Tusk (25.09.2015)

 

Nowa biografia Kaczyńskiego. „To największy, najwybitniejszy polityk ostatnich 25 lat, który ma dwie twarze”

Książka "Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego" Michała Krzymowskiego opowiada głównie o człowieku, mniej o polityku.
Książka „Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego” Michała Krzymowskiego opowiada głównie o człowieku, mniej o polityku. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

„Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego” niewątpliwie wywoła kontrowersje. Michał Krzymowski, dziennikarz „Newsweeka”, przez trzy lata zbierał materiały do opowieści przede wszystkim o człowieku, nie polityku. Rozmawia z bliskimi współpracownikami, ale nie politykami oraz z tymi, którzy nazywają się „przyjaciółmi” prezesa. Autor dotarł też do niepublikowanych wspomnień prezesa.

Kim jest Jarosław Kaczyński?

Najwybitniejszym, największym politykiem ostatniego ćwierćwiecza. W tym okresie może się z nim równać tylko dwóch polityków: Aleksander Kwaśniewski i Donald Tusk, ale różnica między nimi jest taka, że Kaczyński był aktywny przez cały ten okres.

To on jest autorem absolutnie rewolucyjnego pomysłu, czyli koalicji z satelitami PZPR: Stronnictwem Demokratycznym i Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym. Później spektakularny upadek, jeszcze bardziej spektakularne odrodzenie i wypromowanie kolejnych polityków na najwyższe stanowiska w państwie.

Przypominam sobie fragment jego rozmowy z Teresą Torańską z 1994 r., kiedy on powiedział, że “przyjdzie taki czas, że nasz sztandar załopocze nad najważniejszymi gmachami w kraju”. I tak było.

To zupełnie niezwykła kariera, niezwykła historia człowieka bardzo silnego, ale też wsobnego, o samotniczym usposobieniu, który jest niezwykłym mówcą. Nie ma takiego drugiego polityka, który nawet będąc w opozycji byłby punktem odniesienia dla wszystkich, nie tylko dla polityków, ale dla całego społeczeństwa. Nie można pozostać wobec niego obojętnym.

Pana książka nosi podtytuł “Portret niepolityczny”, a odpowiedź na pytanie o to, kim jest Jarosław Kaczyński zaczął pan od polityki.

Tak, ale książka jest o emocjach. O uczuciach i o emocjach. Od 25 lat Jarosław Kaczyński funkcjonuje w polityce, widzimy go niemal codziennie, wydaje nam się, że dobrze go znamy. Ale czy rzeczywiście tak jest? Wydaje mi się, że jest człowiekiem-zagadką, bardzo zamkniętym. Do tego po Smoleńsku i śmierci matki właściwie nie ma życia prywatnego, nie ma żadnych kotwic.

To, że są bliźniętami jednojajowymi jest zupełnie fundamentalne dla jego życiowej drogi, tego, co go uformowało. Nie ma też mamy. Jest zupełnie zamknięty i nawet jego współpracownicy nie wiedzą, co siedzi mu w głowie. Zbierając materiały do tej książki postawiłem sobie zadanie: odpowiedzieć na zagadkę, którą kryje w sobie Kaczyński. Dlaczego od tych 25 lat jest w centrum zainteresowania.

Nawet kiedy politycznie nie istniał, dziennikarze chodzili do niego na wywiady, one zawsze były ciekawe. Kaczyński ma wszystko przemyślane: od kwestii geopolitycznych, makroekonomicznych po żeglugę śródlądową. Myślę, że gdyby go o to spytać, też miałby swoje bardzo sprecyzowane zdanie. To niezywkłe. Książka jest próbą wyjaśnienia tego fenomenu. Wydaje mi się, że skuteczną, ale każdy oceni to po przeczytaniu.

Co napędza Jarosława Kaczyńskiego do dalszej walki? Szczególnie, że przez ostatnią dekadę, do zeszłorocznych wyborów samorządowych, przegrywał wszystko.

Prześledziłem całą jego polityczną drogę i do głowy przychodzi mi kilka obrazów, które są też w książce. O, na przykład taka historia. W czasie studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim Jarosław Kaczyński chodził na seminarium do prof. Stanisława Ehrlicha, który zresztą jest bardzo ważny w jego karierze. Myślę, że poza domem rodzinnym to jedna z głównych postaci, które ukształtowały prezesa.

Jarosław z bratem i dwoma kolegami: Maciejem Łętowskim i Sławomirem Popowskim po zajęciach chodzili na piwo, wino i rozmawiali. Wtedy Jarosław Kaczyński był dość towarzyski, poznawał alkohol, zawierał pierwsze przyjaźnie, bo w liceum było z tym różnie.

Podczas którejś z tych rozmów po alkoholu – jak opowiadał mi Popowski – panowie żartowali, co zrobiliby, gdyby rządzili. A Jarosław w pewnym momencie z zaciętą miną powiedział, że będzie wieszał na latarniach komunistów. Nie traktuję tego dosłownie, ale to pokazuje, że jedną z rzeczy, które go napędzają jest silny antykomunizm.

Według polityka, który po 1989 r. spędził z Kaczyńskim wiele lat kolejną autentyczną rzeczą w Kaczyńskim jest silne przywiązanie do wiary. Objawia się przez religijność, pobożność, przywiązanie do tradycji katolickiej. Kolejna rzecz to patriotyzm. Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, on kocha Polskę, chce dobrze dla Polski. A czy jego działania rzeczywiście są dla naszego kraju dobre, każdy musi sobie sam odpowiedzieć.

Te trzy rzeczy, a więc antykomunizm, religijność i patriotyzm, są w nim autentyczne, a wszystko inne to w gruncie rzeczy narzędzie. Tak uważa mój rozmówca i ja się do tego przychylam. W latach 90. jego partia była centrowa, chadecka, umiarkowana, stroniąca od nuty plebejskiej. Zupełnie inna niż PiS, które jest bardziej katolicko-narodowe, plebejskie. Podobnie z gospodarką: były momenty liberalne, teraz są socjalne.

Najważniejsze są jednak predyspozycje osobowościowe, chęć zdobycia władzy i skłonności despotyczne, przywódcze. On od zawsze chciał nad wszystkimi dominować. Stąd też w liceum nie potrafił się odnaleźć, bo kiedy przychodził, zastawał już pewne hierarchie w grupach rówieśniczych i to mu nie odpowiadało. Byli ludzie, którzy byli wyżej, a on nie był w stanie ich przeskoczyć, bo to by wymagało pracy, bycia w tej grupie.

Przez lata Jarosław Kaczyński czuł się dobrze w towarzystwie tylko dwóch osób: swojego brata, nad którym dominował i swojej mamy – jedynej osoby, wobec której był uległy. Po raz pierwszy dobrze poczuł się na początku lat 90., kiedy stanął na czele “Tygodnika Solidarność”. Wtedy po raz pierwszy był szefem. Później stworzył pierwszą partię.

Czuł się we właściwym miejscu, ale i zaczął rosnąć, wydobywać cechy przywódcze, które w nim były, ale by one dały o sobie znać konieczne były odpowiednie okoliczności. Wtedy ludzie go pokochali, byli zauroczeni nim jako przywódcą.

Czy po 10 kwietnia do tych cech doszła chęć zemsty?

Tak, to stało się bardzo ważne. W dwóch wywiadach prezes powiedział, że po śmierci brata i mamy jednym z jego priorytetów jest zobowiązanie, jakie ma wobec nich: żeby zdobyć władzę i zmienić Polskę. To może być język ezopowy i tak naprawdę chodzi o to, żeby ich… hmm, szukam dobrego słowa…. Aż ciśnie się…. Może nie zemścić się, ale żeby ich pomścić.

Co oznacza to zobowiązanie wobec mamy? Bo wobec brata wiadomo.

W jednym z wywiadów Jarosław powiedział, że mama żyłaby dłużej, gdyby nie Smoleńsk. Można powiedzieć, że według Jarosława Kaczyńskiego mama była ostatnią ofiarą Smoleńska. W związku z tym to zobowiązanie dotyczy zarówno Lecha, jak i mamy.

Ale Jarosław Kaczyński jest już w polityce tak długo, że robi ją na chłodno, jest w stanie się kontrolować, kontrolować to, co mówi. Nie pozwala, by kierowały nim emocje, czego najlepszym przykładem jest ostatni rok: postawienie najpierw na Andrzeja Dudę, a później Beatę Szydło to wynik chłodnej kalkulacji.

W książce opisuje pan jak po katastrofie smoleńskiej Kaczyński decyduje się nie mówić mamie o śmierci Lecha i poleca przygotować sfabrykowane wydanie “Rzeczpospolitej”.

To pokazuje jak głębokie jest uczucie do mamy. Troska o jej zdrowie przewija się permanentnie przez życie Jarosława. Dla niej jest w stanie rzucić wszystko. W 1997 r., kiedy po czterech latach przerwy dostał się do Sejmu, nie pojawił się na wieczorze wyborczym, bo mama miała zapalenie płuc. Zostaje z nią w domu i o tym, że będzie posłem dowiaduje się po czterech dniach.

W momentach, kiedy Jarosław ma do wyboru politykę i mamę, ta pierwsza zupełnie schodzi na drugi plan. Powtarzanie, że “Jarosław Kaczyński dla polityki poświęciłby wszystko”, że “gra trumnami” wynika albo ze złych intencji ludzi, którzy to mówią, albo z nieznajomości prezesa. W jego życiu dużo ważniejsze od polityki były dwa punkty: brat i mama.

Lech wszystko zawdzięcza Jarosławowi, który nad nim dominował, ale jednocześnie wszystko mu oddawał, bo – niesłusznie – uważał, że brat jest lepszy od niego. Drugi punkt to mama, chęć sprostania jej oczekiwaniom i jej dobremu samopoczuciu.

Z jednej strony czuły wobec mamy, a z drugiej strony absolutnie bezwzględny. Widzimy to chociażby teraz, podczas ustalania list wyborczych.

To rozpięcie pomiędzy brutalnością, despotyzmem a delikatnością, tym, że jest cholernie czuły, że zdolny do największych poświęceń, że jest w gruncie rzeczy bardzo delikatny, bardzo przejmuje się opiniami na swój temat, szalenie mnie intrygowało. Chciałem to uchwycić w książce.

Jeden z moich rozmówców opowiadał mi, że siedzieli w gabinecie prezesa na Nowogrodzkiej. Po 17 biuro pustoszało, pani Barbara Skrzypek, jego sekretarka, wychodziła, a Jarosław sam odbierał telefon stacjonarny. Tłumaczył, że musi, bo oczywiście czasem dzwoni jakiś wariat, ale to może być telefon od mamy, a gdyby nie odebrał, mama zmartwiłaby się, że coś jest nie tak.

No więc gdy siedział w gabinecie, rozmawiał z ministrami, innymi ważnymi politykami, Jarosław jest takim, jakim go znamy: ostry, zdecydowany, skupiający uwagę, człowiek, z którym można dyskutować, ale na końcu i tak stawia na swoim. I nagle był telefon od mamy, a on się zmienia: opada stężała maska, zmieniają się oczy, zmienia się głos, a on do słuchawki mówi jak do małego dziecka: “Mamuniu, nie martw się. Nie czytaj gazet, jak wrócę, wszystko Ci opowiem”.

Tak to opisują moi rozmówcy. “Słuchaj, to może my wyjdziemy, żebyś mógł porozmawiać” – proponują. On mówi: “Nie, spokojnie, to tylko mama, zaraz skończę”. To pokazuje, że tę swoją drugą twarz pokazywał przy de facto obcych ludziach bez żadnego skrępowania. Dla mnie fascynujące jest to, że potrafi pokazywać te swa oblicza tak, jakby miał jakiś przełącznik. W polityce jest twardy, wręcz brutalny, a kiedy wchodzi w sferę uczuć staje się zupełnie innym człowiekiem.

To która twarz jest prawdziwa: tego Jarosława, który żartuje ze swojego wzrostu i nazwiska, czy człowieka pamiętliwego i przeczulonego na punkcie tego, co o nim mówią?

Obie twarze są prawdziwe. Jarosław potrafi żartować z siebie, ale nie przepada, gdy ktoś żartuje z niego. Autoironia jest okej, ale gdyby ktoś o nim powiedział to samo, już nie byłoby tak śmiesznie. Kaczyński żartuje ze swojego wzrostu, ale też maskuje pewien kompleks. Prezes żartował, że gdyby miał wzrost i urodę Andrzeja Olechowskiego, miałby większe poparcie w sondażach. Niby mówił to w żartach, ale widać, że to w nim siedzi.

Były działacz Porozumienia Centrum opowiadał mi, że kiedy ktoś wysoki przychodził do prezesa, on zawsze mówił “siadaj, siadaj”, a sam chodził po biurze. Kiedy rozmawiał z kimś niskim, nie nalegał na to, żeby go usadzić, bo nie było różnicy wzrostu. W którymś z archiwalnych wywiadów z tego okresu mówi, że nie może zrozumieć, czemu atakują go Jan Lityński i kilka innych osób o podobnym wzroście. “Może to jakaś wojna konusów?” – pytał.

To urocze i zabawne, ale nie daj Boże, gdyby ktoś inny żartował z jego wzrostu. A jeszcze gorzej, gdyby żartował ze wzrostu jego brata. Ktoś taki byłby skreślony.

Jak wygląda dzisiaj relacja z Martą Kaczyńską? To taka przybrana córka?

W książce mało piszę o Marcie. Do momentu katastrofy nie mieli bliskich relacji, ale po niej i po śmierci mamy Jarosławowi zostały dwie bliskie osoby: kuzyn Jan Maria Tomaszewski i bratanica Marta. Oni spędzają razem święta, prezes czasem nocuje u niej w Trójmieście, ona z kolei przyjeżdża z córeczkami do niego.

Marta Kaczyńska widząc, że Jarosław został sam, w bardzo mądry i dojrzały sposób próbuje go wciągnąć do tego życia rodzinnego. To nie jest łatwe w przypadku starego kawalera, który nie miał nigdy dzieci, nie zaznał czym jest ojcostwo, ma swoje przyzwyczajenia. Na przykład kiedy jadą na wakacje, dziewczynki piszą do niego odręcznie list. Myślę, że to ma dla niego duże znaczenie. Albo w ciągu roku szkolnego Marta przysyła mu wypracowania szkolne swoich córek.

Jarosław cały czas jest w żałobie.

To prawda, nie zdejmuje jej nawet na wakacjach. Jest zdjęcie z tego roku, pływają gdzieś na łódce na Pomorzu Zachodnim, wszyscy siedzą w krótkich spodniach, a Jarosław Kaczyński siedzi w czarnej koszuli. Kiedyś powiedział, że nie zdejmie żałoby do końca życia i rzeczywiście zawsze ma czarny garnitur, czarny krawat, a w mniej oficjalnych sytuacjach czarną koszulę.

Tak, a kiedy rok temu w kampanii europejskiej dał się namówić na założenie swetra była na nim czarna wstążka.

Tylko kilka razy w czasie kampanii dał się przebrać w sweter, jaśniejszą koszulę, ale dbał o to, żeby mieć wstążeczkę. Kiedy oglądałem te zdjęcia, zacząłem się zastanawiać, czy to jednak nie jest przesada, czy on się z tym przypadkiem nie obnosi. Taka była moja pierwsza myśl.

Zacząłem dużo czytać o psychologii między bliźniętami. I kiedy już to zrozumiałem, poczułem się zawstydzony tą moją pierwszą oceną, pomyślałem, że niesprawiedliwie go osądziłem. Oczy otworzyła mi historia, którą opowiedziała wybitnej amerykańskiej badaczce więzi miedzy bliźniętami kobieta, która straciła siostrę 11 września. Już wiele lat po 2001 r. mówiła, że czuje się, jakby jej ktoś amputował nogę, jakby umarła część jej.

Mówiła, że nie ma ochoty świętować urodzin, prosi znajomych, by nie składali jej życzeń, a nawet jeśli próbują, to to i tak niemożliwe, bo siedzi zamknięta w domu, spuszcza rolety i odłącza telefon. Mówi, że to nie jest dla niej dzień radości, ale żałoby. Dla kogoś, kto nie ma bliźniaka – tak jak ja czy pewnie pan – to zupełnie niezrozumiałe.

posełCzesławHoczKołobrzegu

Do tego po śmierci jednego z bliźniąt pojawia się poczucie winy, nawet jeśli ta śmierć jest niezawiniona przez drugą osobę. Kiedy prześledzimy wywiady Jarosława, zauważymy, że także u niego to poczucie winy się pojawia. Mówi “namawiałem brata, żeby jechał pociągiem, ale może mogłem go bardziej namawiać”.

Już 10 kwietnia jednemu ze swoich współpracowników, chyba Adamowi Bielanowi, mówi “namawialiście mnie, żeby zrezygnować z tego wyjazdu do Katynia. Mogłem was posłuchać, katastrofa by się nie wydarzyła”. On sobie to wyrzucał.

Co robi Jarosław Kaczyński w czasie wolnym? Czy on ma czas wolny? Przecież nawet jak przychodzi do domu czyta dokumenty, książki, ewentualnie ogląda telewizję.

Ma chyba telewizor, ale włącza go bardzo rzadko. W jednym z wywiadów mówił, że w jego domu włączało się – a właściwie “otwierało”, bo takiego staroświeckiego sformułowania użył – telewizor w niedzielę po południu i on chyba się nadal tego trzyma. Na pewno słucha radia: albo Radia Maryja, ale bardzo lubi RMF Classic, bo uwielbia muzykę klasyczną, romantyków.

Kiedy przychodzi do domu, parzy duży dzbanek herbaty, którą zawsze mocno słodził, nawet kilkoma łyżeczkami, a po wypiciu jeszcze wybierał łyżeczką ten ulepek z dna. Dzisiaj pije gorzką, nie wiem, czy to kwestia cukrzycy, czy czegoś innego. Przy tej herbacie słucha muzyki i czyta książki. Czyta bardzo szybko i dość dużo. Traci też dużo czasu na dokumenty, bo wszystkie dokumenty programowe i uchwały albo pisze osobiście, albo co najmniej poprawia. Jako że nie korzysta z komputera, jest to żmudne, bo później trzeba to przepisywać. Te wieczory są samotne, smutne, ascetyczne.

Na koniec trochę kuchni: ile trwały prace nad tą książką?

Trzy lata, a może i trochę więcej. Przeprowadziłem 80 wywiadów pod nazwiskiem i kilkadziesiąt z osobami, które nie chciały się wypowiadać oficjalnie. Przejrzałem archiwum Porozumienia Centrum w Archiwum Akt Nowych, do którego nie zaglądał jeszcze żaden dziennikarz ani historyk. To było około 100 kartonów dokumentów. Do tego mnóstwo akt w sądach i prokuraturach oraz stare książki i gazety.

Bardzo ważnym źródłem dla mnie były niepublikowane wspomnienia Jarosława Kaczyńskiego, które dostałem od jednego z jego współpracowników. Cytuję ich fragmenty w książce.

To dziennik czy książka spisana później?

Tam nie ma daty, więc nie mam pewności, ale wydaje mi się, że to pisane z perspektywy lat. Choć prezes musiał mieć notatki albo nadludzką pamięć, bo te wspomnienia są szalenie szczegółowe. Niektóre wydarzenia są odtworzone co do dnia, albo nawet co do godziny.

“Newsweek”, gdzie pan pracuje, to nie jest ulubiony tytuł tego środowiska. Często trafiał pan na ścianę milczenia?

Oczywiście były takie sytuacje, ale na początku założyłem, że nie chcę rozmawiać z Mariuszem Błaszczakiem czy Krzysztofem Jurgielem, ani innymi czołowymi politykami PiS, ale z mniej oczywistymi rozmówcami. Takimi, którzy znają jego inną twarz, nie jest dla nich tylko politycznym liderem. Swoją drogą mam wrażenie, że kiedy ci politycy mówią o prezesie z podziwem i szacunkiem, to nie jest tylko podlizywanie się szefowi, ale oni naprawdę to czują.

Ale chciałem rozmawiać z ludźmi, którzy znali go dobrze, można powiedzieć, że otarli się o przyjaźń. Na końcu książki jest wywiad z człowiekiem, który mówi o Jarosławie, że to jego przyjaciel. To autoryzowany wywiad z wieloletnim kierowcą Jarosława Tadeuszem Kopczyńskim, który pokazuje jego zupełnie inną stronę.

W latach 90. on był właściwie członkiem rodziny, woził mamę do sanatorium czy na wakacje, pomagał w przeprowadzkach czy kupnie telewizora, a nawet spędzał święta z rodziną. Szukałem właśnie takich ludzi, jak pan Tadeusz, którzy patrzyli na niego inaczej. Starałem się też dotrzeć do sekretarek, kobiet, które są w stanie wychwycić rzeczy, których ja jako mężczyzna po prostu bym nie zauważył.

Ten wątek był dla mnie szalenie ciekawy. Jedna z byłych sekretarek z lat 90., atrakcyjna, elegancka i inteligentna kobieta, która zapewnia, że nigdy nie czuła niczego do prezesa w sensie damsko-męskim, opowiada, że kiedy Jarosław spoglądał na nią swoim orzechowym spojrzeniem, uginały się pod nią nogi. Mężczyzna by czegoś takiego w Kaczyńskim nie zauważył.

Po napisaniu tej książki polubił pan bardziej Jarosława Kaczyńskiego?

Ta książka powstała w pewnym sensie z fascynacji Kaczyńskim z tych powodów, które wymieniłem na początku. Czy go polubiłem? Nigdy nie czułem do niego odrazy czy niechęci. Ale kilka osób, które nie są wyborcami Kaczyńskiego, nie sympatyzują z PiS-em, a już przeczytało tę książkę, powiedziało mi, że poczuli do niego sympatię, a przede wszystkim współczucie z powodu tego, co go w życiu spotkało. W książce są też przykre obrazy samotnego życia.

Dlatego ci ludzie polubili Jarosława Kaczyńskiego. Ale gdybym miał powiedzieć, czy samemu prezesowi książka się spodoba, to musiałbym stwierdzić, że nie. Chociażby to, że opisuję sfery niedostępne dla postronnych: relacja z mamą, relacja z bratem, trudne stosunki z tatą. To pewnie prezesowi się nie spodoba.

ToNajwybitniejszy

naTemat.pl

 

 

 

 

 

 

 

Papież Franciszek zastawił intelektualne pułapki na kongresmenów

Mariusz Zawadzki, Waszyngton, 25.09.2015
Papież Franciszek podczas przemówienia w Kongresie

Papież Franciszek podczas przemówienia w Kongresie (Evan Vucci / AP (AP Photo/Evan Vucci))

Papież Franciszek wykorzystał swoje przemówienie w amerykańskim Kongresie, żeby promować otwartość wobec imigrantów, ochronę środowiska i ochronę życia na każdym etapie.
– My, mieszkańcy tego kontynentu (czyli Ameryki), nie obawiamy się cudzoziemców, ponieważ większość z nas kiedyś była cudzoziemcami – przypominał Franciszek kongresmenom. – Mówię to jako syn imigrantów i wiedząc, że wielu z was też jest potomkami imigrantów.

Wywołał tym łezkę w oku senatora Marca Rubio, syna kubańskich imigrantów i republikańskiego kandydata na prezydenta, oraz owację Demokratów, którzy popierają ubiegłoroczne rozporządzenie prezydenta Obamy o legalizacji pobytu 5 mln, czyli prawie połowy nielegalnych imigrantów (rozporządzenie nie weszło jeszcze w życie, bo jest przedmiotem sporu w sądzie). Partyjni koledzy Rubio, którzy rozporządzenie Obamy uważają często za nielegalną amnestię, nie dali się jednak poderwać z miejsc.

Trudność, z jaką papież odczytywał kolejne zdania – ewidentnie nie jest biegły w języku angielskim – początkowo raziła, ale szybko niespodziewanie stała się siłą jego przemówienia. Franciszek nie spieszył się, wypowiadał każde słowo, dając słuchaczom w Kongresie i przed telewizorami czas do namysłu.

Kiedy mówił „o konieczności ochrony życia ludzkiego w każdej fazie jego rozwoju”, brawa bili Republikanie, którzy rozumieli to zdanie jako sprzeciw wobec aborcji. Ale Franciszek zastawił pułapkę intelektualną – natychmiast wezwał do zniesienia kary śmierci, która w USA jest wciąż wykonywana. – Jestem przekonany, że każde życie jest święte i każdy człowiek ma prawo do godności, a społeczeństwo może skorzystać na rehabilitacji winnych zbrodni…

Najczęściej tak się zdarza, przynajmniej w Ameryce, że przeciwnicy aborcji są zwolennikami kary śmierci, i na odwrót – zwolennicy prawa kobiet do aborcji są przeciw karze śmierci. Franciszek, łącząc obie sprawy, starał się zapewne zmusić do refleksji jednych i drugich.

Najwyraźniej Franciszek zdaje sobie sprawę, że przez amerykańskich konserwatystów jest często uważany za „antyamerykańskiego” – ponieważ krytykuje „dziki kapitalizm”. Dlatego mowa w Kongresie była chytrze napisana – papież wymienił czterech amerykańskich bohaterów: prezydenta Abrahama Lincolna, pastora Martina Luthera Kinga, społeczną działaczkę katolicką Dorothy Day oraz zakonnika i pisarza Thomasa Mertona. Tak jakby chciał powiedzieć Amerykanom: nie przyszedłem was pouczać, zobaczcie, jacy jesteście w waszym najlepszym, inspirującym wydaniu. Bądźcie tacy dalej!

Wspomniał o konieczności powstrzymania globalnego ocieplenia, co spodobało się Demokratom, i o zagrożeniu dla rodziny, co wywołało entuzjazm Republikanów. Ale nie powiedział explicite, że nie podoba mu się niedawna decyzja sądu najwyższego USA o legalizacji małżeństw gejów i lesbijek. Jak zwykle zamiast negatywnego komunikatu Franciszek starał się wysłać pozytywny: – Mogę tylko podkreślić wagę i bogactwo życia w (tradycyjnej) rodzinie!

Po przemówieniu wyszedł na balkon budynku Kongresu, żeby powitać tysiące ludzi, którzy czekali na trawie i oglądali jego kongresową mowę na telebimie. Kilkoma zdaniami wypowiedzianymi po hiszpańsku podbił serca zebranych – najpierw kiedy pobłogosławił dzieci, a potem, kiedy prosił katolików o modlitwę za siebie, a niewierzących – o dobre myśli i pozytywne wibracje. Republikański przewodniczący Izby Reprezentantów John Boehner, który jest katolikiem, popłakał się ze wzruszenia i wielokrotnie musiał sięgać po chusteczkę.

Następnie papież wsiadł do demonstracyjnie małego fiata 500, który otoczony przez potężne limuzyny wygląda cokolwiek komicznie, ale też uroczo, i odjechał na obiad z bezdomnymi – żegnany przez kongresmenów, którzy ustawili się wzdłuż ulicy, żeby mu pomachać. Jutro rano będzie już w Nowym Jorku, żeby przemawiać w ONZ.

Zobacz także

papieżZastawił

wyborcza.pl

Zmęczenie, brak pomysłów i decyzji. W Platformie liczą na cud

Renata Grochal, 25.09.2015
Janusz Lewandowski, szefowa PO Ewa Kopacz i Dariusz Rosati podczas konwencji programowej PO w Poznaniu (12 września 2015 r.).  Ciekawe propozycje zmian w systemie podatkowym i na rynku pracy zostały fatalnie przedstawione

Janusz Lewandowski, szefowa PO Ewa Kopacz i Dariusz Rosati podczas konwencji programowej PO w Poznaniu (12 września 2015 r.). Ciekawe propozycje zmian w systemie podatkowym i na rynku pracy zostały fatalnie przedstawione (ŁUKASZ CYNALEWSKI)

Trzeba się modlić, żebyśmy nie dostali poniżej 20 proc. w wyborach, i liczyć, że uda się zrobić koalicję wszystkich przeciw PiS – mówią politycy PO. Mają nadzieję, że PiS jest przeszacowany w sondażach.

>> Jakiej chcemy Polski? Co nas wkurza? NAKRĘĆ SIĘ NA WYBORY! I zobacz już nakręconych: wyborcza.pl/filmopolsce

Środowy poranek, do sejmowego gabinetu szefa klubu PO Rafała Grupińskiego wchodzą przewodniczący SLD Leszek Miller i jego zaufany Leszek Aleksandrzak. – O, nasi koalicjanci przyszli – śmieje się Grupiński.

W PO coraz częściej słychać, że koalicja wszystkich przeciwko PiS to jedyny sposób na utrzymanie się Platformy przy władzy po wyborach. W sondażach wyraźnie widać tendencję, że to PiS jest faworytem (choć ostatnio według CBOS dystans między dwiema partiami mocno się zmniejsza – patrz ramka). A do głosowania zostały tylko cztery tygodnie.

Według naszych informacji kuluarowe sondowanie szans utworzenia koalicji wszystkich przeciwko PiS już trwa. Ten wariant byłby możliwy tylko, jeśli PiS nie zdobędzie samodzielnej większości lub nie znajdzie koalicjanta, bo np. Paweł Kukiz dostanie za mało głosów. A platformersi wraz z pozostałymi ugrupowaniami – SLD, PSL czy Nowoczesną Ryszarda Petru – mieliby większość.

Grupiński, pytany o ewentualną koalicję anty-PiS, ogranicza się do gładkiej formułki, że czas na takie rozmowy przyjdzie po wyborach, a dziś Platforma walczy o jak najlepszy wynik. Ale szef gabinetu premier Ewy Kopacz Marcin Kierwiński mówił niedawno w „Wyborczej”, że „należy zrobić wszystko, by nie oddać naszego kraju w ręce ludzi, którzy mogą zawrócić nas z proeuropejskiego i prorozwojowego kursu”.

Szans na odbicie nie widać

Działacze PO liczyli, że partia odbije się po konwencji w Poznaniu, na której zaprezentowano nowy program, ale tak się nie stało. Ciekawe propozycje zmian w systemie podatkowym i na rynku pracy zostały fatalnie przedstawione. Dokładne wyliczenia, kto zyska na zastąpieniu podatku PIT, składki na ZUS i NFZ jednolitym skonsolidowanym podatkiem, pokazano dopiero tydzień później, ale nie przebiły się w mediach.

– PO ciągle nie potrafi zbudować wiarygodnego przekazu, po co chce rządzić przez kolejne lata. Widać komunikacyjną indolencję. Platforma zawsze się męczyła w kampaniach, a PiS jest w swoim żywiole – mówi Michał Nowosielski, spec od reklamy, współautor poprzednich zwycięskich kampanii Platformy.

Po przegranej w wyborach prezydenckich krytykował partię, że nie walczyła o własny elektorat. Dziś znów doradza sztabowi PO. Chwali nowy program, że jest skrojony pod klasę średnią, bo na uproszczenie podatków czekali przedsiębiorcy, a także rodziny (podatek ma być naliczany od liczby członków w gospodarstwie domowym). Ale uważa, że PO nie umie go dobrze przedstawić.

– Do wyborów zostało mało czasu. Jeśli są bardzo silne argumenty przeciwko PiS – np. że po obniżeniu wieku emerytalnego znacząco spadną emerytury – to dlaczego się tego nie wykorzystuje? Jest jakaś niemoc w tej partii. Gdy zbyt wielu mądrych ludzi zastanawia się nad prostymi rzeczami, to trudno podjąć szybką decyzję. A w kampanii to jest kluczowe – podkreśla.

Jako przykład podaje niedawno emitowany w mediach spot o tym, że realizacja obietnic gospodarczych PiS może się skończyć greckim scenariuszem. Spot się przeleżał, bo nikt w sztabie nie potrafił podjąć decyzji o jego wypuszczeniu. Ukazał się, gdy sytuacja w Grecji się uspokoiła, więc metafora do opinii publicznej już nie trafia.

PO obciachowa jak kiedyś PiS

Za kampanię odpowiadają najbliżsi współpracownicy Ewy Kopacz. Szefem sztabu jest Marcin Kierwiński, a strategią zajmują się Michał Kamiński, były spin doktor PiS, Jacek Protasiewicz, były europoseł, i Sławomir Nitras, doradca premier.

Ich najlepszym, jak dotąd, pomysłem było wysłanie Kopacz w trasę po kraju, a także wyjazdowe posiedzenia rządu, podczas których premier spotyka się też z mieszkańcami. Kopacz – w odróżnieniu od Bronisława Komorowskiego z czasów kampanii prezydenckiej – ma w sobie wolę walki. Jej notowania jako premiera są niezłe, jednak na poparcie dla partii to się nie przekłada.

– To nasze najtrudniejsze wybory. Kopacz niesie na plecach osiem lat rządów PO, zmęczenie ludzi nami, kumulację mniejszych i większych błędów. Część ludzi przyjmuje wybudowane drogi, place zabaw czy „orliki” za rzeczy oczywiste. A opozycji łatwiej niż nam składać nowe obietnice – mówi Sławomir Neumann, szef pomorskiej PO i wiceminister zdrowia.

Inni rozmówcy dodają, że Kopacz brakuje charyzmy Tuska i wyborcy to widzą. Według Neumanna Platforma nie może się odbić przez sprawę uchodźców, która przykryła nowy program PO. – Gonimy PiS, ale z wielkim mozołem. Myślałem, że będzie łatwiej. Suma lęków w sprawie uchodźców jest jak kotwica, która trzyma Platformę. Ludzie nie dyskutują o naszym programie gospodarczym czy propozycjach PiS, tylko czy muzułmanie będą wysadzać dzieci w przedszkolach – argumentuje.

Ma jednak nadzieję, że te nastroje będą się wypalały im bliżej będzie do wyborów. – Jesteśmy już po rozstrzygnięciach w Brukseli i do ludzi zacznie docierać, że dwóch czy trzech uchodźców na gminę, bo pewnie tyle wypadnie, nie wprowadzi szariatu – mówi Neumann. Pociesza się, że poparcie dla PiS zatrzymało się na poziomie trzydziestu kilku procent i nie rośnie. A to daje Platformie szansę dogonienia PiS.

Osoby zaangażowane w kampanię PO mówią, że Platforma i PiS zamieniły się miejscami. PO jest dziś postrzegana jako partia „obciachowa”, jak niegdyś PiS.

– Kiedyś ludzie wstydzili się przyznać, że głosują na PiS, a teraz wstydzą się przyznać, że popierają PO. PiS jest przeszacowany w sondażach, a Platforma niedoszacowana i ostatecznie nasz wynik może być lepszy, niż wskazują badania – mówi Nitras.

Liczy, że jeszcze uda się odwrócić tendencję i PO wygra wybory. Pytany, po co Platforma chce rządzić przez kolejne cztery lata, odpowiada: – Proponujemy stabilność i przewidywalność w gospodarce, żmudną codzienną pracę tak, by z dnia na dzień stawać na drabinie krok wyżej. A PiS – podróż w nieznane, która może się zakończyć katastrofą.

Neumann: – Im bliżej wyborów, tym bardziej Polacy zaczną rozumieć, że żadna lewica, żaden Petru, żaden Korwin-Mikke nie powstrzyma PiS. PiS może powstrzymać tylko PO, więc może trzeba zatkać nos i znowu zagłosować na Platformę.

Listy frustrują

Frustrację w partyjnych szeregach powodują listy wyborcze. Miejsca na jedynkach musieli ustąpić szefowie części regionów. Nie tylko bohaterowie afery podsłuchowej, ale także szef wielkopolskiej PO Rafał Grupiński, Neumann czy Tomasz Lenz, szef kujawsko-pomorskiej Platformy.

W Poznaniu listę otwiera młociarz Szymon Ziółkowski, który w ostatnich wyborach samorządowych kandydował bez powodzenia do sejmiku wielkopolskiego z konkurencyjnego wobec PO komitetu Ryszarda Grobelnego. Były wioślarz Adam Korol, od niedawna minister sportu, otwiera listę w Gdańsku, choć nawet nie należy do PO. Jedynką w Toruniu jest mało znany młody radny PO. Kopacz – za namową Donalda Tuska – postanowiła też osłabić swojego głównego rywala w partii Grzegorza Schetynę, przesuwając go z Legnicy do PiS-owskiego okręgu świętokrzyskiego.

Kształt list był autorskim pomysłem Kopacz. Jeśli okaże się niewypałem, to – jak słychać w nieoficjalnych rozmowach – premier będzie musiała ponieść konsekwencje. A to oznacza, że jeśli – zgodnie z zapowiedziami – tuż po wyborach parlamentarnych odbędą się wybory szefa PO, może stracić przywództwo.

Jednak wcale nie jest pewne, że partyjne wybory zostaną rozpisane. W otoczeniu Tuska miał się zrodzić pomysł, by Kopacz, która pełni obowiązki szefowej PO, rządziła partią do końca kadencji. Bo statut PO nie precyzuje, jak długo można pełnić obowiązki przewodniczącego partii, a kadencja trwa od dwóch do czterech lat, więc wybory mogą być rozpisane dopiero w 2017 r. A wtedy do Polski może już wrócić Tusk, jeśli jego kadencja na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej nie zostanie przedłużona na kolejne 2,5 roku.

CBOS: PO coraz bliżej PiS

– PiS 34 proc, PO 30 proc. – na takie poparcie mogą liczyć dwie największe partie, wynika z najnowszego sondażu CBOS. Dla rządzącej partii to o 3 pkt proc. więcej niż przed miesiącem. PiS w tym samym okresie stracił 2 proc. W nowym Sejmie znalazłyby się jeszcze trzy ugrupowania. Kukiz’15 może liczyć na 7 proc., Nowoczesna Ryszarda Petru – 6, a PSL na 5 proc. Od sierpnia najwięcej straciło ugrupowanie Kukiza – 5 proc. Do Sejmu nie weszłaby koalicja Zjednoczonej Lewicy, która zdobyła 5 proc. przy 8-procentowym progu wyborczym. Dalej jest partia KORWiN z 4-procentowym poparciem i Razem z 1-procentowym. Z kolei według ostatniego sondażu Millward Brown PiS może liczyć na 33 proc., PO na 22 proc., a do Sejmu weszłyby jeszcze Zjednoczona Lewica z 8-procentowym poparciem, KORWiN zdobyłby 7 proc., Nowoczesna i PSL po 6 proc., a ugrupowanie Kukiza – 5 proc. SK

CBOS, 17-23 września, wywiady bezpośrednie na reprezentatywnej grupie 972 dorosłych Polaków.

Zobacz także

POliczy

wyborcza.pl

Prezydent nie uznaje premiera

Paweł Wroński, 25.09.2015

29.05.2015. Andrzej Duda i Ewa Kopacz podczas uroczystości wręczenia certyfikatu dla zwycięzcy wyborów prezydenckich

29.05.2015. Andrzej Duda i Ewa Kopacz podczas uroczystości wręczenia certyfikatu dla zwycięzcy wyborów prezydenckich (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

W sporze na linii rząd – prezydent nie chodzi o to, czy prezydent Andrzej Duda powinien zapraszać minister Teresę Piotrowską, czy nie. Nie chodzi o to, czy minister Piotrowska powinna na wezwanie prezydenta przyjść do Pałacu. Chodzi o pokazanie przed październikowymi wyborami parlamentarnymi, kto w Polsce rządzi. A prezydent bardzo chce pokazać, że nie jest to już premier Ewa Kopacz.

Prezydent Duda od początku kadencji stara się „delegitymizować” premier Kopacz. Pokazać, że jedynie on troszczy się o polskie sprawy, a premier jest już niepotrzebna. Odmawia spotkania w cztery oczy, odmawia zwołania Rady Gabinetowej lub choćby Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Prezydencka minister Małgorzata Sadurska we wczorajszym oświadczeniu, krytykując premier, stwierdziła, że działania prezydenta nie mają związku z kampanią wyborczą. Przyznam, że to najbardziej finezyjny dowcip tego wystąpienia. Szczególnie że chwilę wcześniej wiceprezes PiS Mariusz Kamiński w TVN 24 stwierdził, że prezydent spotka się z premier po wyborach, co wskazuje, że relacje premier – prezydent z punktu widzenia PiS są jednak od wyborczego kalendarza uzależnione.

Taki sposób działania prezydenta Dudy to nie jest nowa metoda. Ministrów próbował już wzywać na dywanik prezydent Lech Kaczyński. W styczniu 2008 r. szef MSZ Radosław Sikorski demonstracyjnie wyszedł z posiedzenia szefów MSZ UE w Brukseli, objaśniając wszem i wobec, że do Warszawy wzywa go pilnie prezydent. Następnie prawicowy dziennikarz Łukasz Warzecha opisywał wdzięcznie, jak Sikorski różnymi środkami lokomocji – od furmanki po rower – heroicznie dążył na spotkanie z prezydentem, by „nie dać się wyprzedzić w szacunku dla głowy państwa”. Po tym przedstawieniu prezydent Kaczyński zaniechał tego rodzaju demonstracji siły, bojąc się ośmieszenia.

Teraz w kampanii wyborczej ten pomysł postanowił zmodyfikować prezydent Duda, wzywając do siebie kolejnych ministrów bez oglądania się na premier. Czy w ogóle prezydent powinien z pierwszej ręki otrzymywać relacje z unijnych szczytów w sprawie uchodźców? Oczywiście tak. Zwłaszcza że stanowisko Polski w sprawie uchodźców było przez pewien czas wyjątkowo pokrętne i niejasne. Jeśli jednak prezydent rzeczywiście chciałby „w całej złożoności” to stanowisko poznać, to najlepszą osobą do takiej rozmowy byłaby premier. Decyzja była bowiem stanowiskiem rządu (czyli wielu resortów) i za nią ostatecznie odpowiada premier Kopacz, a minister Piotrowska do ostatniej chwili konsultowała się z premier telefonicznie.

Prezydentowi najwidoczniej chodzi jednak nie o informacje, ale o „wezwanie na dywanik” konkretnie szefowej MSW. O ile można zrozumieć wcześniejsze, sierpniowe spotkania z szefami MSZ i MON, bo zgodnie z konstytucją w tych sferach prezydent ma szczególne uprawnienia, o tyle trudno wskazać zapis, zgodnie z którym miałby się spotykać z szefem MSW. Ministrowie – spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna i obrony Tomasz Siemoniak – spotykali się z prezydentem zresztą w czasie, gdy deklarował on współpracę z rządem i nic nie mówił o tym, że nie chce spotkać się z premier Kopacz. To rodzi podejrzenie, że prezydentowi Dudzie nie o „informacje” chodzi, lecz raczej o upokorzenie premier.

Jest to również ważny sygnał dla wyborców: jeśli zagłosujecie na przeciwników PiS, to tak będzie wyglądała współpraca z rządem. Nie chcecie awantury? Musicie zagłosować na PiS. Wtedy, jak zapowiada wiceprezes PiS Mariusz Kamiński, prezydent oczywiście otrzyma zgodę na spotkanie z premierem.

Zobacz także

wyborcza.pl

Cześć, Tereska

Monika Olejnik, „Kropka nad i” TVN 24, „Gość Radia Zet”, 25.09.2015

Minister Teresa Piotrowska wychodzi z Pałacu Prezydenckiego po spotkaniu z Andrzejem Dudą

Minister Teresa Piotrowska wychodzi z Pałacu Prezydenckiego po spotkaniu z Andrzejem Dudą (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Wszyscy są źli i rozdrażnieni.

Prezydent, bo Tereska nie chce przyjść; dzieci, bo w szkole obiad nie smakuje, jest niesłony, żałują im cukru, nie można kupić sobie batonika ani napić się coca-coli.

Rodzice, bo dzieci nikną w oczach, a w domu awantury o rozporządzenie ministra edukacji o wyrzuceniu śmieciowego jedzenia ze szkół. Cała frustracja jest wylewana na panią premier, ponieważ to ona powiedziała, że nie chcemy grubiutkich dzieci.

Prezydent jest niezadowolony z szefowej rządu, bo ta próbuje się wepchnąć do niego razem z ministrami, a przecież pan prezydent chce się spotkać tylko z minister spraw wewnętrznych Teresą Piotrowską. Ale pani minister jest butna i odmawia.

Szefowa Kancelarii Prezydenta prosi, żeby nie wciągać prezydenta w kampanię, bo przecież wszyscy wiemy, że spotkanie pani premier z prezydentem to jest spotkanie kampanijne i PO może zyskać kilka punktów po wejściu Ewy Kopacz do Pałacu Prezydenckiego.

Wkurza ta zabawa państwem. Już to przerabialiśmy – kiedy prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu odmawiano samolotu do Brukseli, zagrywki rządu były żenujące.

I dzisiaj mamy znowu podobną sytuację.

Prezydent powinien zacisnąć usta, zamknąć oczy i jednak spotkać się z panią premier – bo jest ona premierem polskiego państwa – i porozmawiać przed ważnym spotkaniem w Brukseli na temat uchodźców politycznych. Ale też, skoro prezydent prosi o spotkanie z panią minister spraw wewnętrznych, to ona nie powinna tego unikać, tylko pójść do Pałacu.

Dziwię się, że premier Ewa Kopacz wdaje się w taką bijatykę.

Polacy na początku słyszeli, że będzie 2 tys. uchodźców, teraz się okazuje, że 7 tys., jeden uchodźca wypada na 5,5 tys. Polaków. Zanim ściągnie rodzinę, upłynie dużo czasu, lecz Polacy już są straszeni zalewem cudzoziemców, muzułmanów, którzy wiadomo jakich narzędzi najczęściej używają.

PiS jest oburzone, że zdradziliśmy Grupę Wyszehradzką, ba, nawet internauci przepraszają naszych sojuszników za polski rząd. Tylko jak się zachowują Węgrzy i Czesi w sprawie Ukrainy? Czy to nie premier Orbán dogaduje się z Putinem w sprawie kontraktu gazowego, zniesienia embarga na żywność, pożyczki na budowę elektrowni atomowej? Czy to nie premier Słowacji nie chce baz natowskich na terenie Polski i jest przeciwko sankcjom nałożonym na Rosję? A łaszenie się prezydenta Czech do prezydenta Putina też widzieliśmy.

Pogoda polityczna w naszym kraju nie jest najlepsza, dobrze, że chociaż za oknami świeci słońce…

No i mamy klops niesłony, nieusmażony, twardy, chyba sojowy…

Zobacz także

olejnikDziwięSię

wyborcza.pl

Beata Geppert: Wyprowadzić lekcje religii ze szkół publicznych [ANKIETA WYBORCZEJ]

Beata Geppert, 23.09.2015

Ewa Kopacz na posiedzeniu Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej

Ewa Kopacz na posiedzeniu Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej (Fot. S^awomir Kamiski / Agencja Gazeta)

Postulatów do przedłożenia władzom ustawodawczym mam multum. Pozwolę sobie wymienić najważniejsze.

Zajmij się politykami, zanim oni zajmą się Tobą. Zdecyduj, co dla ciebie jest ważne, czym politycy powinni się zająć w pierwszej kolejności, a czym nie powinni zajmować się wcale. Minimalna stawka godzinowa czy może dofinansowanie armii albo tanie budownictwo socjalne? Legalizacja związków partnerskich, opodatkowanie rolników czy likwidacja finansowania religii w szkole? Zniesienie przywilejów górniczych i mundurowych czy przyjęcie imigrantów?
Do najbliższej niedzieli czekamy na Wasze głosy – podpisane imieniem i nazwiskiem na adres: ankieta@wyborcza.pl.

Odpowiadając na apel redaktora Jarosława Kurskiego, spieszę donieść, że w najmniejszym stopniu nie wierzę, żeby jakiekolwiek listy od wyborców w jakimkolwiek stopniu miały wpłynąć na pracę naszych wybrańców, niemniej, jeśli choć jeden z moich postulatów zostanie przez owych wybrańców uwzględniony, uznam Pańską akcję za słuszną, zaś mój w niej udział – za skuteczny i wart mojego wysiłku.

Sprawy ustrojowe

1. Zmiana ordynacji na mieszaną, czyli częściowe wprowadzenie JOW-ów. Pozwoliłoby to uniknąć sytuacji, w której osoba klasy Bronisława Geremka – o ile pamiętam – wygrywa wybory w Warszawie, wręcz deklasuje swoich konkurentów, ale nie dostaje się do Sejmu, gdyż UW nie przekroczyła progu wyborczego. W przypadku mandatów obsadzanych w systemie JOW-ów wybory powinny się odbywać w dwóch turach (wygrywa ten kandydat, który dostał powyżej 50 proc. głosów w pierwszej lub w drugiej turze).

2. Finansowanie partii politycznych tak jak organizacji pożytku publicznego, czyli określony procent od podatku, bez informowania zainteresowanej partii, kto na nią przekazał swój podatek (co pozwoliłoby uniknąć wpływania najbogatszych podatników na decyzje parlamentarzystów). Wymaga to analizy, jaki procent byłby właściwy, żeby z jednej strony nie doszło do uszczuplenia dochodów budżetu, z drugiej – żeby partie, o ile taka będzie wola podatników, mogły liczyć na takie same przychody jak obecnie.

System ubezpieczeń społecznych i opieki zdrowotnej

1. Ozusowanie wszystkich typów umów osób płacących podatki w Polsce (umowy o pracę, umowy-zlecenia, umowy o dzieło, samozatrudnienie, działalność gospodarcza ); stawka liniowo proporcjonalna do dochodu, a nie – jak obecnie – obliczana według średniego wynagrodzenia. (Zaznaczam, że jest to dla mnie osobiście niekorzystne, gdyż pracuję na umowach o dzieło, które nie generują obowiązku płacenia na ZUS).

2. Likwidacja KRUS i innych systemów branżowych, objęcie rolników systemem ZUS.

3. Ograniczenie przywilejów emerytalnych pewnych grup zawodowych (służby mundurowe, górnicy, sędziowie, nauczyciele) oraz ich przyznawanie tylko osobom faktycznie pracującym w trudnych warunkach, a nie wszystkim pracownikom danego zakładu.

4. Organizacja i finansowanie służby zdrowia wzorowane na Francji, wraz z ogólnopolskim systemem informatycznym oraz z systemem tzw. ubezpieczeń zdrowotnych wzajemnych („mutuelles”) i z odpowiednim systemem zachęt podatkowych. (Na czym polega system francuski, zbyt długo byłoby tłumaczyć, ale francuska służba zdrowia uchodzi za jedną z najlepszych w Europie – i to wcale nie dlatego, że ma najwięcej pieniędzy).

5. Obowiązek corocznych bezpłatnych badań lekarskich obejmujących wszystkich pracowników i ich niepracujących współmałżonków, ze szczególnym uwzględnieniem badań prewencyjnych dotyczących tych chorób, których późne wykrycie generuje wyjątkowo wysokie koszty finansowe i/lub społeczne (np. nowotwory).

Zagadnienia dotyczące funkcjonowania państwa

1. Uproszczenie procedur sądowych – zamiana zasady legalizmu na zasadę oportunizmu (gromadzenie materiału dowodowego i przesłuchiwanie świadków do momentu udowodnienia zarzutu), co znacznie usprawniłoby funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości.

2. Ustawa reprywatyzacyjna i odszkodowania w wysokości 10-20 proc. wartości majątku (w zależności od możliwości budżetowych) z równoczesną likwidacją prawa do sądowego dochodzenia zwrotu majątku.

3. Zamówienia publiczne: obowiązek odrzucania najtańszej i najdroższej oferty.

4. Zmniejszenie liczby urzędników państwowych według „miękkich” zasad francuskich (dwie osoby przechodzą na emeryturę, a jedna osoba zostaje zatrudniona) – docelowo o połowę.

Stosunki Kościół – państwo

1. Uregulowanie zagadnień związanych z miejscem religii w szkołach od najmniej ważnych do najważniejszych, a zarazem od najłatwiejszych do przegłosowania przez parlament do najtrudniejszych:

a) usunięcie stopnia z religii ze średniej, podobnie jak to powinno mieć miejsce w przypadku wszystkich przedmiotów nieobowiązkowych;

b) obowiązek organizowania przez szkoły lekcji etyki z zakazem ich prowadzenia przez katechetę, przy czym ani etyka, ani religia nie mogą być przedmiotami obowiązkowymi, a lekcje powinny się odbywać na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej;

c) zatwierdzanie przez kuratoria opracowywanych przez Kościół programów nauki religii; w przeciwnym razie wycofanie się państwa z ich finansowania;

d) zmniejszenie liczby godzin religii na rzecz ważniejszych przedmiotów;

e) docelowo: WYPROWADZENIE RELIGII ZE SZKÓŁ PUBLICZNYCH Z POWROTEM DO SAL KATECHETYCZNYCH oraz wprowadzenie filozofii lub religioznawstwa (w systemie zbliżonym do tego, który obowiązuje w Wielkiej Brytanii).

2. Wprowadzenie podatku kościelnego analogicznie do organizacji pożytku publicznego, czyli określony procent od podatku i równoczesna likwidacja Funduszu Kościelnego. Wymaga to analizy, jaki procent byłby właściwy, żeby z jednej strony nie doszło do uszczuplenia dochodów budżetu, z drugiej – żeby Kościoły, o ile taka będzie wola podatników, mogły liczyć na takie same przychody jak obecnie.

Kwestie obyczajowe

1. Likwidacja klauzuli sumienia w przypadku placówek publicznej służby zdrowia, aptek i wszelkich innych podmiotów „obsługi ludności”, w tym zakaz klauzuli sumienia dla nauczycieli szkół publicznych i innych dofinansowywanych przez państwo.

2. Uregulowanie związków partnerskich zarówno homo-, jak i heteroseksualnych, w szczególnych sytuacjach z prawem do adopcji (dziecko partnera/partnerki, którego drugi rodzic zmarł lub utracił prawa rodzicielskie).

3. Przywrócenie poprzednio obowiązujących zasad dotyczących przerywania ciąży (możliwość przerywania ciąży z powodów ekonomicznych i społecznych z ograniczeniem do 12. tygodnia ciąży, poza przypadkami ciężkiego uszkodzenia płodu; konieczność konsultacji z lekarzem oraz z psychologiem przed ostatecznym podjęciem decyzji).

4. Legalizacja miękkich narkotyków, przynajmniej dla celów leczniczych.

Oraz – last but not least – całkowity zakaz reklamy leków i paraleków we wszystkich mediach (prasa, radio, telewizja ).

W sumie zaledwie (!) 18 punktów. W sprawie systemu podatkowego nie zabieram głosu (choć uważam, że wymaga reformy), ale – po pierwsze – nie znam się na tym, po drugie – czekam na bliższe wyjaśnienia propozycji PO. Może jest dobra, może nie. Jedno jest pewne – PR ma beznadziejny.

Serdecznie pozdrawiam redakcję oraz, rzecz jasna, naszych przyszłych wybrańców. Z nadzieją, że mój wyrażony we wstępie sceptycyzm okaże się nieuzasadniony.

Wyznaczcie zadania dla naszej klasy politycznej, przysyłając list na adres:ankieta@wyborcza.pl. Najciekawsze opublikujemy w wydaniu papierowym oraz na www.wyborcza.pl
To pierwszy etap. W drugim – od poniedziałku 28 września – najpopularniejsze Wasze propozycje poddamy pod głosowanie internetowe, by wyznaczyć najważniejsze zadania dla nowego parlamentu i rządu.

beataGeppert

wyborcza.pl

Były proboszcz molestował małoletnich. Sąd: Musi zapłacić 50 tys. zł zadośćuczynienia

AB, PAP, 24.09.2015
B. ksiądz Zbigniew R. będzie musiał wypłacić 50 tys. zł zadośćuczynienia za molestowanie, którego dopuścił się wobec Marcina K. – orzekł Sąd Okręgowy w Koszalinie. To finał głośnej sprawy wykorzystywania małoletnich chłopców przez duchownego

Sąd

Sąd (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

 

Sąd zdecydował również, że R. będzie musiał opublikować przeprosiny na łamach tygodnika „Newsweek”. Publikacji wyroku przysłuchiwali się jedynie dziennikarze i przedstawiciel Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Żadnej ze stron ani ich pełnomocników, nie było na sali.

W uzasadnieniu wyroku sędzia tłumaczyła, że zachowanie R. doprowadziło do pogwałcenia godności, integralności seksualnej K. i naruszenia jego zdrowia psychicznego. – Zdarzenia te wywołały poczucie wykorzystania i bezradności. Powód cały czas uczestniczy w terapii psychologicznej i nadal wymaga leczenia. Z tych względów sąd uznał, że powód słusznie domaga się usunięcia skutków naruszenia jego dobra osobistego – tłumaczyła Iwona Dziurko.

„Pozwany nadużył zaufania wzbudzanego przez powierzoną funkcję”

Przy ustalaniu wysokości zadośćuczynienia sąd wziął pod uwagę wiek K., w którym był molestowany, i funkcję, jaką pełnił wtedy R. – W społecznym odczuciu wiąże się ona z niesieniem pomocy, wychowywaniem młodzieży, sprawowaniem opieki nad słabszymi, okazywaniem i uczeniem miłości wobec bliźniego. Pozwany nadużył zaufania wzbudzanego przez powierzoną funkcję, jaką okazywał mu powód – dodała Dziurko.

Sąd wziął także pod uwagę, że do dnia dzisiejszego R. w żaden sposób nie przeprosił molestowanego. Sędzia podkreśliła też, że „pozwany przebywa już na wolności i ma możliwość uzyskania środków poprzez swoją pracę celem zrekompensowania wyrządzonej krzywdy”.

Mężczyzna wytoczył proces także diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej

Marcin K. domagał się w procesie cywilnym od R. 50 tys. zł zadośćuczynienia. Pełnomocnik Zbigniewa R. uznał roszczenia K., ale jedynie do wysokości 2 tys. zł, gdyż tylko na takie zadośćuczynienie miało być stać jego klienta.

Molestowany mężczyzna wytoczył sprawę diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, parafii pw. św. Wojciecha w Kołobrzegu i jej b. proboszczowi Zbigniewowi R. Domagał się wcześniej od pozwanych solidarnie 200 tys. zł i przeprosin na łamach kilku tytułów ogólnopolskiej prasy.

Kuria poszła na ugodę

Jak ustalił reporter Radia TOK FM, w marcu br. doszło do ugody między K. a diecezją koszalińsko-kołobrzeską i parafią, wobec których postępowanie zostało wtedy umorzone. K. cofnął pozew w całości i w całości zrzekł się roszczeń, a strona kościelna zadeklarowała, że „w geście chrześcijańskiej pomocy” zrekompensuje terapię psychologiczną K.

W głośnej sprawie przed sądem zeznawali we wrześniu 2014 r. hierarchowie. Byli ordynariusze diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej kard. Kazimierz Nycz i abp. Marian Gołębiewski powiedzieli wtedy, że nie mieli informacji o pedofilskich skłonnościach R. Dochodziły do nich jednak głosy o jego homoseksualnych skłonnościach.

R. został wydalony ze stanu kapłańskiego

Zbigniew R. był w latach 1998-2008 proboszczem kołobrzeskiej parafii. Odwołano go z tej funkcji z powodu podejrzenia naruszenia zasad celibatu przez kontakty seksualne z dorosłym mężczyzną.

Do molestowania seksualnego przez kapłana dochodziło w latach 1999-2001. Za te czyny Zbigniew R. został w 2012 r. skazany na dwa lata więzienia. Karę zaczął odbywać w listopadzie 2013 r. W czerwcu 2014 r. został w związku z tą sprawą wydalony ze stanu kapłańskiego.

Według Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka to pierwsza sprawa w kraju, w której ofiara pedofilii dochodziła odpowiedzialności odszkodowawczej nie tylko od sprawcy przestępstwa, ale także od diecezji oraz parafii.

byłyProboszcz

gazeta.pl

Tusk o uchodźcach: „Mamy do czynienia z exodusem, prawdziwą wędrówką ludów”

ks, 24.09.2015
– Wielu europejskich polityków uważało, że misją Europejczyków jest bezwzględna otwartość na uchodźców, ale ten sposób myślenia nie zakładał, że mamy do czynienia z exodusem, prawdziwą wędrówką ludów – mówił Donald Tusk, prezydent Rady Europejskiej, na antenie TVP Info.

Donald Tusk

Donald Tusk (ERIC VIDAL / REUTERS / REUTERS)

 

Tusk podkreślił, że w końcu udało się dojść europejskim politykom do konsensusu. – Nikt nie chce zmieniać europejskiego myślenia ws. uchodźców na okrutny i egoistyczny. Musimy pomagać tym, którzy uciekają przed wojną – mówił.

Jak to zrobić? – Nie ma szybkich rozwiązań. Miliony ludzi szykują się do wyprawy do Europy. A my nie możemy zamurować naszych granic, ale możemy wprowadzić kontrolę naszych granic.

– Musimy działać szeroko. Chcemy współpracować z krajami spoza UE: z Turcją, Jordanią, Libanem, Egiptem. Te kraje potrzebują wsparcia i pomocy finansowej. Będziemy dyskutować nad rozwiązaniem konfliktu w Syrii.

Tusk powiedział, że liderzy europejscy przestali się nawzajem oskarżać, a zaczęli myśleć o tym, jak uszczelnić granice.

Dodał też, że powinniśmy mieć pragmatyczną politykę migracyjną. – Jeśli państwa narodowe sobie nie radzą, to może warto pomyśleć o europejskiej straży granicznej – mówił szef Rady Europejskiej.

Tusk odniósł się też do idei europejskiej solidarności. Przypomniał, że do tej pory Polska główne korzystała. Teraz przyszedł czas, żeby zapłacić, coś dać od siebie. Ale nie może być to wprowadzane pod przymusem.

Pod naszymi tekstami o uchodźcach pojawiała się zatrważająca liczba komentarzy, które nawoływały do przestępstw, zawierały treści rasistowskie i ksenofobiczne. Nie chcemy ich pokazywać. Nie godzimy się na naruszanie godności innych ludzi na naszym forum. Dlatego zdecydowaliśmy, że wyłączymy możliwość komentowania pod naszymi tekstami o uchodźcach. Będziemy też zgłaszać do prokuratury przypadki nawoływania do nienawiści na tle rasowym i religijnym.

tuskDawno

gazeta.pl

 


%d blogerów lubi to: