależnie od tego, jak wypadnie piątkowe wotum nieufności wobec niego, które zgłosiła Platforma Obywatelska, afera KNF nie zostanie zamieciona pod dywan. Walczący z mafijnymi układami w SKOK-ach Wojciech Kwaśniak niemal zapłacił życiem, dzisiaj jasno artykułuje, z jakimi osobnikami się mierzył. Zaś stając przeciw niemu Grzegorz Bierecki i Zbigniew Ziobro – bez umawiania się – mówią językiem przestępców z Wołomina.

Morawiecki swoją bufonadę przeniósł do Brukseli, gdzie o sporze z Komisją Europejską ws. Sądu Najwyższego i w ogóle sądownictwa w Polsce stosuje sztuczkę z wyciągniętą ręką. Premier uważa, że jedną nowelą PiS cofnął demolkę sądownictwa i oczekuje od Komisji Europejskiej, a w szczególności od wiceszefa KE Fransa Timmermansa wycofania skargi z Trybunału Sprawiedliwości UE. Morawiecki jednak mówi to do naszej publiki, bo na unijnych salonach podkula ogon, tam takie prostackie manipulacje nie działają.

PiS ma kłopot z podwyżką cen prądu, różne płyną na ten temat komunikaty, zarówno od ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, jak i spółek energetycznych. Podwyżki będą i to bardzo duże, zarówno dla przedsiębiorców, którzy już podpisują umowy na dostarczenie energii z nowymi cenami, jak i dla gospodarstw indywidualnych. W tej chwili mamy chaos informacyjny, ale to jest jedna z metod pisowskich.

Głowę może dać Tchórzewski i być zdymisjonowany, na kogoś trzeba zwalić winę. Może być jednak i tak, że PiS, przewidując kolejne afery, zdecyduje się na przyspieszone wybory i zechce z podwyżkami cen prądu przeczekać do okresu powyborczego. Tak pomyślana była sztuczka z wotum zaufania. Po nich choćby potop.

Jarosław Kaczyński nie może jednak spać spokojnie. Tadeusz Rydzyk całkiem poważnie myśli o starcie swojej partii w wyborach. Ruch Prawdziwa Europa kuma się z Ruchem Narodowym, z tego może powstać koalicja przypominająca neofaszystowski podmiot polityczny księdza Jozefa Tiso. Gdyby tak miało się stać, to Mateusz Morawiecki na 28. urodzinach Radia Maryja skakałby hopsasa w hołdzie ojcu dyrektorowi.

Nawet jeżeli ceny prądu nie zabiją PiS, to na pewno ich nie wzmocnią, bo elektrowstrząsy społeczne będą miały miejsce, gdyż Polacy obawiają się – i słusznie – że podwyżki cen prądu są nośnikami podwyżek cen w ogóle.

Premier i PiS robią wszystko, żeby przykryć afery ich rządu.

Mateusz Morawiecki jest dobry w wyprowadzaniu kozy. Rola Morawieckiego jako premiera sprowadza się głównie do tej dyspozycji. Taką kozą była ustawa o IPN, kolejną kozą ustawa o Sądzie Najwyższym. Morawiecki te ustawy wyprowadził, ale czy zmieniła się atmosfera wokół Polski? Śmiem wątpić.

Pod koniec roku dopadła rząd pisowski afera KNF, której przerzut SKOK Wołomin pokazał, jak zrakowaciała jest ta władza. Aby przykryć aferę KNF, trzeba było wprowadzić jeszcze jedną kozę i przy fanfarach własnych ją wyprowadzić. Przy tym obdarzyć się oklaskami, jacy to fajni jesteśmy.

Drożyzna to koza wymarzona, bo kto lubi, aby uszczuplano mu portfel. O podwyżkach prądu zakomunikował minister energetyki Krzysztof Tchórzewski, przy tym kłamliwie zapewnił, że państwo zrekompensuje. Nikt na taką manipulację się nie nabrał. Do tego opozycja zapowiedziała wotum nieufności dla Morawieckiego z powodu afery KNF i nie tylko. Wotum nieufności pozwala opozycji wyartykułować, jakim marnym politykiem jest Morawiecki.

Morawiecki mimo swej charakterologicznej bufonady musi mieć tego świadomość, bo to jednak dorosły człowiek, ale w pijarowskie klocki jest lepszy od opozycji, całe życie w to się bawi. Więc za jednym zamachem postanowił wyprowadzić kozy. Poprosił Sejm o wyrażenie wotum zaufania. Niby to samo, co opozycyjne wotum nieufności, lecz diametralnie inne.

Morawiecki nie pozwolił zatem na debatę nad swoją osobą, a przy okazji obiecał publice, że podwyżek prądu nie będzie. Nawet więcej – poprawi się stan portfeli Polaków. A zatem kozy zostały wyprowadzone. Niestety, wrócą szybciej niż Morawieckiemu się wydaje, bo publika nie zapomni obietnic, a afery i tak będą się ciągnąć za PiS.

Gdyby Polska była pastwiskiem, to Morawiecki byłby najlepszym pastuchem w roli premiera. Niestety, tak nie jest – i niedługo ten pijarowiec o tym się przekona, choć dzisiaj ku swej chwale strzela z bicza.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Równo rok temu Mateusz Morawiecki wymienił Beatę Szydło w roli surogatki premiera Jarosława Kaczyńskiego. Szydło była wyjątkowo przaśna, Morawiecki miał dać PiS-owi nieco poloru, światowości i fachowości.

Wymienił na początku bardzo nielubianych ministrów Szyszkę i Macierewicza. I na tym zasługi się kończą, choć zapowiadał w expose cywilizacyjne skoki w każdej dziedzinie życia. Ba, „polska polityka musi być ambitna. Dryfowanie, czy płynięcie z prądem to nie jest nasze DNA”.

Co osiągnął przez rok Morawiecki? Jeszcze bardziej pogrążył międzynarodową pozycję Polski, którą poprzedniczka spozycjonowała na dnie. Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości UE skargę kasowania niezależności Sądu Najwyższego. Na te dictum Morawiecki odpowiedział, że ma w małym paluszku kompromisy z instytucjami europejskimi, bo negocjował przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Faktycznie, przyjęta została nowa nowela ustawy o Sądzie Najwyższym, ale nie zadowoliła KE, która nie wycofała pozwu do TSUE.

W zasadzie Morawiecki gasi pożary, które poprzedniczka wywołała bądź wybuchły pod jego rządami, jak słynna ustawa o IPN. Ta postawiła na baczność rządy Izraela i USA, a Morawiecki podkulił ogon i powrócił na kolana.

Skoki cywilizacyjne Morawieckiego okazały się skokami w przepaść. „Arcyważnym zadaniem” miała być poprawa w służbie zdrowia. Lecz kolejki do lekarzy jeszcze bardziej się wydłużyły, leki zaś podrożały. Nie udał się program Mieszkanie+, który nie chce się realizować za pomocą pstryknięcia palcami, bo trzeba mieć pomysły na oryginalne jego rozwiązanie, ponadto szmal i ludzi, którzy go zrealizują.

Morawiecki to mistrz banialuk, rozdymanego ego i zwalania winy na poprzedników. Robiła to Szydło, ale Morawiecki powinien dać spokój wytartej frazie: „a PO-PSL przez 8 lat…” i zapomnieć, trochę czasu minęło. Miało dojść do rewolucyjnej walki z mafiami VAT, ale żadnego procesu rzekomym mafioso nie wytoczono.

Morawiecki obejmował rządy, gdy słupek poparcia sondażowego szczytował i miał się około 50 proc. Po roku zjechał tak, że Koalicja Obywatelska ma tyle samo co PiS – 34 proc. Tendencja jest w dół i nic nie wskazuje, że miałaby się odwrócić.

Przyszła kryska na Matyska Kaczyńskiego – rząd wywala się na aferze KNF, która pokazała, jakie są faktyczne zamiary rządu Morawieckiego i do czego został powołany, mianowicie do stworzenia własnej klasy oligarchicznej. Ważne w tym są dwa sektory – finansowy i medialny.

Medialny – zakulał z powodu zdecydowanej postawy ambasador USA Georgette Mosbacher, lecz widać, że PiS zechce tę przeszkodę obejść i wykupić media. Takim przykładem może być chęć kupienia Radia ZET, które warte jest 220 mln zł. Nabywający bracia Karnowscy w poprzednim roku osiągnęli saldo 3 mln zysku, ale od czego są państwowe banki? Każdy bankowiec na świecie puknąłby się w łeb, lecz w Polsce mamy do czynienia z pierwszym etapem putynizacji. Wszystko pokryje budżet, czyli my wszyscy.

Przez przypadek nie wyszedł geszeft z bankiem za złotówkę z powodu afery KNF. Ale to też postarają się obejść. PiS chce uwłaszczać na państwowym i prywatnym, jak to miało miejsce na Węgrzech. Afera KNF ma swój odprysk, może nawet społecznie groźniejszy niż ona sama, mianowicie upadek SKOK Wołomin i ścigającego tę kasę Wojciecha Kwaśniaka.

Morawiecki swój pierwszy rok rządów kończy aferalnie i zjeżdżając sondażowo. Nie podda się tak łatwo, bo PiS nie jest partią szczególnie zapatrzoną w demokrację. Wiele wskazuje, że Kaczyński postawił na Morawieckiego jako swego następcę, lecz nie wszyscy są z tym faktem pogodzeni, a nawet mają ambicję, by zagarnąć prawicowy elektorat dla siebie.  Do takich należy Ziobro i Duda, to pod nich szyje swoją partię Tadeusz Rydzyk – Ruch Prawdziwa Europa.

Jarosław Kaczyński w Jachrance urządził stypę.

Kazimierz Marcinkiewicz określił wyjazdową sesję PiS w Jachrance stypą: – „Jak się spojrzy na spotkanie PiS w piątek i wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, to widać, że to stypa”. I bodaj to najtrafniejsze określenie tego, co dzieje się w partii Kaczyńskiego.

PiS dał się przyłapać na grze obłudnika. Henri Bergson pisze o świętoszku Tartuffe, że on gra świętoszka i tak mu weszła rola w krew, iż już inaczej nie potrafi. Jest świadomy swojej śmieszności. Tak jest z partią Kaczyńskiego – klaskali w reakcji na słowa na słowa prezesa, ale nie wierzyli w jego słowa.

W każdej ideologii, reżimie, autokracji, nie za dużo mówią o niej słowa krytyczne, ale prawda materialna, która jest na zewnątrz – tym wypadku na twarzach polityków PiS. Będą zakłamywać, ale będą chcieli, abyśmy nie wierzyli w ich absurdy (paradoks, prawda?), dlatego nie słuchajmy ich, ale patrzmy na „prawdę”, która jest obok.

PiS ma jeden cel, chce już tylko przetrwać do wyborów. Nie mają innych celów. Wszystko im się sypie. Z powodu demolki Polski, którą poczynili w każdej sferze, bo skorzystali z dobra wypracowanego przez poprzedników, sypie im się także z powodu kadr. Ta partia nie ma ludzi kompetentnych, nie ma w niej kreacji, jest tylko reaktywność („PO-PSL przez 8 lat…” i podobne lelum-polelum), wyartykułowana przez Kaczyńskiego w Jachrance.

Te braki jednak spowodują, że sięgną po polityczny idiom igrzysk. Będą ścigać i nie dlatego, aby posadzić, ale by zająć czymś publikę, aby odciągnąć od rzeczywistych problemów, które stoją przed społeczeństwem, przed Polakami, przed Polską.

Pierwszy lepszy przykład. Zawłaszczanie państwa przez PiS widać jak na dłoni w spółkach energetycznych, w których siedzą pociotkowie Morawieckich, Dudów, Kaczyńskich i pozostałego drobiazgu nepotyzmu – celnie nazwanego przez jednego z polityków Platformy: szarańczą.

Szarańcza doprowadziła do tego, że od następnego roku ceny prądu wzrosną o kilkadziesiąt procent. Ostrożnie przewiduje się 30-40 proc., może to być nawet 70-80 proc., a może więcej. Jaki mają pomysł, aby oddalić katastrofę gospodarstw domowych? A taki by sfinansować podwyżki z publicznych pieniędzy, czyli wziąć od nas i naszymi pieniędzmi zrekompensować. Ale i tak odbije się to na cenach produktów i usług. Zresztą Unia Europejska może finansowanie spółek energetycznych zahamować, bo tak się nie gospodarzy, tylko kradnie.

Owo „udawactwo” jest o tyle śmieszne, że te rekompensaty mają dotyczyć tylko roku 2019, czyli przetrwania do wyborów, bo po nich dla Morawieckiego, Kaczyńskiego, dla ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, choćby potop.

I w tym momencie kończy się Tartuffe. Dopóki wierzył, ze gra, że jest śmieszny, można było przeżyć. Ale gdy wierzy, że jest prawdziwy, że postępuje właściwie. to… Odwołam się do Bergsona: „… jest wstrętny”. Jest nie do przyjęcia, bo prowadzi do prawdziwej katastrofy.

Politycy PiS nie są żadnymi orłami, to podrzędny gatunek fachowców, ale i oni mieli świadomość, iż ich Tartuffe Kaczyński urządził stypę. Gdyby tylko ona dotyczyła PiS, można byłoby jakoś owego towarzystwa pożałować, ale ta stypa może dotyczyć Polski. Dlatego nie dajmy się nabrać, nie pozwólmy im grać na naszych emocjach. Należy obnażać te zakłamane maski. Te potwory mogą zrobić z Polski potwora Europy, a z nas podobne niedobitki cywilizacyjne.

Władza PiS powiela schematy zarządzania z bliskiej jej kulturowo i ideowo przestrzeni politycznej. Niestety, nie korzysta z metodologii poszerzania demokracji wykuwanej w think tankach na wzór zachodni, ale przenosi sztance dosłownie ze Wschodu. Widać to bardzo konkretnie na przykładzie jednego bardzo ważnego ośrodka zlokalizowanego przy Kancelarii Premiera, chodzi mianowicie o Centrum Analiz Strategicznych (CAS).

CAS, zwane też „mózgiem rządu”, to jeden ze sztandarowych projektów PiS, który został zapowiedziany przez Mateusza Morawieckiego w jego expose. Niby rząd powinien mieć strategię, która pozwala mu prowadzić sensowną politykę wewnętrzna i zewnętrzną, ale gdy przyjrzymy się bliżej temu tworowi, wygląda to na właściwą PiS-owi prowizorkę.

CAS można porównać do kremlowskich technologów władzy, którzy podrzucają Putinowi pomysły zarządzania państwem, a jak jest jakiś problem, piszą przystępne elaboraty, których wykładnia obowiązuje w rosyjskich mediach.

Od pewnego czasu w naszych mediach pojawia się postać prof. Waldemara Parucha, który ma ambicje, aby zostać politykiem, ale nawet z dobrych miejsc na listach wyborczych PiS nie dostaje się do żadnego ciała przedstawicielskiego. Dziwna to postać, by nie napisać dziwaczna, bowiem nie udało mu się dostać z pierwszego miejsca pisowskiej listy do PE, a startował z twierdzy PiS, z okręgu lubelskiego.

Jego stan intelektualny definiuje całkiem dobrze to, że był członkiem komitetu naukowego II i III Konferencji Smoleńskiej z lat 2013–2014. No i jest politologiem. Z dotychczasowej kariery medialnej Paruch przedstawia się bardziej, jako profesor propagandy, a nie politolog, czy też strateg, wszak nawet strategicznie nie potrafił się przeszwarcować do Brukseli na świetnie płatną synekurę.

Paruch ostatnio chodzi wokół pisowskiego gorącego kartofla, albo też zbuka (matafory do wyboru), jaką jest afera KNF, mająca przerzuty na coraz większą sferę świata finansów, ujawnił się przerzut na Narodowy Bank Polski, na SKOK-i, w tym odświeżony został spektakularny upadek SKOK Wołomin. Najnowszy przerzut dotyczy banku Zygmunta Solorza, z którym kilka dni przed ujawnieniem afery KNF spotkał się Morawiecki.

Otóż „technolog” prof. Paruch twierdzi, że Polacy aferą KNF się „nie przejęli, bo nic to w ich życiu nie zmieniło”. Co nie jest prawdą, bo badania dla „Faktu” i Onetu mówią coś innego. Zastanawia przy okazji coś innego, mianowicie władze PiS nie myślą, jak zażegnać zdegenerowanie niezależności takich instytucji, jak KNF i NBP, ale obchodzi ich jedynie to, jak pozamiatać afery pod dywan, jak wmówić społeczeństwu, że nic się nie stało.

Sama postać Parucha pokazuje, jakimi PiS dysponuje kadrami i jakie wzorce kulturowe partia Kaczyńskiego asymiluje na naszym gruncie. Nie powinno to dziwić, bo tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel odczuwa szczególną miętę do Kremla.

Od poniedziałku w mediach krążyć będzie kolejny zbuk wysiedziany przy okazji afery KNF. Roman Giertych zapowiedział złożenie wniosku o przesłuchanie premiera Morawieckiego w śledztwie dotyczącym KNF, w związku z jego spotkaniem z Solorzem, właścicielem Polsatu, którego telewizja to kolejna tuba PiS.

Spointuję: gnije nam Polska, wolny umysł źle się w niej czuje, bo jest zatruwany w przestrzeni publicznej przez zniewolone umysły Morawieckiego i jego „mózg” Parucha.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Piątkowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance w ogóle nie było oryginalne, prezes powtarzał swoje banały – by nie rzec banialuki – ale wskazuje, jaką drogą powiedzie swoje owieczki przez następny rok do wyborów parlamentarnych, acz te do PE nie są dla niego ważne, niemniej mogą pociągnąć za sobą konsekwencje topielca znajdującego się w wirze wodnym, który może wciągnąć i PiS zatopić.

Przemowę swoją prezes zbudował na najprostszym schemacie narracyjnym: my – oni. Zauważmy – nie było to: my i Polska, my i Unia Europejska, bądź my i przyszłość, ale stosunek „naszego” pisowskiego posiadania do onych. Jest to podstawa myślenie feudalnego, w którym pan decyduje, co jest dobre i co jego podwładnym (suwerenowi) się należy. Ponadto prymitywizm tej narracji polega na tym, że „my” pisowcy jesteśmy zawsze lepsi. Dante tak zbudował „Komedię boską”: my z piekła rodem (w tym wypadku kler) jesteśmy dla was dobrem – i wraz z nami wylądujecie na dnie, w którymś z kręgów piekieł. Uczulam na to, bo mamy do czynienia z formacją polityczną, która prowadzi nasz kraj do katastrofy. Kaczyński nie musi być tego świadomy, bo to człowiek ograniczony.

Prezes zrezygnował z repolonizacji mediów, co mu skutecznie wybiła z głowy ambasador USA Georgette Mosbacher. I za to należy jej się wielkie dzięki, gdyż wolne i niezależne media nie pozwolą PiS-owi na ukrywanie swoich afer, a te są podstawą rządzenia feudalnego. Takiego skutku nie odniosłyby żadne instytucje unijne, bo z nimi PiS niespecjalnie się liczy.

W dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z przykrywaniem afery Komisji Nadzoru Finansowego, która musi pogrążyć PiS, bowiem wszelkie działania maskujące prowadzą do odkrywania kolejnych kręgów korupcji, upartyjnienia państwa. Znowu mamy do czynienia z narracją dantejską. Jakikolwiek skrawek opowieści się odsłoni, pokazuje piekło PiS.

Kaczyński skupił się na onych z Platformy Obywatelskiej, politykom partii Grzegorza Schetyny zostanie sporządzone piekło, czasami przy pomocy innych podmiotów opozycyjnych, które mogą być nieodporne na manipulacje prezesa. I znowu możemy mówić o szczęściu, bo rdzeń sądownictwa zachował niezależność i nie pójdzie na żaden dyktat bezprawia.

Kaczyński będzie się pienił, tak samo jak desygnowany przez niego premier Mateusz Morawiecki. Zdani są więc na bicie głową w mur. Raczej go nie przebiją, najwyżej głowy sobie rozbiją, nie ucierpi na tym rozum, bo go za wiele nie mają.

Na powyższych polach PiS jest na przegranych pozycjach, może nadrobić tylko w sferze socjalnej, fundując prezenty grupom społecznym, ale i to nie będzie możliwe do zaspokojenia, bo nierządzenie – po raz pierwszy mamy partię u władzy, która nie rządzi, tylko rozdaje – przyniesie efekty (o czym przekonali się komuniści) w drożyźnie, a ta musi być konsekwencją podniesienie ceny energii. Nawet gdyby budżet rekompensował podwyżkę indywidualnym odbiorcom prądu, to nie jest w stanie tego samego zrekompensować przedsiębiorcom, a ci z kolei – by nie zbankrutować – podniosą ceny za produkty i usługi. PiS może tę drożyznę przesunąć na czas po wyborach, wątpię jednak by tak długo udawało im się odwlec.

Politycy PiS nie należą do żadnych orłów, to drób rzędu nielotów, ale i oni wyczuwali pismo nosem podczas przemówienia prezesa – swąd porażki piekielnej krążył nad nimi jak swego czasu widmo komunizmu. Joachim Brudziński nawet przyznał się, że dobra zmiana uczyniła z niego potencjalną skwarę, którą zostanie po porażce.

Porażka PiS jest w rękach opozycji, oby nie popełniała błędów, nie rozdrabniała się i nie formułowała programu na prymitywnej dychotomii – my i oni. Prezesa przemówienie w Jachrance należy do narracji diabelskiej alternatywy, co by nie zrobił, czego by nie zmanipulował, zawsze wyjdzie mu diabelski ogon. I tak jest zwykle z ludźmi, którzy nie mają predyspozycji do rządzenia, ale mają ambicje i wizje. Kończą w piekle niemocy, w imposybilizmie, który to termin prezes niespecjalnie rozumiał, gdy kiedyś go nadużywał. A teraz go dopadł.

Były szef MON to polityk swoistego marginesu, także w PiS, który wokół siebie wytwarza bardzo silne napięcia – uwielbienia i niechęci, tych ostatnich zdecydowanie więcej. Nie powinien utrzymać się w polityce, a jednak od 1989 roku jest zawsze obecny – do dzisiaj i to w randze wiceprezesa PiS.

Umiejętności Macierewicza też są zastanawiające, czego się nie dotknie destruuje, niszczy, ale na tych ruinach skonstruował mit najwartościowszy dla Jarosława Kaczyńskiego, który nadał PiS tożsamość partyjną i na tym wyniósł do władzy. Mit smoleński to jeden z największych przekrętów narracji politycznej w nowoczesnej historii Polski. Ten, który ponosi odpowiedzialność za katastrofę pod Smoleńskiem, został wyniesiony na pomniki, zaś panteon patriotyzmu organizowany przez PiS jest tworzony wokół jego osoby, brata prezesa PiS.

Ale i te zasługi nie tłumaczą pozycji Macierewicza. Przede wszystkim Macierewicz jest niezniszczalny – ilość kompromitacji, które są jego udziałem zniszczyłyby każdego po wielokroć, ale nie jego. Nawet gdy przestał być ministrem, swego następcy nie wpuścił do gabinetu i w nim urzędował.

A zatem – kim jest Macierewicz? Tej odpowiedzi szuka w dwóch książkach pisarz i dziennikarz Tomasz Piątek. Pierwsza pozycja „Macierewicz i jego tajemnice” opowiadała o powiązaniach Macierewicza z rosyjską mafią i służbami specjalnymi, błyskawicznie została bestsellerem. W drugiej książce „Macierewicz. Jak to się stało?” Piątek pisze o tym, że „nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa od niemal pół wieku”.

„Głęboka zależność” brzmi jak eufemizm, a to po prostu przypuszczenie o agenturalności Macierewicza od „niemal pół wieku”. Czy uprawnionym jest podejrzewać, że Macierewicz – bardzo aktywny opozycjonista w PRL – był agentem? Waldemar Kuczyński – wybitny opozycjonista i członek rządu Tadeusza Mazowieckiego – przyznaje, że „nie dopuszcza, by Macierewicz był wysokim oficerem GRU od dziesięcioleci na placówce w Polsce, jako agent wpływu”. Ale… „co, jeśli byśmy się mylili?”

Piątek z rozmowie z Jackiem Żakowskim w TOK FM mówi o swoich podejrzeniach, które solidnie udokumentował w książkach. Macierewicz, jego zdaniem, jest przede wszystkim kłamcą lustracyjnym, a mógł sobie na to „pozwolić”, bo jego teczka, esbecki kwestionariusz ewidencyjny, została zniszczona w styczniu 1990 roku, kiedy komuniści palili akta najważniejszych swoich agentów.

O paleniu owych akt opowiada wybitny film Pasikowskiego „Psy”. Nie wszystko jednak zostało spalone, bo dokumenty dotyczące Macierewicza zachowały się w aktach innych represjonowanych osób. Jeden z nich zachował się w teczce Piotra Naimskiego i jest podpisany przez szefa wywiadu PRL generała Sarewicza. Napisano w nim, że nie ma żadnych podstaw do ścigania lub represjonowania Macierewicza, a przecież ten jakoby uciekł z internowania. Internowanie Macierewicza to temat na komedię w stylu Stanisława Barei. Z ośrodka internowania wyszedł sobie do niestrzeżonego szpitala, skąd z głupia frant udał się do domu, aby wśród opozycji opowiadać, jak to heroicznie dał dyla.

Inny bardzo ważny dokument zachowany w aktach SB to notatka oficera wywiadu stwierdzająca, iż„nie może ścigać Macierewicza, bo ten jest chroniony przez Biuro Studiów SB. A była to elitarna jednostka”. Zachowane dokumenty, na które powołuje się Piątek, są dostępne w archiwach, ale nikt z historyków IPN ich nie przeglądał.

Macierewicz był traktowany przez służby PRL w „sposób szczególnie uprzywilejowany”. Jako minister obrony faktycznie rozbrajał Wojsko Polskie i utworzył szwejkowskie Wojska Obrony Terytorialnej, a zatem jeżeli opozycjoniści z PRL stwierdzą, „co, jeśli byśmy się mylili?”, to czy zasadnym jest podejrzenie, „by Macierewicz był wysokim oficerem GRU od dziesięcioleci na placówce w Polsce, jako agent wpływu”? Pytanie wagi ciężkiej i takież oskarżenie tego co najmniej dziwnego polityka: Macierewicz, kim jesteś?

Eliot Ness dostał wolną rękę do walki z mafią Ala Capone, którego posadził nie za przestępczość zorganizowaną, ale za podatki. Ness był nietykalny – nawet dla Capone, gdyż był przedstawicielem państwa, które reprezentowało dobro. To nie tylko jeden z mitów popkultury, ale i mit założycielski nowoczesnych Stanów Zjednoczonych, który nie został dotychczas podważony.

Gdyby przy tak pojętej walce dobra ze złem próbowano majstrować, jedno z najpotężniejszych państw wszech czasów rozpadłoby się. Społeczeństwa scala tego typu narracja, tak jak kiedyś mity Greków. Chrześcijaństwo zaś nigdy nie było tak użyteczne, bo to kultura hierarchiczna, feudalna, namaszcza władców, a jak im się chwieje tron, chrześcijaństwo udziela krzyża do walki z rzeczywistym bądź wyimaginowanym wrogiem.

Odwołuję się do Eliota Nessa nieprzypadkowo. Władza PiS zachwiała się w wyniku afery KNF, której korupcji jeszcze nie poznaliśmy, tylko wierzchołek góry lodowej. Od początku jest zamiatana pod dywan. Nieudane to próby, co rusz wypada jakiś trup z szafy.

I chyba mamy owe „podatki”, które w wyniku zamiatania wyszły na wierzch. Mianowicie aresztowany został bogu ducha winny poprzedni zarząd KNF z szefem Andrzejem J. Typowy zabieg rozmycia, zabieg względności, który polega na tym, że jeżeli „nasi” kradną („nasi” – pisowscy), to dlaczego nie mieliby kraść poprzednicy. Ta względność – w moralności nazywa się relatywizmem – ma zaciemnić obraz, a nawet zastraszyć.

I oto mamy wśród aresztowanych naszego Eliota Nessa – wcale nie przesadzam – Wojciecha Kwaśniaka, który walczył z mafijnymi układami, gdy w poprzednim KNF był wiceszefem. Walczył do tego stopnia, że nie był „nietykalny” dla lokalnych Al Caponów, mianowicie – nie podlega to raczej dyskusji – członek zarządu SKOK Wołomin nasłał na Kwaśniaka bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach.

Kwaśniak ledwo przeżył, a dzisiaj w ramach zamiatania pod dywan, w ramach pisowskiego relatywizmu prawnego i moralnego, został aresztowany. Jankes Eliot Ness miał za sobą siłę państwa i prawo, nasz Ness Kwaśniak ma przeciw sobie państwo.

Aresztowanie Kwaśniaka Andrzej S. Nartowski (prawnik z praktyką w organach spółek handlowych, publicysta, ekspert corporate governance) użył porównania i snuje oskarżycielskie przypuszczenia: – „Zatrzymać Wojciecha Kwaśniaka za SKOKi to jak papieża ekskomunikować za herezję. Potępiam tych, którzy wydali taką decyzję, i tych, co wcześniej zlecili pobicie/zabójstwo Kwaśniaka. Może to ci sami, kto wie?”

Taka jest siła odśrodkowa afery KNF, ze wszystkimi podanymi przeze mnie konsekwencjami ujętymi w metafory, ale przede wszystkim z głównym zarzutem, które samo się formułuje: państwo polskie reprezentuje zło.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

W internecie dość powszechne panowało przekonanie, iż zapowiedź przesłuchania operatora TVN Piotra Wacowskiego pod zarzutem propagowania faszyzmu jest próbą przykrycia afery KNF.

Zdarzenie in spe rozlało się nie tylko w Polsce, dotarło do najbardziej wpływowych mediów na świecie, w tym do „New York Timesa”. PiS w kompromitowaniu Polski ma szczególne osiągnięcia. Partia Kaczyńskiego mogłaby zarabiać krocie na uprawianiu czarnego PR, szczególnej odmiany – autokompromitacji.

Czy to był ponadto zamach na wolne media, bo jednak szykują ich „repolonizację”, czy zaistniał powód mentalny, bo partii Kaczyńskiego blisko do radykalnych ugrupowań nacjonalistycznych i odezwała się podświadoma wspólnota ideowa? Pewnie wszystko po trochu.

Obecnie przyzwolenie na takie radykalizmy istnieje, co było widać podczas pochodu tzw. Marszu Niepodległości, który był legitymizowaniem ONR i grupek neofaszystowskich przez prezydenta Dudę, premiera Morawieckiego i tego najważniejszego – „pana Jarka”.

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

PiS nie ma pomysłu, jak ugryźć wolne media, bo te patrzą władzy na ręce i co rusz ujawniają jakąś aferę, a z tymi jest tak, iż co zostanie podniesiony jakiś kamień, wypełza spod niego pisowska korupcja. Takiej aferalnej partii u władzy dotychczas nie mieliśmy.

A przy tym wzrasta prymitywizm działania polityków PiS. Kiedyś wiceprezes tej partii Adam Lipiński zapraszał do siebie Renatę Beger, aby ją przekupić posadą, dzisiaj niezbyt lotny szef kancelarii Mateusza Morawieckiego, Michał Dworczyk jedzie na Śląsk, aby skorumpować lokalnego polityka Kałużę i od razu wiadomo za ile go kupił.

Ani Dworczyk w związku z tym nie dostaje rumieńców na twarzy, ani premier, któremu przyglądając się coraz bardziej stwierdzam, że to typowy polityk słup. Był słupem jako prezes w banku z grupy Santander, dzisiaj jest słupem Kaczyńskiego. Gdy jednak jakiś dziennikarz trochę pociągnie go za język, sypie się jego pojęcie o wolności, demokracji i najczęściej mamy do czynienia z osobnikiem o nadymanym ego.

Donald Tusk określił go osobą nie wychylającą się ze swoim zdaniem. Taka trusia, która czeka okazji, aby się nadymać. Przypomina ropuchę dostającą wzdęcia podgardla. Jego braki wiedzy o demokracji wychodzą na każdym kroku, ale też braki charakterologiczne. O mediach był rzec, iż „80 proc. mediów znajduje się w rękach naszych przeciwników”.

Czyli wolne media są we wrogich rękach, bo niepisowskich. Definicja wroga dla Morawieckiego jest oczywista, to ktoś niezwiązany emocjonalnie i ideowo z PiS. Wrogiem dla Morawieckiego jest 80 proc. Polaków (19 proc. zagłosowało na PiS), który to odsetek został z automatu przeniesiony na media. Od początku PiS kombinuje, jak tych 80 proc. zniewolić, uczynić sobie posłusznymi. Przez 3 lata nie wiedzą, jak ugryźć wolne media, jak sprowadzić je do niskiego poziomu dawnych mediów publicznych, TVP i radia. Próbują to osiągnąć poprzez zastraszanie i manipulowanie.

TVN wyemitował reportaż o neofaszystach świętujących urodziny Hitlera, którym nic się nie dzieje w państwie rządzonym przez PiS. Więc politycy PiS i ich media wykombinowali, iż autorzy reportażu zrobili z neofaszystami ustawkę.

Refleksja. Jak neofaszystów można namawiać na neofaszyzm? Nie ma takiej opcji, problemem dla dziennikarza jest, aby zgodzili się neofaszyści, by ich rytuały filmować. Gdy reportaż został wyemitowany, a Polska zobaczyła, iż neofaszyzm w państwie PiS ma się całkiem dobrze, wkraczają wówczas media pisowskie, służby państwa i stosują metodę „na złodzieja”.

Złodziej złapany na gorący uczynku odwraca uwagę i wskazuje na tego, którego okradł. W tej metodzie jest dążenie do tego, aby propagandowo rozegrać TVN, najpierw zastraszyć, a nastepnie – gdy opinia publiczna zostanie przewekslowana – postarać się przejąć media.

Operator reportażu o neofaszystach Piotr Wacowski jest szykanowany przez ABW. Otóż wręczono mu pismo, aby stawił się w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu. Nawet wskazano mu zarzuty, mianowicie z art. 256 par. 1 Kodeksu karnego (propagowanie nazizmu, zagrożone karą od grzywny do dwóch lat więzienia). Logika tego jest mniej więcej taka, że podobny zarzut można by postawić np. reżyserowi filmu o wrześniu 1939, ABW mogłoby wręczyć wezwanie na przesłuchanie, bo jest podejrzany o propagowanie napaści hitlerowców na Polskę.

To jest jedna z prób oskarżenia niezależnych mediów, by je sobie podporządkować. Na szczęście twardo o tej pisowskiej chęci zamachu na wolne media wypowiedziała się ambasador USA Georgette Mosbacher, która mówiła o wielkiej sympatii do Polski, jaka jest w Kongresie USA, ale może ją zepsuć jedna rzecz: „zamach na wolne media”.

Podczas rozprawy Jarosław Kaczyński versus Lech Wałęsa nieprzypadkowo została zdiagnozowana nie tylko polityczna choroba, ale i zwykła z ogromnymi powikłaniami, która należy do grupy chorób zakaźnych. Otóż pierwszym objawem wścieklizny nie są wcale zajady ani piana na ustach, ale wodowstręt „polegający na bolesnych skurczach krtani podczas picia wody, a nawet na jej widok”. Jest to skądinąd definicja encyklopedyczna.

Telewizje zanotowały charakterystyczny obrazek – reakcję prezesa PiS Kaczyńskiego na t-shirt, w który był ubrany legendarny przywódca klasycznej „Solidarności” Wałęsa. Czyż to nie były „skurcze krtani”, a nawet więcej całego oblicza Kaczyńskiego? A nie był to objaw normalności.

Podczas rozmowy Wałęsy z prezesem PiS padły słowa, która przejdą do historii utarczek politycznych. Wałęsa: „Po co ja pana ministrem zrobiłem”. Kaczyński: „A po co ja pana prezydentem?”. Cóż, Wałęsa zrobił kawał polskiej historii, a Kaczyński zarówno Wałęsę zrobił w bambuko, jak i wyborców. Do niektórych ta oczywista oczywistość jeszcze nie dotarła, ale gdy już dotrze dla prezesa może być za późno.

Sprawę Kaczyńskiego przeciw Wałęsie prowadzi sędzia Weronika Klawonn. I to w reakcji na jej osobę publicyści prawicowi oraz ów drobiazg wyborców i internautów widać, jak groźna jest choroba, która dotknęła Kaczyńskiego, a z niego przeniosła się drogą zakaźną na elektorat PiS. Mianowicie odkryli owi pisowcy, iż sędzia Klawonn na zdjęciach z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości jest ubrana też w t-shirt „Konstytucja”. Zaś w internecie wylała się fala hejtu na Klawonn, co nazwać można wścieklizną na Konstytucję. A że nie mamy w tym wypadku do czynienia z klasycznym wodowstrętem, więc tę wściekliznę należy nazwać „konstytucjowstrętem” – nową odmianą zakaźnej choroby.

I niech mi nikt nie mówi, że Wałęsa nie jest geniuszem. Czego się dotknie, to strzał w „10”. Poprowadził „Solidarność” – upadła komuna. Jeszcze na sali rozpraw pod adresem prezesa Kaczyńskiego rzucił uwagę: „Poproszę lekarzy, żeby zmierzono, kto tu jest świrem”. Świr – kolokwialne nazwanie wścieklizny, w tym wypadku – podkreślam to – „konstytucjowstrętu”. Nie ma na nią szczepionek, choć niektórzy twierdzą, że można uzyskać względne efekty resocjalizacji pacjenta poprzez długoletnią terapię.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Nie Bruksela ma Kaczyńskiego i jego towarzystwo prowadzić za rękę ku praworządności, lecz tutaj na miejscu musimy zadbać, aby w kraju powrócono do obowiązujących standardów niezależnego sądownictwa.

Kapitulacja PiS przed Komisja Europejską w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym została w Brukseli przyjęta ze zrozumieniem. – „Jesteśmy usatysfakcjonowani, że zmiana odbywa się dokładnie w tym kierunku, o jaki prosiliśmy”– powiedziała rzeczniczka KE.

Wg Brukseli PiS kroczy w dobrym kierunku, lecz to na razie pierwszy krok. Ale nie Bruksela ma Kaczyńskiego i jego towarzystwo prowadzić za rękę ku praworządności, lecz tutaj na miejscu musimy zadbać, aby w kraju powrócono do obowiązujących standardów niezależnego sądownictwa. A zatem należy przyświecać im kagankiem oświaty, a jak i tego będzie za mało – „łańcuchami światła”.

Politycy PiS mają świadomość, że ten „sukces” jest podobny do słynnego wyniku 1:27, jest ich „zwycięską sromotą”. Starają się ją rozbroić przynajmniej w oczach własnego elektoratu. Pisowski bojownik w zakresie prawa, PRL-owski prokurator Stanisław Piotrowicz z przynależną mu swadą rzekł, iż prof. Małgorzata Gersdorf nie jest I Prezes Sądu Najwyższego, ale p.o. –  pełniącą obowiązki.

Inny członek pisowskiego zespołu Monty Pythona, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wcielił się w rolę kowala i czerwony z emocji zapowiedział, że „do bólu, niczym gorącym żelazem, będziemy wypalać patologie”. A przypominam, że jest to już siódma poprawka ustawy o Sądzie Najwyższym, sześć poprzednich jest patologicznych. Miał Ziobro czas, aby swoim grafomańskim językiem wypalić „gorącym żelazem”.

Z wokandy Trybunału Sprawiedliwości UE jednak spadają zapytania prejudycjalne, jakie zadał Sąd Najwyższy. W ogromnym pośpiechu uchwalona nowelizacja ustawy pozwala okopać się PiS-owi na dotychczasowych zdobyczach, mianowicie w Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS), obsadzonej nominatami Ziobry, którzy jednak będą mieli wpływ na nominacje sędziowskie m.in. do SN i NSA. W wielkim skrócie – PiS gra na przeczekanie.

W tej sytuacji Sądowi Najwyższemu na pomoc idzie Naczelny Sąd Administracyjny. Dzień po nowelizacji ustawy o SN zadaje dwa pytania zapytania prejudycjalne do TSUE, dotyczą one KRS. Jak skuteczne i prawomocne są uchwały KRS, które w istocie nie są objęte kontrolą sądowniczą, bo przedstawiciele w KRS „wybierani są przez władzę ustawodawczą”.

KRS jest obecnie partyjną przybudówką PiS, co spotkało się już wcześniej ze zdecydowanym stanowiskiem Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa (SNCJ). 17 września polska KRS została zawieszona w prawach członka, bo nie spełnia wymogów niezależności, bo nowi członkowie KRS zostali powołani z naruszeniem Konstytucji.

Walka o niezależność władzy sądowniczej ciągle trwa. Przynajmniej w jednym elemencie – sądownictwa – dążenie do autokracji partii Kaczyńskiego się posypało. Jak wypadła jedna cegiełka, to i wypadną następne, a do tego nastąpiła kumulacja afer PiS, więc należy pomagać PiS w osiągnięciu zasłużonej klęski.

Wybitnym prawnikom Sądu Najwyższego przyznano nie tylko rację – odzyskali oni autorytet, który prezes Kaczyński starał się za wszelką cenę zdeprecjonować.

Co znaczy nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, która jest przyznaniem się do ogromnej porażki PiS w kwestii reformowania sądownictwa? Przede wszystkim PiS w walce ze wszystkimi znalazł się w narożniku ringu, z którego partia Kaczyńskiego sprowadziła na Polskę nieszczęścia, ale to nie koniec porażek. Nowela ustawy dotyczy wąskiego wycinka tzw. reformy sądownictwa, która w istocie jest deformą. Na pewno to sukces I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która zostaje na stanowisku, jak nakazuje Konstytucja – do końca kadencji. Także inni sędziowie nie będą wysłani na emeryturę, aby PiS mógł powsadzać na ich miejsce posłusznych sobie prawników.

PiS nie walczy o lepsze prawo, ale o dyktowanie swoich warunków. Ostatnie słowa przed głosowaniem pilotującego ustawę posła PiS Łukasza Schreibera: – „Ustawa o Sądzie Najwyższym była zgodna z Konstytucją i traktatami unijnymi”. To świadczy, iż ciągle idą w zaparte!

Nie mieli już żadnych narzędzi do negocjowania. Politycy PiS nie pojawili się np. na debacie dotyczącej kondycji polskiego prawa w Parlamencie Europejskim, bo mieli świadomość, iż byliby zmiażdżeni i posądzeni o dążenie – słuszne! – do autokracji. A dla takich republik bananowych nie ma miejsca w projekcie unijnym.

Nowelizacją partia PiS zapewnia sobie w kontakcie z instytucjami unijnymi możliwość wyartykułowania, na czym im w tej sytuacji najbardziej zależy: – „Negocjujmy”. Tak! PiS chce negocjować bezprawie, chce tego bezprawia jak najwięcej w ramach standardów demokratycznych, chce swoje bezprawie wpisać w obyczaj prawny.

Ale tak nie da rady. Czy PiS uciszy szum dotyczący dążenia do Polexitu, do wyjścia z Unii Europejskiej? W ich mniemaniu może tak, lecz w istocie z tego nie zrezygnują. Nie mogą głośno o tym mówić, bo poparcie wśród Polaków dla Unii jest ogromne.

Ta nowela w mniemaniu PiS może mieć też na celu powstrzymanie walca o nazwie Donald Tusk, który w przyszłym roku wraz z opozycją – oby w jak najszerszej formule Koalicji Obywatelskiej – odsunie PiS od władzy. Lecz PiS czekają kolejne odsłony burzy, którą wykreowali i które niechybnie nastąpią po aferze dotyczącej Komisji Nadzoru Finansowego.

Ustawa o SN nie zadowoli Komisji Europejskiej ani TSUE, bo pytanie prejudycjalne dotyczą także Krajowej Rady Sądownictwa. PiS oddał tylko małą część praworządności. Jak to określił prof. Wojciech Sadurski: – „Jeśli złodziej wam ukradnie samochód, zegarek i psa, a następnie zwróci zegarek, to jeszcze coś zostało…”.

A zostało przywrócenie do praworządności: Trybunału Konstytucyjnego, KRS, Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, służby cywilnej, mediów publicznych etc. Ta nowela ma jeden szczegół, który wymyka się literze prawa, mianowicie autorytet Sądu Najwyższego przejmuje niejako atrybuty sądu konstytucyjnego, bo fasadowy Trybunał Konstytucyjny pod prezesowaniem Julii Przyłębskiej został kompletnie ośmieszony w kraju i za granicą.

I to jest wartość dodana tej noweli – wybitnym prawnikom Sądu Najwyższego przyznano nie tylko rację, ale odzyskali autorytet, który prezes Kaczyński starał się za wszelką cenę zdeprecjonować, wysyłając prof. Gersdorf do pracy na bazarze. PiS został zapędzony do narożnika, kwestią czasu jest, iż rzucony zostanie mu biały ręcznik. A co potem? Zobaczymy!

Władza PiS nie tylko wywołuje perturbacje polityczne zarówno w kraju, jak i na świecie, ale przede wszystkim konflikty na poziomie podstawowym: prawnym, logicznym i międzyludzkim. Syzyfowy kamień wrzuca każdemu z nas – bo każdy jest konsumentem elektryczności – minister energii Krzysztof Tchórzewski. Prąd zdrożeje w przyszłym roku i to niebotycznie – 30-40 proc., a może nawet więcej. Otóż bojąc się protestów, Tchórzewski zapewnia, że państwo zrekompensuje każdemu gospodarstwu 100 proc. podwyżki.

Gdzie tu haczyk? Jak zwykle u PiS – w liczeniu na brak rozumu u ciemnego ludu. Jeżeli państwo jest takie opiekuńcze i chce zwracać podwyżki w całości, czy nie może tego dokonać jednym kliknięciem? Podmioty wystawiające rachunki wszak w jednej rubryce mogłyby ujmować podwyżki, które wędrowałyby internetem do centrali i się tam sumowały, a minister jednym kliknięciem dokonywałby przelewu z budżetu na rachunki elektrowni. Proste? Oczywiście, ale znowu chcą nas orżnąć, bo nie potrafią rządzić, więc znajdą wyjście, aby nie pokrywać podwyżek.

Podwyżki w PRL powodowały zamieszki, m.in w grudniu 1970 roku. Zmiotły jedną komuszą władzę, zastępując drugą. I tego boi się PiS. Bo gdzie z Nowogrodzkiej ewakuowałby się dzisiejszy Gomułka? Na Żoliborz? Gniew ludu i tam by go dopadł.

Kolejnym przejawem kluczenia PiS jest sprawa jednego z „bohaterów” afery Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) Zdzisława Sokala, który w jej skład został powołany przez prezydenta Andrzeja Dudę. To była jedna z pierwszych nominacji Dudy, który ma prerogatywę powołania swojego przedstawiciela. Już 24 września 2015 roku wręczył Sokalowi nominację.

Sokal to ten, od którego wzięła się nazwa przejmowania banków – „plan Sokala”, o którym jest mowa w słynnej zanotowanej na taśmie rozmowie między byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim a właścicielem Getin Noble Banku Leszkiem Czarneckim. Chrzanowski straszy owym Sokalem, a konkretnie jego planem i mówi do Czarneckiego, że musi zrobić audyt, „bo inaczej to Sokal go zje”.

Otóż ten „ludojad” Sokal został powołany do KNF nieprawnie, gdyż nominacja Dudy winna otrzymać kontrasygnatę (drugi podpis) premiera rządu. Duda ma w Konstytucji – którą tak lubi łamać – zapis mówiący (art. 144, ust. 2 i ust. 3), na które to stanowiska może powoływać swoich ludzi i nie potrzebuje podpisu premiera. Nie ma wśród nich wymienionego przedstawiciele prezydenta w KNF. Każdy konstytucjonalista – nawet Julia Przyłębska – stwierdzi niekonstytucyjność nominacji Sokala.

Dlaczego zatem Duda nie udał się do premiera, a wówczas tę funkcję sprawowała Ewa Kopacz, aby uzyskać podpis? Za to prezydent nie pójdzie pod Trybunał Stanu, ale to kamyczek do jego skopanego ogródka pod TS.

I teraz mamy kłopot prawny. Czy decyzje i dokumenty podpisane przez Sokala są obowiązujące, czy należy je wycofać? W sferze bankowości może to pociągać za sobą nieobliczalne perturbacje. Polska w tym bardzo ważnym segmencie – ważnym dla inwestorów zagranicznych i lokalnych – jawi się jako państwo operetkowe.

Duda mógłby zaśpiewać strawestowaną arię Jontka (z „Halki”):

Szumią jodły na gór szczycie,

a umysł Dudy jest w niebycie”.

Cztery teksty Waldemara Mystkowskiego.

Kroku prezesowi stara się dotrzymać Piotr Gliński, który stwierdził, że PiS jest traktowany przez opozycję, jak „Żydzi przez Goebbelsa”.

Jarosław Kaczyński staje się na świecie „sławny”. Zapomina się o Lechu Wałęsie, Janie Pawle II czy Donaldzie Tusku, a mówi o prezesie PiS. Niestety, nie w kontekście osiągnięć i przynoszącego pozytywne wartości, ale niszczyciela, Frankensteina znad Wisły, którego stworzyli Polacy i na swoją zgubę dopuścili do władzy.

Prezes PiS trafił do popularnego show amerykańskiej telewizji „Last Week Tonight”, który w Polsce jest emitowany z poślizgiem w HBO pod tytułem „Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem”. Ten typ formatu telewizyjnego w Polsce nie jest realizowany, jest to mocna satyra podbita takimż językiem. Gdyby w Polsce komik tak wyśmiał Kaczyńskiego jak Oliver, nazwany zostałby Goebbelsem i musiał się spotkać adwokatem prezesa w sądzie.

Kaczyński został wymieniony obok Władimira Putina, Xi Jinpinga, Recepa Erdogana i zaliczony do krzewicieli „cofających się demokracji”. Nie tylko Amerykanie mogli usłyszeć, iż „Polska staje się coraz bardziej autorytarna”, ale zobaczyli zdjęcie prezesa. Nie było pod nim podpisu „Wanted”, ale kto wie, może tego doczekamy.

Kroku prezesowi stara się dotrzymać Piotr Gliński, który nie nadaje się na żadnego ministra kultury. Prześmiewcy winni mieć jednak realny wpływ na rzeczywistość, Gliński pasuje do wymyślonego przez Latający Cyrk Monty Pythona Ministerstwa Głupich Kroków. Otóż Gliński jako minister wspomnianych kroków poskarżył się w wywiadzie, że PiS jest traktowany przez opozycję, jak „Żydzi przez Goebbelsa”. Trudno z takimi słowami dyskutować, bo nigdzie nimi się nie dojdzie, przypomnijmy sobie, kto kogo nazywał gorszym sortem, elementem animalnym, gestapo, mordami zdradzieckimi. Słowa tego ministra już poszły w świat i wrócą jak bumerang, jak ustawa o IPN, z której PiS rakiem musiał się wycofać.

Kolejna sprawa – prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński po nocnej naradzie z przedstawicielami instytucji zajmujących się bankami orzekł, iż sytuacja w bankowości jest stabilna, czemu przeczą fakty i nastroje społeczne.

NBP to jeszcze jedna instytucja kwalifikująca się do Głupich Kroków. Po raz pierwszy bank centralny w ubiegłym roku zanotował straty – 2,5 miliarda zł, a Glapiński przyznał pracownikom premie z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości w wysokości 18 mln zł.

To, co się dzieje na górze, schodzi na dół. Władza PiS psuje się od głowy Kaczyńskiego, wyczuwają ten zapaszek pomniejsi. I tak – starosta powiatu kolbuszowskiego Józef Kardyś zrezygnował ze swojej funkcji, ale po dwóch dniach został przywrócony na stanowisko po to, aby dostać odprawę 80 tys. zł. Jak stwierdził należy mu się za „harówkę”.

W piątek do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński wezwał premiera Mateusza Morawieckiego i inny drobiazg partyjny, zrobił burzę mózgów: jak wybrnąć z afery Komisji Nadzoru Finansowego, mimo że przewodniczący Marek Chrzanowski podał się do dymisji.

Politycy PiS jak kibice polskiej reprezentacji po przegranym meczu śpiewają chórem: „Polacy nic się nie stało, hej, hej”. Ale to zabijanie się pod pachami nikogo nie przekonuje.

Tym bardziej, że Roman Giertych ma inne niespodzianki, a te powodują, że nastroje w PiS są minorowe. W poniedziałek media będą się karmić zapisem wideo z Chrzanowskim i podobnymi mu z KNF. Wygląda, że to będziemy mieli do czynienia z kolejnym wariantem metody wiceszefa PiS Adama Lipińskiego, który swego czasu chciał skaperować Renatę Beger z Samoobrony, ale ta korupcję pisowskiego polityka nagrała i sprawa się rypła.

Przy okazji dowiadujemy się, kto to jest zacz ten Chrzanowski. Wychodzi, iż to ambitny człowiek, nie nazbyt profesjonalny, który po kumotersku zaczął robić karierę za sprawą Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Nie ma co jednak ironizować, bo wiarygodność całej branży bankowej została podkopana, a zatem i depozytariuszy banków. Po dymisji Chrzanowskiego winny nastąpić następne i także odejść Glapiński oraz Zdzisław Sokal. To znaczyłoby, iż państwu polskiemu zależy na stabilności sektora bankowego.

PiS jest jednak do samych trzewi skorumpowany, raczej nikogo nie powinno to dziwić. Strach zagląda im w oczy, bo wszystko zaczyna się sypać. Drżenie łydek jest aż nazbyt widoczne.

Jak boją się opozycji widać po okładkach dwóch najważniejszych tygodników prawicowych „Sieci” i „Do Rzeczy”. Obydwa periodyki na okładkach umieściły Donalda Tuska, a jedna nawet odwołuje się do porządku z nie tego świata „Boże, chroń nas przed Tuskiem”.  Zawołanie z okładki rozbierając logicznie może świadczyć, iż wielkość Tuska jest rzędu Boga, który jednak jako ich Pan ześle na PiS Pana Tuska.

Nie trzeba było grandzić, aby teraz się modlić, na nic kierkegaardowskie „bojaźń i drżenie”. W KNF korupcja się rypła, czekamy wszyscy z utęsknieniem, aby partii Kaczyńskiego władza się rypła na amen.

Afera KNF zanosi się na sequel „Grupy Trzymającej Władzę” z 2002 roku. Choć otoczenie polityczne jest zupełnie inne, nie ma zgody całej klasy politycznej na sejmową komisję śledczą i kaliber afery jest nieporównywalnie większy. Wówczas to był tylko kieszonkowy pistolecik Smith & Wesson, teraz to armata „Gruba Berta”.

Ponadto warunki dojścia do prawdy o aferze są zdecydowanie gorsze, przeciw wyjaśnieniu stoi państwo PiS, prezydent, premier, parlament i prezes z Nowogrodzkiej, za prawdą opowiadają się prezes Getin Noble Banku Leszek Czarnecki, adwokat Roman Giertych i wolne media.

Kto by się spodziewał, że Giertych będzie trzymał nieznaczone karty przy orderach, wszak w czasie pierwszej IV RP był koalicjantem Jarosława Kaczyńskiego, wówczas Polska była bliska wykolejenia, a dzisiaj strach myśleć, co się stanie, gdyby triumfować miało PiS; partia Kaczyńskiego wypisuje nas z Unii Europejskiej i jest w trakcie upartyjniania kraju dla własnych potrzeb.

A zatem mamy czas Giertycha, który staje przeciw machinie PiS. Prawdopodobnie Leszek Czarnecki poległby przy wcześniejszym podejściu go przez Komisję Nadzoru Finansowego, gdy zażądano od niego 40 milionów okupu w postaci posady dla „krewnego królika”, szantaż „bank za złotówkę” wówczas się nie udał, ale potwierdzeniem prawdy o pisowskich szantażystach jest taka ustawa o przejęciach banków, która właśnie przechodzi przez Sejm i Senat.

Giertych wie, z jakim groźnym przeciwnikiem ma do czynienia – groźnym dla demokracji i w ogóle dla Polski – więc tej pojedynek jeden przeciw państwu PiS stara się rozegrać na możliwie najkorzystniejszych warunkach. Okazuje się, że nie tylko jedna taśma pokonała szumidła zainstalowane w siedzibie KNF, ale też jest zapis wideo. I to on będzie wizualnym, materialnym potwierdzeniem, jakie zgniłe państwo szykuje nam PiS.

W poniedziałek Giertych w prokuraturze ma złożyć kolejne nagranie – tym razem zapis wideo – które rejestruje rozmowę właściciela Getin Noble Banku Czarneckiego nie tylko z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim, ale też innymi przedstawicielami tej instytucji.

Zatem możemy ocenić, iż to zorganizowana grupa trzymająca władzę. A Giertych – cóż – to dzisiaj sprawiedliwy, który staje naprzeciw tej paryjniackiej zgrai. Mierzy w niego państwo zarządzane przez PiS.

Donald Tusk w XXI wieku odniósł w polskiej polityce największe sukcesy, a osobiście wspiął się najwyżej z Polaków w polityce globalnej, o ile pominiemy Jana Pawła II. Tusk więc sam w sobie jest wartością największą, pozostaje też taką nadzieją demokratów.

Zagrożenie dla Polski ze strony PiS nie ulega wątpliwości. Wyprowadzają nas z Unii Europejskiej, acz zaprzeczają, bo Polacy są ciągle najbardziej prounijnym narodem. Jak jednak zdefiniował cele pisowskie Andrzej Duda, Bruksela i Europa mają inne wizje państwa niż „my”, czyli PiS. Przekonywać do tego nie musi nawet Kaczyński: wizja PiS to coraz mniej demokracji, autokracja, media sprzyjające rządzącym, zaściankowość i osamotnienie. Polska już to przerabiała w historii, z tego powodu tracąc niepodległość.

W tej chwili polskie państwo znalazło się na rozdrożu: albo pozostaniemy w głównym nurcie cywilizacji Zachodu, do którego z takim trudem udało nam się doszlusować, albo obsuniemy się w zmarginalizowanie, czyli doświadczymy upadku jako państwo i społeczeństwo. Afera KNF w sprawie Getin Noble Banku na szczęście ujrzała światło, PiS buduje jak Putin swoją klasę oligarchiczną i jedną z metod jest bank za złotówkę.

Tusk metodę PiS nazwał współczesnym bolszewizmem, a to dlatego, że chcą zawłaszczyć każdą sferę. Czy Tusk wróci do lokalnej polityki? – od pewnego czasu spekulują media i powołują się na swoje źródła. Jak to ze źródłami, zwykle manipulują one redaktorami.

Wygląda jednak na to, że Tusk powróci przynajmniej po to, aby zjednoczyć opozycję. Czy się to uda? Musimy mieć na uwadze specyficzność uprawianej polityki przez Kaczyńskiego – potrafi skłócić dwa końce tego samego kija i do tego wyzyskuje niekoniecznie sprzyjających mu polityków i publicystów. Prezes PiS jest papieżem mącenia.

Tusk ponoć ma nadać siłę polityczną zjednoczonej opozycji już w kampanii do wyborów parlamentarnych. Pamiętajmy, iż staje naprzeciw niego mąciciel Kaczyński, a ten może przyspieszyć wybory i nawet dokonać roszady – najpierw ogłosić wybory parlamentarne, czym utrudniłby opozycji wiele politycznych decyzji i pokrzyżowałby plany.

Nie działa już „wina Tuska”, która w pewnym momencie zaczęła się przeradzać w „siłę Tuska”. Tę siłę można było zobaczyć już kilka razy na oczy, a to jak był przesłuchiwany w komisji ds. Amber Gold i podczas Igrzysk Wolności, gdy przyćmił wszystkich celebrytów PiS podczas Święta Niepodległości i rzucił owe hasło uderzające partię Kaczyńskiego w splot słoneczny: „pokonać współczesnych bolszewików”.