Komornik (05.09.2015)

 

„Bezduszni” Polacy na ustach Europy. Zachód wytyka nam, że budujemy nowy mur i pyta, co się stało z ideą „Solidarności

Spotkanie premierów Grupy Wyszehradzkiej w Pradze
Spotkanie premierów Grupy Wyszehradzkiej w Pradze Fot. premier.gov.pl

Szczyt Grupy Wyszehradzkiej i jego ustalenia na temat uchodźców nie spodobały się na Zachodzie. Włoskie media nie zostawiają suchej nitki na Polsce, Czechach, Węgrzech i Słowacji. Patrzą na naszą czwórkę jak na ksenofobów, którymi kieruje zaściankowy egoizm. Wytykają nam, że sami kiedyś podnosiliśmy się z pyłów, a teraz nie okazujemy żadnej solidarności.

Premierzy czterech krajów dali w piątek do zrozumienia, że nie akceptują narzucania kwot dotyczących przyjmowania uchodźców. W niektórych krajach bardzo się to nie spodobało. Ogromne oburzenie wyczuwa się zwłaszcza we włoskich mediach. Oto, co piszą największe gazety.

Onet.pl cytuje ”Corriere della Sera”, która pisze, że pod gruzami Muru Berlińskiego nie został pogrzebany tylko komunizm i jego zbrodnie. W gruzach, według autora komentarza, legła też idea solidarności, ”która wykracza poza zaściankowy egoizm”.

CORRIERE DELLA SERA

Kraje postkomunistyczne, podniesione z pyłu i starych mitów oraz nacjonalistycznych rytuałów z dodatkiem tendencji ksenofobicznych nie mają zamiaru brać na swoje barki części epokowego problemu.Przykro to mówić, ale wydaje się, że wszystkie te kraje, które mogły liczyć na sympatię, przyjaźń, wsparcie »naszej« Europy, mają od jakiegoś czasu ksenofobiczną czkawkę, cięższą niż gdzie indziej. Czytaj więcej

”La Repubblica” wręcz pisze o murze, które cztery środkowo-europejskie kraje wzniosły, co – według autora komentarza, ”potwierdza istnienie przepaści kulturowej i politycznej między »Starą« i »Nową Europą«”.

Polska mało przyjazna wobec obcych
A niemieckie media? Tu wobec szefów rządów Polski, Czech, Węgier i Słowacji pojawia się określenie ”czwórka bez litości”. ”Deutsche Welle”, robiąc przegląd prasy, wprost dało tytuł ”Polska niesolidarna”. Bo w „Sueddeutsche Zeitung” szczególnie dostało się właśnie Polsce, jako największemu krajowi Grupy Wyszehradzkiej. Według autora komentarza jesteśmy ”generalnie mało przyjaznym krajem wobec obcych”. A Arabowie w ogóle nie mają w Polsce zbyt dobrych opinii (co mają potwierdzać sondaże cytowane przez gazetę).

”Der Spiegel” pisze z kolei, że strach przez masową liczbą uchodźców jest ponadnarodowy. Tu cofa się do XIX wieku i – jako dowód – przypomina, jak Polacy napływali wtedy do Niemiec, a Niemcy bali się zbyt dużej liczby katolików. A wysiedlenia po wojnie? Według tygodnika, w 1947 roku odsetek uchodźców ze wschodu na terenie byłej NRD wynosił 24,3 procent i mieszkańcy wschodnich landów też się bali. „Nawet, jeżeli ich strach jest prawdziwy, to rasista, którego rasizm wynika z głębokiego strachu, nadal pozostaje rasistą” – konkluduje gazeta.

Brytyjski ”Financial Times” też pisze o krajach czwórki wyszehradzkiej, że po wstąpieniu do UE w 2004 roku same wielce skorzystały na migracjach swoich obywateli. Na twitterze niektórzy Brytyjczycy też nie mają litości. Piszą, że Europa Wschodnia odwraca się plecami. Może trzeba powstrzymać imigrantów właśnie z tych krajów?

Do tej pory główne niezadowolenie kierowane było w kierunku Węgier, ale Polska czy Słowacja też były oskarżane o podejmowanie niedostatecznych działań i brak solidarnej postawy z resztą krajów europejskich.

bezduszniPolacy

naTemat.pl

Dubieniecki. Bananowy chłopak

Bianka Mikołajewska, 05.09.2015

Jarosław Kaczyński z bratanicą Martą i jej mężem Marcinem Dubienieckim podczas ogłaszania wyników wyborów prezydenckich w czerwcu 2010 roku

Jarosław Kaczyński z bratanicą Martą i jej mężem Marcinem Dubienieckim podczas ogłaszania wyników wyborów prezydenckich w czerwcu 2010 roku (Fot. Sławomir Kamiński)

Często powtarzał, że co nie jest zabronione prawem, jest dozwolone. Od lat balansował na granicy. Według prokuratorów kilka lat temu przeszedł na ciemną stronę

Marcina Dubienieckiego, męża Marty Kaczyńskiej, aresztowano dwa tygodnie temu. Według prokuratury kierował zorganizowaną grupą przestępczą, która wyłudziła z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych blisko 13 mln zł.

Dwie związane z Dubienieckim spółki deklarowały, że zatrudniają niewidomych, prawie 250 osób. Co miesiąc PFRON przekazywał firmom dotację na wynagrodzenia dla nich. Ale – jak ustalili śledczy – większość niewidomych nie wykonywała żadnej pracy, a znaczną część wynagrodzenia przelewali dalej – na konta wskazane przez współpracowników Dubienieckiego. Wyłudzone pieniądze Dubieniecki miał prać w spółkach na Cyprze, a potem inwestować w Polsce. Proceder trwał od 2012 do 2015 r.

W najbliższym czasie Dubieniecki i jego wspólnicy mieli uruchomić nowy biznes – sieć centrów meteorologicznych. Zapowiadali, że niewidomi z całej Polski otrzymają sprzęt, by co jakiś czas odczytywać temperaturę, ciśnienie itp. i przekazywać dane do centrali. Zwerbowano około tysiąca chętnych do pracy. Koszt ich wynagrodzeń miał pokrywać PFRON.

Interes na niepełnosprawnych. Jak Marcin Dubieniecki wyłudzał pieniądze z PFRON

Bananowy chłopak

– Marcin już w szkole średniej zachowywał się tak, jakby mu wszystko było wolno. I wszystko uchodziło mu na sucho – mówi kolega Dubienieckiego z liceum w Kwidzynie.

Ojciec, Marek Dubieniecki, należy do miejscowej elity. Prowadzi kancelarię adwokacką; jest działaczem SLD, ale przyjaźni się z politykami innych ugrupowań. Cieniem na jego życiorysie kładzie się praca w służbach bezpieczeństwa PRL, ale Dubieniecki senior tłumaczy, że podjął ją, bo oferowano mu mieszkanie i wysoką pensję, a poza tym szybko z niej zrezygnował.

Marcin trzyma w liceum z takimi jak on „bananowymi” chłopakami, synami wysoko postawionych kwidzynian. Ich kultowym filmem są „Młode wilki” – o dziewiętnastolatkach, którzy pracują dla szczecińskiego gangu przemytników i marzą o wielkiej kasie. „Jesteśmy inteligentni, więc nigdy nie będziemy biedni” – powtarzają cytat z filmu.

– Nie brakowało im fantazji. Na początku drugiej klasy Marcin rozbił mitsubishi colta swoich rodziców. Jechał bez prawa jazdy z dużą prędkością, wiózł kilku kolegów. Potem opowiadał, jak przedstawił sprawę w domu: „Mama, patrz, ale radio zostało całe!” – wspomina znajomy z klasy.

Zamiłowanie do szybkiej jazdy nie minie Dubienieckiemu z wiekiem. W 2011 r. straci prawo jazdy za punkty karne, a potem zostanie złapany na prowadzeniu auta bez uprawnień.

W trzeciej klasie grozi mu wyrzucenie ze szkoły. – Dokuczali z kumplami pierwszoklasiście. W jego obronie stanął maturzysta. Po lekcjach pojechali za nim autem. Sprzedali mu plombę czy może parę plomb. Czwartoklasista przyniósł do szkoły wynik obdukcji. Napastnicy mieli zostać wyrzuceni z liceum, ale po interwencji rodziców przeniesiono ich tylko do innych klas. Marcina – do klasy, której wychowawczynią była jego ciotka – opowiadają rówieśnicy Dubienieckiego.

Marcin często wagaruje za cichym przyzwoleniem rodziców. Zamiast na lekcje chodzi na bilard do klubu prowadzonego przez matkę. W weekendy jeździ na zawody bilardowe, z ojcem w roli menedżera.

Aplikant taty

Według relacji Marka Dubienieckiego jego syn był bardzo dobrym uczniem, skończył liceum z czerwonym paskiem i bez trudu dostał się na studia prawnicze.

W rzeczywistości w 1999 r. nie przyjęto go na prawo na Uniwersytecie Gdańskim. Zaczął studiować na prywatnej uczelni w Warszawie. Po roku znów zdawał w Gdańsku. Żeby się dostać na studia, trzeba było uzyskać na egzaminie co najmniej 44 punkty. Marcin miał 28. Ale odwołał się od negatywnej decyzji komisji rekrutacyjnej i został przyjęty. Od razu na drugi rok – zaliczono mu studia na prywatnej uczelni.

Władze Uniwersytetu Gdańskiego odmawiają odpowiedzi, czy w odwołaniu Marcin powoływał się na prawniczą karierę ojca i czy przedstawił listy polecające. W 2004 r. „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że w kilku wcześniejszych latach na prawo na UG przyjmowano dzieci pomorskich adwokatów, sędziów i prokuratorów, które na egzaminie nie osiągnęły wymaganej liczby punktów. W odwołaniach powoływały się one na prawnicze tradycje w rodzinie i przedstawiały listy polecające z sądów lub okręgowej rady adwokackiej. Komisja rekrutacyjna uznawała, że „ważne względy społeczne” przemawiają za ich przyjęciem.

Marcin próbuje angażować się politycznie. Początkowo wydaje się, że i tu pójdzie w ślady ojca. Jeszcze jako nastolatek, gdy tata był asystentem posłanki SLD Małgorzaty Winiarczyk-Kossakowskiej, jeździł z nim do Sejmu, poznawał czołowych polityków lewicy. Później angażował się w kampanie Sojuszu, a w 2002 r. sam wystartował z listy tej partii do kwidzyńskiej rady miejskiej (zdobył 34 głosy). Na tym jego lewicowa kariera się kończy.

Pod koniec studiów Dubieniecki spotyka się z Aleksandrą Kozdroń, córką posła PO. Jerzy Kozdroń ma rozległe kontakty, m.in. w Powiślańskim Banku Spółdzielczym w Kwidzynie. W grudniu 2004 r., gdy bank otwiera filię w Gdańsku, Dubieniecki zostaje pełniącym obowiązki jej kierownika.

W 2006 r. rozpoczyna aplikację adwokacką. Praktykuje w kancelarii ojca. – Nigdzie nie miałby tak dobrze jak u taty. Miał swój gabinet i wszystko, czego potrzebował. Mógł się rozwijać – tłumaczył mi kilka lat temu Marek Dubieniecki.

Marcin Dubieniecki nadal będzie adwokatem? Sprawę bada rzecznik

Mąż prezydentówny

Choć Marcin był na tym samym roku prawa co Marta Kaczyńska, widywali się przelotnie. Wyszła za mąż, urodziła córkę i przeszła na indywidualny tok studiów.

Zaiskrzyć miało we wrześniu 2006 r. w Darłówku, na imprezie po szkoleniu dla aplikantów adwokackich. Cztery lata późnej wspominali w „Gali” pierwsze chwile. Ona mówiła, że właśnie rozstała się z mężem Piotrem Smuniewskim i nie planowała nowego związku. Ale gdy ich spojrzenia się skrzyżowały – „to był grom z jasnego nieba”. W jego oczach ujrzała „przenikliwość, uwagę, radość”.

On pytany, co zobaczył w jej oczach, odpowiedział: „Ja wiedziałem, o jaką stawkę gram. O najwyższą”.

Bardzo szybko postanowili być razem. Marcin opowiadał „Gali”, że 10 grudnia 2006 r., podczas pierwszego spotkania z rodzicami Marty – prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego żoną Marią – zakomunikował, że ich córka jest w ciąży. „Dobrze, że prezydent trzymał wtedy w ręku szklankę z wodą, bo przez chwilę nie mógł powietrza złapać. Po chwili powiedział: Skończ z tym prezydentem. Jesteś naszym synem„. Kilka dni później sąd rozwiązał pierwsze małżeństwo Marty. W kwietniu 2007 r. pobrali się z Marcinem.

Na ślubie nie było Jarosława Kaczyńskiego. Jego współpracownicy przyznawali anonimowo w prasie, że nie zaakceptował rozwodu i ponownego małżeństwa bratanicy. W dodatku z synem byłego funkcjonariusza peerelowskich służb. Trzy lata później, gdy Jarosław Kaczyński kandydował na prezydenta RP, pojawiła się nowa wersja zdarzeń: nie mógł przyjechać na ślub, bo opiekował się chorą mamą. Ale jest bardzo blisko z rodziną Marty.

Czego Marta Kaczyńska nie mówi w swojej książce

Zięć prezydenta

Gdy o związku prezydentówny z „przystojnym kwidzyńskim prawnikiem” zrobiło się głośno w mediach, sławę zyskała także kwidzyńska kancelaria adwokacka Marka Dubienieckiego. Miał on wówczas złożyć prezydentowi Kaczyńskiemu obietnicę. – Na pierwszym spotkaniu powiedziałem tak: „Panie prezydencie, moje obowiązki nigdy nie będą kolidowały z koligacjami rodzinnymi mojego syna” – opowiadał mi w 2011 r.

Deklaracja miała dotyczyć przede wszystkim spraw o ułaskawienie klientów kancelarii. Marek Dubieniecki przyznawał, że składając do Kancelarii Prezydenta wniosek o ułaskawienie, naraziłby Kaczyńskiego na konflikt interesów. – Pan prezydent wiedział, że nigdy nie złożę takiego wniosku. Mówiłem mu: „Gdyby syn złożył poza moją wiedzą, to bardzo prosiłbym o poinformowanie”.

Diabeł tkwi w szczegółach. Wnioski o ułaskawienie nie muszą bowiem trafiać bezpośrednio do Kancelarii Prezydenta RP. Adresowane są do prezydenta, ale zwykle składa się je za pośrednictwem sądu, który wydał wyrok. Jeśli sąd uzna, że skazany zasługuje na ułaskawienie – wniosek idzie do prokuratora generalnego, a później do głowy państwa. Gdy sąd ma opinię negatywną, nie przekazuje pisma dalej. Sprawa kończy bieg.

Kiedy rozeszła się wieść, że Marcin Dubieniecki jest zięciem Lecha Kaczyńskiego, do kancelarii jego ojca zaczęli zgłaszać się klienci, dla których jedynym ratunkiem przed odsiadką było ułaskawienie prezydenta. Choć Marcin nie był jeszcze pełnoprawnym adwokatem, to właśnie jego sobie wzajemnie polecali. Zwłaszcza ci w wieku zbliżonym do Marcina. – Mieli śmiałość rozmawiać z nim o takich sprawach, bo wiedzieli, że w przeszłości nie był święty – tłumaczy siostra Andrzeja S., rówieśnika Marcina, skazanego na pięć i pół roku więzienia za spowodowanie po pijanemu wypadku, w którym zginęły dwie osoby.

Marcin przygotowywał wnioski o ułaskawienie i składał je w sądzie. Według relacji skazanych i ich rodzin za prowadzenie takiej sprawy brał kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Standardowo sporządzenie wniosku kosztuje około 2 tys. zł.

Barbara W., siostra Krzysztofa S. skazanego na 11 lat: – Mieliśmy zapłacić łącznie 80 tys. zł. Za napisanie i przeprowadzenie prawa łaski. Najpierw wpłaciłam 6 tys. zł na konto, potem przekazałam Marcinowi Dubienieckiemu 20 tys. zł gotówką w warszawskim hotelu Marriott. Dopytywał, kiedy będą pozostałe pieniądze. Powiedziałam, że jak brat wyjdzie na wolność. Ale nie wyszedł.

Rodziny innych skazanych, do których dotarliśmy, nie ukrywają – płaciły, bo liczyły na „załatwienie” sprawy.

Gdy w 2011 r. o „ułaskawieniowym biznesie” Dubienieckich zrobiło się głośno, Marek Dubieniecki mówił jednemu z dziennikarzy, że jego kancelaria złożyła w całej Polsce „około sześciuset” wniosków o ułaskawienie. Potem twierdził, że to bzdura i że „zakichanym obowiązkiem dziennikarza” było sprawdzić, ile spraw rzeczywiście prowadził. Problem w tym, że aby je zliczyć, trzeba byłoby przejrzeć wszystkie wnioski o ułaskawienia we wszystkich sądach karnych w kraju.

W 2011 r. na prośbę „Polityki” Sąd Rejonowy w Kwidzynie przejrzał wnioski o ułaskawienie, które wpłynęły w okresie prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Doliczył się 18 pism złożonych przez Dubienieckich. Dotyczyły dziewięciu osób skazanych m.in. za kradzieże, włamania, wyłudzenia, pobicia, nielegalne posiadanie i sprzedaż broni. Żaden nie uzyskał pozytywnej opinii sądu i nie został przekazany prezydentowi.

Na trzy kolejne sprawy „ułaskawieniowe” prowadzone przez kancelarię Dubienieckiego trafiliśmy w Sądzie Okręgowym w Gdańsku. Ale mogło być ich znacznie więcej (sąd wskazał nam tylko te, przy których akurat odnotowano nazwisko adwokata w systemie informatycznym). Również w tych sprawach sąd wydał opinie negatywne i wnioski nie trafiły do prezydenta.

Część klientów Dubienieckich składała także wnioski bezpośrednio do Lecha Kaczyńskiego. Nie sporządzono ich wówczas na papierze kancelarii adwokackiej i nie podpisywał się pod nimi mecenas Dubieniecki, lecz sami skazani. Wiadomo o przynajmniej sześciu takich sprawach.

Zdaniem Marka Dubienieckiego nie naruszało to jego umowy z prezydentem – pism nie składał przecież on ani jego kancelaria adwokacka. A jeśli klienci wyobrażali sobie, że dzięki rodzinnym powiązaniom z Kaczyńskim on czy Marcin załatwią coś więcej niż inni adwokaci – to ich problem.

Kaczyńska i Dubieniecki, czyli ich dwoje i stryj

Wspólnik ułaskawionego

Prawdopodobnie jedynym klientem kancelarii Dubienieckich ułaskawionym przez prezydenta Kaczyńskiego jest Adam S., właściciel jednego z większych przedsiębiorstw w Kwidzynie. Jego firma Lester produkuje opakowania foliowe dla przemysłu spożywczego; jest zakładem pracy chronionej.

W 2008 r. Adam S. został oskarżony o wyłudzenie ponad 120 tys. zł z PFRON i narażenie skarbu państwa na stratę kolejnych 30 tys. zł. Przez blisko osiem lat zatrudniał fikcyjnie kilkoro niepełnosprawnych, brał z PFRON pieniądze na ich wynagrodzenia, a w zamian za podpisy pod fikcyjnymi listami obecności wypłacał im po 100-200 zł.

W trakcie śledztwa i przed sądem Adama S. reprezentowali mecenas Marek Dubieniecki i jego aplikant Marcin Dubieniecki.

Dziś krakowska prokuratura zarzuca Marcinowi, że w latach 2012-15 stosował wraz ze wspólnikami niemal identyczny mechanizm wyłudzania pieniędzy z PFRON jak Adam S. w Lesterze. Tyle że w ponadstukrotnie większej skali.

Na wniosek obrońcy Marka Dubienieckiego w maju 2008 r. sąd wydał w sprawie Adama S. wyrok bez przeprowadzania rozprawy. Przedsiębiorca przyznał się do winy. Został skazany na 1 rok i 10 miesięcy pozbawienia wolności z zawieszeniem na trzy lata. Zobowiązano go również do zwrotu wyłudzonych pieniędzy.

Niespełna rok później, 5 lutego 2009 r., do Kancelarii Prezydenta RP wpłynęła prośba Adama S. o ułaskawienie. Sprawa potoczyła się w niezwykłym tempie. Już 20 lutego Andrzej Duda – wówczas minister nadzorujący w Kancelarii Prezydenta biuro ułaskawień – wystąpił do prokuratora generalnego o informację, czy przeciwko S. prowadzone są jakieś postępowania. 8 maja zapadła decyzja o rozpatrzeniu wniosku w tzw. trybie prezydenckim. Jest on stosowany w wyjątkowych sytuacjach, np. gdy skazany jest śmiertelnie chory – czyli gdy potrzebna jest natychmiastowa decyzja prezydenta. Za prezydentury Lecha Kaczyńskiego do kancelarii wpłynęło łącznie prawie 15 tys. wniosków i próśb o ułaskawienie. Kaczyński ułaskawił tylko 201 osób, z tego 18 w trybie prezydenckim.

Według Krzysztofa Łaszkiewicza, który odpowiadał za ułaskawienia w kancelarii Bronisława Komorowskiego i badał sprawę ułaskawienia Adama S., wniosek o uruchomienie trybu prezydenckiego mogli złożyć tylko ówczesny szef kancelarii prezydenta Piotr Kownacki albo Andrzej Duda.

W maju Kownacki wystąpił do Prokuratury Generalnej o opinię w sprawie ułaskawienia Adama S., prosząc równocześnie, by prokuratura nie zasięgała opinii sądu, który wydał wyrok. Mimo że opinia prokuratury była negatywna, 9 czerwca 2009 r. prezydent ułaskawił Adama S.

W 2011 r. „Dziennik Bałtycki” ujawnił, że trzy tygodnie przed ułaskawieniem Adam S. założył spółkę z Marcinem Dubienieckim – Nord Meat Gdynia. Po ułaskawieniu, jesienią 2009 r., Dubieniecki odsprzedał swoje udziały Adamowi S. W 2010 r. Marcin sprzedał kwidzyńskiemu biznesmenowi jeszcze dwie spółki, których był wyłącznym właścicielem: DDGS Chemical Investments i Sea View Investments. Każda z tych trzech firm istniała właściwie tylko na papierze, nie prowadziły działalności. Nie wiadomo, ile zapłacił Dubienieckiemu Adam S.

Po publikacji „Dziennika Bałtyckiego” Marek Dubieniecki przekonywał, że nie miał nic wspólnego z procedurą ułaskawienia Adama S. Zaś ministrowie Piotr Kownacki i Andrzej Duda – że nie wiedzieli o tym, że obrońcą Adama S. był Marek Dubieniecki, a jego wspólnikiem w biznesie Marcin Dubieniecki. Zapewniali jednak, że przed ułaskawieniem akta sprawy były dokładnie badane.

Przejrzeliśmy w kwidzyńskim sądzie dwa ostatnie tomy akt, które trafiły do Kancelarii Prezydenta. Ktokolwiek je analizował, nie mógł nie zauważyć nazwiska Dubienieckich. Pojawia się ono na ponad 40 kartach! Między innymi w pismach sporządzonych na oficjalnym papierze kancelarii i podpisanych przez mecenasa Dubienieckiego.

Multimilioner

Po wybuchu „afery ułaskawieniowej” Jarosław Kaczyński przekonywał, że jego brat nie wiedział o powiązaniach Marcina Dubienieckiego z Adamem S.

Obaj Kaczyńscy podchodzili zawsze podejrzliwie do przedstawicieli biznesu. W 2007 r. Lech Kaczyński przekonywał, że „jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”. Czy nie zastanawiało go, jak to możliwe, że w ciągu kilku lat jego zięć, nie będąc nawet pełnoprawnym adwokatem, z żoną i dwójką dzieci na utrzymaniu, dorobił się majątku większego niż inni adwokaci przez całe życie?

Już na początku małżeństwa Marta i Marcin ustalili, że to on będzie zarabiał na życie, a ona zajmie się domem i córkami. Początkowo zamieszkali w sopockim mieszkaniu Lecha i Marii Kaczyńskich. Marcin miał 66-metrowe mieszkanie w Gdyni, które rodzice kupili mu po zakończeniu studiów, ale zrobił w nim „oddział” kancelarii adwokackiej ojca (dziś prowadzi tam własną kancelarię). Jeździł fiatem punto, którego także dostał od rodziców, a Marta – volkswagenem golfem. Potem przesiadać się będą do coraz droższych i bardziej komfortowych samochodów.

W 2008 r. kupili wspólnie prawie stumetrowe mieszkanie w Gdyni. Wzięli 330 tys. franków kredytu z terminem spłaty w 2037 r. Jak wynika z oświadczenia majątkowego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który był poręczycielem pożyczki, w kwietniu 2009 r. zostało im do spłaty 193 tys. franków.

Ale w lutym 2009 r., nie pozbywając się poprzedniego mieszkania, Marta i Marcin kupili do spółki z rodzicami Dubienieckiego 168-metrowy dwupoziomowy apartament w Gdyni, na kameralnym osiedlu, tuż przy plaży. Nie wzięli grosza kredytu. Firma Prokom Software, która sprzedała im nieruchomość, nie chciała nam zdradzić ceny. Wiadomo jednak, że cena za metr mieszkania na tym osiedlu grubo przekraczała 20 tys. zł.

W 2011 r. Marta przekaże Marcinowi w darowiźnie udziały w obu kupionych wspólnie mieszkaniach. Później Marcin stanie się właścicielem – bezpośrednio lub przez spółki – co najmniej kilkunastu nieruchomości, głównie w Trójmieście i w Warszawie. Ale wtedy nie będzie już tylko aplikantem u swojego ojca, lecz adwokatem i biznesmenem prowadzącym rozległe i tajemnicze interesy.

Powiernik, czyli słup

Na listę adwokatów Marcin Dubieniecki wpisany został w styczniu 2010 r. „Jest on nieskazitelnego charakteru i swym dotychczasowym zachowaniem daje rękojmię prawidłowego wykonywania zawodu adwokata” – uzasadniała Okręgowa Rada Adwokacka w Gdańsku. W lutym samodzielny adwokat Marcin złożył w sądzie wniosek o ułaskawienie 41-letniego kwidzynianina Jana B. Tydzień po katastrofie smoleńskiej wniosek został wycofany.

Marcin nie chce się już zajmować sprawami karnymi. – Stwierdził, że bardziej odpowiada mu kierunek radcowski – czyli biznes, doradzanie, otwieranie spółek, zamykanie. Pieniądze się zarabia na gospodarce, a nie z pojedynczych klientów, gdzie czasami człowiek nerwy traci – tłumaczył mi w 2011 r. jego tata.

Marcin zakłada kolejne spółki. Gdy dziennikarze dzwonią do prezesów i udziałowców spółek, ci roztaczają opowieści o tym, czym będą zajmowały się poszczególne firmy. Ale później i oni, i sam Marcin przyznają: spółki zakładane są w imieniu klientów na podstawie umów powierniczych. Co to za klienci? Tajemnica biznesowa i adwokacka.

W 2011 r. „Gazeta Wyborcza” ujawnia, że MD Invest Group – spółka, której właścicielem formalnie jest Dubieniecki, faktycznie należy do Tomasza M. ps. „Matucha”, skazanego w 2009 r. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą handlującą lewym alkoholem. I to on – jako dyrektor MD Invest Group – faktycznie zarządza firmą.

W tym samym czasie co dla „Matuchy” Dubieniecki rejestruje również spółkę dla siebie – Dubieniecki Moszyk Legal Advisors. Jego wspólnikiem jest radca prawny Jacek M., specjalizujący się w obsłudze transakcji związanych z nieruchomościami. W 2009 r. Jacek M. został oskarżony i aresztowany. Trzy lata wcześniej ambasada Egiptu w Polsce zleciła mu obsługę prawną zakupu działki pod nową siedzibę. Właściciel nieruchomości chciał 1,2 mln euro. Jacek M. wiedział jednak od ambasadora, że egipski MSZ zarezerwował na inwestycję wyższą kwotę. Kupił więc ziemię na podstawioną osobę za 1,2 mln euro i za pośrednictwem „słupa” odsprzedał ją ambasadzie za 2,6 mln euro. W śledztwie przyznał, że po transakcji przekazał ambasadorowi milion złotych łapówki. W 2009 r. jego obrońcą został Marek Dubieniecki.

W 2011 r. pytałam Marcina Dubienieckiego, dlaczego założył spółkę z oskarżonym o popełnienie przestępstwa. – Czy ja będę prowadził kancelarię z panem M., czy z panem gangsterem „Słowikiem” – to jest moja prywatna sprawa – odpowiedział.

Wkrótce potem firma Dubieniecki Moszyk Legal Advisors zostanie zlikwidowana. W 2015 r. Jacek M. zostanie prawomocnie skazany za przekręt z gruntem pod ambasadę na dwa i pół roku oraz zakaz wykonywania zawodu radcy przez dziesięć lat.

Były

Zakaz wykonywania zawodu grozi dziś także Marcinowi Dubienieckiemu. Jeśli potwierdzą się zarzuty krakowskiej prokuratury, zostanie skreślony z listy adwokatów. Faktycznie już dawno wyszedł z tej roli.

Kiedyś, gdy media ujawniały kolejne afery z jego udziałem, mógł liczyć na obronę ze strony polityków PiS. A gdy „Polityka” pisała o jego spółce z Jackiem M. – na odsiecz ruszyła mu także Marta Kaczyńska. Dziś – choć wciąż są małżeństwem, to ich sprawa rozwodowa została zawieszona kilka miesięcy temu, a Kaczyńska niedawno przekonywała w mediach, że „rozwodu nie będzie” – prawicowi dziennikarze piszą o Marcinie Dubienieckim, jakby był już byłym mężem Marty.

Marcin nie przyznaje się do czynów zarzucanych mu przez prokuraturę. Chce, by media podawały jego pełne nazwisko.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

dubienieckiPlanował

wyborcza.pl

Biskup Józef Wesołowski pochowany w Czorsztynie. Cisza zamiast kazania

mf, PAP, 05.09.2015
Na cmentarzu w Czorsztynie pochowano byłego nuncjusza apostolskiego na Dominikanie, oskarżonego o pedofilię Józefa Wesołowskiego. Kazanie podczas żałobnej mszy zastąpiła cisza i kontemplacja Ewangelii wg św. Jana o ukrzyżowaniu Chrystusa.

Józef Wesołowski (zdj. z 2013 r.)

Józef Wesołowski (zdj. z 2013 r.) (Manuel Diaz / AP (AP Photo/Manuel Diaz, File))

 

Bp Wesołowski pochodził ze wsi Mizerna w gminie Czorsztyn i tu chciał być pochowany. Według relacji mieszkańców wsi, rodzina biskupa ofiarowała ziemię pod parafialny cmentarz i kościół.

Mszę żałobną w kościele w Czorsztynie pw. Matki Bożej Fatimskiej odprawił biskup pomocniczy krakowski Jan Szkodoń. Przed mszą biskup cytował biblijne słowa wypowiedziane przez Jezusa: „Nie sądźcie, bo sami będziecie sądzeni, bo taką miarą jaką wy mierzycie i wam odmierzą”.

Bp Szkodoń nawoływał do modlitwy różańcowej w czorsztyńskim kościele za zmarłego nuncjusza. Cytował także słowa św. Pawła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

W uroczystości pogrzebowej uczestniczyło kilkaset osób, w tym wielu księży.

Były nuncjusz zmarł na serce 27 sierpnia w Watykanie, gdzie oczekiwał na wznowienie swojego procesu karnego przed tamtejszym trybunałem. Miał zakaz opuszczania terytorium Watykanu.

Zanim trumna z ciałem biskupa trafiła do Polski, przez dwa dni była wystawiona w kaplicy Gubernatoratu w Watykanie. Włoska agencja Ansa podawała, powołując się na źródła watykańskie, że Józef Wesołowski został złożony w trumnie ubrany w sutannę i z pierścieniem biskupim.

Proces miał być wznowiony na jesieni

Wcześniej trybunał kanoniczny przy Kongregacji Nauki Wiary wymierzył mu karę wydalenia ze stanu kapłańskiego, a następnie odrzucił złożoną przez arcybiskupa apelację. Dopiero po jego śmierci Watykan poinformował, że decyzji o odrzuceniu odwołania nie ogłoszono, by „nie pogarszać sytuacji”. Oznacza to, że decyzja pozostała nieprawomocna.

Bp. Wesołowski był pierwszym hierarchą kościelnym, który miał stanąć przed sądem Państwa Watykańskiego w sprawie pedofilii. Proces został otwarty 11 lipca i natychmiast bezterminowo odroczony, ponieważ dzień wcześniej oskarżony trafił na tydzień do szpitala. Proces miał być wznowiony na jesieni.

W oficjalnych notach biura prasowego Stolicy Apostolskiej Wesołowski figuruje jako „Jego Ekscelencja arcybiskup”. Z kanonicznego punktu widzenia, mimo kary wydalenia do stanu świeckiego, pozostał on w związku z przyjętymi święceniami duchownym i biskupem. Dziennikarze, którzy pytali o to w Watykanie, otrzymali odpowiedź, że duchownym pozostaje się „wiecznie”.

biskupJózefWesołowski

gazeta.pl

Hejter polski: Auschwitz to idealny pensjonat dla Syryjczyków

Bartosz T. Wieliński, 05.09.2015

Wielu internautów podpisuje imieniem i nazwiskiem słowa co najmniej niewłaściwe, łącząc Aushwitz i obozy zagłady z przyjazdem uchodźców

Wielu internautów podpisuje imieniem i nazwiskiem słowa co najmniej niewłaściwe, łącząc Aushwitz i obozy zagłady z przyjazdem uchodźców (Reuters (Ebenbichler) / Facebook TVN24)

Mają śliczne dzieci, fajne samochody, lubią się bawić, ale uchodźców z Syrii wysłaliby do gazu. Poprzeglądałem sobie internetowe profile polskich hejterów

„Można by otworzyć Auschwitz na nowo dla imigrantów i do tego podciągnąć nową instalację gazową” – pisze na Facebooku Kuba. Ta głęboka refleksja nie narodziła się w jego głowie samorzutnie. Wywołał ją wpis na profilu TVN 24, pod który podpięto zdjęcie baraków z obozu zagłady w Birkenau. Dwa takie budynki właśnie przechodzą konserwację. Po raz pierwszy w historii muzeum założonego na terenie dawnego niemieckiego obozu. Z Facebooka można przejść na portal TVN, zobaczyć półminutowy film pokazujący archiwalne nagrania ludzi w pasiakach stojących wzdłuż płotu z drutu kolczastego i setki ciał w masowym grobie. Na Kubie nie robi to wrażenia.

Pięć lajków i uśmiech

„Zakonserwować i uruchomić. W sam raz dla imigrantów z Syrii i okolic” – to uwaga Roberta. Pięć lajków. Michał pisze, że na przyjazd imigrantów czeka. Paweł pyta, czy nowi lokatorzy w drodze. Obok wpisu uśmiechnięty emotikon. „W końcu szykują dla nich porządne hotele” – komentuje Miroslav.

Mariusz przypomina, że już dawno pisał, że KL Auschwitz-Birkenau to dla imigrantów „idealny pensjonat”. Barbara dodaje, że w barakach „sporo ich pomieszczą”. Czesław cieszy się, że „nareszcie coś się dzieje w tej sprawie”. Tej sprawie, czyli sprawie uchodźców, którzy mają dotrzeć do Polski.

„No teraz to możemy przyjmować pełną pa…. pełnym dymem gości z Afryki” – pisze Rafał Andrzej. Emotikon przy jego wpisie mruga oczkiem. Marcin przypomina, że „przydałyby się numerki”. „Niech krematoria też odnowią” – radzi Zbigniew Grzegorz. „Piece też wyremontować bo zima nadchodzi” – to opinia Mario.

Prawie połowa komentatorów zamknęłaby uchodźców w obozie. Żartują? Na profilu głos zabierają też ludzie, którym od tego typu żartów robi się niedobrze. Zwolennicy wysyłania Syryjczyków do gazu czasami z nimi dyskutują. „Jak taki chętny jesteś do pomocy, to weź ich pod swój dach” – radzi Michał oburzonemu Krzysztofowi. „Czemu się pchają do Europy, a nie do np. Arabii Saudyjskiej” – pyta Marta. Andrzej pisze, że kacet to „dobre miejsce dla intruzów”.

Admini profilu TVN 24 chyba śpią. Czytam komentarze w piątek o 23. Wpis o remoncie baraków z Birkenau wisi od siedmiu godzin. Rasistowskich komentarzy nikt nie usuwa.

Zwyczajny Polak bez wrażliwości

Nie, ci państwo, którzy wysyłają ludzi do gazu, to nie są jacyś zwyrodnialcy. Przeglądam ich profile, wiele jest otwartych dla każdego. Poznaję ich żony, dziewczyny, dzieci… Oglądam ich samochody, zdjęcia z wakacji. Normalni Polacy żyjący pełnią życia. Frustratów jest wśród nich ledwie garstka.

To nie jest wyjątek. Podobnie ohydne wpisy czytałem pod zdjęciami ciał utopionych syryjskich dzieci, które morze wyrzucało na brzeg. „Będzie mniej kebabów” – to był jeden z najłagodniejszych komentarzy. Autorem był zwyczajny Polak.

Taki jak Kuba, który chciał ciągnąć nową instalację gazową. To żyjący w Wielkiej Brytanii polski fotograf, specjalizujący się w zdjęciach samochodów. Na jego profilu jest numer telefonu (polski i angielski), adres, link do strony WWW.

Robert jest kibicem znanej drużyny piłkarskiej w województwie śląskim. Nie kryje się z poglądami. „Ja się ku……pytam, kiedy ktoś mądry w którymś z państw UE zacznie strzelać do tych imigrantów z północnej części Afryki i nie tylko” – pisze. Jest w związku z Agatą.

Inna wrażliwość miłośnika róż

Michał, z miasta wojewódzkiego w północnej Polsce, ostatnio sprzedawał swojego citroena. Na profilu idzie mocniej. „Czekamy na przyjazd emigrantów, z racji ukończonej szkoły będę zajmował się konserwacją komór gazowych. Emigranci, zapraszamy, drzwi otwarte, wstęp bezpłatny (bilet w jedną stronę)” – pisze. Patrzę na zdjęcie: włosy na żelu, bródka, słuchawki didżeja.

Z profilu Pawła dowiaduję się, że słucha Radia Maryja i ogląda „Grę o tron”. Jest miłośnikiem wikingów. Jego żona studiowała resocjalizację. Mają córkę.

Andrzej, który pisał, że „przydałoby się rozpalić”, to frezer w fabryce znanego koncernu. Na profilu z piękną żoną, z którą ślub wziął 11 lat temu. Są zdjęcia ślicznych córeczek i roweru, który chce sprzedać. Miroslava w ten weekend będzie można spotkać na torze konnym we Wrocławiu. Miłośnik róż, siłowni i odpowiedniej diety. Ukraińcom radzi, by wyp… z Polski.

Mariusz mieszka w Austrii i pasjonuje się żużlem. Rafał Andrzej, ten, który chciał witać gości z Afryki dymem, w Polsce był ochroniarzem, teraz siedzi w Wielkiej Brytanii. Barbara mieszka w Niemczech, ma dwie dorosłe córki i syna. Zbigniew Andrzej dużo podróżuje. Ostatnio był w Hiszpanii i na Gibraltarze.

W Austrii za rasizm traci się pracę

W Austrii było ostatnio głośno o pewnym pracowniku salonu Porsche z Wels. Na Facebooku pod artykułem jednej z gazet o tym, że straż pożarna rozstawiła kurtynę wodną, by w upalne uchodźcy mogli się schłodzić, proponował, by potraktować ich miotaczami płomieni. Szef, gdy przeczytał wpis, wyrzucił go z roboty. Ludzie bili szefowi brawo. Z pracy wyleciała też pracownica supermarketu, która na Facebooku domagała się, by spalić największy w kraju obóz dla uchodźców. Dostała dyscyplinarkę. Za rasizm.

Wypominamy Austriakom trupy w szafie i to, że na fali strachu wkrótce do władzy dojdą tam polityczni wychowankowie Jorga Haidera. Ale wątpię, by w Polsce znalazł się ktokolwiek odważny, by chociażby zganić kolegę, sąsiada czy pracownika, który publicznie domagałby się ponownego uruchomienia komór gazowych w KL Auschwitz-Birkenau. To przecież tylko żarty, przecież ludzie mają prawo protestować, mają prawo się bać.

Długo walczyłem ze sobą, ale w końcu uznałem, że nie warto podawać nazwisk rodaków, którzy najchętniej wysłaliby bliźnich do gazu. Odpuściłem. Polska to nie Austria, tutaj to nic nie da.

Z powodu wyjątkowo agresywnych treści propagujących przemoc, sprzecznych z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, etnicznej i wyznaniowej, zamykamy możliwość komentowania pod naszymi tekstami o uchodźcach.
Wygląda na to, że Zachód, a więc i Polska, nie wie, jak pomóc ofiarom wojny w Syrii. Nie rozumiemy, co tam się dzieje, boimy się islamskich terrorystów. Ale uchodźców jest coraz więcej. Ich problem sam się nie rozwiąże. Europa mówi, że przyjmie ich 100, może 200 tysięcy. Ilu może i powinna przyjąć Polska? Jak im pomóc? Jak ich przyjąć, żeby dobrze się u nas odnaleźli? Czekamy na Wasze listy podpisane imieniem i nazwiskiem, najciekawsze opinie opublikujemy w wydaniu papierowym „Wyborczej” i w internecie na Wyborcza.pl: listy@wyborcza.pl

.

Zobacz także

mająŚliczneDziecihejterPolski

wyborcza.pl

Abp Hoser o uchodźcach: „Europa będzie muzułmańska, to nie ulega wątpliwości”

WB, 05.09.2015

Abp Henryk Hoser

Abp Henryk Hoser (Fot. Agata Grzybowska/ Agencja Gazeta)

Biskup decyzji warszawsko-praskiej Henryk Hoser mówił w RMF FM o napływie uchodźców do Europy. Jego zdaniem, „jeżeli dzietność Europejczyków będzie taka słaba”, Stary Kontynent stanie się muzułmański.

– Uważam, że Europa dzisiaj znajduje się w okresie analogicznym do wczesnego średniowiecza, kiedy tu napływały ludy wędrowne z Azji. A teraz jak będzie? Prawdopodobnie Europa będzie muzułmańska, to nie ulega wątpliwości. Jeżeli te tendencje się nie zmienią, jeżeli dzietność Europejczyków będzie taka słaba, że nie ma zastępowalności pokoleń, wówczas będzie to muzułmańska Europa, w której chrześcijanie będą mieli taką rolę, jaką mieli dotychczas na Bliskim Wschodzie – mówił Henryk Hoser w rozmowie z RMF FM.

Dodał również, że w „morzu muzułmańskim” istnieją niewielkie wspólnoty chrześcijan, które „w tej chwili nawet przeżyć nie są w stanie”.

 

Polska chrześcijańska z pochodzenia i etosu

Choć arcybiskup opowiada się za tym, żeby „udzielić gościnności” uchodźcom, bo jest to „podstawowa wartość ewangeliczna”, to podkreśla, że muzułmanie będą skazani na „gettoizację”. Dlatego jego zdaniem do Polski powinni przyjeżdżać uchodźcy wyznania chrześcijańskiego. – Niewątpliwie chrześcijanom jest dużo łatwiej inkulturować się w kraju, który jest chrześcijański z pochodzenia i z bieżącego etosu – mówił. Muzułmanie powinni natomiast emigrować do krajów, „gdzie jest wielka diaspora uchodźców muzułmańskich, są też ich rodziny, znajomi”.

Zdaniem duchownego Kościół nie musi więcej mówić o kryzysie imigracyjnym, gdyż „wszyscy parafianie” śledzą na bieżąco wydarzenia z tym związane i „zdają sobie sprawę, że to jest problem, który Polski nie ominie”.

„Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”

Wcześniej głos w sprawie uchodźców zabrał prymas Polski abp Wojciech Polak, używając słów Chrystusa: „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”.

Tak konkretnie możesz pomóc uchodźcom >>>

Jak zwracają uwagę niektórzy z komentujących, Episkopat już w czerwcu zajął stanowisko w sprawie masowej imigracji. „Na tle wyjątkowo bolesnych obrazów z uchodźcami z Afryki proszących o pomoc u granic Europy – wyraźniej słychać i rozumie się słowa Chrystusa o błogosławionych, bo ‚byłem przybyszem, a przyjęliście mnie'” – czytamy w komunikacie Episkopatu.

Polska Akcja Humanitarna pomaga ofiarom wojny w Syrii. Pomóż i ty. Wpłać dowolną kwotę na numer konta PAH: 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 z dopiskiem „SYRIA” lub dołącz do Klubu PAH SOS: www.pah.org.pl/klub

Zobacz także

TOK FM

Polski czyściec

Bartosz T. Wieliński, „Gazeta Wyborcza”, 05.09.2015

Traiskirchen niedaleko Wiednia w ostatni dzień 1981 r. W przeznaczonym dla 400 osób obozie przebywało wtedy ok. 1,4 tys. uchodźców, głównie z Polski. W kącie widać choinkę, bo większość spędziła tutaj święta Bożego Narodzenia. - Łóżka przesunęliśmy tak, aby było miejsce na zestawienie razem kilku małych stołów, i zasiedliśmy do wigilii. Były jakieś kolędy, jakieś pieśni patriotyczne, parę ciasteczek i parę kieliszków - wspominała pewna emigrantka. Niektórych na kolację wigilijną zaprosili miejscowi, a organizacje charytatywne przysłały paczki ze słodyczami i winem. Każdy marzył o wyjeździe z obozu, najwięcej osób pojechało do Kanady i Australii.

Traiskirchen niedaleko Wiednia w ostatni dzień 1981 r. W przeznaczonym dla 400 osób obozie przebywało wtedy ok. 1,4 tys. uchodźców, głównie z Polski. W kącie widać choinkę, bo większość spędziła tutaj święta Bożego Narodzenia. – Łóżka przesunęliśmy tak, aby było miejsce… (Werner Vollmann / East News)

Wzbraniacie się przed przyjmowaniem przez Polskę uchodźców? To poczytajcie, co się działo ponad 30 lat temu, gdy uchodźcami byli Polacy.

– Polacy zbierają się pod obozem w Traiskirchen, czekając na rejestrację jako uchodźcy. Codziennie 150 Polaków dociera do Austrii, pierwszej stacji w drodze na Zachód. Obóz jest przepełniony – tak 27 czerwca 1981 r. alarmowała agencja AP.

Traiskirchen, kilkunastotysięczne miasteczko 30 km od Wiednia, to symbol polskiej emigracji. W starych koszarach szkoły kadetów ck armii od ponad półwiecza działa ośrodek dla uchodźców. Każdy cudzoziemiec, który poprosi w Austrii o azyl, do czasu rozpatrzenia wniosku musi zamieszkać właśnie tam.

Dziś sami Austriacy przyznają, że warunki panujące w Traiskirchen to dla kraju hańba. Latem za koszarowym murem stłoczono 4,5 tys. osób, a setki, dla których nie było miejsca w namiotach, spały pod gołym niebem. ONZ uznał, że urąga to ludzkiej godności. Ale w Traiskirchen dramatycznie było już w latach 80., gdy w obozie zaroiło się od Polaków.

Niech ich wezmą Amerykanie

W lipcu 1982 r. do Traiskirchen dociera reporter „New York Timesa”. Opisuje spotkanie z Jerzym Gruszeckim, 28-letnim mechanikiem samochodowym z Polski, który w obozie wegetuje od kilku miesięcy. Sprząta korytarze, spaceruje, rozmawia z kolegami.

Ośrodek pękał w szwach. Miejsca miał dla 1,5 tys. osób, ale samych Polaków żyło tam wówczas ponad 3,4 tys. Austriacy się obawiali, że liczba ta szybko wzrośnie, bo według szacunków austriackiego rządu w Europie Zachodniej przebywało wtedy 100 tys. obywateli PRL. Większość była wprawdzie gastarbeiterami, ale przecież każdy z nich mógł wystąpić o azyl. Spora część wylądowałaby w Traiskirchen. Do Austrii Polacy mogli podróżować bez wiz.

Amerykański korespondent opisywał, że przyjeżdżali rozlatującymi się samochodami albo ekspresem „Chopin” z Warszawy. Większość to młodzi mężczyźni, choć były też rodziny z małymi dziećmi. – Całymi dniami gadają o polityce. Jedni mówią, że do Polski wejdą Sowieci, inni – że nie. Łączy ich to, że nie wierzą, iż w Polsce coś się zmieni – mówi o młodych rodakach starszy uchodźca z Polski.

Jest pierwszy tydzień stycznia 1982 r., miesiąc po wprowadzeniu stanu wojennego. – Mamy już dostatecznie dużo mąki, cukru i ryżu. Niech Amerykanie wezmą uchodźców! – oburza się austriacki kanclerz Bruno Kreisky. Wściekłość kanclerza skupia się na Amerykanach. Prezydent Ronald Reagan w prezencie świątecznym przesłał koczującym w Austrii Polakom paczki z żywnością. Ale wziąć ich do USA nie chciał. A w Austrii sytuacja była fatalna.

Przed 13 grudnia z Polski do Austrii przybywało 150 osób dziennie. Później polskie granice zamknięto, ale liczba Polaków, którzy wystąpili o azyl, i tak dobiła do 30 tys. Kolejne 30 tys. przebywało w kraju jako turyści. W Traiskirchen nie dało się już nikogo upchnąć, rząd musiał wynająć pokoje w 600 hotelach i schroniskach. Za nocleg i wyżywienie Polaka właściciele dostawali 11 dol. dziennie. Uchodźca dostawał 16 dol. kieszonkowego miesięcznie. Całość kosztowała austriacki rząd 53 mln dol. (odpowiednik dzisiejszych 130 mln dol.).

– Wiedeń najbardziej się boi, że Polacy zostaną na stałe – relacjonował „New York Times”. Kanclerz Kreisky wzywał rządy Zachodu, by przyjęły Polaków. Kanada zgodziła się przyjąć dodatkowy tysiąc. Ale USA pozostały głuche. Karl Radek, ówczesny dyrektor ośrodka w Traiskirchen, mówił „New York Timesowi”, że najbardziej się martwi, jak jego podopieczni poradzą sobie w wolnym świecie. I czy z powodu frustracji nie zaczną pić.

Toby Moffett, demokratyczny kongresmen z Florydy, który wówczas odwiedził Austrię, oburzał się, że Amerykanie segregują Polaków na uchodźców i emigrantów zarobkowych, a to, do której grupy się trafi, zależy od „umiejętności aktorskich”. – Jeśli ktoś potrafi przekonująco opowiedzieć historię o tym, jak go prześladowano, to przechodzi, jeśli nie – odpada – opowiadał.

Uchodźcy polityczni do USA wyjeżdżają natychmiast, emigranci ekonomiczni muszą czekać. Kongresmen Moffet twierdził, że Ameryka powinna przyjąć wszystkich. Prasa zauważała jednak, że kongresmen nie jest altruistą. Zamierzał się ubiegać o fotel senatora i liczył na głosy wyborców o polskich korzeniach.

Sytuację w końcu opanowano. Polacy z Traiskirchen rozjechali się po świecie. Ci, którzy nie załapali się na wyjazd do USA, ruszyli do Kanady, RPA czy Australii. Ze statystyk wynika, że w Austrii pozostało jedynie 4 proc. uciekinierów z PRL.

„Ostro i szybko”

Ale pod koniec lat 80. rzeka uchodźców z Polski zaczęła zalewać Austrię na nowo. W ciągu czterech pierwszych miesięcy 1988 r. o azyl poprosiło 1798 Polaków. Traiskirchen znowu było przepełnione. Przedstawiciele austriackich władz w rozmowie z dziennikarzami niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” obawiali się, że liczba uchodźców do końca roku sięgnie 30 tys. W większości mieli to być Polacy i Węgrzy.

„Przyjechałeś z zamiarem pozostania w Austrii na stałe. Prosimy, byś tę decyzję jeszcze raz gruntownie przemyślał. Biorąc pod uwagę sytuację w twojej ojczyźnie, nie ma żadnych szans, by uznano cię za uchodźcę politycznego. A bez tego nie osiedlisz się w Austrii ani nie dostaniesz pracy, bo obywatele Austrii też są bezrobotni” – ulotkę z takim tekstem po polsku wręczano każdemu Polakowi, który podawał się za uchodźcę.

To efekt akcji „Ostro i szybko”, którą prowadził austriacki MSW. Resort, aby nie dopuścić do powtórki 1981 r., przyspieszył procedury. W ciągu trzech dni z tłumu Polaków chcących pozostać nad Dunajem odsiewano prawdziwych uchodźców. Reszta miała opuścić kraj w ciągu miesiąca. – W przeszłości bezkrytycznie braliśmy wszystkich za prześladowanych politycznie, w rzeczywistości byli to emigranci zarobkowi – wyjaśniał „Spieglowi” Karl Blecha, ówczesny austriacki minister spraw wewnętrznych.

Z powodu wyjątkowo agresywnych treści propagujących przemoc, sprzecznych z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, etnicznej i wyznaniowej, zamykamy możliwość komentowania pod naszymi tekstami o uchodźcach.
Wygląda na to, że Zachód, a więc i Polska, nie wie, jak pomóc ofiarom wojny w Syrii. Nie rozumiemy, co tam się dzieje, boimy się islamskich terrorystów. Ale uchodźców jest coraz więcej. Ich problem sam się nie rozwiąże. Europa mówi, że przyjmie ich 100, może 200 tysięcy. Ilu może i powinna przyjąć Polska? Jak im pomóc? Jak ich przyjąć, żeby dobrze się u nas odnaleźli? Czekamy na Wasze listy, podpisane imieniem i nazwiskiem, najciekawsze opinie opublikujemy w wydaniu papierowym „Wyborczej” i w internecie na Wyborcza.pl: listy@wyborcza.pl

Zobacz także

rok1981

wyborcza.pl

WSTYD

Jarosław Kurski, 05.09.2015

Sterowany radiem model łódki z imigrantami, jedna z atrakcji parku rozrywki otwartego pod Bristolem przez artystę prowokatora Banksy'ego

Sterowany radiem model łódki z imigrantami, jedna z atrakcji parku rozrywki otwartego pod Bristolem przez artystę prowokatora Banksy’ego (TOBY MELVILLE / REUTERS)

Byłem głodny, byłem spragniony, byłem przybyszem… Kościół przypomina, że pod postacią uchodźcy sam Chrystus puka do naszych drzwi. Do kraju – jak się szczycimy – „tolerancji i bez stosów”, w którym na wigilii podczas Bożego Narodzenia stawia się na stole talerz dla nieznanego przybysza.

Tyle teoria. Praktyka jest bolesna. „Wyborcza” musiała zamknąć forum pod tekstami o dramacie uciekinierów przemierzających Europę, bo zmieniło się ono w ksenofobiczny bluzg, moralny szalet dla ludzi, którzy jeszcze dziś tchórzliwie ukrywają swe nazwisko, ale – jeśli tak dalej pójdzie – niebawem nie będą się wstydzić swego rasizmu. Być może niebawem wzorem węgierskich narodowców będą imigrantów obrzucać butelkami.

Polski rząd pod presją kampanii wyborczej boi się zadeklarować przyjęcie więcej niż 2 tys. uchodźców. Beata Szydło zimno gra na ksenofobicznej nucie: „Nie jesteśmy przygotowani na przyjęcie uchodźców”, „Pani premier nas oszukuje”. Dziś islamofobia wygrywa z nakazami ewangelicznymi i zapewne stanie się skutecznym lejtmotywem kampanii PiS.

Kiedyś groziło Polsce, że będzie Europą drugiej prędkości. Dziś grozi nam, że będziemy Europą drugiej jakości – moralnej. Chełpimy się naszą solidarnością, ale rozumiemy ją tylko jako solidarność innych z nami, a już nie naszą z innymi. Europa nam – tak! My Europie – nie! Żałosne i politycznie samobójcze.

Sami jesteśmy krajem uchodźców. Podobno 20 mln Polaków mieszka poza krajem. Skąd się wzięli za granicą? Kto ich przyjął?

Czy naprawdę 38-milionowego państwa nie stać na przyjęcie 40 tys. ofiar wojny, nędzy i głodu? W 10 tys. polskich parafii co dzień głosi się miłosierdzie i miłość bliźniego. Niech każda z nich, przy współpracy z samorządem, przyjmie jedną rodzinę. Czy to możliwe?

Dziś kwestią nie jest „czy”, lecz „jak” działać. Co i jak mogą zrobić dla uchodźców władza i opozycja, prezydent i rząd, organizacje pozarządowe, Kościoły i każdy obywatel bez względu na poglądy polityczne i światopogląd.

Od dziś publikujemy cykl tekstów, w których nie będziemy ukrywać problemów i niebezpieczeństw ani przemilczać lęków i obaw. Obnażymy fałszywe mity.

Chcemy rozpocząć w Polsce narodową debatę o uchodźcach, czyli o nas samych.

Z powodu wyjątkowo agresywnych treści propagujących przemoc, sprzecznych z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, etnicznej i wyznaniowej, zamykamy możliwość komentowania pod naszymi tekstami o uchodźcach.
Wygląda na to, że Zachód, a więc i Polska, nie wie, jak pomóc ofiarom wojny w Syrii. Nie rozumiemy, co tam się dzieje, boimy się islamskich terrorystów. Ale uchodźców jest coraz więcej. Ich problem sam się nie rozwiąże. Europa mówi, że przyjmie ich 100, może 200 tysięcy. Ilu może i powinna przyjąć Polska? Jak im pomóc? Jak ich przyjąć, żeby dobrze się u nas odnaleźli? Czekamy na Wasze listy, podpisane imieniem i nazwiskiem, najciekawsze opinie opublikujemy w wydaniu papierowym „Wyborczej” i w internecie na Wyborcza.pl: listy@wyborcza.pl

Zobacz także

wstyd

wyborcza.pl

 

E-licytacje komornicze staną się intratnym biznesem?

Małgorzata Kolińska – Dąbrowska, 04.09.2015

Komornik

Komornik (Wyborcza.biz)

Za rok ruszy cały okołokomorniczy prywatny biznes zajmujący się zajętym przez komorników majątkiem przed jego licytacją w internecie: transport, przechowywanie, dozór, domy aukcyjne.

Rynek komercyjnych usług dla komorników: transport, magazynowanie i nadzór nad zajętym majątkiem, za rok ruszy z kopyta. Wszystko dzięki ostatniej nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego i ustawy o komornikach sądowych i egzekucji. Do przepisów regulujących egzekucję komorniczą wprowadzono nowe rozwiązanie: licytację przez internet. Warunkiem jej przeprowadzenia jest odebranie dłużnikowi zajętych ruchomości, np. samochodu.

A to oznacza, że ktoś będzie musiał je przewieźć, zmagazynować, przypilnować. I na tym zarobi. Zapłacą dłużnik i wierzyciel, a zyskają prywatne firmy współpracujące z kancelariami komorniczymi.

Jak się na tym zarabia

Działanie takiego okołokomorniczego rynku można prześledzić na przykładzie opisywanej w „Wyborczej” łódzkiej kancelarii komornika Jarosława Kluczkowskiego, która niezadłużonym osobom zajmowała i odbierała samochody oraz maszyny rolnicze. Najgłośniej w mediach było o rolniku spod Mławy, który stracił traktor za długi szwagra. Na egzekucjach Kluczkowskiego zarabiało wiele firm. By się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do komorniczej karty rozliczeniowej ze sprzedaży tylko tego jednego traktora. Dłużnik miał do spłacenia 27,5 tys. zł. Ze sprzedaży ciągnika uzyskano 40 tys. zł. Transport kosztował 3,5 tys. zł, dozorca majątku dostał 300 zł. 4,9 tys. zł to prowizja komisu, któremu komornik sprzedał traktor.

Koszty odebrania majątku można też nieźle wyśrubować. Przykładem jest lipcowa egzekucja u rolników spod Łobza (woj. zachodniopomorskie). Łukasz Wojak, komornik z podwarszawskiego Piaseczna, zajął im i zabrał ciągnik, kombajn i prasę do słomy, po czym wywiózł je do Wołomina pod Warszawą. Kosztowało to aż 32 tys. zł. Po co to robił, skoro początkowo stały w Drawsku Pomorskim? Gdy spytałam, usłyszałam, że w Wołominie komornik ma umowę z zaufaną firmą przechowującą i nadzorującą ruchomości.

Złota e-licytacja

Można się spodziewać, że biznes okołokomorniczy czekają złote czasy, bo zgodnie z nowymi przepisami, jeśli wierzyciel będzie żądał e-licytacji, to komornik musi najpierw odebrać dłużnikowi zajęty majątek. – Warunek ten jest uzasadniony potrzebą ochrony interesów nabywcy zajętego majątku przed takimi działaniami dłużnika, które mogłyby uniemożliwić lub utrudnić wydanie sprzedanej rzeczy. Na przykład przed ukryciem lub zniszczeniem – tłumaczy nam Rafał Fronczek, prezes Krajowej Rady Komorniczej (KRK).Dlaczego w ten sposób znowelizowano przepisy? – Zdaniem Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego, która jest autorką nowelizacji, wniosek o przeprowadzenie e-licytacji ma być też taką ważną zapisaną w ustawie przyczyną – wyjaśnia Wioletta Olszewska z biura prasowego resortu sprawiedliwości. Resort jest przekonany, że jeżeli nabywca nie będzie miał gwarancji, iż kupione ruchomości odbierze, to niewiele osób zdecyduje się na udział w e-licytacji.

Ale wśród komorników można usłyszeć opinie, że taka nowelizacja, która tworzy nowe koszty, jest niepotrzebna. Bo jeśli dłużnik nie wyda ruchomości, to pieniądze uzyskane z e-licytacji można oddać nabywcy. A dłużnikiem zajmie się prokurator.

Prezes Fronczek broni jednak stanowiska KRK. – Wysokość kosztów, jeśli będzie kwestionowana, w każdym postępowaniu podlega kontroli sądu rejonowego. Sąd może je zmienić, jeśli tylko uzna je za nieprawidłowe – mówi. – Zazwyczaj komornicy zlecają takie usługi firmom, które oferują ceny konkurencyjne. Często są to te same firmy, które świadczą usługi np. dla policji.

Resort sprawiedliwości nie jest obecnie w stanie oszacować, o ile nowe przepisy podbiją koszty komorniczych egzekucji związanych ze sprawowaniem nadzoru nad odebranym majątkiem w ramach e-licytacji. Nie wiadomo, na ile staną się one popularne. W pierwszym półroczu 2015 r. do kancelarii komorniczych wpłynęło aż ok. 3,4 mln spraw egzekucyjnych. Jak oceniają sami komornicy, 20 proc. egzekucji z ruchomości kończy się ich odebraniem.

Kto wejdzie w ten biznes?

Dziś nie ma należących do izb komorniczych czy KRK magazynów, hal aukcyjnych lub strzeżonych parkingów, na których można by gromadzić zabezpieczony majątek. Aby stosować nowe przepisy, komornikom pozostanie korzystanie z prywatnych firm.

Mogłaby się tym zająć też sama Krajowa Rada Komornicza, bo jako jedyny samorząd zawodowy może prowadzić działalność gospodarczą i jest właścicielką spółki Currenda, która archiwizuje akta komornicze i ma magazyny. A zgodnie z ustawą do KRK należy „budowanie, wynajmowanie i utrzymywanie wspólnych pomieszczeń magazynowych i hal aukcyjnych oraz utrzymywanie ciężkiego sprzętu transportowego”. Czy Currenda lub inna spółka należąca do samorządu komorniczego wejdzie na nowy okołokomorniczy rynek usług? Prezes Krajowej Rady Komorniczej stanowczo zaprzecza.

– Przy każdym sądzie okręgowym winno być wybrane w drodze przetargu przedsiębiorstwo zajmujące się przechowywaniem oraz sprzedażą odebranych dłużnikom ruchomości. Jednocześnie komornik miałby obowiązek każdą odebraną ruchomość przechowywać i sprzedawać wyłącznie przez tę firmę – proponuje Paweł Pacyński, łódzki komornik.

Zobacz także

wyborcza.biz


%d blogerów lubi to: