Posts Tagged ‘art. 7 TUE’

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Kicz patriotyczny zawsze był właściwy dla Jarosława Kaczyńskiego. I nie dlatego, że on jest jakimś szczególnym patriotą jelenia na rykowisku, ale tak sformatowany jest intelektualnie i estetycznie. Taki też był jego brat Lech K. Jeżeli wchodziło się w drogę polityczną tym nad wyraz przeciętnym ludziom, którzy podszywali się zawsze pod innych, otrzymywało się od nich odzew „Spieprzaj, dziadu”.

Jarosław K. („pan Jarek”) tę paletę „dziadowską” rozszerzył o „mordy zdradzieckie”, gorszy sort”, „element animalny”. Polityka może nie jest krainą łagodności, ale przestrzeń publiczna, którą rozporządza władza, powinna przynajmniej szanować rozum innych, nawet jeżeli rozporządza tylko własnym „rozumkiem”, jak Miś z „Kubusia Puchatka”.

Wchodzimy jednak w świat intelektualno-estetyczny znany z poprzedniego reżimu, w PRL-u spędy ludzi partyjnych otrzymywały nazwy plenów partii i zjazdów. Dzisiaj też mamy cotygodniowe konwencje plenarne w czasie kampanii wyborczej i zjazdy takie, jak ten „Praca dla Polski”.

Nazewnictwo „praca dla Polski” jest puste, jak dzwon, bo niby dla kogo ma pracować rząd RP, jak nie dla Polski, acz w pierwszym rzędzie winno wymienić się jednak „dla Polaków”. Bo to ludzie, społeczeństwo, obywatele tworzą organizm Polski, a nie odwrotnie.

Może jednak chodzi o odwrotność rozumu, o absurdalność? W takim momencie intelektualnym rozbija się rozum rządzących („rozumek”), gdyż nie potrafią rozebrać na podstawowe znaczenia tego, co głoszą. Nie oczekuję od Kaczyńskiego i jego nominatów, aby zagłębiali się zanadto w sferę rozumu, ale oczekuję, że będą szanowali tak podstawowe dla kultury wartości, jak inteligencja obserwatorów.

Premier Mateusz Morawiecki dał się poznać ze swego rozdymanego ego, oto poza oczami Polaków na europejskich salonach chwalił się, że wywalczył suwerenność dla Polski podczas insurekcji w podziemiu PRL, ustalał warunki akcesji Polski do Unii Europejskiej, a po powrocie z Brukseli przed ciemnym ludem skromnie przyznał się do wynegocjowania Brexitu. Czy są granice żenady i zakłamania?

Na rykowisku „Praca dla Polski” Morawiecki ogłosił kilka haseł, które są godne tylko rozumku Misia z „Kubusia” i tego fruwającego „Misia” z Barei, któremu „odkleiło się oczko”. Są oderwane od rzeczywistości, nie wchodzą w żaden alians sytuacji, w jakiej znajduje się demokracja w Polsce, bo oto głosi Morawiecki, że „chcemy żyć na poziomie europejskim”. Ale to jego ekipa i poprzedniczki ten „poziom” europejski sprowadziła do ustrojowej demokratury, z której tylko krok do autokracji.

Czy Rosja reprezentuje poziom europejski? Raczej nikt – oprócz posiadaczy „rozumku” – tego nie potwierdzi. PiS chce abyśmy żyli na poziomie rosyjskim, a nie europejskim.

Po co zatem takie spędy pisowskiego rykowiska? Po co komuchom były zjazdy? Po co Putin organizuje, co roku podobne rykowiska medialne, na których przez kilka godzin tokuje, jaki on jest światowy (nawet nie europejski), jaki z niego demokrata i do tego otwarty na innych.

„Praca dla Polski” to widomy znak, że pisowska Polska bez żenady wchodzi we wschodni model państwa. Śmiałbym się z takiej pokraczności, gdyby dotyczyło to innego kraju, ale dreszcz mnie przechodzi, gdy uzmysławiam sobie, jacy to politycy dorwali się do władzy, politycy o takim „rozumku”.

Kolejny spektakularny blamaż szykuje pisowska władza na szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach. Już zdążyliśmy się przyzwyczaić, iż staliśmy się pośmiewiskiem w Europie, teraz klownada zostanie przeniesiona na najwyższy diapazon – globalny.

Obraz Polski pod rządami PiS jest katastrofalny, pozycja taka sama. Można nawet przeprowadzać seminaria studyjne: „Kiedy Polska osiągnie stadium kraju upadłego?”. Czy PiS robi to z rozmysłem? Raczej nie, w tej partii kumulują się takie katastrofalne przypadki ludzkie i ich stany umysłu. Czego się nie dotkną, sknocą. Główna przyczyna leży ponadto w tym, że sięgają tylko do własnych zasobów, do swoich, którzy są mało profesjonalni albo wcale. W Polsce przedwojennej ten stan ksenofobii był określany: „Swój do swego po swoje”.

W takim wypadku musi dojść do katastrofy. W poniedziałek zaczyna się w Katowicach dwutygodniowy szczyt klimatyczny COP24, zjedzie na niego 195 delegacji. Uczestnicy zajmą się najważniejszym tematem dla świata – wzrostem temperatury Ziemi oraz konsekwencji z tym związanych. Ocieplenie globalne trzeba wszelkimi sposobami powstrzymać, to „być, albo nie być” dla ludzkości.

Odpowiedzialności w tej kwestii nie można zrzucić na innego. Ba, nie można wycofać się z pomyłki, bo drugiego razu już może nie być. A Polska (należy dodawać pisowska) jakby robiła światu na przekór. A co? Grozi wszystkim katastrofa, to ją przyspieszymy – zdaje się mówić obecna władza, która jako strategicznych partnerów szczytu w Katowicach wystawia największych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu – Jastrzębską Spółkę Węglową, Tauron, Polską Grupę Energetyczną oraz PGNiG.

To tak jakby Mateusz Morawiecki na sympozjum bankowców świata delegował jako polskiego reprezentanta Marka Ch., który obecnie jest zatrzymany w areszcie. W ten to sposób PiS zamierza ukręcić łeb swojej korupcyjnej hydrze – aferze KNF.

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest rekordowe, choć obecna władza deklaruje walkę ze smogiem. Otóż wg klasyfikacji trzech tysięcy miast na świecie, opublikowanej przez Światową Organizację Zdrowia, w których dokonano pomiarów zanieczyszczeń, czterdzieści pięć polskich miast jest w pierwszej setce najbardziej zanieczyszczonych.

Mamy problem cywilizacyjny, zaś PiS nic z tym nie robi, a nawet zajmuje stanowisko, że świat nie ma racji, dlatego tacy, a nie inni zostali wystawieni jako strategiczni partnerzy szczytu. No i pójdzie w świat kolejna zła fama o Polsce. W Katowicach mają być obecne takie tuzy świata politycznego, jak Emmanuel Macron i Angela Merkel, będą też gwiazdy świata kultury największego formatu, jak Leonardo di Caprio i Bono.

Szczyt w Katowicach to nie będzie jakaś kolejna wtopa PiS, to będzie potwierdzenie, że Polska wypisuje się ze świata, że jest niewarta zainteresowania. Coraz bardziej wpadamy w model, jaki kiedyś w historii nam się już zdarzył: kraj wsobny, zapyziały, ksenofobiczny, sarmacki, który skończył swój byt utratą suwerenności.

To nie ambasador USA Georgette Mosbacher upokorzyła PiS, to partia Jarosława Kaczyńskiego padła przed nią na twarz. Ale jak ktoś nie zna najważniejszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, która ma obszerną literaturę przedmiotu i niejedno hasło w Wikipedii jako „1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych”, to musi tak dołować ze swoją facjatą.

Ambasador Mosbacher sprowadziła PiS do właściwej tej partii pozycji – bicia przed nią czołem. Rzecznik Joanna Kopcińska opublikowała w imieniu rządu Mateusza Morawieckiego oświadczenie, które jest mentalnym dla tej formacji świadectwem upadku, bo nie dość, że zaznali upokorzenia, to znowu pojawiła się mantra nieodpowiedzialności: „nasi poprzednicy”.

Otóż „wasi poprzednicy”, czyli koalicja PO-PSL i wcześniej, nie mieli żadnych zatargów z sojusznikiem zza Oceanu, a nawet służyli przykładem jako kraj wolności, aspiracji, jako prymus demokracji, któremu się udało. A jednak przyszedł PiS do władzy i diabli wzięli wcześniejsze osiągnięcia.

Mosbacher po upokorzeniu PiS znowu się odezwała i docisnęła jednym tweetem po polsku: – „Relacje PL-USA są bardzo dobre, a moim priorytetem jest pogłębianie tej przyjaźni. Wśród podstawowych wartości niesamowicie ważnych dla USA i dla mnie jest wolność słowa, wolność mediów i wolność intelektualnego dyskursu”. W języku dyplomacji to użycie buta w stosunku do sojusznika, któremu obce są „wolność słowa, wolność mediów i wolność intelektualnego dyskursu”.

Wolne media w Polsce dostały wsparcie od USA. Tego Jankesom nie zapomnimy. Jeszcze większe wsparcie dostajemy od Unii Europejskiej, a konkretnie od Komisji Europejskiej. Śmiem twierdzić, iż gdybyśmy nie należeli do Unii, dzisiaj Kaczyński byłby wszechwładnym autokratą, znajdowalibyśmy się „w powtórce z rozrywki” z lat 1937-39, z możliwością zaznania wojny hybrydowej z Rosją.

Na szczęście, przyjaciele z Brukseli nie nabierają się na pisowskie wycofywanie się z demolki niezależności sądów. Markowana ustawa o Sądzie Najwyższym została uznana jako „krok w dobrą stronę”. Ale tylko krok, po którym powinno dojść do następnych – ma to być odwrót z ustaw sądowniczych. Wiemy, że PiS jednak z dążenia do autokracji nie ustąpi, bo nie po to demolował trzecią władzę.

Komisja Europejska nie wycofuje pozwu do Trybunału Sprawiedliwości UE, z artykułu 7 Traktatu Unii Europejskiej, czyli z procedowania ochrony reguł praworządności, które zostały złamane przez PiS.

PiS znalazło się więc w imadle dwóch potęg, z prawej strony dociskają USA, z lewej Bruksela, a w kraju ciągle na agendzie jest afera Komisji Nadzoru Finansowego, choć jej były prezes zmienił się w Marka Ch. Użyto cepa wspomnianej retorycznej mantry, mianowicie PiS składa wniosek do prokuratury i skarży ustawę dotyczącą VAT z roku 2008. Absurd – by nie powiedzieć paranoja – polega na tym, że została ona przegłosowana z rozwiązaniami, o które sam PiS wnioskował.

PiS potyka się więc o własne sznurowadła, ale to może dlatego, że Kaczyński „dąży do prawdy” w obstawie ochroniarzy, policjantów, odizolowany barierkami. Każdy by się w tej sytuacji przewrócił, zarówno przed ambasador USA, jak i przed Komisją Europejską oraz wykopyrtnął o supeł VAT, który sam zawiązał.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Na finiszu kampanii samorządowej słupki poparcia dla PiS spadły.

Jarosław Kaczyński nie gardzi żadną manipulacją ani kłamstwem. Na finiszu kampanii samorządowej słupki poparcia dla PiS spadły, zatem PiS stosuje sprawdzone chwyty z poprzednich kampanii. Spot wyborczy o imigrantach przypomina ostrzeżenia prezesa sprzed trzech lat o cholerze, pierwotniakach i pasożytach.

Dla dobra pisowskiej sprawy jego najważniejsi nominowani do ubiegania się o fotele prezydenckie wypierają się PiS. Ani Patryk Jaki oficjalnie nie przyznaje się do partii Kaczyńskiego, ani Małgorzata Wassermann. Św. Piotrowi kur zapiał trzy razy, faworyci Kaczyńskiego najwyżej dwa razy usłyszą kukuryku i to pod warunkiem, że wejdą do drugiej tury, a potem jak w staropolskim powiedzeniu: „myślał kogut o niedzieli (wyborczej), a w sobotę (w ciszy wyborczej) łeb mu ucięli”.

Był taki moment, że prezes starał się w demokratycznych procedurach sięgnąć po wymarzony fotel prezydenta RP, ale nie pomogła mu nawet żałoba po bracie, gdy naród pochylał się z troską nad biednym bliźniakiem „sierotą”. Kaczyński w starciu zero-jedynkowym jest niewybieralny, pozostaje mu mącić, odwracać kota ogonem.

Liberalizm i lewica są dla niego i jego formacji lewackością, jednak w sytuacji podbramkowej prezes nawet jest w stanie sformułować – skądinąd silnie osadzony w naszej wysokiej kulturze – apel do przyjaciół Moskali (w roku 2010), lecz wieszcz adresował go do opozycji carskiej, a nie rządzących. Kaczyński wówczas także uciekł się do manipulacji z elektoratem sentymentu peerelowskiego i wielkodusznie orzekł, że Edward Gierek był patriotą.

Tę sztuczkę prezes zastosował w obecnej krytycznej sytuacji. Dojrzał w SLD możliwego koalicjanta w sejmikach, stwierdzając, że SLD będzie jednym z rozgrywających w samorządach, bo „od czasu istnienia PZPR minęło 30 lat” i tylko jeden muszą spełnić warunek: „pro publico bono”, czyli w istocie żaden.

Kaczyński nie sformułował analogicznego dowartościowania „Włodzimierz Czarzasty jest patriotą”, bo tak naprawdę nie chodzi o lewicę, ale podprowadzenie elektoratu, podszycie się pod idee lewicowe.

Czarzasty odpowiedział Kaczyńskiemu – wykluczył możliwość koalicji z PiS. Wg niego partia Kaczyńskiego robi wiele rzeczy sprzecznych z dorobkiem SLD, jak konflikt z Unią Europejską i „łamanie Konstytucji”. Czarzasty nie chce połknąć haczyka, który zarzucił na niego prezes.

Otóż pisowcy muszą zdawać sobie sprawę, że na żadnym poziomie reprezentacji demokratycznej nie są w stanie wejść w koalicję, aby współrządzić na różnych poziomach samorządowych. Wygląda na to, że będziemy mieli powtórkę z rozrywki, PiS potwierdzi stan posiadania w samorządach, a to będzie znaczyć klęskę wyborczą. A potem dojdzie do wewnętrznych rozliczeń, do sytuacji „rewolucji prawicowej” znaczy, że będą zajęci wojną wewnątrzpartyjną, wykrwawianiem się.

W rolach głównych tym razem wystąpili Zbigniew Ziobro i ambasador w Brukseli Andrzej Sadoś.

Dzień świstaka ponoć zdarza się raz na rok, ale jego charakterystyką jest powtarzalność i może trwać bardzo długo, jeżeli nie potrafimy sobie z nim poradzić. W Polsce dzień świstaka trwa circa 3 lata. Dzień świra – wiadomo, dzień w dzień, acz natężenie świrowania jest różne. Dzisiaj 17 października 2017 przeżywamy dzień śrubokręta, który najzgrabniej podsumował Donald Tusk, bo to on symbolicznie został zaatakowany śrubokrętem.

Najpierw wieść gruchnęła, że Zbigniew Ziobro używa śrubokręta, aby jak najszybciej odkręcić Polskę od Unii Europejskiej, bo tym jest skierowanie wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności prawa polskich sędziów do zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. A to znaczy, iż minister sprawiedliwości i prokurator generalny pyta o potwierdzenie, iż w Polsce nie obowiązuje prawo unijne, więc nie trzeba go przestrzegać, ani nie jest nadrzędne do prawa stanowionego w kraju. Ziobro w konsekwencji tak naprawdę stwierdza we wniosku, że traktat akcesyjny jest nieważny.

Konsekwencją odpowiedzi TK – nie wątpimy, że magister Julia Przyłębska przyzna Ziobrze rację – jest nieuznanie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, czyli w Polsce obowiązuje tylko bezprawie PiS. A bezprawiem nazywam takie obowiązywanie prawa, w którego przestrzeni sądy są zależne od partii i przestały być niezależną władzą sądzenia – jednym z trzech filarów systemów demokratycznych. Prof. Wojciech Sadurski w krótkiej tweeterowej analizie wniosek Ziobry scedował na jego „znajomość” prawa i określił ministra i prokuratora określeniem „Panie Nieuku”.

Ziobro jednak po południu obudził się z ręką w nocniku. Opublikował komunikat na stronach Prokuratury Krajowej, odkrywając Amerykę: – „Polska należy i będzie należeć do Unii Europejskiej. Jej unijny status musi być silny, nie gorszy niż innych państw. Nie możemy mieć mniej praw niż Niemcy czy inne kraje członkowskie”.

Co mają Niemcy do nieznajomości prawa Ziobry, nie wiem, ale fajerka mu pod siedzeniem przypiekła, tym bardziej, że jego zwierzchnik Mateusz Morawiecki jedzie do Brukseli, aby mamić władze unijne. Lecz tam doszło do naprawdę śmiesznej sytuacji mrożkowskiej. Ambasador Andrzej Sadoś został złapany in flagranti z śrubokrętem w dłoni podczas wykręcania śrub przy tablicy w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE, ponieważ na niej jest nazwisko Donalda Tuska. Tablica upamiętnia ceremonię otwarcia Przedstawicielstwa, na którą premier Tusk zaprosił wierchuszkę unijnych instytucji – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya i przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso. No i popatrzcie wszyscy się wówczas zjawili.

A więc – dzień jak co dzień – dzień świra przemienił się w dzień śrubokręta. Donald Tusk ma cierpliwość lekarza zakładu zamkniętego. Opublikował na Twitterze diagnozę Polski: – „Mniejsza o tabliczkę. Ważne, żeby Polski nie odkręcili od Unii Europejskiej”.

Pisowska gra nie jest obliczona na żaden dialog ani dogadanie się z kimkolwiek.

Mamy prawo się śmiać z tego, że Jarosław Kaczyński – chory na kolano – uskutecznia na Mierzei Wiślanej filozofię PiS: do trzech kołków sztuka. Bo trzeci raz wbijana jest łopata w przyszły przekop, choć nie ma dokumentacji na budowę, nie rozpisano żadnego przetargu, zaś ekonomiści uważają, że inwestycja zwróci się za 500 lat.

Pisowskie teatrum trwa, żaden Bareja tego by nie wymyślił, a Mrożek poległby przy tak kreowanej przez PiS grotesce. Mateusz Morawiecki naprawia swój wizerunek za państwowe pieniądze – 40 baniek (milionów) popłynie do jakiejś stajni wyścigowej, bo Morawiecki cieszył się na taśmie z podsłuchu w „Sowie…”, że Robert Kubica złamał rękę.

PiS jednak przymierza się do długiego trwania przy korycie. Politycy tej partii władzy nie oddadzą ot tak za pomocą kartki wyborczej, gdy przegrają. Testują różne metody, jak choćby w wypadku Hanny Zdanowskiej, która ma być pozbawiona funkcji prezydent Łodzi i zastąpiona komisarycznie. Możliwe też, iż jej nazwisko zostanie wykreślone z kart do głosowania, które są drukowane.

PiS zaczął myśleć o stworzeniu struktur własnej oligarchii, która będzie kształcona na „swoich” uczelniach, do takich zalicza się toruńska szkoła Rydzyka. Narodowy Bank Polski przeznacza na podyplomowy wydział ekonomiczny 246 tys. zł w tym roku, aby wykuwać patriotyczne kadry od finansów.

Student uiszcza czesne tylko w wysokości 500 zł, resztę pokrywa państwo zarządzane przez PiS. Nie każdy jednak może uczyć się u Rydzyka, musi mieć zaświadczenie o czystości wiary od swojego proboszcza. I wcale nie jest to taki drobiazg, jakby się wydawało. Do takiej pomocy państwa będą mieli dostęp tylko niektórzy, a więc mamy do czynienia z segregacją ze względu na wiarę. Przede wszystkim studenci będą podlegali weryfikacji politycznej wg strychulca PiS.

Z takimi kadrami, których kariera zależna będzie od władzy, można nie kłopotać się jakimiś niezależnymi fachowcami. Tak tworzone państwo nie może być otwarte, dlatego realizowany jest program wycofywania się Polski z Unii Europejskiej.

Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans na zwołanej po raz szósty (szósty kołek) Radzie UE od chwili wszczęcia postępowania z art. 7 traktatu o UE o stanie praworządności w Polsce powiedział: – „Polskie władze nie wykorzystały naszej skargi do TSUE, by wstrzymać nominacje sędziów Sądu Najwyższego. Przeciwnie, Polska przyspieszyła”.

PiS przyspiesza demolowanie Sądu Najwyższego, wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański podczas zamkniętej debaty bezczelnie w oczy kłamał, iż nowi sędziowie Sądu Najwyższego zostali zaprzysiężeni na nowe miejsca, a nie na miejsca zwolnione wbrew Konstytucji przez przeszło 20 sędziów i kwestionowane przez Komisję Europejską.

Pisowska gra nie jest obliczona na żaden dialog ani dogadanie się. Będą trwać przy swoich niepraworządnych racjach. Komisji Europejskiej się znudzi i wszczęte zostaną sankcje, a wówczas Kaczyński powie: adieu, Unio. Tak wygląda filozofia kołków, niestety ciosanych na naszych głowach.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Polska zaczyna być traktowana jak republika bananowa.

Europejska Sieć Krajowych Rad Sądownictwa (ENCJ) zawiesiła polską KRS w prawach członka tej organizacji z zasadniczego powodu, iż nie spełnia standardów niezależności. Za zawieszeniem głosowali nawet sojusznicy bezprawia PiS przedstawiciele Węgier. Fidesz Orbana zrywa po cichu sojusz antyunijny z PiS – prezydent Węgier János Áder nie dotarł na spotkanie Trójmorza w Bukareszcie, a Orban w tym czasie spotykał się z Putinem na Kremlu.

KRS za to wpadła na „genialny” pomysł, aby wystąpić z ENCJ. Na razie są to groźby, gdyż mamy do czynienia z szantażem, acz PiS może rzeczywiście to zrobić. Przełożono ten akt rozwodu na piątek. Decydować o tym nie będą jednak sędziowie, bo oni są tylko z namaszczenia partii Kaczyńskiego, a nie z powodu zasług.

Takie wyjście z ENCJ spowoduje, iż wyroki w polskich sądach mogą nie być uznawane za granicą, a tamtejsze sądy same będą sądzić sprawy osądzone już prawomocnie w Polsce. Dotyczyć to będzie całego wachlarza sporów, poczynając od gospodarczych i dotyczących podmiotów zagranicznych, a na sprawach konsumenckich i rozwodach kończąc. Polska traktowana więc będzie jako republika bananowa.

Jeszcze fatalniej dla nas wygląda stanowisko Komisji Europejskiej, która w środę podejmie decyzję w związku z naruszeniem przez PiS zasad państwa prawa i uruchomieniem słynnego artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej. Władze PiS nie zastosowały się do rekomendowanych zaleceń, stosując tę samo zwodniczą śpiewkę – prezesowym falsetem – niczego nie naruszamy.

Dzisiaj odbyło się wysłuchanie w tej sprawie – czyli przedstawienie zarzutów Komisji i odpowiedź strony polskiej. Dotyczyło 7 spraw – Sądu Najwyższego, wspomnianej KRS, sędziów sądów powszechnych, Izby Dyscyplinarnej w SN, skargi nadzwyczajnej, prezesów sądów mianowanych po politycznym uznaniu przez Ziobrę oraz Trybunału Konstytucyjnego.

Jak to się skończy? Niedobrze, bo PiS nie ustępuje w żadnej kwestii, ewidentnie plącząc się w zeznaniach, matacząc. Przede wszystkim Komisja Europejska ma świadomość, iż PiS nie ustąpi, bo dotychczas nie ustąpił, a sądownictwo jest zarządzane partyjnie, więc można spodziewać się twardych postanowień, włącznie z określeniem sposobu procedowania sankcji – odebrania głosu w ciałach unijnych i nałożenia kar finansowych.

Czy PiS ucieknie się do z góry zaplanowanej sztuczki, szantażu – podobnie jak z KRS – zagrożeniem wystąpienia z… Unii Europejskiej? To wcale nie musi być trudne dla PiS. Europosłanka Róża Thun wskazuje, z jakiego prawa może skorzystać władza. Mianowicie w ustawie o umowach międzynarodowych w art. 22a jest, iż do wystąpienia z Unii Europejskiej wystarczy projekt decyzji zaakceptowany uchwałą przez Radę Ministrów. Decyzja taka następnie jest publikowana w Dzienniku Ustaw, notyfikuje premier, a Andrzej Duda przecież wszystko podpisze.

Wyjście z Unii Europejskiej jest równie łatwe, jak zażycie pigułki „dzień po”. Budząc się, może być „dzień po” naszym wyjściu z Unii Europejskiej. Czy PiS przejąłby się w tej sytuacji opinią publiczną, która więcej niż w 80 proc. jest za pozostaniem kraju w UE?

Z kolei Jan Zielonka, profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie, St Antony’s College, twierdzi, że „oni nie chcą wyprowadzić Polski z UE, oni chcą Unię przejąć”. Oczywiście z wszelkimi Marinami Le Pen. Ale to nie trzyma się kupy, gdyż egoizmy nacjonalistyczne prezentowane przez partie prawicowe szybko doprowadziłyby do rozchwiania struktur unijnych, zaniku wspólnych celów i starcia najpierw w dyplomacji i wojnach celnych, a z czasem w gorącej wojnie, bynajmniej nie hybrydowej.

I na tę równię pochyłą PiS stacza Polskę, coraz mniej demokratyczną, która dość szybko dojdzie do stanu demokracji bezobjawowej, jak w ZSRR, gdzie wymyślono schizofrenię bezobjawową, z którą to „chorobą” wsadzano dysydentów do psychiatryków. Wspaniale to opisuje w dramacie „Noc Walpurgii” Wieniedikt Jerofiejew.

PiS w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Liderka francuskiej skrajnej prawicy Marine Le Pen spozycjonowała PiS w dzisiejszej Europie, określając, iż „w Polsce, na Węgrzech i w Austrii nasze idei są u władzy”. Ta przeciwniczka Unii Europejskiej otwartym tekstem powiedziała to, co skrywają Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki: wychodzimy z projektu unijnego, aby zasklepić się w tradycji narodów znanej przed 1939 rokiem, a jeszcze lepiej przed 1918.

Nie mamy takich dowodów, jakie mają opozycje we Francji, na Węgrzech, w Austrii czy nawet w USA, iż „nasze idee u władzy” to poręczne ekspozytury uprawiania polityki zagranicznej przez Kreml. „Nasi u władzy” grają na rozbicie Unii Europejskiej, tak jak PiS, któremu w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Jarosławowi Kaczyńskiemu, który mimo niemocy fizycznej uczestniczy w kampanii samorządowej, przeszkadzają samorządy – w jego wizji partia centralnie powinna zarządzać samorządem. Nawet na tym poziomie mamy do czynienia z kolejnym odwołaniem do tradycji, tym razem do PRL-u.

Prezes PiS postraszył wyborców, iż jeżeli przy urnie nie wskażą na kandydata PiS, to zostanie im oskoma, a nie pieniądze: – „W gminie trzeba budować, poprawiać drogę, to są potrzebne pieniądze z centrali, centrala to z kolei rząd”, czytając wprost znaczy, że tylko samorządy zarządzane przez PiS będą mogły liczyć na finansowe wsparcie rządu. Taka dotacja będzie uzależniona od „naszego człowieka u władzy”, a nie od złożonej odpowiedniej aplikacji, wniosku.

Coś tam bąknął Kaczyński, iż PiS szykuje nam dobrobyt: – „Chcemy, aby w Polsce było najpierw tak jak we Włoszech, a w końcu tak jak w Niemczech”. Stwierdzenie ni przypiął, ni przyłatał, bo z tym rządem raczej zbliżamy się do Grecji i do podobnych gospodarek, które zostały zrujnowane przez podobny pisowskiemu populizm.

Z Kaczyńskim jest jednak tak, iż język zawsze go obnaża, nie tylko poprzez lapsusy („nikt nam nie powie, że białe jest białe…”), ale przede wszystkim przez freudystyczne budowanie pojęć, które obnażają wyobraźnię mówiącego. „Język powie to, co pomyśli głowa” (Słowacki) i ten passus nacjonalistyczny Kaczyńskiego da się odczytać następująco, co zresztą publicyści od razu wychwycili z lekka trawestując autora, który wraz z Morawieckim szykuje nam przyszłość: „Najpierw jak we Włoszech po 1922, a potem jak w Niemczech po 1933…”, chyba bardziej otwartej deklaracji Kaczyński nigdy nie złożył.

Zupełnie dzisiaj bez formy jest Mateusz Morawiecki, zwykle kradnący własność intelektualną. W Zachodniopomorskiem był łaskaw powiedzieć: – „Stoimy w momencie, kiedy nie ma już Polski A i Polski B”. Przepraszam, ale on już nie raz okazał się w ojczystej mowie pokraką, bowiem z powyższego zdania wynika, że obecnie jest Polska C.

Ponadto u Morawieckiego coraz wyraźniej widać jego bardzo złą cechę psychiczną, on nie lubi ludzi sytuowanych gorzej od siebie, Morawiecki gardzi ludźmi. Nawet bardziej niż Kaczyński nadaje się na dużą prozę narracyjną, która obnażałaby małość jako immanentną cechę podobnego człowieka. Dla Morawieckiego liczy się władza, a Polska to nie B, lecz zwykłe be, które można przeciągnąć do bee.

O tym, że wychodzimy z Unii, świadczy przygotowany przez Komisję Europejską pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Wiceszef KE Frans Timmermans zapowiedział, że decyzja zapadnie w środę. Zdziwieni? Kraje europejskie w swoim projekcie cywilizacyjnym nie chcą mieć Białorusi, „naszych u władzy”, w istocie – w najgorszym wypadku – mimowolną ekspozyturę Kremla, bo kto chce być rozwalany od wewnątrz, kto godzi się, aby na salonach szalała V kolumna? Hę?

Jeden szczegół z biografii Mateusza Morawieckiego może wyjaśnić wiele, w tym: dlaczego tak szybko został największym kłamcą w polskiej polityce, a także rzuca światło na jego charakter.

Już w 1999 roku ukazała się publikacja „Prawo Europejskie” w szacownym wydawnictwie PWN, a została podpisane dwoma nazwiskami Frank Emmert i Mateusz Morawiecki. Tak jest na okładce, ale nie na karcie tytułowej, bo na niej umieszczono tylko nazwisko wykładowcy Uniwersytetu w Bazylei Emmerta, gdzie Morawiecki studiował. Ten nawet nie jest tłumaczem dzieła, tylko redaktorem weryfikującym przekład i aktualizującym treści.

W świetle własności intelektualnej Morawiecki przypisał sobie to, co nie jest produktem jego intelektu, jest to zwykłe przywłaszczenie, złodziejstwo, acz mogło dojść do niego za zgodą Emmerta.

I to jest sposób na życie Mateusza Morawieckiego. Podpisać się pod cudzą własnością i w ten sposób spijać miód. Podobną rolę pełnił w hiszpańskim banku z grupy Santander Bank Zachodni WBK, gdzie był prezesem z tytułu, iż na polski rynku bankowym łatwiej było się poruszać komuś z nazwiskiem opozycjonisty z PRL-u.

Morawiecki więc jakby miał kulturową wszywkę, gen: podłączę się pod coś, co nie moje, czego nie wypracowałem. To jest najwyższy poziom pisowskiego idiomu Koryta plus, a nawet jest to Koryto podniesione do potęgi koryta.

W dziele Emmerta czytamy (Morawiecki musiał się zgadzać, bo sygnuje je swoim nazwiskiem) treści o bardzo aktualnym znaczeniu dla polskiego sądownictwa, iż „jeżeli w pojedynczym przypadku norma prawa krajowego koliduje z normą prawa wspólnotowego, to właściwy sąd krajowy może (…) dojść do wniosku, iż prawo krajowe nie może być stosowane”.

Krótko pisząc: Morawiecki podpisuje się nazwiskiem, że Sad Najwyższy może zawiesić stosowanie niezgodnych z prawem UE krajowych przepisów. A właśnie z tym mamy do czynienia w wypadku pytania prejudycjalnego zadanego Trybunałowi Sprawiedliwości UE.

Emmert dla „Kultury Liberalnej” określa cechy charakterologiczne Morawieckiego: „Obserwuję to, co mówi publicznie, i widzę sprzeczność w zależności od tego, do kogo się zwraca. Jego celem jest powiedzenie wszystkim tego, co chcą usłyszeć, nawet jeśli to wzajemnie sobie przeczy”.

Morawiecki zawsze skłamie, aby podlizać się prezesowi i elektoratowi. Jego nie interesuje prawda materialna, ale kłamstwo dla władzy.

Pamiętajmy, iż tą drogą chciał dorwać się do władzy poprzez doradzanie Donaldowi Tuskowi, ale ten nie dał się nabrać na tego notorycznego kłamcę, więc Morawiecki reflektor swojego pędu do koryta skierował na Jarosława Kaczyńskiego – może powiedzieć „udało się” i powie każdą brednię.

Bartosz Arłukowicz jako lekarz dopatruje się w podobnej cesze zespołu Delbrücka, tj. patologicznej skłonności do kłamania, zatajania prawdy i opowiadania zmyślonych historii, przedstawiających najczęściej opowiadającego w korzystnym świetle. Osoba opowiadająca sama nie jest w stanie oddzielić prawdy od własnej fantazji, czyli jest to najzwyczajniejsza na świecie mitomania. Tak jest z owym podręcznikiem, którego Morawiecki chciał być współautorem i niedawnym chwaleniem się, że wprowadzał Polskę do UE.

Wklepuję w google hasło „zespół Delbrücka” i wyskakuje mi nazwisko słynnego swego czasu Krzysztofa Kononowicza i Morawieckiego. I myślę sobie tak: gdyby posłać Kononowicza na nauki do Bazylei to też mówiłby jak Morawiecki.

A zresztą, czym się różnią kłamstwa i zapewnienia Morawieckiego od „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. Do niczego wszak zdąża pisowskie rozdawnictwo, przekupstwo populistyczne, aby ciemny lud na nich głosował.