Ka (14.09.2015)

 

Wyczerpują się światowe zapasy antidotum na jad węży. Mogą umrzeć tysiące osób

PAP, BBC, pioc, 13.09.2015
Efa piaskowa

Efa piaskowa (Shantanu Kuveskar)

Nie będzie czym ratować ludzi ukąszonych przez jadowite węże, ponieważ wyczerpują się zapasy uniwersalnego antidotum Fav-Afrique. Ucierpią przede wszystkim mieszkańcy Afryki – alarmuje organizacja Lekarze bez Granic. Jej zdaniem zagrożone może być życie nawet dziesiątków tysięcy ludzi.
Preparat Fav-Afrique jest jednym z najlepiej działających antidotów, jakie dostępne są na świecie. Jego zapasy najprawdopodobniej wyczerpią się w czerwcu 2016 r. i nie będzie porównywalnego środka.

Sanofi Pasteur wstrzymał produkcję tego antidotum, bo przestało to się opłacać. Na rynku są dostępne inne środki na jad węży – twierdzi firma.

Eksperci organizacji Lekarze bez Granic twierdzą jednak, że Fav-Afrique jest obecnie niezastąpiony, gdyż neutralizuje działania 10 różnych jadów węży występujących głównie w Afryce Subsaharyjskiej, m.in. kobry plującej, efy piaskowej czy czarnej mamby. Ma to ogromne znaczenie, gdyż wiele osób nie wie, co ich pokąsało. Zastosowanie takiego uniwersalnego środka znacznie zwiększa zatem szanse skutecznego leczenia.

Rzecznik prasowy Sanofi Alain Bernal zapewnia, że koncern chce udostępnić technologię produkcji Fav-Afrique innej firmie farmaceutycznej, ale przyznaje, że rozmowy w tej sprawie wciąż trwają i nie doszło jeszcze do zawarcia umowy.

Według Polly’ego Markandya z organizacji Lekarze bez Granic produkcji tego preparatu raczej nie uda się wznowić nawet przed końcem 2016 r. W jego ocenie może on zniknąć z afrykańskich klinik nawet na dwa lata. „Obawiamy się, że niepotrzebnie umrze wiele osób” – dodaje.

Z danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że każdego roku zostaje ukąszonych przez węże 5 mln osób, spośród których 100 tys. umiera, a 400 tys. zostaje okaleczonych. Jedynie w Afryce Subsaharyjskiej co roku umiera z tego powodu 30 tys. mieszkańców, a 8 tys. poddawanych jest amputacji kończyny (dla porównania – ostatnia epidemia eboli zabiła w zachodniej Afryce 11 tys. ludzi).

„Leczenie ukąszeń przez jadowite węże jest mocno zaniedbane i wymaga inwestycji” – twierdzi WHO. Antidotum jest drogie, jedno leczenie środkiem Fav-Afrique kosztuje nawet 500 dol., co dla biednych subsaharyjskich krajów jest sumą astronomiczną.

Zobacz także

wyczerpująSię

wyborcza.pl

Powojenny Wrocław. Jak zdobywano „dziki zachód”

Beata Maciejewska, 14.09.2015
Szaber rozkręcał się z miesiąca na miesiąc, zabierano wszystko – od guzików po fortepiany, a nawet pomnik Fryderyka Wielkiego, który został sprzedany za równowartość 1,5 tony cukru.
– Morze ruin, trupy. Do tego ciągłe strzelaniny, wybuchy min. Wszyscy mieli broń, my zresztą też – wspominał Zbigniew Nowak, który do Breslau trafił w październiku 1944 roku wywieziony z Warszawy po upadku powstania warszawskiego i został.

Dla pacyfistów miejsca we Wrocławiu nie było, według pierwszego rektora tamtejszego uniwersytetu przypominał on las, w którym równie łatwo dostać kulą zza węgła, jak nożem w plecy. Sypialiśmy z karabinami przy łóżkach. Kodeks bezpieczeństwa nakazywał, żeby trzymać się tylko głównych ulic, nie wychodzić na miasto nocą i nie zapuszczać się w labirynty ruin. Bandyci ostrzeliwali z broni maszynowej nawet komisariaty, więc nowi mieszkańcy Wrocławia mogli liczyć jedynie na szczęście i własną pomysłowość.

Na początku była ich tylko garstka oraz 150-160 tys. breslauerów. Wysiedlenia Niemców zaczęły się w październiku 1945 r. Pakowano ich do wagonów bydlęcych, którymi jechali do jednej ze stref okupacyjnych w Niemczech. Nie wszyscy dojeżdżali – głównie z powodu mrozu, ewakuację prowadzono bowiem także zimą. Niemiecki ksiądz, który był świadkiem przyjazdu wypędzonych, widział, jak w Görlitz otwarto drzwi wagonu i wyciągnięto zeń dziesięć martwych ciał.

Ta-joj, czyli sami swoi

W takich samych wagonach, w jakich wyjeżdżali z Wrocławia dawni mieszkańcy, przyjeżdżali do miasta nad Odrą nowi. Nazywano ich, jak na ironię, „repatriantami”, choć zostali wypędzeni ze swojej ojczyzny i musieli jechać do obcego kraju. Wschodnie tereny Polski, które zamieszkiwali od pokoleń, zostały włączone do Związku Radzieckiego. Doświadczyli największych nieszczęść wojny – ludobójstwa, czystek politycznych i bandytyzmu. Byli w drodze trzy, cztery tygodnie, a później musieli zbudować nowe życie w zrujnowanym i tak bardzo obcym mieście.

Choć mit o kresowym pochodzeniu wrocławian ma się dobrze, to większość przyjechała z terenów dzisiejszej Polski. Według danych z 1947 r. wysiedleni z dawnych województw wschodniej Polski stanowili 20,5 proc., z czego reprezentacja województwa lwowskiego była najsilniejsza – 9,8 proc., podczas gdy np. wileńskiego to 2,8 proc., stanisławowskiego, tarnopolskiego i wołyńskiego – 6,4 proc., a poleskiego i nowogródzkiego – 1,5 proc. Zabużanie byli jednak w mieście szczególnie widoczni. Pielęgnowali swoją regionalną odmienność, choć władza uważała to za polityczną prowokację. Nadawanie knajpkom nazw „Lwowianka” czy „Ta-joj” uznano za naganne, a same lokale – za miejsca antypaństwowej agitacji.

Wśród migrantów wewnętrznych dominowali poznaniacy (14,7 proc.), ale swoich przedstawicieli wysłały też województwa: warszawskie (13,6 proc)., kieleckie (8 proc.), rzeszowskie (7,6 proc.), krakowskie (7,7 proc.), łódzkie (6,5 proc.), pomorskie (4,4 proc.), śląskie (4,4 proc.) i białostockie (2,8 proc.).

Osadnicy pochodzili głównie z przeludnionych wsi i małych miast (81,2 proc. migrantów). Być może także dlatego w powojennym Wrocławiu zwierzęta i ludzie żyli w idealnej komitywie. Króliki w wannie, świnie na balkonie czy owce w komórce na węgiel nie były niczym szczególnym. Zaspokajały potrzebę kontaktu z naturą i dostarczały deficytowego mięsa. Gazety domagały się ścisłego zakazu wypasania w mieście kóz, świń i gęsi, ale nikt się tym nie przejmował. Większym problemem była ochrona tej żywiny, bo wystarczyło ją spuścić z oka, żeby znikła jak kamfora. Zresztą jak każde inne dobro.

Zabezpieczanie mienia

Szaber rozkręcał się z miesiąca na miesiąc, zabierano wszystko – od guzików po fortepiany, a nawet pomnik Fryderyka Wielkiego, który został sprzedany za równowartość 1,5 tony cukru. Częstochowski „Głos Narodu” pisał w sierpniu 1945 r. o szabrowniczej zarazie opanowującej setki ludzi, od wlokących się na Śląsk półślepych dziadów począwszy, a na przemyślnych młodzieńcach, którzy autami co tydzień suną na Zachód, skończywszy.

Skalę indywidualnego szabru trudno dziś ocenić. Była ogromna, bo w pierwszych powojennych miesiącach nowi mieszkańcy Ziem Odzyskanych (i dawni) bez szabru by nie przeżyli, więc właściwie każdy zabierał to, co mu było potrzebne.

Ale znacznie bardziej rujnujący był szaber urzędowy, prowadzony pod pretekstem egzekwowania odszkodowań za zniszczenia wojenne i „zabezpieczania mienia poniemieckiego”. W pierwszych powojennych miesiącach tym zabezpieczaniem zajęli się Sowieci. Po nich przyszli z Warszawy i innych miast centralnej Polski przedstawiciele władzy ludowej. Wywozili wszystko: wyposażenie zakładów przemysłowych i szpitali, energetyczne linie przesyłowe, lampy gazowe, fortepiany, dzieła sztuki i cegły.

Skutki tego szabru wciąż są odczuwalne na całych Ziemiach Odzyskanych. Utrata starej zabudowy była nieodwracalna, dzieła sztuki nie wróciły na dawne miejsce, została tylko zadra spowodowana traktowaniem ziem zachodnich jako intensywnie eksploatowanych kolonii.

W ”Objazdowym Muzeum Historii Polski” czytaj:

Wrocław. Miasto wielkich karier, wielkich pieniędzy i wielkiej woli przetrwania
Przydarzyło mu się wszystko, co najgorsze. To, co najlepsze – też

Zwiedzanie Wrocławia. Krasnale i kawa z trumienką, czyli wrocławskie dolce vita
Życie w Breslau

Powojenny Wrocław. Jak zdobywano „dziki zachód”
Szaber rozkręcał się z miesiąca na miesiąc, zabierano wszystko – od guzików po fortepiany, a nawet pomnik Fryderyka Wielkiego, który został sprzedany za równowartość 1,5 tony cukru

Wolna miłość i jej koszty
W handlowym mieście miłość to cenny towar. Wprawdzie ubocznym skutkiem kupczenia uczuciem były choroby zwane eufemistycznie „wenusowymi”, ale wrocławianie i na to znaleźli sposób

Akcja „Bocian”. W 1950 r. we Wrocławiu mieszkało 309 tys. osób, a 10 lat później było ich już 435 tys.
Władze powojennego Wrocławia nie musiały mieszkańcom płacić becikowego. Ryzykowną decyzję o osiedleniu się na „dzikim zachodzie” podejmowali w większości ludzie młodzi, którzy rozumieli, że dla miasta trzeba pracować na wszystkich frontach. W 1946 r. przyrost naturalny wynosił tylko 2,5 promila, ale w 1949 – 23 promile

dzikiZachód

wyborcza.pl

Putinowskie klapki na oczach nowego lidera laburzystów

Edward Lucas, publicysta „The Economist”, wiceprezes Centrum Analiz Polityki Europejskiej, think tanku z siedzibą w Warszawie i Waszyngtonie, 14.09.2015
Jeremy Corbyn

Jeremy Corbyn (Kirsty Wigglesworth / AP (AP Photo/Kirsty Wigglesworth))

Jeremy Corbyn to najbardziej radykalny lewicowy przywódca w całej historii brytyjskiej Partii Pracy. W przyszłości ma szansę zostać premierem Wielkiej Brytanii. Jego anachroniczne i niepraktyczne poglądy w kwestiach gospodarczych są już dostatecznym powodem, by bić na alarm. Jednak poważniejszym problemem jest jego stanowisko w sprawach międzynarodowych.
Najbardziej niepokoi jego stosunek do Rosji. Władimir Putinuczynił ze swojego państwa kleptokrację utrzymującą się z ropy, rządzoną przez tajniaków i kolesi, opartą na coraz bardziej ponurej, antyzachodniej, prawosławnej i nacjonalistycznej ideologii.

Idealistycznie nastawiony mówca wiecowy w rodzaju Corbyna miałby co w Rosji krytykować. Media, w większości państwowe, pełne są nienawistnej retoryki militarystycznej. Wymiar sprawiedliwości jest jedną wielką farsą. Homoseksualiści są prześladowani, zwolennicy państwa świeckiego marginalizowani, historycy cenzurowani. Skala grabieży jest porażająca: setki miliardów dolarów zabierane zwykłym Rosjanom znikają w odmętach światowego systemu finansów. Jednak krytykujący to Corbyn nie przetrwałby w Rosji nawet tygodnia. Reżim nie kryje się ze swoim autorytaryzmem: krytycy narażają się na pobicia, wyroki więzienia, zamykanie w psychuszkach, przymusową emigrację, a także (jak mój przyjaciel Borys Niemcow) – na śmierć.

Co gorsza, Rosja zachowuje się jak prawdziwe imperium. Prześladuje mniejszości etniczne, tłamsząc ich języki i kulturę. Porywa ludzi w innych krajach, tak jak estońskiego oficera służb specjalnych Estona Kohvera, którego w zeszłym tygodniu skazano na 15 lat kolonii karnej. Czasem zwyczajnie morduje przeciwników przebywających za granicą, tak jak miało to miejsce w przypadku Aleksandra Litwinienki otrutego promieniotwórczą substancją w Londynie w 2006 roku. Rzecz jasna Rosja napada też na inne państwa, ostatnio na Ukrainę.

Tak jawne nadużywanie siły powinno wzbudzić sprzeciw Jeremy’ego Corbyna. Ten jednak ma klapki na oczach. Kreml przeciwstawia się Zachodowi, a Zachód jest zły. Zatem Kreml musi być dobry.

Tymczasem prawda jest nieco bardziej złożona. To Barack Obama chciałby zlikwidować broń atomową, a Rosja nie chce tego i nieustannie przypomina światu o swoich arsenałach oraz o tym, że nie zawaha się ich użyć. To Ameryka próbuje zmniejszyć swoją obecność wojskową w Europie; Rosja się dozbraja, a jej tajne manewry oraz działania zaczepne mają zastraszyć sąsiadów. A teraz proszę zgadywać: które państwo bardziej podnosi ciśnienie Corbynowi?

Ostatnio zapytałem go na Twitterze, dlaczego jego antyimperialne uczucia nie pozwalają mu zrozumieć sytuacji takich krajów, jak Ukraina. Jak celnie tłumaczył zmarły niedawno historyk Robert Conquest, narody zniewolone przez sowieckie imperium poddane były tak barbarzyńskiej opresji, że jedynie najczarniejsze rozdziały w historii europejskiego kolonializmu mogą się z tym równać. Bez wątpienia zasługują więc one nie tylko na współczucie, ale także na szacunek, szczególnie ze strony tych, których naturalną rolą jest stawanie po stronie słabszego.

Na współczucie corbynistów Ukraina nie może jednak liczyć. Ich zdaniem bowiem to NATO jest winne ekspansji i tym samym prowokowania Rosji. Nie rozumieją oni, że takie kraje, jak Polska i państwa bałtyckie właśnie dlatego pragnęły jak najszybciej po upadku Związku Radzieckiego przyłączyć się do NATO, że bały się (jak się okazało, słusznie), iż pewnego dnia w Rosji pojawi się jakiś Putin. Rosja gnębi dziś te kraje, podobnie jak gnębi nienależące do NATO Szwecję i Finlandię.

Ukraińcy pragną wolności, sprawiedliwości, dobrobytu, poszanowania godności, po prostu normalności, którą my wszyscy na Zachodzie możemy się cieszyć. W tym celu muszą stać się członkami Unii Europejskiej – aby uzyskać dostęp do wspólnego rynku i unowocześnić administrację publiczną, a także NATO – aby zapewnić sobie realne bezpieczeństwo. Dla brytyjskiej lewicy te aspiracje stanowią niewybaczalną zniewagę. Ukraińcy powinni przecież zrozumieć, że Zachód to oszustwo i zagrożenie. I docenić los, który prowadzi ich pod opiekuńcze skrzydła Rosji.

Mówiąc Orwellowską nowomową, Ukraińcy to nieludzie, a Ukraina to niekraj. Ja zaś zadałem niepytanie, na które Jeremy Corbyn jeszcze nie odpowiedział.

Tłum. Grzegorz Maziarski

Zobacz także

alarmOnMożeByć

wyborcza.pl

PiS daje, ale nie na papierze

Agata Kondzińska, 14.09.2015
Konwencja wyborcza PiS w Warszawie

Konwencja wyborcza PiS w Warszawie (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Konwencja PiS miała dwa cele: nie zostać w tyle za PO, która ogłaszała program, i przekonać wyborców, że partia Kaczyńskiego jest przygotowana do rządzenia.
Ponad tysiąc działaczy i sympatyków przyjechało do warszawskiego studia ATM w sobotnie przedpołudnie. Tym, którzy nie znaleźli miejsc na sali, wywieszono telebim na zewnątrz. PiS postawił na przekaz: mamy drużynę, mamy ustawy, jesteśmy gotowi do przejęcia władzy. Zaprezentowano kandydatów na posłów w 41 okręgach wyborczych.

Jarosław Kaczyński przekonywał: „Nie możemy w tym momencie myśleć o żadnym rewanżu, żadnym odwecie, musimy myśleć tylko o jednym – jak Polskę dobrze zmienić, to nasza podstawowa motywacja”. Ale dwa dni wcześniej przed Pałacem Prezydenckim na 65. miesięcznicy katastrofy smoleńskiej lider PiS rozliczenia obiecywał: „Pięć lat i pięć miesięcy minęło od dnia tej wielkiej tragedii i przez cały ten czas marzyliśmy o tym momencie, w którym będzie można powiedzieć, że to wszystko, co z tej tragedii wynikało, te wszystkie sprawy do załatwienia – zostaną załatwione. Ten czas, wszystko na to wskazuje, zbliża się”.

W sobotę nawoływał do pokory. Przestrzegał, że „to nie sondaże zwyciężają, zwycięża się w wyborach”. Jego wystąpienie było krótkie, choć brawa dostawał najgorętsze. Potem – zgodnie z przekazem o partii bliżej ludzi – na mównicę wyszli „zwykli Polacy”.

Rolnik ze Stargardu mówił o ochronie polskiej ziemi przed obcokrajowcami. Przedsiębiorca apelował: „Zmieniajcie, upraszczajcie, powodujcie, by było mniej państwa w państwie, bo nasz kraj ma potencjał; niestety, jest słabo zarządzany”. Emerytka mówiła o niskich emeryturach i kolejkach do lekarzy. Matka – o budżecie dziewięcioosobowej rodziny. Student politologii krytykował rząd PO, bo oferuje młodym tylko „wyjazd za granicę lub pracę na umowę śmieciową”.

Kandydatka na premiera Beata Szydło na mównicę wyszła z grubym plikiem dokumentów. Machając nim, przekonywała, że „ta ustawa” albo „ta ustawa” rozwiąże dany problem. Każdemu coś obiecała, choć większość propozycji jest już znana. Nowe to bezpłatne leki po 75. roku życia i minimalna godzinowa stawka wynagrodzenia 12 zł brutto. Taka sama, jaką zaproponowała PO.

Powtórzyła priorytet – dla każdej rodziny o mniejszych dochodach od pierwszego dziecka po 500 zł, w rodzinach lepiej sytuowanych – od drugiego, w rodzinach z dziećmi niepełnosprawnymi – wyższy próg dochodowy. Według wyliczeń PiS to koszt 22 mld zł rocznie. Kwota, którą – jak komentują politycy PiS – „budżet musi pociągnąć”. Szydło nie powiedziała, skąd wziąć na to pieniądze. W czerwcu w Katowicach tłumaczyła, że z dodatkowych wpływów z VAT, z uszczelnienia systemu podatkowego oraz opodatkowania hipermarketów i banków. W myśl hasła konwencji: „Damy radę”, enigmatycznie wyjaśniała: – Nasi krytycy mówią: skąd na to weźmiecie. Nikomu nie zabierzemy, bo w Polsce nie trzeba nikomu nic zabierać, tylko uczciwie rządzić. Trzeba równo dzielić to, co mamy, a nie tak, aby nieliczna grupa z tego korzystała, a znakomita większość nic z tego nie miała.

Powtórzyła obietnice 15-proc. stawki CIT dla firm z rocznym obrotem do 1,2 mln euro. Zapewniła, że PiS nie podwyższy podatków.

Politycznie konwencja PiS się udała, była relacjonowana tuż obok konwencji PO. Słabiej wypadła merytorycznie. Powtarzanie obietnic nie jest błędem, ale czemu nie towarzyszą temu konkretne wyliczenia?

Niejasne jest też, co dalej z deklaracją PiS o spójnym programie zjednoczonej prawicy. Czas, by PiS na papierze pokazał, jak chce urządzić kraj.

Zobacz także

KaczyńskiUspakaja

wyborcza.pl