Duda (26.08.2015)

 

Watykan mógł w 1939 roku uratować pokój? Pius XII chciał zwołać „drugie Monachium”, gotów był poświęcić Gdańsk

Czy w 1939 roku papież Pius XII, czyniąc zabiegi dla pokoju, był świadomy zagrożenia?
Czy w 1939 roku papież Pius XII, czyniąc zabiegi dla pokoju, był świadomy zagrożenia? Wikimedia Commons

Krytycy mówią o nim „papież Hitlera” i wskazują, że konsekwentnie przymykał oko na dokonujący się w Europie Holokaust. Inni podkreślają, że pomagał, jak mógł – uratować miał dziesiątki tysięcy Żydów. A czy zrobił coś dla Polski, zanim ta stała się pierwszą ofiarą II wojny światowej?

Bezsprzecznie tragizm kard. Eugenio Pacellego wynika z faktu, że zasiadł na Stolicy Piotrowej w najtrudniejszym możliwie czasie. I już niemal od początku pontyfikatu, zainaugurowanego 2 marca 1939 roku, papieżowi nie była obca sprawa polska. Mało tego, żywo się w nią angażował.

Europa w cieniu wojny
Wiosną 1939 roku Europa zmierzała do wojny. Był koniec kwietnia, gdy Hitler wypowiedział polsko-niemiecki pakt o nieagresji sprzed pięciu lat, wkraczając na drogę konfrontacji. Jak zareagował na to papież? Nie mógł nie być zaskoczony. Przecież wychodził z założenia, że powtórka międzynarodowego kataklizmu, jaki przetoczył się przez świat przed ćwierćwieczem, nigdy nie nastąpi.

Ocalenie pokoju było jego dewizą. Nie miał nadmiernych złudzeń co do dobrej woli dyktatorów, ale doświadczenia z jesieni 1938 r. i pamięć konferencji monachijskiej pouczały jednak, że pokój za cenę ustępstw na rzecz mocarstw agresywnych jest możliwy. Czy było to wszakże do pogodzenia z dewizą pontyfikatu Piusa XII – „pokój dziełem sprawiedliwości” (opus iustitiae pax)? „Sprawa polska” – tak mocno związana w 1939 r. z losami pokoju europejskiego – stanowiła swoisty test-case z tego punktu widzenia.

M. Kornat, Polityka Stolicy Apostolskiej w dobie kryzysu międzynarodowego 1938-1939, [w:] Kampania polska 1939. Polityka-społeczeństwo-kultura, Warszawa 2013.

Polskę i Niemcy papież widział jako dwa katolickie kraje, zmuszone wejść na drogę rywalizacji, ale li tylko – jak sądził – dyplomatycznej. Niewątpliwie bliżej było mu do Niemiec, wszak spędził w tym kraju całe 13 lat, jako papieski dyplomata (1917-1930). Co prawda Hitler nie zdążył wówczas jeszcze dojść do władzy, ale przyszła głowa Stolicy Apostolskiej musiała o nim słyszeć. Później, wbrew wielu opiniom, papież wcale nie był zagorzałym zwolennikiem dyktatora rodem z Austrii.

Jeszcze zanim został głową Kościoła, Pacelli z uwagą obserwował rozwój wypadków europejskich. Przywódcy i dyplomaci zadawali sobie pytanie: gdzie jest granica ustępstw w stosunku do zbrojącej się III Rzeszy? Gdy świat obiegła wiadomość o „uratowaniu pokoju” w Monachium, wielu odetchnęło z ulgą. Dla Pacellego spotkanie na szczycie w stolicy Bawarii było przejawem politycznego konsensusu, nie zaś kapitulacją.

Pokój za wszelką cenę?
Czasem, aby utrzymać pokój, trzeba zgodzić się na ofiarę? To pytanie zapewne zadawali sobie watykańscy dyplomaci. Powróciło ze zdwojoną siłą w marcu 1939 roku, niecałe dwa tygodnie po objęciu urzędu przez Piusa XII. Hitler właśnie zajął Pragę. Jasne stało się, że wcześniej kłamał, gdy mówił, że w Monachium chodziło mu tylko o los niemieckiej mniejszości zamieszkującej Sudety. Dalsze „obdarowywanie” nazistowskiego dyktatora było bezsensowne, w każdym momencie mógł bowiem wyciągnąć rękę po… więcej.

Wojna wisiała na włosku, ale pokój – o czym wiedział i papież – był ciągle najwyższą wartością. Został mediatorem w sporze polsko-niemieckim. Z nadzieją patrzył przede wszystkim na Zachód – Wielka Brytania i Francja miały jeszcze raz, po jesieni zeszłego roku, „stanąć na wysokości zadania”.

Wiele zależało od postawy mocarstw – po wypowiedzeniu polsko-niemieckiego paktu, Brytyjczycy potwierdzili swoje gwarancje dla Polski. Mimo wszystko jednak papież wykazał się krótkowzrocznością – niemal do końca wierzył w powodzenie swej misji i ułagodzenie Hitlera. Dyplomacja była dla papiestwa jedynym orężem – trudno się dziwić.

„Drugie Monachium”
Gdy 5 maja minister Beck wygłosił w Sejmie pamiętne przemówienie o „polskim honorze”, wydawało się, że klamka zapadła. Ale jeszcze w tym samym dniu na jaw wyszła trzymana dotąd w ścisłej tajemnicy koncepcja Piusa XII, zakładająca zwołanie międzynarodowej konferencji. Lobbystą tej idei był papieski sekretarz stanu kard. Luigi Maglione. Polacy mieli być stroną w dyskusji – obok Niemiec, Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii.

Co było do przewidzenia, Hitler nie okazał żadnego zrozumienia dla papieskich planów. Propaganda nazistowska rozgłaszała, że spotkanie pięciu państw jest niepotrzebne, skoro Niemcy nie dążą wcale do konfliktu. Pytanie: na ile w te zapewnienia uwierzył papież? Wiele wskazuje na to, że w sporym stopniu dał się zwieść kłamstwom Hitlera.

Ale i strona polska, mając w pamięci wcześniejsze ustępstwa europejskiej dyplomacji wobec III Rzeszy, sceptycznie oceniała możliwości porozumienia. Zakładając, że pokój miał wtedy swoją cenę, a tajemnicą poliszynela było, że tą ceną jest Gdańsk, inicjatywa Piusa XII była skazana na niepowodzenie. Minister Beck stał na stanowisku, że dobre stosunki z Hitlerem nie mogą być pochodną ustępstw terytorialnych. Zresztą nie godził się oddawać mu ani metra kwadratowego polskiej ziemi.

DYPLOMATA MICHAŁ ŁUBIEŃSKI DO AMBASADORA EDWARDA RACZYŃSKIEGO, 22 VI 1939

Watykan nakłania Londyn do konferencji, której owocem byłaby inkorporacja Gdańska do Rzeszy. Nuncjusz mówił, że intencje Rzeszy są pokojowe – lecz nic nie proponował.

M. Kornat, Polityka Stolicy Apostolskiej w dobie kryzysu międzynarodowego 1938-1939, [w:] Kampania polska 1939. Polityka-społeczeństwo-kultura, Warszawa 2013.

Apel o pokój
Choć zamiar zwołania konferencji spalił na panewce, papież ciągle mediował. Na miesiąc przed wojną atmosfera napięcia była aż nadto wyczuwalna – zapamiętał nowy polski ambasador w Watykanie Kazimierz Papée (zastąpił Stanisława Janikowskiego). Pius XII miał zapytać Polaka, czy rządzący nad Wisłą skłonni są do jakichkolwiek ustępstw, mając na myśli rzecz jasna sprawę Gdańska. Odpowiedź ambasadora nie była zadowalająca.

Rozmowy prowadzono dalej, głowa Kościoła wciąż liczyła na spotkanie Hitlera i innych wielkich tamtego świata w celu rozmowy o pokoju. Wszelkie iluzje przekreśliło podpisanie Paktu Ribbentrop-Mołotow. Tajna klauzula, której treść znali alianci już „dzień po” (nie ma pewności, że wiedział o niej papież), przewidywała de facto IV rozbiór Polski.

24 sierpnia, już chyba w przejawie bezsilności, papież – przebywając w Castel Gandolfo – wygłosił w Radiu Watykańskim apel o pokój. – Nic nie jest stracone z pokojem – wszystko można stracić w wojnie – podkreślił papież. Zło, nie po raz pierwszy, nie zostało nazwane „po imieniu”. Papież nie chciał zadrażniać sytuacji nawet wówczas, gdy wojna była już faktem (goszcząc ambasadora odmówił błogosławieństwa dla walczącego Wojska Polskiego).

Umierać za Gdańsk?
Przemówienie Piusa XII tłumaczył na język polski ksiądz prałat w Kurii Watyńskiej, Walerian Meysztowicz – ten sam, który lada chwila wyjedzie do Polski i weźmie udział w kampanii zbrojnej. W ocenie duchownego, autora „Gawęd o czasach i ludziach”, wszelkie ustępstwa na rzecz Hitlera jedynie przedłużałyby wątpliwy pokój.

Czułem się zawiedziony. Mogłem oczekiwać, że Papież zrozumie to, co mi w drodze do Castel Gandolfo przyznał Montini (ks. Giovanni Montini – późniejszy papież Paweł VI) – że sprawiedliwość jest po naszej stronie. Logicznie trzeba było oczekiwać nie wezwania obu stron do zgody – lecz napastnika do zaniechania napaści. Tego właśnie jasnego wskazania na to, kto jest napastnikiem, w mowie Papieża nie było – i dlatego mowa wydała mi się pozbawiona znaczenia. I uderzyło mnie to, że po jej wygłoszeniu Papież wyglądał tak, jak gdyby miał poczucie dokonanego wielkiego dzieła. A ja myślałem, że właściwie nie stało się nic, ze ta mowa niczego nie zmienia.

Ks. Walerian Meysztowicz, wspomnienia o Piusie XII, „Zwoje”, 1999, nr 3 (16).

Papież jednak wciaż próbował wpłynąć na bieg wypadków. 26 sierpnia wystosował za pośrednictwem nuncjusza Filippo Cortesiego depeszę do polskiego rządu, w którym wspominał o tym, że Niemcy przyjmą z „satysfakcją” przekazanie Gdańska. To zaś – w przekonaniu papieża – ułatwi obustronne porozumienie. Pius XII zwrócił się do polskich władz o udział w negocjacjach z Niemcami. 31 sierpnia Watykan wystosował odpowiednią notę (do pięciu państw, które miały wziąć udział w konferencji), która nie została dobrze przyjęta nad Wisłą. Stolica Apostolska nalegała na spotkanie „na szczycie”, w celu wysondowania możliwości oddania Gdańska III Rzeszy, a także uregulowania kwestii mniejszości niemieckiej w Polsce. Powrócił też pomysł zwołania konferencji międzynarodowej…

NOTA PAPIESKA, 31 VIII 1939

Jego Świątobliwość błaga w imię Boże rządy Niemiec i Polski, by uczyniły wszystko, co tylko w ich mocy, aby uniknąć wszelkich incydentów, i by powstrzymały się od wszelkich drażliwych środków, mogących zaostrzyć obecne napięcie. Prosi rządy Anglii, Francji i Włoch o poparcie tej prośby.

J. Dębiński, Stolica Apostolska wobec hitlerowskiej agresji na Polskę w 1939 r., „Głos z Torunia”, 2002, nr 35

Ewentualna cesja Wolnego Miasta, choć trudno w nią uwierzyć, z pewnością nie zadowoliłaby Hitlera, który od jakiegoś czas trwał w gotowości bojowej. Już 26 sierpnia jego wojska miały być w Polsce. Jak się okazało, pięć dni opóźnienia nie wpłynęło na bieg wypadków.

PapieżMógł

naTemat.pl

Bilewicz: Polityka i spiski

Agnieszka Kublik, 26.08.2015
Michał Bilewicz, psycholog społeczny, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami prz Wydziale Psychologii UW

Michał Bilewicz, psycholog społeczny, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami prz Wydziale Psychologii UW (&Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Koncentracja na historycznych krzywdach i cierpieniach własnego narodu powoduje, że współczesna rzeczywistość również zaczyna nam się wydawać pełna spisków i złych intencji.
AGNIESZKA KUBLIK: Słyszał pan najnowsze teorie spiskowe? Jan Kulczyk został zabity w Wiedniu, miejscu spotkań szpiegów z całego świata, albo sfingował swoją śmierć.

DR MICHAŁ BILEWICZ: Niesamowite! Co więcej, podejrzewam, że ta sama osoba może wierzyć, że został zabity i że sfingował swoją śmierć. Brytyjskie badania pokazują, że wierzący w spiski mają bardzo dużą tolerancję dla sprzecznych teorii. Jeśli ktoś wierzył, że księżna Diana została zamordowana przez brytyjskie służby, to zwykle również dopuszczał myśl, że ona nadal gdzieś żyje szczęśliwie ze swoim Dodim al-Fayedem. Ludzie uznający, że Osama ben Laden wciąż żyje, twierdzą też, że jego zabicie zostało upozorowane, bo przywódca Al-Kaidy od dawna był już martwy.

Kto wierzy w te nieracjonalne teorie spiskowe?

– Istnieje coś takiego jak mentalność spiskowa, czyli tendencja do interpretowania wszystkich wydarzeń politycznych jako nieprzypadkowych, będących efektem zakulisowych działań i manipulacji.

Jedną z przyczyn wiary w teorie spiskowe jest utrata poczucia kontroli nad własnym życiem. To nieraz ludzie, którym życie zaczęło się sypać, np. stracili pracę, rozstali się z kimś. Myślą sobie: „Jeżeli ja tracę kontrolę, to ktoś inny musi ją mieć, jakieś siły zewnętrzne. Nie wierzę, że to po prostu kryzys gospodarczy”. Szukają konkretnej teorii, która by to w prosty sposób wyjaśniała. Ludzie, tracąc kontrolę, nie tylko częściej wierzą w teorie spiskowe, ale też w istoty ponadludzkie, w Boga, różnego rodzaju siły paranormalne.

Teorie spiskowe zaspokajają także potrzebę objaśnienia świata, nawet jeśli wzajemnie się wykluczają. Długo myśleliśmy, że podatni na to są ludzie, dla których rzeczywistość jest zbyt skomplikowana, polityka jest zagmatwana, i dlatego szukali wyjaśnienia, które im to pomoże ogarnąć. Ale nie do końca tak jest. W 2013 r. zbadaliśmy z Mirosławem Koftą poczucie zagubienia w polityce i poczucie braku kontroli nad polityką. Myślenie spiskowe bardziej wynika z braku poczucia kontroli niż z niezrozumienia polityki. Ludzie czują, że tracą kontrolę nad działaniami polityków, i dlatego częściej wierzą w spiski. Skoro ja nie mam wpływu na politykę, to ktoś ten wpływ musi mieć.

I stąd silna wiara w spisek smoleński?

– Tak. W 2013 r. zbadaliśmy, jak Polacy wyjaśniają katastrofę w Smoleńsku. 29 proc. wierzyło w zamach na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, 61 proc. w zwykłą katastrofę lotniczą. Do tego aż 56 proc. zgodziło się z tezą, że „władze polskie i rosyjskie wspólnie zatajają prawdę na temat tej katastrofy”.

Co ciekawe, aż 70 proc. Polaków twierdzi, że w Smoleńsku zawiniły zła organizacja i nieodpowiednie zabezpieczenie lotu – uważa tak też ponad połowa osób wierzących w zamach.

Kto najsilniej w Polsce wierzy w zamach smoleński?

– Głównie najmłodsi (do 25 lat) i najstarsi (po siedemdziesiątce). Z badań nad starzeniem się poznawczym wiemy, że osoby starsze lubią uproszczone wyjaśnienia, bo ich zasoby poznawcze są coraz mniejsze, pamięć działa gorzej, mają problemy z orientacją w rzeczywistości. W psychologii nazywamy to potrzebą domknięcia poznawczego. Starsi chcą prostych teorii, takich, w których za wszystkim kryje się jedna siła i w których wszystko można wyjaśnić jedną teorią.

Wspólnie z Grzegorzem Sędkiem z SWPS badaliśmy u Polaków wiarę w spisek żydowski, czyli przekonanie, że Żydzi potajemnie dążą do dominacji nad światem. Najstarsi Polacy częściej w nią wierzą właśnie dlatego, że potrzebują prostego wyjaśnienia – jednej teorii, która wyjaśni im zagmatwaną rzeczywistość. Do tego dochodzi też prawicowy autorytaryzm, zdecydowanie częstszy u seniorów.

Prawicowy autorytaryzm?

– To tęsknota za silnym przywódcą i potępienie wszystkich, którzy zachowują się w sposób niezgodny z prawem i normami. W psychologii od lat 50. traktowano te poglądy jako przyczynę poparcia dla systemów faszystowskich.

Myślenie spiskowe w bardzo dużym stopniu wynika właśnie z postaw autorytarnych, o czym przekonują badania prowadzone w wielu krajach, w Polsce między innymi na Uniwersytecie Warszawskim przez Monikę Grzesiak-Feldman.

Autorytarysta chciałby żyć w kraju, w którym władza jest silna i despotyczna, i w takim kraju przyjmie dominującą wersję wydarzeń. Ale w demokracji, w której istnieje wielość różnych interpretacji rzeczywistości, autorytarysta czuje się zagubiony. Taki człowiek postrzega świat jako pełen zagrożeń, wszędzie widzi złe intencje.

Z autorytaryzmem wiąże się wiele paradoksów. Dotąd w psychologii politycznej traktowaliśmy autorytaryzm jako zjawisko jednoznacznie negatywne. Uważaliśmy, że to przyczyna uprzedzeń. Ostatnie nasze badania dotyczące mowy nienawiści pokazały, że to jednak autorytaryści najchętniej poprą zakaz mowy nienawiści, czyli rozwiązanie chroniące mniejszości, ponieważ autorytarysta w ogóle lubi zakazy i nie lubi przemocy.

A dlaczego w spisek smoleński wierzą najmłodsi?

– Tu najważniejszy wydaje się brak poczucia sprawstwa i brak zaufania do polityków. Młodzi znaleźli się dziś w trudnej sytuacji, pracując na umowach śmieciowych, często bez perspektyw na jakąkolwiek stabilizację. To sprzyja myśleniu spiskowemu. Młodzi są też bardziej zanurzeni w kulturze popularnej – a przecież niejedna fabuła filmu czy gry opiera się właśnie na teorii spiskowej. U młodzieży teorie spiskowe nie wiążą się tak bardzo z prawicowością – a w USA są wręcz bardziej atrakcyjne dla osób lewicowych. Pamiętam, jak na nowojorskiej uczelni lewicowi studenci organizowali nieformalne pokazy filmów udowadniających, że wieże WTC nie przewróciły się od uderzenia samolotu, że musiały być dodatkowe ładunki.

Myślenie spiskowe wynika też ze sposobu postrzegania historii. Właśnie zakończyliśmy badania na ten temat w Grecji i w Polsce. Otóż koncentracja na historycznych krzywdach i cierpieniach własnego narodu powoduje, że współczesna rzeczywistość również zaczyna nam się wydawać pełna spisków i złych intencji. To właśnie najmłodsi i najstarsi Polacy są owładnięci martyrologiczną wizją historii narodu. Nie wierzą, że dzisiejsze sytuacje mogą być nieco odmienne od tego, co spotkało ich naród w przeszłości. Na tym bazuje zresztą retoryka Pawła Kukiza, który roztaczając rozmaite teorie spiskowe, zawsze znajduje dla nich wspólny mianownik: Polacy są ofiarami, a wszyscy inni przeciw nam knują.

Prezydent Andrzej Duda wierzy w zamach. Na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim od 6 sierpnia stoi krzyż smoleński.

– Z drugiej strony nie pojawił się na poniedziałkowej miesięcznicy smoleńskiej. Ja jednak wierzę, że jego zaangażowanie może uspokoić wierzących w zamach. Bo im bardziej ktoś czuje się dyskryminowany, tym bardziej jego poglądy stają się radykalne. A teraz już wykluczani przez głowę państwa nie będą.

Duda zapowiada międzynarodowe śledztwo w sprawie katastrofy.

– Jeśli takie śledztwo udowodni, że to była katastrofa lotnicza, to może zmniejszyć wiarę w zamach. Bo dla nich obecna władza nie ma autorytetu, ale ta, do której odwoła się Duda czy PiS, już tak. Gdyby ta władza, ich władza, doprowadziła do międzynarodowego śledztwa, które wykaże, że to była po prostu katastrofa, to będą oni bardziej gotowi zaakceptować takie wyjaśnienie.

Na poniedziałkowej miesięcznicy Jarosław Kaczyński namawiał uczestników do mobilizacji wyborczej. Badania psychologiczne jednak jednoznacznie wykazują, że im bardziej ludzie wierzą w spiski, tym mniej gotowi są pójść do urn czy wesprzeć finansowo kampanię. To nie w mentalności spiskowej leży dziś klucz do sukcesu PiS.

A z tym poczuciem dyskryminacji to oni mają trochę racji. Nasze badania wykazały, że zwolennicy teorii zamachu nie mieliby nic przeciw temu, żeby ich sąsiad, współpracownik czy krewny uznawał katastrofę w Smoleńsku za splot nieszczęśliwych okoliczności. Z drugiej strony ludzie zdecydowanie odrzucający teorię zamachu nie chcieliby mieć jako swojego sąsiada czy współpracownika kogoś, kto wierzy w tę teorię. Czyli ludzie wierzący w spisek starają się nas, sceptyków, przekonać – ale my, niewierzący w katastrofę, się ich boimy i się od nich izolujemy. Zresztą w debacie publicznej padło bardzo wiele niesprawiedliwych słów pod ich adresem, które ich mocno patologizowały, nawet ze strony znanych socjologów.

Wolałbym, żeby naukowcami kierowała chęć zrozumienia, dlaczego niektórzy ludzie wierzą w spisek, a inni nie. Rolą uczonego nie powinno być ocenianie czy naznaczanie niemiłych sobie poglądów. W ostatnich latach odnosiłem wrażenie, że naukowcy dołączyli się do chóru, który tylko napędza myślenie spiskowe – wzmagając u tych ludzi uczucie dyskryminacji i odrzucenia. I pojawia się ryzyko, że jak oni będą mieli swojego prezydenta, swojego premiera, swojego szefa MSW, to będą oczekiwać jakiegoś rewanżu na wątpiących. A tego chyba nie chcemy.

Michał Bilewicz – rocznik 1980. Doktor habilitowany, psycholog społeczny, publicysta. Wykładowca Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW. Związany z Krytyką Polityczną. Ostatnio współautor książki „The Psychology of Conspiracy” (Routledge, 2015).

słyszałPan

wyborcza.pl

Zamieniła dom na pociąg. Niemiecka studentka od czterech miesięcy mieszka w pociągu

ar, 26.08.2015
Leonie Müller - niemiecka studentka, która od czterech miesięcy mieszka w pociągu

Leonie Müller – niemiecka studentka, która od czterech miesięcy mieszka w pociągu (fot. facebook.com)

23-letnia Leonie Müller została „bezdomną z wyboru”. 1 maja zrezygnowała z wynajmu mieszkania. Od tego czasu większość czasu spędza w pociągach.
– Wszystko zaczęło się od kłótni z właścicielem mieszkania, które wynajmowałam – mówiła Müller dziennikowi „Washington Post”. – Momentalnie podjęłam decyzję, że nie chcę dłużej tam mieszkać. A właściwie: że nie chcę już nigdzie mieszkać.

1 maja Müller była już, jak sama się określa, „bezdomną z wyboru”. Wszystkie swoje rzeczy zmieściła w jednym plecaku: ubrania, kosmetyczkę, tablet, dokumenty i materiały na studia. I najważniejsze – słuchawki wyciszające.

Następnie kupiła bilet, który pozwala jej bez ograniczeń podróżować wszystkimi pociągami na terenie Niemiec. Od czterech miesięcy większość czasu spędza właśnie w pociągach. W nich śpi, myje się, uczy. Pisze także blog, na którym opisuje swoje doświadczenia. Jej nowy styl życia będzie też punktem wyjścia do jej pracy dyplomowej na temat współczesnego nomadyzmu.

Dziewczyna ma nadzieję, że jej decyzja będzie dla innych inspiracją. – Chcę skłonić ludzi do zastanowienia się nad obowiązującymi normami i nad sensem ich nawyków. Wokół nas jest więcej możliwości, niż moglibyśmy przypuszczać, a przygoda czeka tuż za rogiem, o ile tylko chcemy ją przeżyć – cytuje dziewczynę „Washington Post”.

Müller podkreśla, że rezygnacja z mieszkania dała jej dużo wolności, a w pociągu czuje się jak w domu. Twierdzi też, że ten styl życia służy jej związkowi. Jeszcze do niedawna była w związku na odległość, teraz widuje swojego chłopaka bardzo często.

Dziewczyna przyznaje jednocześnie, że nie wszystkie noce spędza w pociągach. Często zatrzymuje się u znajomych i rodziny.

Zobacz także

miałaDość

wyborcza.pl

Prezydent w TVP Info: Premier prowadzi kampanię, a ja polskie sprawy

mkd, PAP, 26.08.2015
Andrzej Duda skomentował ostatnie napięcia w jego relacjach z premier i rządem. Mówił także o referendum i możliwych zmianach konstytucji. Odpowiedział na pytanie o swoje poselskie podróże do Wielkopolski.

Andrzej Duda

Andrzej Duda (TVP Info)

 

Podczas audycji w TVP prezydent Duda odniósł się do apelu premier Ewy Kopacz o zwołanie Rady Gabinetowej oraz Rady Bezpieczeństwa Narodowego w sprawie Ukrainy.

– Radę Bezpieczeństwa Narodowego zwołam wtedy, kiedy uznam to za stosowne jako prezydent – oświadczył. Dodał, że oczekuje od instytucji podległych rządowi informacji w sprawie tego, co się dzieje na Ukrainie, aby móc na podstawie tych informacji „podejmować decyzje”.

– Spotkałem się już z dwoma ministrami, którzy bezpośrednio zajmują się sprawami leżącymi też w gestii prezydenta RP, myślę tu o ministrze obrony narodowej i spraw zagranicznych. Miałem z tymi ministrami – myślę – dobre rozmowy, w związku z czym z mojej strony, jeśli chodzi o współpracę z rządem, jest otwartość – przekonywał.

„Pani premier prowadzi kampanię wyborczą”

Dopytywany, dlaczego nie spotyka się z samą premier Ewą Kopacz, tylko z wybranymi ministrami, odpowiedział: „Pani premier prowadzi kampanię wyborczą, a ja prowadzę polskie sprawy”.

– Rząd uczestniczy w tej chwili w kampanii wyborczej. Ja jestem prezydentem od niedawna z ugrupowania, które konkuruje dziś z partią rządzącą. Widocznie niektórzy politycy, którzy są w rządzie, traktują to jako element kampanii wyborczej. Mogę powiedzieć tyle, że ubolewam nad tym – mówił prezydent.

Co z podróżami do Wielkopolski?

Prowadzący rozmowę z prezydentem Krzysztof Ziemiec nie omieszkał zapytać o publikacje „Newsweeka”. Tygodnik opublikował artykuł, z którego wynikało, że Duda – jako poseł – uzyskał refundację kosztów podróży do Poznania, które miały nie mieć związku z wypełnianiem przez niego mandatu, tylko z wykładami w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji.

Prezydent oświadczył, że podróże, których wykaz opublikował „Newsweek”, były związane wyłącznie z realizacją zadań poselskich, zaprzeczył doniesieniom tygodnika. Użył określenia „potwarz i oszustwo”. – Jestem w tym przypadku oczerniany – powiedział.

„6 milionów podpisów”

Pytany o referendum, o którego przeprowadzenie zwrócił się do Senatu, zaznaczył, że pytania w tym referendum wynikały z tego, że stali za nimi przedstawiciele „reprezentatywnych grup społecznych”. Grupy te, podkreślał, pod swoimi pytaniami zebrały „w sumie prawie 6 milionów podpisów”.

– Wnosili do mnie o to, by zwrócić się do Senatu o referendum w tych sprawach, i ja to uczyniłem – powiedział prezydent.

Zmiany w konstytucji: milion podpisów wymusi referendum?

Duda przypomniał, że już w kampanii mówił, iż należy wprowadzić do konstytucji zapis o obligatoryjności referendum, jeśli pod wnioskiem uda się zebrać milion podpisów.

– Uważam, że wypełniłem swój obowiązek jako prezydent RP, który do takich działań się zobowiązywał. Jeżeli dostanę kolejne takie wnioski, również będę się nad nimi pochylał i z przedstawicielami takich reprezentatywnych grup się spotkam – zapowiedział.

Duda pójdzie na referendum 6 września

Prezydent powiedział także, że weźmie udział w zarządzonym przez Bronisława Komorowskiego referendum 6 września. – Jako prezydent RP wezmę w tym referendum udział i udzielę takich odpowiedzi na pytania, jakie uważam za słuszne, głosowanie jest tajne – zaznaczył.

 

dudaPremierprowadzi

gazeta.pl

Andrzej Duda będzie się spotykał tylko z ministrami, których potrzebuje?

psz/TVP info, 26-08-2015

Andrzej Duda PiS prezydent

 fot. Jacek Turczyk  /  źródło: PAP

Ale prezydent zapewnił, że nie unika spotkania z premier Kopacz, a Radę Gabinetową zwoła, gdy „uzna to za stosowne”.

Andrzej Duda pytany na antenie TVP Info o słowa Petra Poroszenki na temat uczestnictwa Polski w rozmowachdotyczących sytuacji na Ukrainie, zapewnił, że Poroszenko jest jego partnerem, a Polska nie zostanie wykluczona z rozmów. – Nasze spotkania będę kontynuowane we wrześniu, wszystko jest już potwierdzone – zapewniał.

Dlaczego głowa Ukrainy powiedziała w Berlinie, że „nie potrzebuje nowych formatów rozmów”? Zdaniem Andrzeja Dudy, słowa te wyciągnięto z szerszego kontekstu, by „wykorzystać w kampanii wyborczej”. – Ubolewam nad tym faktem, bo polityka zagraniczna wymaga spokoju, do czego zachęcam. I apeluję, by nie dać się w tych sprawach ponosić emocjom – mówił prezydent.

Rząd uczestniczy w kampanii wyborczej, a jestem prezydentem z ugrupowania, które z nim konkuruje, więc jestem w kampanię wciągany

Prowadzący Krzysztof Ziemiec pytał Andrzeja Dudę także o współpracę z obozem rządzącym i o to, czy widuje się tylko z ministrami, którzy są mu potrzebni. Prezydent zapewnił, że widział się już z dwoma ministrami i układa się ona poprawnie. Nie ukrywał jednak, że ma poczucie wzajemnego konkurowania. – Rząd uczestniczy w kampanii wyborczej, a jestem prezydentem z ugrupowania, które z nim konkuruje, jestem więc w nią wciągany. Na pytanie o to, kiedy dojdzie do zwołania Rady Gabinetowej, odpowiedział krótko, „kiedy uznam za stosowne”. Zapewnił przy tym, że nie unika spotkania z Kopacz. – Pani premier prowadzi kampanie wyborczą, a ja dbam o polskie sprawy. Uważam, że tak powinienem działać – uciął.

Andrzej Duda nie uniknął także pytania o kwestie przyjmowania syryjskich uchodźców do Polski, ale nie odpowiedział konkretnie. Wspomniał o trudnej sytuacji na Ukrainie, podkreślając, że wschodnim sąsiadom także wkrótce może przydać się pomoc, o czym powinien myśleć rząd. – A imigracja z Afryki i Bliskiego Wschodu to skutek pewnych zjawisk. Europa powinna pomyśleć o ich przyczynie – mówił prezydent.

Czytaj także: Akredytacje na wyjazd Dudy dla wybranych

W kwestii dopisania kolejnych pytań do referendum, Andrzej Duda zapewnił, że zrobi to wówczas, gdy tak jak np. w sprawie wysyłania do szkół sześciolatków uda się zebrać miliony podpisów, a przedstawiciele konkretnych grup społecznych pojawią się u niego na rozmowie. – Jeżeli dostanę kolejne takie wnioski, będę się nam nimi pochylał – mówił prezydent.

Do zwołania Rady Gabinetowej dojdzie, gdy uznam za stosowne

Andrzej Duda odniósł się także do publikacji „Newsweeka” i opisanych podróży do Poznania opłacanych z sejmowej kasy w czasie, gdy był jeszcze posłem. Powiedział na antenie TVP Info, że nasze zarzuty to „potwarz i kolejne oszustwo”. Zaznaczył przy tym: – W Poznaniu realizowałem moje zadania poselskie. Nie prowadziłem tam zajęć ze studentami, są osoby, które to poświadczyły – powiedział.

Czytaj także: Polityczna burza po publikacji „Newsweeka”

Duda zapowiedział także udział we wrześniowym referendum. – Zostało ogłoszone decyzją mojego poprzednika. Jako prezydent wezmę w nim udział – zakończył.

Newsweek.pl

Prezydent atakuje „Newsweek” i zapewnia, że „w Poznaniu nigdy żadnych zajęć nie prowadził”. I chyba „trochę” manipuluje

Prezydent Andrzej Duda sugeruje, iż nigdy nie wykładał w Wielkopolsce i nie latał do pracy za pieniądze z budżetu państwa. Stanowczo zaprzecza jednak wykładom w Poznaniu, a nie pobliskim Nowym Tomyślu, o którym pisał "Newsweek".
Prezydent Andrzej Duda sugeruje, iż nigdy nie wykładał w Wielkopolsce i nie latał do pracy za pieniądze z budżetu państwa. Stanowczo zaprzecza jednak wykładom w Poznaniu, a nie pobliskim Nowym Tomyślu, o którym pisał „Newsweek”. Fot. zrzut z TVP 1

– To jest potwarz – mówił prezydent Andrzej Duda w środowej rozmowie z Krzysztofem Ziemcem na antenie TVP i TVP Info o ujawnionych przez „Newsweek” wątpliwościach dotyczących sposobu wydatkowania przez niego publicznych środków w czasach, gdy był on posłem.

Według tygodnika, obecny prezydent przed laty miał podróżować do pracy na uczelni pod Poznaniem oficjalnie podając te wyjazdy za służbowe. – Ja w Poznaniu nigdy żadnych zajęć nie prowadziłem. Ja się zajmowałem w Poznaniu swoją działalnością poselską – zapewniała głowa państwa.

Odpowiedź prezydenta Andrzeja Dudy na pytanie o tekst na jego temat opublikowany w najnowszym „Newsweeku” zaskakuje, ponieważ prezydent starał się chyba zaprzeczyć, jakoby w ogóle w Wielkopolsce wykładał. Tymczasem tygodnik kierowany przez Tomasza Lisa dotarł do uczelnianego grafiku Wyższej Szkoły Pedagogiki i Administracji w podpoznańskim Nowym Tomyślu, na którym nazwisko obecnego prezydenta figuruje. Miał on tam uczyć prawa administracyjnego.

Przypomnijmy, iż z ustaleń „Newsweeka” wynika, że podróże Andrzeja Dudy w czasie sprawowania przez niego mandatu poselskiego najczęściej miały miejsce w weekendy. Weekendowy charakter miały też mieć prowadzone przez niego zajęcia na uczelni w Nowym Tomyślu. W ocenie tygodnika, zaraz po posiedzeniach sejmowych komisji i głosowaniach poseł Duda wsiadał w samolot i leciał do Poznania na koszt podatników właśnie w tym celu.

„Newsweek” długo analizował, co mogło być innym celem tak częstych podróży do Poznania. Andrzej Duda będący wówczas posłem z Krakowa, biura w Wielkopolsce nie miał. Weekendowych spotkań z interesantami z Poznania również nie odnotowano. Głównym elementem łączącym obecnego prezydenta z Wielkopolską była praca na uczelni w Nowym Tomyślu.

I tu nasuwa się ważne pytanie. Na antenie TVP głowa państwa stanowczo stwierdziła, iż „w Poznaniu nigdy żadnych zajęć nie prowadziła”, a prowadzący rozmowę Krzysztof Ziemiec o odległy od stolicy Wielkopolski o godzinę jazdy Nowy Tomyśl już nie dopytywał. Ciekawe, czy zapytany o związki z tą miejscowością prezydent mógłby ze spokojnym sumieniem również zaprzeczyć…?

prezydentZapewnia

naTemat.pl


%d blogerów lubi to: