Duda (28.09.2015)

 

„Świecka szkoła” zebrała 100 tys. podpisów

ar, 29.09.2015

Kraków, 8 września 2015. Akcja zbierania podpisów zorganizowana przez inicjatywę obywatelską

Kraków, 8 września 2015. Akcja zbierania podpisów zorganizowana przez inicjatywę obywatelską „Świecka szkoła” (fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

Podpisy zbierane były przez wolontariuszy na ulicach największych polskich miast, listy z podpisami przesyłane były również listami z miejscowości w całym kraju. 5 października zostaną złożone w kancelarii Sejmu.

„Świecka szkoła” jest oddolną, obywatelską akcją. Jej aktywiści chcą, by wynagrodzenia katechetów finansowały związki wyznaniowe lub rodzice (to niemal 1,4 mld zł rocznie).

Inicjator „Świeckiej szkoły”, redaktor naczelny pisma „Liberté!” Leszek Jażdżewski, był pewien sukcesu akcji. Już tydzień temu mówił „Wyborczej”: – Prawdopodobnie już te 100 tys. mamy, ale podpisy spływają do nas pocztą, każdego dnia ponad tysiąc. Mamy czas na ich zebranie do 30 września, więc jestem spokojny. W najszybszym możliwym terminie będziemy chcieli je złożyć u pani marszałek. Od tego momentu Sejm będzie miał dwa tygodnie na zweryfikowanie naszych list i przeliczenie podpisów, a później kolejne dwa tygodnie na wpisanie projektu obywatelskiego do harmonogramu posiedzeń.

– Skoro Kościół bierze wyłączną odpowiedzialność za treść katechezy w szkole, decyduje, kto naucza religii, to Kościół powinien wziąć odpowiedzialność za jej finansowanie – wyjaśniał Jażdżewski.

Aktywiści „Świeckiej szkoły” podkreślają, że nie są przeciwnikami kościołów, religii czy katechezy. – Uważamy jednak, że sprawy wiary i jej demonstrowania zgodnie z konstytucją powinny pozostać w sferze prywatnych decyzji, nie powinny być częścią systemu szkolnego i wysiłku finansowego podatników – zaznaczają.

Inicjatywę poparli m.in. prezydent Słupska Robert Biedroń, były bokserski mistrz świata Dariusz Michalczewski, profesorowie: Magdalena Płatek, Jerzy Vetulani, Magdalena Środa, dziennikarka Eliza Michalik, a także Kazimiera Szczuka, Ryszard Kalisz, Janusz Palikot, Wanda Nowicka, Barbara Nowacka, Jan Hartman, Kamil Sipowicz, Dorota Warakomska, Maciej Nowak, Manuela Gretkowska, Tomasz Piątek i wielu innych.

Zobacz także

obywatelskaAkcja

wyborcza.pl

Passent: Zgadzam się z Ziobrą. Platforma to nieudacznicy. Zachowali się jak partacze

klep, 28.09.2015

Daniel Passent/ Zbigniew Ziobro

Daniel Passent/ Zbigniew Ziobro (Fot. AG)

Platforma to nieudacznicy, a Ewa Kopacz i Radosław Sikorski to partacze – stwierdził Daniel Passent w serwisie Polityka.pl. Publicysta niezwykle ostro zareagował na to, że politycy PO nie zdołali postawić Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Jednocześnie publicysta podkreśla, że unikanie spotkania prezydenta i premier jest „działaniem szkodliwym dla kraju”.

 

„Niestety, zgadzam się ze Zbigniewem Ziobrą, że Platforma Obywatelska to nieudacznicy” – pisze Daniel Passent na blogu w serwisie Polityka.pl. Publicysta niezwykle ostro krytykuje polityków partii rządzącej, którzy nie zdołali przeforsować w Sejmie własnego wniosku o postawienie Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. W głosowaniu nie wzięli udziału m.in. Ewa Kopacz, Andrzej Biernat, Radosław Sikorski czy Janusz Piechociński z PSL. Według Passenta ci, którzy nie „stanęli na głowie, by głosować, zachowali się jak partacze”.

Rząd sobie, pałac sobie

Dalej publicysta niepochlebnie ocenia przepychanki wokół spotkań prezydenta z ministrami, a przede wszystkim fakt, że głowa państwa do dziś nie rozmawiała z premier. Passent pyta, czy kryzys uchodźczy, sesja ONZ, dyplomatyczna ofensywa Putina i „bezczelność” rosyjskiego ambasadora nie zasługują na przedyskutowanie w gronie najważniejszych osób w państwie.

 

A to nie wszystko. Passent dziwi się, że Pałac Prezydencki ustami Krzysztofa Szczerskiego podważał decyzję rządu ws. uchodźców. Zdaniem prezydenckiego doradcy można ją było co najmniej odwlec w czasie. Publicysta sugeruje, że konsultacje Kopacz i Dudy pozwoliłyby na uniknięcie podobnych zgrzytów na arenie międzynarodowej.

Troska o Polskę czy troska o wybory

Passent podkreśla, że w geopolitycznej układance, wobec kryzysu w Syrii, Rosja zaczyna zyskiwać i niedługo może to wykorzystywać w konflikcie na Ukrainie. I na to powinniśmy być przygotowani, o tym polskie władze powinny myśleć i rozmawiać. A tak się nie dzieje, co publicysta uznaje za „działanie szkodliwe dla kraju”.

„Gdyby najważniejsza była troska o Polskę, a nie o wynik wyborów, to szef państwa i szefowa rządu powinni rozmawiać” – kwituje Passent.

Więcej na stronach serwisu Polityka.pl >>>

Zobacz także

passentOstro

TOK FM

NASA ogłasza „ważne odkrycie” na Marsie. Po powierzchni planety płynie słona woda!

Tomasz Ulanowski, Michał Rolecki, 28.09.2015

Mars, to właśnie tutaj sonda Curiosity podczas jednego z eksperymentów odkryła w próbkach marsjańskiej gleby kwasy tłuszczowe. Naukowcy są podekscytowani - związki te są obecne w błonach komórkowych organizmów żywych.

Mars, to właśnie tutaj sonda Curiosity podczas jednego z eksperymentów odkryła w próbkach marsjańskiej gleby kwasy tłuszczowe. Naukowcy są podekscytowani – związki te są obecne w błonach komórkowych organizmów żywych. (NASA)

Naukowcy wykryli ją dzięki zdjęciom sondy Mars Reconnaissance Orbiter. Woda spływa po zboczach Czerwonej Planety sezonowo. Kiedy robi się na tyle ciepło, że topnieje słony lód ukryty pod rdzawym pyłem.

Od kilku dni NASA zapowiadała ogłoszenie „ważnego odkrycia”, a dziennikarze spekulowali, o co może chodzić. Teraz już jesteśmy pewni.Smaku odkryciu dodaje to, że jego głównym autorem jest… doktorant z Politechniki Stanu Georgia w USA Lujendra Ojha. Ten młody człowiek przejdzie więc do historii jako ten, który znalazł dowody na istnienie ciekłej wody na Marsie.

Za chwilę rozpocznie się wielka konferencja prasowa, na której NASA ma przedstawić więcej szczegółów. Wśród ważniaków z Agencji zasiądzie młody Luju, jak nazywają go znajomi.

Jak to w ogóle możliwe, by na mroźnej Czerwonej Planecie, gdzie jest bardzo rozrzedzona atmosfera, pojawiała się woda? Na Marsie temperatura waha się od minus 140 st. C. do nawet ok. 30 st. C. na plusie. Jak wyjaśniają uczeni w artykule, który dosłownie przed chwilą ukazał się w internetowym wydaniu tygodnika „Nature Geoscience”, słona woda pojawia się na zboczach gór, kiedy temperatura na Czerwonej Planecie wzrasta do zakresu od minus 23 st. do plus 27 st. C. A więc nawet mocno mroźna dla nas pogoda okazuje się na tyle ciepła, żeby przy bardzo niskim ciśnieniu atmosfery (sto razy niższym niż na Ziemi) solanka zalegająca płytko pod powierzchnią Marsa zmieniła stan skupienia ze stałego na ciekły.

Woda na Marsie to temat rzeka. Nie dalej jak w marcu naukowcy pisali w „Science”, że jeszcze 4,3 mld lat temu na czerwonej dziś planecie było tyle wody, że mogłaby pokryć całą jej powierzchnię oceanem o średniej głębokości 137 m – zamiast tego wypełniała jednak północną depresję Marsa, tworząc w niej Ocean Arktyczny. Badacze sądzą, że większość marsjańskiego oceanu uciekła w kosmos razem z atmosferą – najpopularniejsza hipoteza głosi, że ponieważ Marsa nie chroni globalne pole magnetyczne jak Ziemi, jej atmosfera została wywiana przez wiatr słoneczny, a błękitna niegdyś planeta powoli zmieniła się w czerwoną pustynię.

Ślady, wszędzie ślady (wody)

Ogromnej wiedzy o Marsie dostarcza nam cała flota krążących wokół niej satelitów – amerykańskich i europejskich. Już wiele lat temu pokazały one zlewnie pradawnych rzek oraz… pojawiające się co jakiś czas ślady wyglądające jak górskie strumienie. Naukowcy zachodzili w głowę, co je tworzyło. Dyskutowano, że może to być gruz toczący się po zboczach albo rozmarzająca co jakiś czas woda – wiadomo bowiem, że płytko pod powierzchnią Marsa zalega wieczna zmarzlina i lód (resztki oceanu, którym udało się na nim pozostać).

Teraz badacze skorzystali z dokładnych zdjęć powierzchni planety wykonanych przez sondę Mars Reconnaissance Orbiter (koszt misji pracującej już od 10 lat to ledwie 720 mln dol.). Górskie strumienie, które na nich dostrzegli, mają zwykle mniej niż pięć metrów szerokości. Kiedy uczeni zbadali je za pomocą spektrometru znajdującego się na pokładzie satelity MRO, wykryli w nich obecność soli. Jednocześnie nie znaleźli jej śladów poza strumieniami. Uważają więc, że koryta strumieni zostały wyrzeźbione przez spływającą sezonowo po zboczach solankę.

Na razie ciągle brak odpowiedzi na pytanie, co dzieje się z wodą, która płynie tymi korytami. Prawdopodobnie zanim zdąży zamarznąć, wyparowuje. Ale czy potem ucieka w kosmos, czy w jakiś sposób – np. resublimując – trafia z powrotem do marsjańskiego gruntu?

Nadchloran wapnia jak sól drogowa

Woda w stanie ciekłym w zasadzie nie powinna występować na Marsie. Przy tak niskim ciśnieniu, jakie panuje na jego powierzchni – ponadstukrotnie niższym niż na Ziemi – woda przechodzi bezpośrednio ze stanu stałego w gazowy i odwrotnie.

Jednak pośrednie dowody na istnienie wody w stanie ciekłym naukowcy znaleźli już wcześniej, o czym donosili również w „Nature Geoscience” w kwietniu tego roku.

Za istnienie ciekłej wody odpowiada występujący na Czerwonej Planecie minerał – nadchloran wapnia. Jest higroskopijny, czyli pochłania parę wodną. Gdy pochłonie jej wystarczająco dużo, zaczyna się w pochłoniętej wilgoci rozpływać. W ten sposób tworzy się roztwór nadchloranu wapnia w wodzie. Podobnie jak zwykła sól, nadchloran wapnia obniża temperaturę krzepnięcia wody, więc taki roztwór nie zamarza.

Po wschodzie słońca woda z roztworu paruje, a cały cykl powtarza się znowu, gdy na Marsie zapada noc. Jest więc to cykl wodny, podobny do tego na Ziemi – z tym wyjątkiem, że na Ziemi woda paruje i opada w postaci deszczu, zaś w marsjańskich warunkach jest pochłaniana przez higroskopijny minerał i dzięki niemu krąży w glebie.

Zobacz także

przełomoweOdkrycie

wyborcza.pl

Cezary Michalski

Cezary Michalski

Publicysta Newsweeka
Więcej artykułów »

Prezydent RP odwiedza „ojca chrzestnego”

28-09-2015

ZOBACZ ZDJĘCIA »szablon 4-3

Nocna wizyta Andrzeja Dudy u Jarosława Kaczyńskiego to przedsmak nieformalnej władzy w państwie PiS.  źródło: PAP

Nocna wizyta Andrzeja Dudy u Jarosława Kaczyńskiego to przedsmak władzy w państwie PiS.

Zagłuszanie przez polityków PiS politycznego skandalu, jakim były potajemne nocne odwiedziny Prezydenta RP Andrzeja Dudy u Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego jest zrozumiałe. Jedni zagłuszali, bo faktycznie nie rozumieją, o co ten hałas. Przecież Duda jest z PiS-u tak jak Kwaśniewski był z lewicy czy Komorowski z PO. W dodatku „poczciwcy” tacy jak Elżbieta Witek, Stanisław Karczewski, Marcin Mastalerek czy Jacek Sasin wiedzą, że Duda został wymyślony przez Kaczyńskiego w nieporównanie większym stopniu, niż jakikolwiek wcześniejszy prezydent przez jakiegokolwiek politycznego mentora. Są tylko zbyt naiwni, żeby ukrywać tę swoją wiedzę przed światem. Sądzą zresztą, że jest ona zbyt oczywista, by można ją było ukryć.

Jak w Ojcu Chrzestnym

Inni – jak np. Jarosław Gowin, nieporównanie od PiS-owskich „poczciwców” inteligentniejszy – zagłuszają ten skandal, bo wiedzą, że pełna pokory nocna wizyta Prezydenta w jednym z licznych nieformalnych gabinetów i miejsc pracy Prezesa „na mieście” odsłania najbardziej skrywaną tajemnicę Kaczyńskiego i PiS-u. Tą tajemnicą jest absolutne odrzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego formalnych reguł funkcjonowania demokracji, nawet tak młodej i czasami kulawej jak polska.

Ta nocna wizyta Prezydenta RP u Prezesa PiS jest najlepszą ilustracją prawdziwego wyobrażenia Jarosława Kaczyńskiego na temat państwa, na temat hierarchii władzy w tym państwie. Jest to wyobrażenie władzy całkowicie nieformalnej, niekrępowanej przez żadne reguły czy ograniczenia prawne. Ta nocna wizyta  najbardziej przypomina sceny z „Ojca chrzestnego” Francisa Forda Coppoli. Kolejni przedstawiciele „rodziny” – w polityce, w bankach, w wymiarze sprawiedliwości, w mediach… bez względu na pełnione przez siebie publiczne funkcje wiedzą, że za fasadą jest faktyczna hierarchia władzy „w rodzinie”. Uznają tę prawdziwą hierarchię i wchodzą kolejno do gabinetu „ojca chrzestnego”, żeby pocałować go w rękę, przyjąć namaszczenie i błogosławieństwo.

Prezydent Duda zajeżdża pod dom Jarosława Kaczyńskiego.

„Fakt”
Prezydent Duda zajeżdża pod dom Jarosława Kaczyńskiego.

Kaczyński nie może odwiedzać Dudy w pałacu prezydenckim, jakby był tylko jednym z politycznych liderów, jednym z politycznych petentów. Nie chodzi wcale o konieczność ukrycia przed opinią publiczną zupełnie zrozumiałych kontaktów pomiędzy liderem partii politycznej, a prezydentem, którego ta partia poparła (oficjalne odwiedziny Jarosława Kaczyńskiego w pałacu prezydenckim byłyby mniej dwuznaczne, niż odwiedzanie lidera partii przez prezydenta „na mieście”, pod osłoną nocy). Miller odwiedzał Kwaśniewskiego w Pałacu. Tusk odwiedzał w Pałacu Komorowskiego. Wałęsę odwiedzali w Pałacu (jeśli tylko ich wpuścił) wszyscy kolejni premierzy, którym w rządzeniu pomagał albo przeszkadzał. Media często szukały drugiego i trzeciego politycznego dna takich wizyt, ale nikt nie widział w nich niczego dziwnego, nadzwyczajnego czy godnego potępienia.

Jednak dla Kaczyńskiego Andrzej Duda jako prezydent jest tylko jednym z narzędzi, nie zasługującym na traktowanie zgodne z formalnościami przysługującymi głowie państwa. To odwracałoby hierarchię pomiędzy nieformalnym „Komendantem”, a wszystkimi innymi politykami w państwie, nawet pełniącymi w tym państwie najwyższe funkcje konstytucyjne.

Marcinkiewicz u Prezesa

W IV RP (lata 2006-2007) od „pocałowania ręki Prezesa”, od jego „błogosławieństwa” (zazwyczaj w siedzibie kierownictwa PiS na Nowogrodzkiej) zaczynali dzień premier Marcinkiewicz (kiedy wizyty u „ojca chrzestnego” stały się rzadsze, oznaczało to koniec Marcinkiewicza), a także Marek Jurek (jako Marszałek Sejmu, czyli druga osoba w państwie po Prezydencie). Ministrowie i szefowie służb przechodzili ten sam rytuał „odwiedzin na Nowogrodzkiej”, kiedy Kaczyński nie był jeszcze premierem. Jedynie Prezydent był wówczas wyjęty spod tej reguły, ale wyłącznie dlatego, że był bratem bliźniakiem Prezesa. I to tym wrażliwszym psychicznie, którego należało publicznie osłaniać, a nie poniżać. Kiedy jednak każde inne „ludzkie narzędzie” przestawało „służyć”, było przez Kaczyńskiego traktowane z jawną i publicznie okazywaną pogardą. Jurek dowiedział się od Kaczyńskiego – i to w taki sposób, żeby ta opinia do Polaków dotarła – że „jest idiotą albo agentem”. Na temat Marcinkiewicza Kaczyński wypowiadał się jeszcze bardziej pogardliwie, a ministrowie, którzy go zawiedli, stawali się „agentami śpiochami”. Andrzej Duda nie jest wyjęty spod tej żelaznej reguły poniżania przez „wodza” i „ojca chrzestnego” wszystkich jego ludzkich i instytucjonalnych narzędzi. Mimo że jest Prezydentem RP, nie jest bratem.

Czytaj też: W najnowszym „Newsweeku”: Dlaczego ojciec nie akceptował Jarosława Kaczyńskiego? [WIDEO]

Andrzej Duda oraz prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas konwencji wyborczej w Warszawie.

PAP/Jakub Kamiński, PAP
Andrzej Duda oraz prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas konwencji wyborczej w Warszawie.

 

Kaczyński i państwo

Ale wcale nie o osoby tu chodzi. I nie tylko o polityków PiS, w oczywisty sposób zależnych od Kaczyńskiego, nawet gdy zajmują najwyższe stanowiska w państwie. Chodzi o instytucje i procedury liberalnej demokracji z Polsce. Chodzi o państwo i prawo. Formalna niezależność sądów, prokuratury, banku centralnego i w ogóle wszystkich instytucji państwa od osobistej woli Kaczyńskiego jest przez niego traktowana jako podstawowa przeszkoda w skutecznym rządzeniu państwem. Jako źródło „imposybilizmu”. Jako wytłumaczenie faktu, że polityczne intencje stojącego ponad instytucjami i prawem nieformalnego „Komendanta” („czynienie dobra” i „walka ze złem”, jak się ostatnio dowiedzieliśmy z przemówienia Jarosława Kaczyńskiego w Poznaniu), nie mogły być do tej pory zrealizowane w sposób dla wszystkich Polaków widoczny i oczywisty.

Kaczyński nie szanuje prawnego i instytucjonalnego ładu III RP, bo nie umie się nim posługiwać nawet, kiedy miewa totalną kontrolę nad wszystkimi instytucjami polskiej polityki (np. w latach 2006-2007, kiedy kontrolował prezydenturę, rząd, Sejm, Senat, prokuraturę, służby specjalne, media publiczne). Ale zawsze jest mu za mało, zawsze czuje się ograniczony – przez niezawisłość sądów, przez niezależność mediów prywatnych, przez zagwarantowane w Konstytucji prawo do społecznych protestów, przez uprawnienia władzy samorządowej. On przecież nawet reformy samorządowe uważał za niszczenie polskiego państwa, gdyż jego wyobrażenie władzy jest anachroniczne: jeśli „Komendant” w Warszawie nie ma uprawnień do wybierania miejsca na szpital, szkołę czy dworzec, jeśli nie może osobiście przestawiać malutkich modeli budynków czy dróg z jeziora do lasu i z powrotem (jak grany przez Jerzego Dobrowolskiego „wieczny Dyrektor” z filmu Barei „Poszukiwany, poszukiwana”), jeśli ta „prawdziwa władza” zostaje scedowana na wybieranych przez obywateli prezydentów miast, władze gmin, powiatów czy sejmiki wojewódzkie, oznacza to, że „rząd traci władzę”, a „państwo ulega destrukcji”.

Jacek Turczyk/Marcin Obara , PAP

Polski problem?

Ryzyko jest takie, że sposób myślenia Kaczyńskiego nie jest odosobniony. Polska nie ma długiej tradycji demokratycznej i liberalnej. Straciliśmy własne państwo jeszcze przed epoką nowoczesnych demokracji i przed epoką liberalizmu. W okresie międzywojennym, kiedy to państwo na krótko odzyskaliśmy, demokracja – w powszechnym przekonaniu – „nam się nie udała”. Dlatego spora część polskiego społeczeństwa zaakceptowała dyktaturę, zarówno opromienioną charyzmą Piłsudskiego, jak też w wersji jego następców, zupełnie pozbawionych charyzmy.

To zresztą nie jest problem wyłącznie polski. Na całym świecie, w całej naszej politycznej historii, ludzie akceptują politycznych liderów łamiących prawne ograniczenia, dają im przyzwolenie na działanie w sytuacji „stanu wyjątkowego” wówczas, kiedy dochodzą do wniosku, że państwo prawa stało się bezsilne, nie gwarantuje bezpieczeństwa, dobrobytu, poczucia godności. Obywateli w ręce tyrana zawsze popycha lęk, czasem przez tego tyrana świadomie wzmagany.

Ograniczeniom prawnym podlega zarówno Unia Europejska, jak też polskie państwo, jakie powstało po roku 1989, czyli III RP. Te prawne ograniczenia sprawiają, że instytucje liberalne czasem działają nie dość zdecydowanie, czasem spóźniają się z reakcją na kryzys, ale ostatecznie są dla obywateli opłacalne, bo chronią ich prawa, wolność i własność przed arbitralnością polityków, szczególnie tych kierowanych najlepszymi intencjami. Cała działalność polityczna Jarosława Kaczyńskiego w ciągu ostatnich lat zmierzała do wytworzenia w umysłach wyborców PiS, wyborców prawicy, w umysłach jak największej części polskiego społeczeństwa przekonania, że Unia Europejska i III RP nie są zdolne – właśnie z powodu prawnych ograniczeń, w jakich funkcjonują – zapewnić Polakom ani bezpieczeństwa, ani dobrobytu, ani godności (teza o konieczności „podniesienia Polski z kolan”). Jeśli uda się zaszczepić takie przekonanie większości Polaków, jeśli uda się większość Polaków przestraszyć, wówczas damy przyzwolenie na obalenie ładu prawnego, który ogranicza wolę „dobrego przywódcy”. Wówczas do pocałowania ręki „ojca chrzestnego”, aby dostać błogosławieństwo nieformalnego „Komendanta”, będą chodzić do jego gabinetu nie tylko PiS-owski Prezydent i Premier, nie tylko PiS-owski Marszałek Sejmu czy Prokurator Generalny, nie tylko szefowie służb specjalnych, szefowie mediów publicznych czy Prezes banku centralnego. To już się działo w latach 2006-2007, ale nawet wówczas Kaczyński twierdził, że jest ograniczany przez „układ”, przez „imposybilizm” liberalnego państwa prawa.

Dopiero kiedy do pocałowania ręki „ojca chrzestnego” będą się musieli ustawić także sędziowie, także dziennikarze prywatnych mediów, także polscy biznesmeni (bo od tego będzie zależało, czy zostaną uznani za „biznes patriotyczny” czy za „oligarchów” i „resortowe dzieci”), Jarosław Kaczyński być może uzna, że jego woli nie ogranicza już żaden „imposybilizm”.
Czy jednak nie będzie wtedy za późno na sprawdzenie, czy Polacy oddali ogromną władzę charyzmatycznemu przywódcy pełnemu dobrej woli i genialnych pomysłów, czy też oddali władzę absolutną sfrustrowanemu, peryferyjnemu tyraniątku? Jednemu z wielu podobnych w historii Europy i Świata, którzy nawet mając już władzę absolutną wciąż nie umieli rządzić, o czym najboleśniej miały się przekonać ich własne narody.

Zobacz też: Co w kampanii wyborczej obiecywał Andrzej Duda?

newsweek.pl

 

Ojciec braci Kaczyńskich bał się, że oddadzą go do hospicjum

28-09-2015

szablon 4-3

Rodzina Kaczyńskich  /  fot. Radek Pietruszka  /  źródło: PAP

– Na wspomnieniowej herbacie po pogrzebie jedna z koleżanek zagadnęła pana Jarosława o tatę – opowiada znajoma ojca braci Kaczyńskich. – Miło, ale bezpośrednio. Pan Jarosław ofuknął ją, bardzo nieprzyjemnie na nią naskoczył.

„Newsweek” publikuje drugi fragment książki „Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego” Michała Krzymowskiegio:

„1 sierpnia 2004 roku. Kaczyński senior po raz ostatni w życiu przyjeżdża na Powązki, żeby wziąć udział w uroczystościach powstańczych (…). Jest już bardzo słaby. Pod bramę cmentarza podwozi go auto z kierowcą, dalej idzie sam. Gdy doczłapie do pomnika Gloria Victis, zachwieje się i mało nie upadnie.

Czytaj także: W najnowszym „Newsweeku”: Dlaczego ojciec nie akceptował Jarosława Kaczyńskiego? [WIDEO]

1:05 / 4:24

– Żaden z synów go nie podtrzymywał, nie było przy nim nikogo – wspomina Hanna Stadnik (służyła w powstańczym pułku „Baszta” z ojcem braci – red.). – Był w takim stanie, że nie miał siły wyjść z Powązek. Poprosiłam o meleks, ale nawet do niego ledwo doszedł (…).
– W ostatnich latach życia – opowiada Danuta Jeżewska (znali się z Kresów, oboje wychowywali się w Baranowiczach – red.) – Rajmund dużo czasu spędzał u naszej wspólnej przyjaciółki Alusi. Przyjeżdżał taksówką, od progu ogłaszał, że jest głodny, i pytał, czy może coś zjeść. Po obiedzie rozsiadał się w fotelu, zapalał papierosa, drzemał.
– Miała z nim pani kontakt aż do jego śmierci?
– Tak. Któregoś dnia Rajmund zadzwonił ze szpitala i poprosił Alusię, żeby przywiozła mu komplet męskich ubrań po nieżyjącym mężu. Garnitur, czystą koszulę.
– Po co?
– Alusia też o to spytała. Powiedział, że chce się wypisać na własną prośbę, bo się boi, że oddadzą go do hospicjum.
– Kto?
– Bliscy.
– Przyniosły mu panie te ubrania?
– Nie, przecież lekarze i tak nie wpuściliby Alusi do szpitala.

Pan Rajmund nie trafił do hospicjum, po wyjściu ze szpitala wrócił prosto na Żoliborz. Jeżewska zdążyła jeszcze zadzwonić do niego do domu. Odebrał Jarosław. Powiedział, że tata czuje się źle i chyba nie podejdzie, ale pan Rajmund to usłyszał i przyjął telefon.

Powiedział, że chce się wypisać na własną prośbę, bo się boi, że oddadzą go do hospicjum.

– To była pani ostatnia rozmowa z ojcem braci?
– Tak, chociaż trudno to nazwać rozmową. Bardzo się skarżył.
– Na co?
– Że nie dają mu w spokoju odejść.

Dwa dni później Rajmund Kaczyński umiera. Jest 17 kwietnia 2005 roku. Bracia za pół roku mają wygrać podwójne wybory i objąć pełnię władzy w Polsce. Na razie są w trakcie kampanii, na którą rodzinny dramat właściwie nie wpływa. W dniu odejścia taty Jarosław gości w porannej audycji Radia Zet. A nazajutrz na wywiad radiowy przychodzi Lech – ma na sobie zwyczajny, nieżałobny strój. Żaden z nich nie wspomina o śmierci ojca. Prasa jej nie odnotowuje, partyjni współpracownicy – też nie. Jeden z nich po latach skonstatuje: – Gdy mama się zaziębiała, Jarosław mówił o tym wszystkim jeszcze tego samego dnia. O śmierci taty dowiedziałem się przypadkiem, z kilkutygodniowym opóźnieniem (…).

Pogrzeb jest cichy – nie zawiadomiono o nim mediów, w głównych gazetach nie było nekrologów zamówionych przez rodzinę – ale godny. Tata braci zostaje pochowany jako żołnierz (…).

– Na pogrzeb przyszło mnóstwo przyjaciół Rajmunda – wspomina Stadnik. – Z samej „Baszty” było 30 osób. Z rodziny nikt nie zabrał głosu, ale na szczęście jeden z kolegów wygłosił ładną mowę pogrzebową. Po dwóch dniach dostałam telefon od pani Jadwigi, która poprosiła mnie o powiadomienie ludzi z pułku o mszy świętej w kaplicy Muzeum Powstania Warszawskiego w intencji Rajmunda i wspomnieniowej herbacie. Stawiło się 20 osób. W roli gospodyni występowała tam synowa Rajmunda, pani Maria.
– Jarosława Kaczyńskiego i pani Jadwigi nie było?
– Byli, ale czułam od nich chłód. Jedna z koleżanek zagadnęła pana Jarosława o tatę. Miło, ale bezpośrednio. Wie pan, my, ludzie z Powstania, jesteśmy już starzy, i dzieci naszych przyjaciół traktujemy jak własne. Pan Jarosław ofuknął ją, bardzo nieprzyjemnie na nią naskoczył.”

 

newsweek.pl

decydującaPorażka

28.09.2015

Decydująca porażka Kaczyńskiego.
To od niej wszystko się zaczęło. Kulisy ujawnia Michał Krzymowski
Od wyborów parlamentarnych w 2007 r. rozpoczęła się seria wyborczych porażek PiS. W książce „Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego” czytamy, że u podstaw złej passy polityka leży jego debata z Donaldem Tuskiem. Doszło do niej 12 października 2007 r.

Jarosław KaczyńskiJarosław Kaczyński (

)

Autor książki Michał Krzymowski, który na co dzień jest dziennikarzem „Newsweeka”, szczegółowo opisuje przygotowania i sam dzień debaty. „Plan zakładał, że Jarosław odmówi spotkania z liderem Platformy i poprzestanie na pojedynku z Aleksandrem Kwaśniewskim. Były prezydent niespodziewanie zgodził się na starcie z Tuskiem i tym samym postawił prezesa przed trudnym wyborem. Unikać debaty to narazić się na zarzut tchórzostwa. Zgodzić się to zaryzykować porażkę. Ostatecznie zdecydował się na to drugie. Ostatecznie zdecydował się na to drugie.” – czytamy w książce. „Jeżeli Donald Tusk wysyła mi te dwa miecze, to nie odmówię. Niech ta wojna będzie także wojną bezpośrednią” – miał wówczas powiedzieć Jarosław Kaczyński. Jego doradcy obawiali się jednak porażki.

#dziejesienazywo. Do wyborów czeka nas polityczne przeciąganie liny?

Podobne nastroje panowały w obozie Tuska. – Nikt z nas nie mówił tego głośno, ale wszyscy czuliśmy, że Kaczyński posprząta Donalda – mówi polityk PO. Szefa PO do debaty przygotowywał ekspert ds. PR i zarządzania kryzysowego Adam Łaszyn, który w czasie treningów wcielał się w Jarosława Kaczyńskiego. Były już polityk PO Sławomir Nowak przygotowywał możliwe pytania i odpowiedzi, a – jak pisze Krzymowski – Grzegorz Schetyna i Mirosław Drzewiecki dbali o dobre samopoczucie Tuska. Piotr Targiński, były model i współpracownik PO, miał zadbać o strój oraz masaże, ponieważ Tusk od lat cierpi zmagał się z bólami kręgosłupa, które nasilał stres.

Prezesa PiS przygotowywali przede wszystkim Adam Bielan i Michał Kamiński. – Szef od początku zachowywał się dziwnie. Zgodził się na tę debatę, ale widać było, że jej nie chce. Perspektywa spotkania z Tuskiem źle go nastrajała, jakby się jej bał. Nakłaniany do przygotowań wyglądał jak człowiek, któremu ktoś wykręca rękę – mówi w książce S., który także uczestniczył w treningach. Dodatkowo utrudniał je napięty grafik prezesa PiS, który objeżdżał właśnie regiony. Do tego doszło silne przeziębienie.

W rolę Tuska w czasie przygotowań wcielał się Michał Kamiński. W pewnym momencie Kaczyński użył przysłowia „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Sztabowcy przekonali go, by nie używał takich powiedzeń w debacie. Kamiński przewidział m.in. pytanie Tuska o brak prawa jazdy i prezes PiS dobrze na nie zareagował. „Słyszałem, że pan świetnie prowadzi. Dlatego proponuję, żeby Przez najbliższe cztery lata jeździł pan ze mną jako kierowca” – odpowiedział szefowi PO.

Przed debatą Jarosław Kaczyński dostał kartki pomocnicze w trzech kolorach. Na żółtej – pytania do Tuska, na niebieskiej – ceny podstawowych produktów, na zielonej – nazwiska polskiej reprezentacji piłkarzy.

„Porażka będzie wyraźna. Jarosław jest rozkojarzony, nie reaguje na zaczepkę o prawo jazdy, myli ceny produktów i miesza własne pytania. I powtarza przysłowie i Kozaku i Tatarzynie. Jedyne założenie planu, jakie realizuje, to pytanie do Tuska jak się do niego zwracać: Donaldku, Donaldusiu” – pisze Krzymowski w książce.

Nie pomogły okrzyki z publiczności. Widownia zaproszona przez PO krzyczała: „Dziadu” i „Do Samoobrony”. Po debacie Kamiński był tak zły, że walił pięściami w ścianę. Na Nowogrodzkiej prezes miał tylko zapytać: „Aż tak źle było?”. Tak rozpoczęła się seria wyborczych porażek PiS i – według autora książki o Kaczyńskim – jego nienawiść do Donalda Tuska.

Zobacz też: Tusk: nie można być bezdusznym

 

Ostatnie dni Witkacego

Igor Rakowski-Kłos, 28.09.2015

Witkacy sfotografowany między 1937 a 1939 r. W 1988 r. na mocy polsko-radzieckiej umowy dokonano ekshumacji domniemanych szczątków Witkiewicza i przewieziono je na cmentarz w Zakopanem. Położono pamiątkowy nagrobek. Sześć lat później szczątki poddano oględzinom i okazało się, że szkielet należał do kobiety w wieku 25-30 lat. Dokładne miejsce pochówku Witkacego pozostaje nieznane.

Witkacy sfotografowany między 1937 a 1939 r. W 1988 r. na mocy polsko-radzieckiej umowy dokonano ekshumacji domniemanych szczątków Witkiewicza i przewieziono je na cmentarz w Zakopanem. Położono pamiątkowy nagrobek. Sześć lat później… (Reprodukcja z książki Anny Micińskiej „Witkacy. Życie i twórczość”)

We wrześniu 1939 r. Stanisław Ignacy Witkiewicz wiele dni uciekał na wschód przez pogrążoną w wojennym chaosie Polskę, by w oddalonej od frontu wsi na Polesiu dowiedzieć się o wkroczeniu Sowietów. Wieść ta go zdruzgotała.

Druga połowa lat 30. była dla Witkiewicza jednym z najtrudniejszych okresów w życiu – rozgoryczony brakiem zrozumienia i zainteresowania trzymał w szufladach wiele niewystawionych sztuk. Nie mógł znaleźć wydawcy dla ostatniego dzieła, „Niemytych dusz”, w którym analizował społeczeństwo polskie. Utrzymywał się z malowania portretów, pomogło mu państwowe stypendium, ale kiedy izba skarbowa upomniała się o zaległe podatki, nie był w stanie ich zapłacić i zostało skonfiskowane nawet honorarium za autoportret sprzedany Muzeum Górnośląskiemu. Do tego dochodziły dolegliwości wątroby i nerek, artretyzm w stawach nóg i lęk przestrzeni, przez który zrezygnował z wycieczek w Tatry. Niedługo przed wojną stracił ostatnie zęby (Strasznie jest nie mieć nic z przodu – pisał do żony Jadwigi).

Zła sytuacja materialna i zdrowotna nakładała się na komplikacje uczuciowe. Jego małżeństwo, bezdzietne, od wielu było tylko związkiem przyjaciół – żona mieszkała w stolicy, on w Zakopanem, a najważniejszą miłością pozostawała Czesława Oknińska-Korzeniowska, młodsza o 17 lat pracownica Pocztowej Kasy Oszczędności. Janina Klimaczewska, jej siostra, wspominała: Była zgrabna, szczupła, malutka, ważyła niewiele ponad 40 kilogramów, nosiła prawie że dziecinne buty, bo tylko trójkę. Opowiadała, że wielki i potężny Stasiek stawiał ją sobie często w towarzystwie na rękach i nosił. Miała przepiękne nogi, chodziła zawsze na obcasach, poruszała się z wdziękiem i gracją. Blond włosy krótko ostrzyżone na pazia, jasną cerę, delikatne rysy.

Przez romans z Witkacym Korzeniowską opuścił mąż, a i część przyjaciół artysty, dochowując lojalności Jadwidze Witkiewiczowej, nie uznawała towarzystwa jego kochanki. I bez tego los pary nie był łatwy: on ją zdradzał, ona odchodziła, on ją błagał o powrót, ona mu wybaczała. 54-letniego w 1939 r. Witkiewicza „gniotły glątwy”, czyli stany depresyjne, które odbijały się na całym otoczeniu. Do pogarszania się nastroju przyczyniała się też coraz gorsza sytuacja międzynarodowa.

Ostatnie miesiące Józefa Piłsudskiego

Zbliża się zagłada Europy

Witkacy od 1937 r. wieszczył rychły wybuch wojny i nawet radził przyjaciołom robić zapasy mąki, a w marcu 1939 r., tuż przed ostatecznym rozbiorem Czechosłowacji przez Hitlera, pisał do niemieckiego filozofa Hansa Corneliusa:Katastrofa świata przybliża się coraz bardziej. Czy się po niej jeszcze odnajdziemy – jest wątpliwe. Pisał też o swoich problemach osobistych: Żyję w półcieniu między śmiercią a życiem i myślę, że skłonię się ku pierwszemu rozstrzygnięciu. Cóż bowiem innego mam w życiu przed sobą poza starością, udręką, chorobą, nędzą itd. oraz fizycznym cierpieniem.

W czerwcu wyjechał z Zakopanego do Augustówka w pobliżu Niemna i spędzał czas u arystokratycznej pary Nadziei Druckiej i Maurycego O’Brien de Lacy, malując portrety członków miejscowej elity. Drucka chętnie gościła artystów, ale Witkiewicz dał się jej we znaki. Zdarzało się, że zrywał się od stołu (…), przykładał połówkę czarnego grzebyka nad górną wargę, podnosił rękę i zaczynał wrzeszczeć po niemiecku. Według Irminy Bajer, przyjaciółki gospodarzy, którą sportretował, Witkiewicz wróżył z kart i widział wszystko na czarno. Przewidywał na przykład wojnę, zagładę Europy, pewnego świata, w tym właśnie i ziemiańskiego. Nie wierzył zupełnie, że jesteśmy „silni, zwarci i gotowi”.

Na początku lipca przyjechał do Warszawy, a kilka dni później wrócił do Zakopanego z Korzeniowską, która korzystała z trzytygodniowego urlopu. Jestem trochę zdenerwowany polityką. Rysuję dobrze i poprawnie raczej niż dziwacznie. Nie piszę nic – informował żonę 22 lipca. Pogarszały się jego stosunki z rodziną, u której wynajmował pokój w pensjonacie. Jestem wśród bandy wrogów: państwo i służba – wszystko równo = jedno gówno – donosił Jadwidze po wyjeździe Korzeniowskiej.

Samobójstwo na Rysach

Na Rysach 19 sierpnia dwaj turyści znaleźli ciało Adama Prochala, poety i filozofa, który uważał, że Tatry zamieszkują bogowie. Dzień wcześniej wszedł na szczyt i podciął sobie żyły na rękach i szyi. Po pogrzebie Witkiewicz zaproponował przyjaciołom pójście na piwo. W dusznym barze Witkacy siedział sztywny, nieprzystępny, jakby kij połknął – wspominał Jalu Kurek, pisarz i poeta. Artysta nie potępił samobójczego kroku Prochala: Stracił widocznie wiarę w godność człowieczeństwa. Nie dziwię mu się. Jak przykro mieć do czynienia z motłochem na co dzień! (…) I ta śmierć. To nie akt kapitulacji, to akt zwycięstwa; zwycięstwa nad sobą. Był za dumny, aby umrzeć w pościeli domowej albo w szpitalu. Skończył z sobą z godnością: na najwyższej kondygnacji.

Tamtej nocy Witkiewicz namalował pastelami ostatni autoportret, a następnego dnia w Moskwie podpisany został pakt Ribbentrop-Mołotow. Gdy nazajutrz, 24 sierpnia, dowiedział się o tym, napisał do żony: Jestem dość wytrącony z równowagi syt [uacją] og [ólną] i ogarnia mnie powoli wściekłość i szał bojowy. 26 sierpnia wrócił do Warszawy, 30 sierpnia zgłosił się do komisji poborowej – miał stopień porucznika rezerwy – ale nie został przyjęty z powodu wieku i stanu zdrowia.

Zostać czy uciekać?

Od 1 września godzinami przesiadywał nad mapą, analizując doniesienia z frontu i krytykując decyzje dowództwa. Jadwiga jako pracownica GUS miała być ewakuowana na prowincję i poprosiła Witkacego, by jechał z nią. Nie zgodził się na to, wobec czego ja postanowiłam nie jechać – pisała Witkiewiczowa – ale moi przyjaciele z GUS-u twierdzili, że zrobię głupstwo, że Staś obecnie nie będzie zarabiał, wobec czego właśnie ja powinnam jechać, abyśmy mieli z czego żyć – Staś też zresztą mnie namawiał na wyjazd, że będzie o mnie spokojniejszy. Zaopatrzywszy go więc we wszelkie możliwe zapasy, wyjechałam w nocy z trzeciego na czwartego, odprowadzona przez Stasia do GUS-u. Tam czekając, aż się wszyscy zbiorą, telefonowałam do niego, prosząc, aby przyszedł mnie zabrać do domu, że nie mogę zostawić go samego, ale nie chciał.

Następnej nocy stolicę zaczęły opuszczać ministerstwa. Ok. godz. 9 rano Witkiewicz zadzwonił do Korzeniowskiej i kazał jej czekać na siebie w holu PKO przy rogu Jasnej i Świętokrzyskiej, gdzie pracowała. Przyjechał w kapeluszu, z paltem przerzuconym przez ramię i małą walizką w ręce. Miał w niej marynarkę, sweter, pumpy, półbuty brązowe, skarpety i przybory toaletowe, a także 40 tabletek luminalu i parę tabletek cibalginy. Żadnych rękopisów. Korzeniowska ujrzała go czekającego na nią przy recepcji: Był tak zmieniony, że serce we mnie zamarło – takim widziałam go tylko po śmierci jego Matki, którą kochał ponad wszystko, po Berezie, po Brześciu. Na ulicy powiedział, że jedziemy do domu. Jechaliśmy, nic prawie nie mówiąc do siebie, tylko mocno trzymał moją rękę – to była jego mowa.

Pojechali do jej mieszkania na Filtrowej i tam Korzeniowska dowiedziała się, że wyjeżdżamy – że Umiastowski [Roman, pułkownik, szef propagandy w Sztabie Naczelnego Wodza] wydał rozkaz opuszczenia zaraz Warszawy przez wszystkich mężczyzn i że pożegnał się już z żoną Niną, która też wyjeżdża ze swoją instytucją. (…) Dowiedziałam się również, że wyjeżdżamy bez dokładnie określonego kierunku, tyle tylko, że z pp. Grabińskimi.

Wyciągnęła dwie walizki: większą czarną i mały neseser, spakowała przybory toaletowe, ręczniki i dużo ciepłej odzieży, m.in. sweter i kubrak watowany. Wzięła trzy pensje, które 1 września PKO wypłaciło pracownikom. W pośpiechu zapomniała o jedzeniu. Gdy się pakowała, Witkiewicz zadzwonił do Tadeusza Szturm de Sztrema, pytając, co sądzi o wyjeździe z Warszawy. Przyjaciel odpowiedział, że zostaje, i dał do zrozumienia, że każdy musi podjąć decyzję samodzielnie. Witkacy zatelefonował do Jana Witkiewicza, stryjecznego brata. „Czy zostajecie w Warszawie? Bo jeśli tak, to i ja zostaję…” – zapytał. Rozmowa została przerwana. Korzeniowska była już spakowana i chciała zadzwonić do matki, ale Witkacy ją przynaglił i nie zdążyła poinformować rodziny o swoich planach.

W drodze na dworzec Warszawa Wschodnia na Pradze spotkali jego znajomych, Stanisława i Nikę Grabińskich, oraz przypadkowo – dr. Jana Kochanowskiego i Tadeusza Langiera, fotografa. Po paru godzinach oczekiwania cała szóstka wsiadła do pociągu ewakuacyjnego – bez biletów, w tłoku i hałasie. Ruszyli na wschód.

Witkacy uchodźca

Pociąg często się zatrzymywał i wtedy miejscowi oferowali pieczywo, mleko i herbatę, czasem nie żądając zapłaty. Na większych stacjach Witkacy szukał punktów werbunkowych i za każdym razem słyszał: „Broni i mundurów nie ma nawet dla młodych”. Po kilku godzinach męczącej jazdy w upale dojechali do Łukowa, 120 km od Warszawy. Stacja była spalona, ludzie wysiedli z wagonów i stłoczyli się wokół pompy z wodą. Witkacego dostrzegł Bolesław Miciński, pisarz i pracownik Polskiego Radia, którego personel ewakuował się w kierunku Lwowa i Baranowicz. Towarzyszyła mu żona Halina; tak opisała to spotkanie: W tym tłumie na peronie Bolek dojrzał nagle Witkacego, a ponieważ byłam w piątym miesiącu ciąży – rzucił mu się na szyję i wykrzyknął: Stasiu, nie martw się, wszystko będzie dobrze, ja będę ojcem! Witkacy odwrócił się na pięcie i zniknął w wagonie, po chwili jednak ukazał się znowu, ostrożnie przeciskając się przez tłum: niósł w ręku pół szklanki mleka, które podał mi bez słowa. Było to nasze ostatnie spotkanie i takim go zapamiętałam. Miciński próbował namówić Witkacego, by dołączył do niego, ale ten odmówił. Ostatecznie Micińscy dotarli do Wilna, później do Kowna, skąd przedostali się samolotem do Szwecji, a następnie do Paryża.

W czasie jazdy były jeszcze dwa naloty. Pasażerowie musieli uciekać z pociągu i kryć się na kartofliskach. W Brześciu znaleźli się 6 września. Dworzec był zniszczony przez Luftwaffe. Witkiewicz znów zgłosił się do punktu mobilizacyjnego, poprosił o skierowanie do wojska dla siebie i Langiera, a Korzeniowską zaproponował jako sanitariuszkę. Bez efektu.

Tadeusz Rożniatowski, lekarz wojskowy, tak opisywał Brześć: Ulice miasta w przerwach między częstymi nalotami bombowymi zalane były potokami uciekinierów. W większości była to ludność cywilna w opłakanym stanie, ale dostrzegało się wśród niej jakieś mundury: strażaków, pocztowców, policjantów. Zmordowany Witkiewicz skarżył się na serce, nerki, miał opuchnięte nogi. Uciekinierzy przenocowali w hotelu i wtedy po raz pierwszy miał wspomnieć o samobójstwie. Następnego dnia poddało się Westerplatte, a w Brześciu pojawili się marszałek Edward Rydz-Śmigły, który zainstalował tam kwaterę główną, oraz szef MSZ Józef Beck. W mieście zaczęło brakować żywności. Wieczorem uciekinierzy zdecydowali się ruszyć pieszo dalej na wschód, w stronę Kobrynia.Tłumy ludzi, płacz dzieci, porzucone walizki, opuszczone furki, zabite konie, uszkodzone samochody, wywrócone autobusy z grającą muzyką taneczną – koszmar – pisała Korzeniowska. Załamany Witkiewicz szedł o lasce, często zażywał efedrynę na pobudzenie, a kiedy zgubił skautowski kompas, wpadł w panikę, że nie odnajdą drogi i będą się błąkać bez końca.

8 września jakiś chłop podwiózł ich furą, ale przez resztę dnia znów szli piechotą, pozbyli się jednej z walizek, a po kilku godzinach wstąpili do wiejskiego sklepu, gdzie Witkacy kupił piwo. Wieczorem zatrzymali się pod Kobryniem w jednoizbowej lepiance dróżnika. Dostali mleko, chleb i przenocowali w komórce na słomie. Rankiem ruszyli dalej. Po całodniowym marszu zobaczyli grupę zrezygnowanych polskich żołnierzy. I Witkacy, i Korzeniowska cierpieli na biegunkę, a z powodu problemów z krążeniem artysta wciąż musiał moczyć nogi. 10 września doszli do miasteczka Antopal, oddalonego o 80 km od Brześcia. Na stacji kolejowej wyczerpany 62-letni Langier usiadł i powiedział, że dalej nie pójdzie. Wcześniej już odłączył się Kochanowski, więc wędrówkę kontynuowali we czworo. 12 września doszli do miasteczka Dąbrowica i w tamtejszym zajeździe zjedli pierwszy od tygodnia prawdziwy posiłek.

Będą bić i katować

13 września przed wieczorem doszli do Jezior (dziś Wełyki Ozera na Ukrainie, nieopodal granicy z Białorusią), wioski leżącej nad rzeką, wśród jezior, mokradeł i lasów, odległej od najbliższej stacji kolejowej o ponad 20 km. W Jeziorach mieszkał Walenty Ziemlański, znajomy Witkacego z czasów służby w armii carskiej, ale zanim udali się do niego, przenocowali w leśniczówce. Następnego dnia Grabińscy zostali u leśniczego, a Witkiewicz z ukochaną ruszyli do majątku Ziemlańskich i gdy po południu zjawili się przed domem, gospodarz powitał ich z otwartymi ramionami. W następnych dniach dużo rozmawiali, a wieczorami słuchali radia. Walenty, 17-letni syn Ziemlańskich, zauważył, że Witkiewicz był małomówny, bardzo smutny i zdawało się, że patrząc, jakby nic nie widzi i ze swymi myślami jest gdzie indziej. (…) Wyglądał na człowieka całkowicie załamanego psychicznie i bardzo zmęczonego.

15 i 16 września Witkiewicz dużo spacerował i na jednej z przechadzek zobaczył go parobek Ziemlańskich Anatolij Gomułka, który powiedział później, że artysta był blady, podpierał się laską i chodził z pochyloną głową. 16 września Witkacy z Korzeniowską pływali łodzią po jeziorze, a 17 września ok. południa dowiedział się z radia o wkroczeniu Sowietów. Zjadł obiad i poszedł na spacer. Opowiadał o okropnościach rewolucji bolszewickiej, którą oglądał na własne oczy, mówił, że będą bić i katować, rzucą się na Korzeniowską, a on jej nie obroni. Gdy ukochana próbowała argumentować, że to przeszłość, że teraz jest inaczej, odparł: „Ty nic nie przeżyłaś, ty nie wiesz, jak było”. Po kolacji nie zasnął. Leżeli w milczeniu.

To dziś

18 września ok. godz. 4 rano Witkacy powiedział do kochanki: „To dziś”. W ciemnościach wyszli z domu i poszli do lasu drogą w kierunku wsi Szachy oddalonej o sześć kilometrów. Korzeniowska: Szliśmy w stronę lasu, gęsta mgła zasłaniała drogę i las wydawał się to bliski – to znów oddalony. Szukaliśmy miejsca. (…) Długo jeszcze szliśmy, wypatrując miejsca, niestety drzewa rosły w dość dużej odległości od siebie, a my szukaliśmy jakiejś intymności i dyskrecji lasu. Znaleźliśmy drzewo jakby z małym wzgórkiem pod głowę. Kiedy usiedliśmy, po raz ostatni próbowałam perswazji, przerwał:” Jeśli aż tak tego nie chcesz – odejdę sam, ale pamiętaj, że beze mnie zginiesz. Powinniśmy odejść razem”. Łatwo przekonałam go, że jest w błędzie, w który zresztą nie wierzył, szykował kubeczek z ” napojem ” dla mnie.

W garnuszku z wodą Witkacy rozpuścił od 20 do 40 tabletek luminalu, do których Czesława dodała cibalginę i szybko wypiła zawartość. Z kolei Witkacy zażył pastylki efedryny na pobudzenie krążenia. Po pożegnaniu wręczył jej żyletkę, gdyby luminal nie zadziałał. Sam naciął sobie żyły na przegubie lewej dłoni. Krew słabo płynęła. Podciągnął rękaw koszuli i marynarki. Naciął żyły. Krew znów zakrzepła. Przeciął żylak na prawej nodze, ale krew wciąż nie chciała płynąć. Czesława zbladła. Witkacy przerwał. „Jak ty zaśniesz, to poderżnę sobie gardło” – powiedział i wskazał miejsce, gdzie najlepiej przeciąć obieg krwi.

Czesława miała coraz silniejsze bóle głowy. Gdy poczuła, że zasypia, usiadła pod dębem. Przed utratą przytomności zobaczyła, że Witkacy zażył jeszcze efedrynę.

Pogrzeb

Gdy goście nie pojawili się na śniadaniu, Walenty Ziemlański zapukał do ich pokoju, a nie usłyszawszy odpowiedzi, wszedł do środka. Rzeczy pozostały na miejscu, więc poprosił synów, by rozejrzeli się po okolicy. We wsi chłopcy dowiedzieli się, że Witkiewicz i Korzeniowska byli widziani na drodze do Szachów. Do poszukiwań przyłączyło się dwóch braci Gomułków: Anatolij i Siergiej. Włodzimierz Ziemlański wspominał: Uszliśmy może ze trzy kilometry, lecz nigdzie ich nie spotkaliśmy. Wracając, zboczyliśmy z drogi w kierunku lasu. W pewnym momencie jeden z towarzyszących nam chłopców krzyknął do nas, żebyśmy szybko przybiegli, bo w lesie leży zabity człowiek. To, co zobaczyłem, nie da się opisać. Witkiewicz leżał na mchu cały obryzgany krwią. Na obu rękach powyżej dłoni widać było po 4-5 nacięć żyletką. Można było wywnioskować, że nie udało mu się od razu przeciąć głównej żyły. Widok był przerażający. Wyglądało na to, że towarzyszka Witkacego przyjęła większą ilość środków nasennych i pod wpływem działania porannego chłodu jakby powoli wracała do przytomności. Płakała i prosiła, żeby go ratować. Myślała, że może jeszcze żyje. Witkiewiczowi jednak nikt już nie mógł pomóc. Prawdopodobnie nie żył już od kilku godzin.

Korzeniowską uratowały torsje. Gdy ok. godz. 10.30 na miejscu samobójstwa zjawił się Włodzimierz Ziemlański, mieszkańcy wsi podawali jej zioła i mleko – wszystko zwracała. Zaprowadzono ją do Ziemlańskich. Ok. południa ciało Witkacego również zostało przewiezione furką pokrytą słomą do przybudówki domu. Nazajutrz po południu pochował go miejscowy ksiądz prawosławny, na pogrzeb przyszło wielu mieszkańców wsi. Ciało w sosnowej trumnie złożono na wiejskim cmentarzu nad brzegiem jeziora – Witkiewicz był ubrany w swój ciemny garnitur, do trumny włożono mu laskę, którą miał podczas samobójstwa. Korzeniowskiej nie było na pogrzebie – przez trzy dni leżała nieprzytomna. Po powrocie do zdrowia opuściła Jeziory 24 września.

Poznaj historię Ignacego Witkiewicza i przeczytaj jego książki. Wejdź na publio.pl >>

Wideo „Ale Historia” to najciekawsze fakty, ciekawostki i intrygujące smaczki minionych wieków i lat. To opowieść o naszych przodkach, a więc i o nas samych, która pozwala lepiej zrozumieć świat, jego kulturę i naszą własną mentalność. Zafascynuj się przeszłością, by lepiej zrozumieć teraźniejszość!

W ”Ale Historia” czytaj też:

Gwałtowny kochanek
Dzięki ich związkowi powstał genialny poemat nazywany rewolucją we francuskiej i światowej poezji. Ale ten, któremu przyszło być muzą, drogo za to zapłacił

Ostatnie dni Witkacego
We wrześniu 1939 r. Stanisław Ignacy Witkiewicz wiele dni uciekał na wschód przez pogrążoną w wojennym chaosie Polskę, by w oddalonej od frontu wsi na Polesiu dowiedzieć się o wkroczeniu Sowietów. Wieść ta go zdruzgotała

Suchą stopą
Zielone kalosze nadal jednoznacznie kojarzą się z Wielką Brytanią, w Stanach Zjednoczonych najpopularniejsze są żółte, a w Kanadzie – czarne z czerwoną podeszwą

Polska bieda i bogactwo
W pierwszej chwili rzymianie musieli zbaranieć na widok gubiących złote podkowy koni z orszaku posła Rzeczypospolitej Jerzego Ossolińskiego wjeżdżającego do Wiecznego Miasta. Potem zaczęli się o nie bić. Ale czy ta słynna i długo pamiętana rozrzutność oznacza, że dawna Polska była bogatym krajem?

Tropiciel zrabowanych skarbów
Ołtarz mariacki był dla niego wszystkim. Tym żyję, dla tego działam – pisał Karol Estreicher, człowiek, dzięki któremu dzieło Wita Stwosza, a także wiele innych bezcennych zabytków zrabowanych przez Niemców wróciło po wojnie do Polski

Gwiazdy Nowego Światu
Kabaretu Dudek nie sposób nie wielbić, choćby za zdania takie jak to: „Szczęście, że Niemcy napadli na nas przed wojną, bo co by było obecnie”

wspólneSamobójstwo

Wyborcza.pl

Natalie Portman w Krakowie: Jestem imigrantką

nataliePortman
Małgorzata I. Niemczyńska, 28.09.2015

Natalie Portman przed pokazem

Natalie Portman przed pokazem „Opowieści o miłości i mroku” na festiwalu w Cannes, maj 2015 (Fot. screen z YouTube/youtube.com/watch?v=1cfvALnaJR0)

Aktorka i początkująca reżyserka przyjechała do Polski na zaproszenie operatora Sławomira Idziaka, twórcy plenerów Film Spring Open. – Nikt nie chciał mi dać pieniędzy na film, który będę tylko reżyserować, dlatego musiałam w nim też zagrać – zdradziła.

– Pewnego razu mała dziewczynka poszła do kina zobaczyć film Krzysztofa Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki”. Witamy Natalię Portman! – tymi słowami Sławomir Idziak przedstawił specjalnego gościa warsztatów, które od dekady organizuje z myślą o młodych filmowcach na zamku w krakowskich Przegorzałach. Operator jest autorem zdjęć do reżyserskiego debiutu Portman „Opowieść o miłości i mroku” na podstawie wspomnień Amosa Oza (premierę miał w maju na festiwalu w Cannes). Laureatka Oscara za rolę w „Czarnym łabędziu” zagrała w nim również matkę izraelskiego pisarza.

Obrazowi poświęcone było zamknięte spotkanie z uczestnikami plenerów (rozmowę z aktorką i reżyserką poprowadziła Ewa Puszczyńska, producentka oscarowej „Idy” Pawła Pawlikowskiego).

– Nie planowałam zagrania Fani – mówiła Portman o swojej roli w „Opowieści…”. – Chciałam, żeby to był ktoś inny, nieznany. Prawda jednak jest taka, że nikt nie chciał mi dać pieniędzy na film, który będę tylko reżyserować. Za każdym razem słyszałam: „Ale gdybyś sama w nim zagrała, to co innego!”. O debiucie reżyserskim myślałam już w chwili, gdy zaczęłam występować w filmach, a więc w wieku 12 lat. Starania o ekranizację książki Amosa Oza podjęłam, mając 27 czy 28. Fania jest w filmie o prawie dekadę starsza. To wszystko trwało jednak tak długo, że w końcu pomyślałam: „Dobra, teraz to już mogę ją zagrać!”.

Zdjęcia do filmu powstały w Jerozolimie, bohaterowie mówią niemal wyłącznie po hebrajsku. Dla 34-letniej dziś Portman, która emigrowała z Izraela jako trzylatka (jej prawdziwe nazwisko brzmi Hershlag), praca nad filmem okazała się również powrotem do korzeni. – Jestem imigrantką, to część mojej tożsamości – przyznała w rozmowie z „Wyborczą”. – To niezwykła sytuacja, bo nigdzie nie jesteś u siebie. Wszędzie czujesz się obco. To jednak na swój sposób ciekawe, bo możesz patrzyć na świat z dystansem, pozwalać się zaskakiwać. A film na pewno też trochę opowiada o mnie. W sztuce to niemożliwe, żeby zrobić cokolwiek i nie włożyć do tego części samego siebie.

Wizycie aktorki w Krakowie towarzyszyło niecodzienne podekscytowanie. Organizatorzy Film Spring Open radykalnie ograniczyli liczbę mediów obecnych w czasie wydarzenia, a wszyscy uczestnicy musieli się stosować do poleceń ochrony.

Na tle tej nienormalnej atmosfery Portman okazała się zaskakująco normalna. Gdy weszła do auli, w której odbywać się miało spotkanie, początkowo mało kto zauważył jej drobną sylwetkę w szarym płaszczu. Na pytania młodych filmowców odpowiadała z prostotą, chętnie żartowała i rechotała do mikrofonu, a na koniec zgodziła się pozować z uczestnikami plenerów do „rodzinnego” zdjęcia.

Wywiad z Natalie Portman opublikujemy z okazji polskiej premiery filmu „Opowieść o miłości i mroku”

Zobacz także

wyborcza.pl

Jaka przyszłość czeka Beatę Szydło? Kamiński przekonuje, że raczej w czarnych barwach

klep, 28.09.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,130517,18924460,video.html?embed=0&autoplay=1
Michał Kamiński, doradca premier Ewy Kopacz i b. polityk PiS, wskazywał w „Poranku Radia TOK FM”, że to Jarosław Kaczyński wciąż niepodzielnie rządzi w partii. I nie jest to dobra wiadomość dla Beaty Szydło, kandydatki partii na premiera.

 

Dominika Wielowieyska w „Poranku Radia TOK FM” pytała Michała Kamińskiego o przyszłość Beaty Szydło, kandydatki PiS na premiera. – Wczoraj Jarosław Kaczyński w Telewizji Republika dość niejednoznacznie wypowiadał się o Szydło. Czy, jeśli wygra PiS, będzie ona premierem do końca kadencji? Jakie kalkulacje ma Kaczyński? – dopytywała.

– Trochę się znam na tej partii – zaczął Kamiński, chcąc jakby potwierdzić swoje kompetencje w zakresie funkcjonowania PiS. – Dla mnie znamienny był fakt, że Marcin Mastalerek nie był wystawiony na listy do Sejmu. A to człowiek Beaty Szydło. Jest jedno wytłumaczenie. Jarosław Kaczyński wysyła sygnał: „ja tu rządzę” – wskazywał.

 

Zobacz także

jakaPrzyszłość

TOK FM

Wszyscy wysyłamy chusteczki prezydentowi. Duda: Jestem krytykowany za wszystko, co zrobię

Andrzej Duda narzeka, że jest krytykowany.
Andrzej Duda narzeka, że jest krytykowany. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Andrzej Duda zabrał wreszcie głos w sprawie nocnego spotkania z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. Choć jego tłumaczenie jest po prostu niemądre, sprawa za kilka dni ucichnie. Gorzej najbliższym pięciu latom wróży narzekanie prezydenta, który żali się, że jest atakowany za wszystko, co robi.

Prezydent Andrzej Duda nie ma przekonywającego wytłumaczenia nocnego spotkania z Jarosławem Kaczyńskim. W piątkowy wieczór „Fakt” pokazał zdjęcia prezydenckiej kolumny pod domem prezesa PiS i opisał, że panowie rozmawiali 2,5 godziny.

Andrzej Duda tłumaczy, że pojechał zobaczyć pamiątki po Lechu Kaczyńskim. Już w sobotę politycy PiS mówili, że do spotkania nie doszło w domu prezesa PiS, ale właśnie w siedzibie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Tak też tłumaczy się prezydent w rozmowie z „Super Expressem”.

Jednak Andrzej Duda, niby mimochodem, rzuca zdanie, które wiele mówi o pierwszych tygodniach jego prezydentury. – Oczywiście jestem krytykowany za wszystko, co zrobię – żali się prezydent dziennikarzom. To ostatnie, co wyborcy chcieliby usłyszeć od polityka, na którego głosowali. Bo zamiast walczyć o realizację obietnic wyborczych, narzeka jak ma ciężko. Chyba czas na akcję „wyślij paczkę chusteczek do Pałacu”.

wszyscyWysyłamy

naTemat.pl


%d blogerów lubi to: