Posts Tagged ‘wybory parlamentarne 2019’

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Analogie niekoniecznie muszą być trafne. Afera samolotowa Marka Kuchcińskiego może być najważniejsza częścią kampanii wyborczej do parlamentu. Jarosław Kaczyński dymisjonując marszałka Sejmu przyznał się do porażki, choć w swoim stylu szukał usprawiedliwień, że inni też nadużywali władzy – w PRL-u było: „W Ameryce Murzynów biją”, w PRL bis: „wina Tuska”

Dymisjonując Kuchcińskiego, prezes PiS bez przekonania zwalił winę na Tuska, widać, że nie jest w formie fizycznej, ledwie opuścił scenę i udał się za kulisy, a przecież lubi gaworzyć do mikrofonów. Powód dymisji  Kuchcińskiego był tylko jeden – bożek sondażów. Spada PiS-owi poparcie, publika domaga się prawdy o lataniu Kuchcińskiego, jego rodziny i wszelkich pociotków pisowskich, bo istnieje obawa, że na niebie zamiast gwiazd będziemy mieli latających pisowców.

SLD w początkach afery Rywina miało podobne poparcie, jak dzisiaj PiS. Wówczas zaczął się spadek, który doprowadził postkomunistyczną partię do ostatecznego uwiądu. Czy PiS-owi to samo grozi? Po ich porażce wyborczej dzisiejsza opozycja musi dobrać się do kryminalnej przeszłości Srebrnej poprzez uchylone drzwi, jakimi jest sprawa Austriaka Geralda Birgfellnera.

Kaczyńskiego domek z kart Srebrnej („House of Cards”) musi upaść, tym bardziej, że właściciel jego jest na finiszu. Przekazanie Srebrnej w powiernictwo PiS-owi nie wchodzi w rachubę, bo tacy Suski i Sasin przeputaliby każdy majątek w trymiga, zaś Mateusz Morawiecki nie jest godny zaufania – znamienny znak w postaci dwóch godzin antyszambrowania na parkingu w oczekiwaniu na audiencję – bo ogoliłby prezesa, jak kardynała Richelieu, pardon: Gulbinowicza.

Lecz PiS znajduje się w o wiele lepszej sytuacji niż SLD Leszka Millera i Marka Belki. Ma mniej czasu na rozjechanie przez walec opozycji i zdecydowanie większe środki skutecznego przeciwstawienia się. Kaczyński i jego żołnierze mają do dyspozycji nieograniczony dostęp do budżetu państwa, z którego będą czerpać dowolne środki na kampanię wyborczą i przekupienie elektoratu czymś w rodzaju kolejnych 500+. Propaganda mediów publicznych TVP i stacji radiowych jest porównywalna w oszczerstwie do gadzinówek nazistowskich.

Za PiS-em stoją hierarchowie Kościoła katolickiego, powielają te same hasła, ostatnio wszelakie obrzydliwości o LGBT. Dyscyplina pisowców jest też zdecydowanie większa niż opozycji, są trzymani na krótkim łańcuchu korzyści z koryta wszelkich spółek skarbu państwa.

A cóż ma opozycja? Moralną rację i otwartych na świat ciekawych polityków – szczególnie średniego pokolenia. To niewiele, ale także bardzo dużo. PiS ma wszystko do stracenia (niektórzy z nich nawet wolność), a my do odzyskania Polskę. Air Kuchciński (#KuchcinskiTravel) to równia pochyła Rywingate SLD, opozycja musi pomóc zjechać szczęśliwie PiS na sam dół, niech tam wylądują razem z Kuchcińskim.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Nie dają się upchać pisowskie „trupy” w szafie. Krystyna Pawłowicz tylko kilka dni wytrzymała i musiała zakomunikować swoje „a kuku” o przerwaniu kuracji. Na co zapadła posłanka PiS? Raczej nie na mądrość…

Pawłowicz to jednak tylko pryszcz, bo inny prominentny osobnik wypada z szafy – wiceprezes PiS Antoni Macierewicz i to w dwóch sprawach, których jest inicjatorem. Nie wiadomo, która jest ważniejsza, bo obydwie są najcięższego kalibru. Ich finały – kiedyś do takich dojdzie – mogą być szokujące dla publiczności.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

Postępowania wobec niego mogą zakończyć się dyscyplinarkami.

Sędzia Igor Tuleya to jeden z bardziej rozpoznawalnych sędziów. Bardzo nie pasuje władzy PiS, gdyż zachowuje swoją niezależność. Zaliczany jest do niewielkiego grona 284 „sędziów wolności”, którego listę publikuje Archiwum Osiatyńskiego w dziale „Alfabet buntu”.

Służby podległe Zbigniewowi Ziobrze urządziły na sędziego Tuleyę dosłownie polowanie z nagonką. Tuleyi trafiła się w Sądzie Okręgowym w Warszawie sprawa wg przydziału normalnego obiegu, tj. alfabetycznego. Ale za to sprawa spektakularna, która wejdzie do podręczników politologii.

W grudniu 2016 roku doszło w Sejmie do wykluczenia posła PO Michała Szczerby, po czym marszałek Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, do której nie wpuszczono posłów opozycji, a głosowano wówczas nad jedną z najważniejszych uchwał – budżetową. Istniało domniemanie, iż nie było kworum podczas głosowań, czyli budżet został najprawdopodobniej uchwalony niezgodnie z prawem.

Odbywał się wówczas protest obywateli pod Sejmem, a Jarosław Kaczyński wyjeżdżał z gmachu parlamentu z charakterystycznym uśmieszkiem na swej twarzy, który narracyjnie należy odczytać: „ale zrobiłem z was wałów”. Później sekwencję tych zdarzeń przyciężkie umysły pisowskie nazwały „puczem”.

Opozycja złożyła zawiadomienie do prokuratury, ta jednak podległa Ziobrze nie dopatrzyła się żadnych uchybień i sprawę umorzyła. Jednak trafiła ona do sądu i rozpatrzył ją sędzia Tuleya, który uchylił decyzję prokuratury i nakazał wznowienie śledztwa.

No i się zaczęło. Od kilku miesięcy specjalny wydział w Prokuraturze Krajowej sprawdza decyzję Tuleyi. Przesłuchiwani są pracownicy sądu i sędziowie oraz prezes Sądu Okręgowego w Warszawie. Ten wydział wewnętrzny  został utworzony przez PiS do specjalnego ścigania sędziów i prokuratorów.

W tym aspekcie jest to przykład ewidentnego państwa policyjnego. Niczego na Tuleye nie znaleziono, bo ten zachował szczególną staranność proceduralną. Nawet nominant Ziobry zastępca prezesa sądu Dariusz Drajewicz wzywał Tuleye na dywanik i co charakterystyczne dla tej władzy, zrobił to, gdy prezes sądu była na urlopie.

To jest polowanie na Tuleyę z najwyższej półki prokuratorskiej (ambony), bo Prokuratury Krajowej. Nagonkę zaś prowadzi rzecznik dyscyplinarny sądów powszechnych. W tej chwili przeciw Tuleyi odbywa się 7 postępowań, w których jest wymieniony z nazwiska.

Postępowania mogą zakończyć się dyscyplinarkami. I chyba tak się stanie. Tuleya jeszcze się trzyma, nie daje zaszczuć, ale każdy ma swoją wytrzymałość. W tym aspekcie w ogóle nieznanym publiczności polskie sądownictwo zostało rozłożone, gnije, toczy je nowotwór bezprawia i służalczości. Togi sędziowskie zamienione zostały na liberie. Na czele ministerstwa sprawiedliwości i prokuratury stoi osobnik Ziobro, niezbyt kumaty magister prawa.

Wiele wskazuje, że Jarosław Kaczyński szykuje przedterminowe wybory parlamentarne. Znaki są aż nadto czytelne nie mogą być zignorowane przez opozycję. Jeżeli wybory miałyby odbyć się już w marcu, najpóźniej w kwietniu, to spokojnie możemy orzec, iż w tej chwili mamy do czynienia z nieformalną kampanią wyborczą.

Na ostatniej konwencji PiS w Szeligach pod Warszawą prezes Kaczyński zastrzegł się, że nie zostanie przedstawiony program partii na zbliżające się wybory, ale z ust Mateusza Morawieckiego usłyszeliśmy zaskakujące słowa i one noszą stygmat haseł wyborczych.

Premier orzekł, iż „jesteśmy bijącym sercem Europy”, co w zderzeniu ze zdegradowaniem Polski w UE należałoby szukać innych porównań z adekwatnymi częściami ciała. Zostaliśmy w tej Europie zmarginalizowani w ciągu trzech lat rządów PiS i bliżej nam do zanikającej kości ogonowej.

A ponadto Morawiecki sformułował hasło żywcem przeniesione z krajów o rozwiniętej demokracji i kapitalizmie: – „Chcemy odbudować silną klasę średnią”. Podkreślam, że Morawiecki nie jest orłem retoryki, kiepsko czuje język – odbudować można ewentualnie z ruin, a klasy średniej w kraju nigdy nie było, bo klasa średnia w Europie to mieszczaństwo.

Ta uwaga o klasie średniej jest skierowana właśnie do mieszczuchów, którzy podczas ostatnich wyborów samorządowych kandydatów PiS na prezydentów miast odesłali z kwitkiem już w pierwszej turze. PiS, aby utrzymać się u władzy, musi pozyskać miasta, dlatego partia Kaczyńskiego wygładza swój wyraz twarzy. Odsyła na tymczasową emeryturę Krystynę Pawłowicz, Dominika Tarczyńskiego czy Antoniego Macierewicza.

Afera KNF w istocie nabiera rozpędu, nie chodzi tylko o to, jakie ona ukazuje oblicze korupcyjne PiS, lecz dociera dość powoli do ogółu Polaków, szczególnie do tych, którzy niespecjalnie interesują się polityką. Ta zasada kuli śnieżnej dopiero rozpoczęła swoja drogę w dół. Do wiosny jej pęd może być jeszcze powstrzymany, ale jesienią już raczej nie. Przykładem jest SLD po aferze Rywina, które kilka miesięcy po niej miało wysokie sondaże, zaś po przeszło pół roku Leszek Miller witał się z zieloną trawą.

Nie powinno zatem dziwić, że nieoczekiwanie zostało przesunięte głosowanie nad budżetem z grudniowej sesji Sejmu na połowę stycznia 2019. Jeżeli Sejm nie przyjmie – także po głosowaniu w Senacie – ustawy budżetowej do 27 stycznia, to prezydent Duda zgodnie z art. 98 ust. 4 Konstytucji RP może rozwiązać Sejm i ogłosić przedterminowe wybory.

I o to chodzi. Także nieuchronne wysokie podwyżki cen za prąd zostały przesunięte na późniejszy termin – oczywiście po wyborach. Duda spotkał się – jakby on o czymkolwiek decydował – z ministrem energii Krzysztofem Tchórzewskim, po czym pojawił się komunikat, iż podwyżek w 2019 roku nie będzie.

Były premier Kazimierz Marcinkiewicz uważa, że „przeprowadzenie przyspieszonych wyborów w marcu 2019 roku wydaje się bardzo prawdopodobne”. Przypomina o roku 2006, gdy było blisko do takich wyborów, PiS wówczas wygrałby je, półtora roku później zostały przez nich przerżnięte.

Dzisiaj wygląda jakby PiS rozpoczął kampanię wyborczą. Co na to opozycja? Zjednoczona – już dzisiaj wygrałaby z PiS, rozproszona – nie chcę myśleć, co stanie się wówczas z Polską, gdyby stan obecnej degradacji miał być kontynuowany.

Dwa ostatnie teksty Waldemara Mystkowskiego.

Afera Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie Getin Noble Banku ujawnia gnicie państwa zarządzanego przez PiS. Owszem, to państwo gnije w sferach, w których państwo ma dostęp do zawłaszczania, lecz coś zupełnie innego winno być wybite na plan pierwszy i o to rozgrywa się w tej chwili bitwa. Szef KNF Marek Chrzanowski zmusiłby do korupcji Leszka Czarneckiego, właściciela Getin, lecz ten nie dlatego ujawnił nagranie, w którym Chrzanowski domaga się milionów, ale dlatego, że jego bank może zostać przejęty za „symboliczną kwotę”, złotówkę.

Nawet w tym elemencie afera KNF to coś zupełnie innego jakościowo niż Rywingate. Lew Rywin chciał dla siebie Polsatu w imieniu „grupy trzymającej władzę” i przyszłego zapisu w ustawie medialnej – „lub czasopisma”. Chrzanowski te „lub czasopisma” chciał uzyskać w ramach tzw. „planu Sokala” (nazwisko szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), a jego elementem to zgłoszona przez PiS 9 listopada poprawka do ustawy – lobbowana przez Chrzanowskiego – o możliwości przejęcia banku, gdy w ocenie KNF bank nie spełnia wymogów kapitałowych. „Plan Sokala” zakładał doprowadzenie do celowego doprowadzenia upadłości Getin Noble Banku i odkupienia go za symboliczną złotówkę.

Na to przejęcie oraz inne, do których doszło i może dojść, nakładamy okular propagandowy – repolonizacja banków. Choć Czarnecki jest Polakiem, to nie jest pisowcem i repolonizacja jego banku wg PiS byłaby jeszcze bardziej sprawiedliwa. Zresztą pierwszy argument po ujawnieniu afery, jaki był używany przez PiS (Zybertowicz w TOK FM) w stosunku do Czarneckiego to, iż współpracował z SB. Typowe stygmatyzowanie komuną, którego też chętnie używa Mateusz Morawiecki, tak wszak wyraził się o sędziach Sądu Najwyższego.

Repolonizacja dotyczy banków, ale także innych sfer, które PiS chce zagarnąć dla siebie i swoich celów, choćby media prywatne, które od dłuższego czasu spotykają się z kanonadą oczerniania przez polityków PiS – są bowiem niemieckie, niesprawiedliwe dla PiS (Morawiecki) i należy je zdekoncentrować.

W ten sposób przejmowane były banki i media w Rosji przez Putina i jego ludzi. Tej metody użył także Viktor Orban na Węgrzech. Kaczyński i jego ekipa są na początku owej drogi jeszcze się potykają, bo w Polsce opór jest o wiele potężniejszy. Na pewno łatwiej byłoby repolonizować Czarneckiego za złotówkę, gdyby było już po Polexicie. Putinizacja PiS-owi – na szczęście – nie wychodzi.

PiS Polską raczej się nie martwi. Oni martwią się o władzę, o koryto, a scenariusz kampanijny nie jest dla nich korzystny. Mogą więc zechcieć zawrócić bieg wydarzeń. Najpierw jednak zmierzą się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, który w najbliższy piątek wysłucha stron w sprawie decyzji dotyczącej zawieszenia stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

A dzisiaj właśnie w tej sprawie w Brukseli zebrała się Rada ds. Ogólnych, na której nie był żaden polski minister ani wiceminister spraw zagranicznych. Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans był tym wielce zaniepokojony i debatę o Polsce zamknął w 15 minutach. Mateusz Morawiecki w niedzielę zapewniał, iż strona polska w sprawie Sądu Najwyższego przedstawi „bardzo konkretne kroki”. Jakie zatem one będą, gdy dzisiaj są trzymane w tajemnice? A ponadto, co znaczą słowa, że „kompromis wymaga takich jakichś ustępstw z obu stron”. Wszak ani Komisja Europejska, ani TSUE nie demolowali Sądu Najwyższego ani wcześniej Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa.

Można zatem spodziewać się dalszego matactwa rządu pisowskiego, który zechce oddalić w czasie wyrok Trybunału unijnego. Jeżeli dorzucimy do tego stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „Bruksela i Europa mają inną wizję państwa niż my”, to możemy spodziewać się, że kompromisu nie będzie.

A zatem, co nas czeka? Prędzej czy później Polexit, który nie ma jeszcze „wzięcia” wśród elektoratu partii Kaczyńskiego, ale nie musi być ostatecznie odstręczający. I właśnie w tym momencie należy uwzględnić to, iż PiS zechce zmienić bieg spraw, przyspieszyć, bo kalendarz wyborczy nie jest dla niego korzystny. A do tego odnowił się w przestrzeni publicznej Donald Tusk, polityk wybitny i skuteczny, który potrafi wygrać z Kaczyńskim i jego marionetkami.

Na agendę wchodzi – na razie jako tajemnica poliszynela – temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które mają swoją kolej po wyborach do europarlamentu, ale przecież nie muszą. Mogą być już wiosną 2019 roku, gdy Komisja Europejska za sprawą wyroku TSUE jeszcze nie wdroży sankcji.

Już raz Kaczyński na przyspieszeniu wyborów przewiózł się w 2007 roku. Dzisiaj jednak jeszcze Tuska w Polsce nie ma, 2,5 letnia kadencja w Brukseli kończy mu się na jesieni 2019 roku.

Tusk ma świadomość, że Kaczyński coś szykuje, dlatego usłyszeliśmy w Łodzi podczas Igrzysk Wolności tak zdecydowane jego słowa o sytuacji w Polsce i demonstracyjną solidarność z Grzegorzem Schetyną w sprawie jednoczenia opozycji. Ciągle do odwrócenia jest fatalna sytuacja Polski na zewnątrz, której losy się ważą, czy pozostanie liczącym się graczem na Zachodzie, czy zostanie wepchnięta przez PiS w łapy Kremla.