Posts Tagged ‘sondaże’

6 tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Nie dajmy się dekoncentrować poprzez krętactwa, bo PiS tak chce uśpić naszą czujność w walce o demokrację i praworządność.

Z krętactwami PiS jest poważny problem. Nie wiadomo, kto jak kręci i w którą stronę. Kto jest większym, a kto mniejszym krętaczem. Do każdej sprawy, którą zajmuje się PiS należałoby jak na filmach detektywistycznych szpilkami przytwierdzić do tablicy zdjęcia polityków tej partii i pomiędzy nimi przeciągać nitki. Wówczas bylibyśmy bardziej odporni na ich produkcję krętactw.

Dzisiaj na tej tablicy centralne postaci to Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki. Prezes ma infekcję, a wg niektórych doniesień może być w bardzo ciężkim stanie. Mój bliski znajomy miesiąc temu – z powodu infekcji kolana – wziął i zszedł, choć leczony był przez sławnego profesora. Nie piszę o tym dlatego, że Kaczyński może zejść, ale zachowania polityków PiS świadczą, że liczą się z taką sytuacją.

Morawiecki jest w najlepszym położeniu, aby sukno PiS drzeć na swoją stronę. W ostatnim czasie nad wyraz jest obecny w mediach i to z ideami, które dotychczas nie były jego domeną. Jego twierdzenia o 4 czerwca 1989 roku mijają się z prawdą historyczną, są wytworem czystej pisowszczyzny.

Kaczyński długo dochodził do pozycji lidera kłamstw w polityce krajowej. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i w połowie pierwszej dekady obecnego wieku mieścił się w normach prawdomówności. Do krętacza nr 1 dochodził więc 15 lat. Za to szybko poszło Morawieckiemu, on dojrzał niemal jednej nocy, jak bohater Franza Kafki Gregor Samsa, który obudził się jako Karaluch. Mamy więc te dwie postaci przybite na tablicy polskiej polityki.

Proszę! – oto najnowsza sprawa, która wybuchła z samego rana – dekoncentracja mediów. Wyczerpał się niemal temat Stanisława Pięty, który na swoim profilu napisał, że jest już niezrzeszony, a zatem sąd partyjny pod kierownictwem bohatera afery melexa na Cyprze Karola Karskiego nie ma prawa nim się zajmować.

PiS nie miał dobrego pomysłu prawnego na przejęcie mediów, aby je zdekoncentrować i zrepolonizować, tzn. przywłaszczyć. Teraz też nie ma, gra już na chama – bez liczenia się z kimkolwiek. Wybory samorządowe może przegrać, ale przy parlamentarnych na to sobie nie pozwoli. Sądownictwo to jedno – nawet gdy zajmie się nim Trybunał Sprawiedliwości UE – ale media kształtują wyborców.

Więc poszedł news w lud, że prezes zadecydował o dekoncentracji mediów, gdyż zajmowały się skandalem obyczajowym Pięty. Bzdura! Wśród pisowskich wyborców to utwardzenie wartości tradycyjnych – chłop folguje sobie. Nie od prezesa dekoncentracja mediów wyszła, ślady prowadzą do Morawieckiego, który jakiś czas temu mówił o potrzebie równowagi, bo „media strony przeciwnej to mniej więcej 80 proc. siły rażenia”.

To Morawiecki chce tu i teraz przejąć prywatne media. Jak chcą to uczynić? O tym sypnął się Ryszard Czarnecki, który dla tygodnika „Do Rzeczy” powiedział, że władza by kupiła zagraniczne media za okazyjną cenę: – „Nie może być to po jakichś kosmicznych cenach”. Władza wyznaczy cenę za ile nastąpi dekoncentracja.

Czarneckiemu zaprzeczyła rzecznik PiS Beata Mazurek, nazywając to fake newsem. Mazurek sama w sobie jest fake i to pod wieloma względami, ponoć rozmawiała o tym z prezesem. Między podobiznami postaci przybitych do naszej tablicy – Czarnecki i Mazurek – nie ma nici wspólnych informacji, ale tylko pozornie, bo oboje mogą grać w różnych zwalczających się frakcjach PiS. Zauważmy, że Mazurek nic nie powiedziała o infekcji prezesa.

A nasz Gregor Samsa przemieniony w Karalucha był łaskaw ponadto powiedzieć, że otwarcie Centralnego Portu Lotniczego w Baranowie nie będzie oznaczało zamknięcia Okęcia i Modlina. Tak, do Polski będzie walił cały świat, aby oglądać tutejsze dziwy cywilizacyjne. Morawiecki jednak nie bierze odpowiedzialności za CPL, gdyż jego otwarcie przewidywane jest na 2027 rok, a do tej pory PiS odda władzę – i raczej o tej partii zapomnimy, zwłaszcza że nie wiemy, jaki Bozia los przeznaczyła prezesowi Kaczyńskiemu. W informacji o 3 lotniskach chodzi o to, aby warszawiacy nie oburzyli się, że Okęcie będzie wygaszane, jak jeszcze wczoraj mówili pisowcy.

Detektywistyczna tablica z kryminalnymi dążeniami PiS jest wielce pomocna, aby nie dać się omotać wszechobecnej retoryce krętactwa. Nie dajmy się dekoncentrować poprzez krętactwa. PiS tak chce uśpić naszą czujność w walce o demokrację i praworządność.

Mateusz Morawiecki nie ma zgody prezesa na rekonstrukcję rządu, więc zaczyna konstruować go poprzez kooptację. Odbywa się to na poziomie niższym niż konstytucyjni ministrowie, niemniej do czynienia mamy z przerostami administracji rządowej, jakich wcześniej nie było.

Nie podnosi to poziomu rządzenia, bo PiS ma kadry wybitnie marne. O takich urzędnikach mówi się, że są „z łapanki”, a jest ich tak dużo, że trzeba tworzyć synekury, aby zaspakajać apetyty aparatu partyjnego. Nie ma się co dziwić, bo okazja, aby się nachapać już może się nie zdarzyć. Dowartościowywani są wszyscy – od sprzątaczek do kierowców włącznie. Jakie więc będą te nowe elity? Ano takie, elity sprzątaczek, elity kierowców, bo te rzeczywiste same się kształtują, w wypadku wyciągania ich za uszy z kapelusza są li tylko pseudoelitami.

Morawiecki utworzył nowe stanowisko w rządzie – pełnomocnika ds. rozwoju gospodarczego. Ki diabeł? W tym rządzie są aż trzy resorty zajmujące się gospodarką, czego do tej pory nie było. Jakie uzyskuje kompetencje ten nowy pełnomocnik? Otóż ma formułować propozycje, których celem jest efektywna realizacja strategicznych projektów inwestycyjnych, umieszczać je w kierunkach rozwoju, w programach i strategii gospodarczej rządu. Ma też zajmować się praktykami korporacyjnymi w zarządzaniu mieniem państwowym.

W komunikacie KPMR można więcej przeczytać tego bleblania, ale krótko pisząc chodzi o pijar, na przełożenie propagandy gospodarczej rządu Morawieckiego na narzędzia komunikacji na konferencjach prasowych. Morawiecki będzie się chwalił nowymi mostami i tę własną chwałę unaoczniał gawiedzi poprzez prezentację w PowerPoint.

To będzie dzieło tego nowego pełnomocnika ds. rozwoju gospodarczego. Wiemy, kto nim został? Mianowicie Cezariusz Lesisz. A kto to? I tu ręce opadają. Kierowca bombowca. Wróć! Wykreślamy bombowca i zostaje nam kierowca. Lesisz jest kierowcą i robił za furmana u ojca premiera, Kornela Morawieckiego.

Taki awans. Wszak po nocach mógł uczyć się obsługiwać PowerPointa i już ma wykuty na blachę. Nawoził się Kornela Morawieckiego, nasłuchał jego poglądów o wyższości narodu nad prawem (tak, tak – to nawet coś więcej niż nacjonalizm), przyszedł czas na awans do nowej pseudoelity.

Gwoli ścisłości Lesisz jest absolwentem Politechniki Wrocławskiej na Wydziale Mechanicznym. Raczej z gospodarką nie ma wiele wspólnego. Za to kolekcjonuje synekury, bo oprócz nowej ciepłej posadki zasiada na dwóch innych – mianowicie jest przewodniczącym Rady Nadzorczej Totalizatora Sportowego oraz wiceszefem Rady w Agencji Rozwoju Przemysłu.

Do dwóch wcześniejszych pensji dorzuci nową, może niezbyt popłatną, bo tylko 14 tys. zł, ale grosz do grosza i na konto miesięcznie spływają mu dziesiątki tysięcy. Cezariusz jest zatem przykładem nowej elity dojnej zmiany, jest przyssany do trzech cycków.

Afera rozporkowa Stanisława Pięty spełnia dla PiS dość zasadniczy cel – zakrywa klęskę polityki unijnej rządu Mateusza Morawieckiego, z Brukseli Polska pisowska dostanie 24 mld euro mniej, czyli o 23 proc., zaś Trybunał Sprawiedliwości UE zajmie się bezprawiem PiS.

Pięta się zdarzył, żonę zdradził, kochance obiecał intratną synekurę w Orlenie. Zostało to przez media wykryte i powinno w pół dnia rozejść się po kościach. Ale nie. Pisowskie media grzeją temat do czerwoności i to wektorowo.

Tygodnik „Sieci” przeprowadził jakoby jakieś śledztwo w „temacie pisowskich rozporków” i grzeją – „ofiar może być więcej”. Nie tylko ofiarą swego rozporka został Pięta, ale też inni jego koledzy partyjni. Media więc mają wysyłać dziennikarzy w krzaki, aby wykryć, który z polityków dopuszcza się nierządu wg wyznawanych przez PiS wartości polsko-katolickich.

Pięta broni się tym, iż Niemcy go wrabiają (właściciele „Faktu”), bo coś tam bąknął pod nosem o Nord Stream 2.

Koledzy w PiS sugerują, że wiedza o rozporku Pięty ujrzała światło w wyniku działań polskich służb (wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik: Nie mam takiej wiedzy. Wydaje mi się, że tak – Stanisław Pięta był sprawdzany przez polskie służby, natomiast nie mam 100% wiedzy”). Wójcika pokractwo językowe jest znamienne, bo to także sugerowanie, iż kochanka Pięty to jakaś Mata Hari.

Grzeją temat media i politycy PiS, liczą na słabe umysły swoich zwolenników, bo ci im odpływają. Wychodzą z założenia, że lepsze poświęcenie Pięty, niż rzeczywista wiedza o klęskach PiS.

Kombinują, jak własne klęski unijne zwalić na przeciwników politycznych, bo powtórka z „sukcesem” Beaty Szydło 1:27 może nie wypalić. Nuworysz Zbigniew Gryglas chce, aby Donald Tusk ratował okrojony budżet z UE uzyskany przez PiS. I to pójdzie w tym kierunku – zwalić na Tuska i na opozycję, która „donosi” za granicą.

Mateusz Morawiecki ruszył w podróż po krajach bałtyckich, aby szukać jakichś sojuszników. Na Litwie podlizywał się miejscowym i chwalił zakup rafinerii w Możejkach dokonany 10 lat temu przez Lecha Kaczyńskiego, który jest jedną z największych wpadek biznesowych.

Jak w ten sposób afery będą przykrywać klęski władzy, to może nie starczyć rozporków polityków PiS. Nie każdy jest taki jurny jak Pięta, a z drugiej strony płci – kandydatek na Anastazję Potocką (vel Marzenę Domaros) nie widzę, choćbym dostał wytrzeszczu.

I takie są „sukcesy” PiS, nie można ich dojrzeć mimo wytrzeszczu. Mateusz Morawiecki jest za to coraz bliżej „sukcesu” Greka Zorby. Szydło miała swój sukces, Morawiecki zaś dostanie „piękna katastrofę”. Taki nasz wytrzeszcz.

Poczta pantoflowa w dobie internetu ma śmiertelną moc informacji. Jednostki wrażliwe na krytykę mogą nie wytrzymać ataków na siebie. Wrażliwości powinni być pozbawieni politycy, nawet jeżeli używają jej w debacie jako waloru społecznego. Doszło do dziwnej ze wszech miar sytuacji dotyczącej prezesa partii rządzącej, człowieka, który w swoich rękach trzyma wszystkie lejce władzy, a jego nominaci – prezydent i premier – chodzą w postronkach.

Ten prezes od niemal miesiąca przebywa w szpitalu. Najpierw była kupa śmiechu, że kolano nawaliło, bo dociskane nim były pisane na tymże kolanie ustawy antysądownicze, antydemokratyczne, antykonstytucyjne. Ale na kolano nie leży się w szpitalu aż miesiąc, nawet jeżeli przeprowadzona została operacja. Politycy PiS, którzy jakoby mają kontakt z pacjentem coś tam niewyraźnie twierdzą, że to jeszcze potrwa. Jest to zasnute taką mgiełką tajemnicy, iż należy sądzić, że mamy do czynienia z dezinformacją.

Pojawiają się spekulacje – i  nie jest to dziwnym – o poważnej chorobie. Lekarze prowadzący nie wydają komunikatów o zdrowiu prezesa. A media – nawet te zawłaszczone przez PiS – nie są dopuszczone do łóżka szwankującego na zdrowiu.

Co jest? Prezes PiS Jarosław Kaczyński może przeżywać fizyczne katusze, a jego zwolennicy i przeciwnicy niczego o tym nie wiedzą. Wszyscy w wypadku kogokolwiek (lubimy takiego czy też nie) z empatią pytamy: – „A czy cierpi?” To jest ludzkie, humanitarne.

Pojawiło się przypuszczenie, iż Kaczyński ma raka trzustki. Kto puszcza tę farbę? Każdy wszak może to uczynić, włącznie z najważniejszymi politykami PiS. Dlaczego zatem lekarze milczą? Coś jest na rzeczy. Brzydkim jest cieszyć się, że prezesa mogła dorwać tak wredna odmiana nowotworu.

Serwis internetowy „Rzeczpospolitej” zlecił przeprowadzenie sondażu: czy należy ujawnić stan zdrowia Kaczyńskiego? Niemal połowa rodaków – 45,2 proc. – jest za jawnością stanu zdrowia tego, który trzyma nas wszystkich za twarz za pomocą swoich mianowańców. Przeciwnego zdania jest 28,3 proc. Nie wiem, co o tym sądzić – 26,5 proc.

Dziwne, że trzeba pytać nas, czy mamy prawo wiedzieć o stanie zdrowia swego satrapy. Mogę Kaczyńskiego nie lubić, nie szanować – bo tak naprawdę nie mam za co, nie cenię jego inteligencji – ale mam prawo jako obywatel wiedzieć o jego zdrowiu, bo ten człowiek ma wpływ decyzyjny na nasze życie.

Spekulacji nie powstrzyma się. Taka jest natura człowieka. Niewiedza zawsze snuje czarne scenariusze i jest glebą dla wszelkich teorii spiskowych. Czy lekarze nie powiedzieliby na temat zdrowia prezesa PiS, gdyby to było coś niegroźnego, np. kolano? Czy Kaczyński zabronił wyższemu personelowi szpitala przy Szaserów informować o swoim stanie zdrowia? Pytanie najważniejsze: czy wraz z chorym prezesem ma chorować państwo, Polska?

Odszczurzanie marszałkowi Sejmu Markowi Kuchcińskiemu wyjątkowo dobrze idzie. Bym powiedział, że idzie mu w podskokach, a nawet używając znanego cytatu z arcydzieła miłosnego „Pieśni nad Pieśniami”: „Idzie skacząc po górach”.

Takie jest umiłowanie Kuchcińskiego do odszczurzania, a te odszczurzanie wzięło się wprost z uczucia do prezesa (pisowcy zresztą do Kaczyńskiego odnoszą się miłościwie jak Salomon do swej Sulamitki). Kuchciński nie ma talentu Jarosława Marka Rymkiewicza, więc śpiewa w ten pragmatyczny sposób, odszczurza niczym Szczurołap z Hameln (Der Rattenfänger von Hameln).

Najpierw szczurołap Kuchciński odszczurzył Sejm z seniorów, o czym już zapomniano. 1 października 2016 roku w Międzynarodowy Dzień Osób Starszych, wtedy miał odbyć się drugi Obywatelski Parlament Seniorów, marszałek zakasał rękawy, wziął flet szczurołapa w usta – i w tej sposób odszczurzył z osób starszych. Nie pozwolił seniorom na obrady.

To był pierwszy sukces deratyzatorski Kuchcińskiego. Na drugie odszczurzanie przyszło trochę czekać, bo do protestu niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Kuchciński odszczurzał przez 40 dni, czego ten facio nie robił. Nie wypuszczał niepełnosprawnych na spacer, zamykał okna, aby nie udusili się świeżym powietrzem, nasyłał Straż Marszałkowską, aby wykręcała ręce, odgrodził protestujących kurtyną – cuda na pisowskim kiju. Kuchciński uciekł się do tego sposobu „ogniem i mieczem” – no i udało się – wykurzył.

Zaiste, zdolny to szczurołap. Tak gra na flecie, jak mu prezes nakaże. No i w Dzień Dziecka, kiedy to tradycyjnie odbywa się Sejm Dzieci i Młodzieży szczurołap wziął się za najmłodszych. Nie dopuścił ich do sejmowej trybuny.

Dlaczego? Bo pisowcy wszystkiego się boją. Młodzież zrecenzowałaby tych stetryczałych dzieciuchów, którzy w gmachu przy Wiejskiej zrobili sobie piaskownicę.

Dzisiaj Sejm i Senat to w istocie – pisząc w pisowskim języku na koturnie – Narodowa Piaskownica. Politycy PiS boją się ukazania swojej miałkości. Trochę się dziwię, bo trzymający łopatkę i wiaderko akurat przebywa w szpitalu przy Szaserów. Mogli przecież zaryzykować, a w razie czego dać nogę do Sali Kolumnowej.

Z Kuchcińskim jest jeszcze jeden problem, nie wiemy, na ile on jest kumaty. Wiele wskazuje, iż jest biedny umysłowo, ale z roli szczurołapa wywiązuje się perfect, aż prezes na łóżku szpitalnym podskakuje z radości.

Młodzież, wobec tego, musiała się udać na emigrację na Uniwersytet Warszawski i obradować na wychodźstwie. Coraz mniej to przypomina symbolikę, ale bardziej ukazuje stan chorobowy naszego życia publicznego.

Wyniki sondaży są kaprysem wyborców, acz mają swoje tendencje. Wyborca, wstając z łóżka lewą nogą, daje następnie upust złym emocjom. Wyborca jednak może mieć łóżko tak usytuowane, iż zawsze skazuje się na wstanie lewą nogą. Czy zamiana stronami spania w łóżku z żoną (wyborcę przypadkowo podciągam pod miano mężczyzny) spowoduje, że będzie wstawał z lepszym humorem?

Czy – udając się tropem tej alegorii – Jarosław Kaczyński wstawał zawsze lewą nogą i naraził na szwank kolano? A przecież wiemy, że śpi sam, więc można podejrzewać, że łóżko (nie czytać, że Polska) ma źle usytuowane, albo stoi koło ściany, albo prezes ma nawyki, które doprowadzają do katastrofy. Metodologia sondowania nastrojów ma też niejaki wpływ, ale nie bądźmy zbyt szczegółowi.

Chcę zwrócić uwagę na ostatnie sondaże, a których jeden jest rewolucyjny, a drugi i trzeci wskazuje tendencje, które mogą być nie do zatrzymania. Rewolucyjność badania humorów wyborców IBRiS dla „Rzeczpospolitej” to zadanie pytania: kto byłby najlepszym następcą Kaczyńskiego na stołku prezesa. Rewolucyjność polega na tym, że pytanie czyni rewolucję w umysłach respondentów.

Jak to prezesa będą wymieniać? Przecież on jest nieśmiertelny. A jednak nieśmiertelników wymieniają, bo o to pytają. Wyborcy – bez kwalifikacji sympatii partyjnej – stawiają na Mateusza Morawieckiego (14 proc.), tuż za nim postrzegają Joachima Brudzińskiego i Beatę Szydło (po 9 proc.) Niewielka sympatią cieszy się Andrzej Duda i Zbigniew Ziobro – po 5 proc.

A jak sukcesja wygląda wśród wyborców PiS? Liderem jest Morawiecki – 23 proc., za nim samotna Beata Szydło – 16 proc., Duda dostał 9 proc., zaś zarządzający PiS w imieniu hospitalizowanego prezesa Brudziński – tylko 8 proc. Gwoli pełnego obrazu, w pierwszym sondażu niezdecydowanych – „trudno powiedzieć” – było aż 43 proc., a w drugim – 22 proc.

Co z tej rewolucyjności wynika? A to, że cesarze i imperatorzy odchodzą, a następcy będą rwali połeć sukna dla siebie tak długo, aż rozerwą. Wszelkie dyktatorskie podmioty upadają wraz z dyktatorami. I zdaje się taki los czeka PiS, gdy Kaczyńskiemu odmówią posłuszeństwa nie tylko kolano, ale i inne części ciała.

W innym sondażu zapytano kapryśnych wyborców, czy chcą zmian w rządzie PiS. Badanie IBRiS dla „Rz” przeprowadzono tuż przed zawieszeniem protestu niepełnosprawnych w Sejmie, więc pośrednio też można czytać w nim nastroje wokół tej kwestii. Aż 68 proc. badanych chce zmian w rządzie PiS, a to znaczy, że ministrowie są postrzegani jako niekompetentni w załatwianiu trudnych spraw.

Bicz gniewu vox populi spada na wicepremier ds. społecznych Beatę Szydło, która przez 40 dni protestu ani razu nie zjawiła się w Sejmie, za to spływała z flisakami Dunajcem i bodaj na jego przełomie załamała się wiara w rząd Morawieckiego.

Z sondażu poparcia dla partii – IBRiS dla Onetu – wynika trwała już tendencja, iż wyborcy dokonują przewartościowania w swoich sympatiach partyjnych. PiS – i jego przybudówki – mogą liczyć na wsparcie – 33,3 proc., zaś Platforma Obywatelska 27,6 proc., do tej wielkości trzeba dodać wynik Nowoczesnej (4,1 proc.), zatem koalicja opozycji ma w sumie 31,7 proc. Wysoko klasyfikuje się SLD z bardzo wartościowym rezultatem – 9,9 proc. Raczej należy wątpić, aby Włodzimierz Czarzasty chciał robić deal z PiS. PSL wyceniono na 5,3 proc., a Kukiza – 5,2 proc.

PiS zatem spływa regularnym nurtem i raczej Wisły nie zawrócą żadnym populistycznym patykiem. Należy się spodziewać, iż zastosowanie będzie miało słynne zdanie Winstona Churchilla: „To jeszcze nie koniec, to nawet nie początek końca, ale to koniec początku”.

Innej perspektywy zaczyna nabierać protest niepełnosprawnych w Sejmie. „Wygrany” bój z rodzicami i ich dziećmi to Waterloo władzy i PiS. Sondaże zaczynają zaglądać w przerażone oczy akolitów Kaczyńskiego.

Czyżby sondaże były naciągane? Partia rzadząca może mieć wpływ na sondażownie, na publikacje wyników, a przede wszystkim na metodologię przeprowadzania wywiadów sondażowych.

A PiS wiadomo, jakie jest. Jak prezes: „nikt nam nie powie, że białe jest białe…”

O wynikach sondażów wysypał się przypadkowo redaktor TVP Cezary Gmyz, gdy pisał o wynikach w Niemczech i… w Polsce.

Czyżby wyiniki PiS powyżej 40 proc. poparcia były naciągane, jak guma od majtek Anny Sobeckiej.

PiS może zatem klamać o olbrzymim poparciu dla siebie.

Po prostu ta partia jest gumowo-kłamliwa. Trzaśnie guma przy wyborach i walnie im w twarz.