Dwa wywiady z Rafałem Matyją.

„Newsweek”.

Jakub Majmurek: Pana książka „Wyjście awaryjne” jest wielkim oskarżeniem PiS i PO – partii, których rywalizacja w ciągu ostatnich 13 lat zdemolowała Polską politykę. Dziś doszliśmy w tej demolce do ściany?

Rafał Matyja: Nie chcę powtarzać starego dowcipu o różnicy między pesymistą, a optymistą, ale tak jak optymista w tym żarcie uważam, że wciąż może być gorzej – zarówno za sprawą tych partii, jak i tego, co ewentualnie przyjdzie po nich. Dziś jesteśmy w miejscu, z którego jeszcze można zawrócić – jeśli będą ludzie, którym by na tym zależało.

PiS nie prowadzi nas do rządów autorytarnych?

Takie reakcje zaraz po przejęciu władzy przez PiS były moim zdaniem mocno na wyrost. Psuły język i utrudniały nazwanie realnego zagrożenia w przyszłości.

W książce pisze pan, że PiS tworzy państwo prerogatywne, które samo decyduje, jakie prawo go obowiązuje.

W niektórych przypadkach tak jest. Ale na razie – inaczej niż w PRL, gdzie państwo w zasadzie w ogóle nie było związane formalnie obowiązującym prawem – takie prerogatywne momenty to wyjątek w funkcjonowaniu państwa, nie reguła. PiS ograniczają np. niezależni sędziowie, odmawiający orzekania po linii partii, niezależne od nich samorządy, media.

Co jest największą patologią państwa PO-PiS?

Spór polityczny podgrzany do absurdalnej temperatury i dzielący całe społeczeństwo, mechanizmy doboru ludzi do administracji, oparte na więzach partyjnej lojalności i klientelizmu, wreszcie – dla mnie jest to kwestia kluczowa – przybieranie przez państwo coraz bardziej partyjnego charakteru. To widać obecnie w myśleniu o policji, sądach, armii. Nie pamiętam ministra obrony narodowej, który by publicznie źle mówił o generałach, tylko dlatego, że awanse dostali za poprzednich rządów. Nawet jeśli grał na osłabienie ich pozycji, to robił to po cichu, z fasadowym przynajmniej poszanowaniem dla apolityczności wojska.

Za ten stan rzeczy obarcza pan winą zarówno PiS, jak i PO. Czy PiS w ostatnich latach nie przekroczyło jednak kilku granic, które PO jednak szanowało?

PiS robi to, co PO, choć faktycznie – bardziej. PO wybrała sędziów Trybunału Konstytucyjnego niezgodnie z konstytucją, PiS zupełnie zdemolował Trybunał. PO korzystała z przychylności mediów publicznych, PiS zmienił je w narzędzie partyjnej propagandy. Mam świadomość różnicy skali i tego, że PiS naruszył pewne rzeczy, które do tej pory, niezależnie od partyjnej rywalizacji szanowano.

Dlaczego PiS dostał mandat dla tej polityki? Mimo upartyjniania państwa poparcie mu – do niedawna – nie spadało. Jedna teza mówi, że to rachunek za zaniedbania transformacji. Maciej Gdula z kolei twierdzi, że Kaczyński dał ludziom „dramat przejmowania państwa”, w który mogą się zaangażować. Jak Pan sądzi?

Zgodziłbym się raczej z tezą Gduli. Nie uważam jednak, że sondaże legitymizują to, co PiS robi np. z TK. To oczywiście pozwala PiS się bronić – „patrzcie, poparcie nam nie spada, ludzie akceptują naszą politykę” –ale nie oznacza legitymizacji wszystkich poczynań partii. Utrzymujące się poparcie dla PiS wynika raczej z tego, że wyborcy, którzy głosowali na nich w nadziei na rozwiązania socjalne – nie zawiedli się, wyborcy, którzy chcieli partii bliskiej Kościołowi – podobnie. Można by wymieniać wiele podobnych grup elektoratu.

Czemu PiS teraz zanotował tak wielki spadek w sondażu – aż o 12 punktów procentowych?

Sondażu nie można traktować jako trwałej tendencji, poczekajmy na więcej podobnych wyników. Ale w odpowiedzi na pytanie dlaczego PiS spada, wskazałbym na dwie kwestie: nagrody dla ministrów i aborcję. To zajmuje ulicę, o tym ludzie mówią, to ich porusza.

Jak pan tłumaczy to, że rośnie SLD?

To proste, chodzi o kwestie degradacji żołnierzy służących w PRL. To jest całkiem spory elektorat. W sprawie oceny takich postaci jak generał Jaruzelski opinia publiczna jest dużo bardziej podzielona, niżby to wynikać mogło z partyjnych sympatii. Wiele osób atak na Jaruzelskiego odbiera po prostu jako atak na własne biografie, czy na armię w ogóle. Także wśród wyborców PiS.

Wróćmy do książki. Stawia pan też tezę, że problem nie polega tylko na PO i PiS, ale także na tym, że po 1989 roku zaniedbaliśmy odpowiedź na dwa fundamentalne pytania: o państwo (czym jest, czemu ma służyć) i naród polityczny (kim jesteśmy, jako polityczna wspólnota). Jak dziś te odpowiedzi mogłyby wyglądać?

Zacznijmy od tej drugiej kwestii, jest łatwiejsza. Kluczowe jest dziś to, by jakiś silniejszy politycznie język wyparł ten, budujący wspólnotę na wykluczaniu z niej całych grup. Nie możemy godzić się na język, w którym można powiedzieć, że opozycja to Targowica, gdzie można ludziom, którzy w PRL byli w wojsku odmówić patriotyzmu, gdzie Ślązaków można nazwać „ukrytą opcją niemiecką”. Dziś naród utożsamiono z jego bardzo wąskim kulturowym kodem.

Jak to zmienić?

Kluczem jest polityka historyczna. Trzeba przepracować naszą wyobraźnię historyczną, skupioną na pokazywaniu narodu, jako wspólnoty bohatersko walczącej o własną niepodległość. Ta narracja nie dostrzegała innych wątków w polskiej historii. Na przykład migracji ze wsi do miast, co jest najbardziej powszechnym doświadczeniem Polaków. Czy zasiedlania Ziem Zachodnich. W naszej kulturze nie ma wielopokoleniowej, mieszczańskiej sagi, jak „Budenbrookowie”. Brak narracji pozwalających budować bardziej otwartą formułę narodu, w której – jak mówi konstytucja – faktycznie mieszczą się „wszyscy obywatele Rzeczpospolitej.

Odnosi się pan od książki Andrzeja Ledera „Prześniona rewolucja”. Według pana po „prześnionej rewolucji” 1939-56, mieliśmy drugą, tym razem świadomą rewolucję solidarności. „Solidarność” roku ’80 to nie jest znów romantyczny mit Polski walczącej o wolność z „komuną”?

Ja staram się uzupełnić i rozszerzyć tezy Ledera, nie piszę przeciw niemu. To, co najwyżej korekta. Z pewnością „Solidarność” może zostać zawłaszczona przez ten stary typ wyobraźni historycznej. Ale „Solidarność” lat ’80-’81 wcale nie jest taka antykomunistyczna. Rozmawia z władzą częściowo jej językiem. Uznaje prawomocność biografii ludzi, którzy byli w PZPR, co nie przeszkadzało im pełnić ważnych funkcji w „Solidarności”.

Wróćmy do pytania o państwo.

Tu problem i zaniedbania są większe. Po ’89 roku przejęliśmy instytucje PRL nie nadając im nowej melodii. Nigdy nie wypracowaliśmy doktryny państwowej III RP. Spójrzmy na Stany Zjednoczone: niezależnie kto rządzi, znamy amerykańską doktrynę państwową. W Polsce nie ma niczego takiego. Potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie „czemu służy państwo”, stworzyć silny ośrodek projektujący politykę państwową – najpewniej zgodnie rozstrzygnięciami Konstytucji 1997 roku przy premierze. Taki ośrodek mógłby wciągnąć elity do pracy państwowej. Dziś państwo z nich nie korzysta, co też wcale nie zaczęło się za PiS. Już za PO elity z takich miejsc jak Akademia miały poczucie, że nie są państwu do niczego potrzebne.

Stawia też pan dość nieoczywistą tezę, że PiS jest partią słabego państwa. Zamiast wzmacniać państwo podporządkowuje je bowiem partii.

Tak, Jarosław Kaczyński powiedział kiedyś, że naiwni są ci, którzy wierzą w instytucje. Ważne są bowiem nie instytucje, a kadry. Ludzie, których przyprowadziło się ze sobą i można im ufać. PiS nie ma żadnych pomysłów na trwałą przebudowę instytucji – co najlepiej pokazuje to, co wyszło z ich manipulacji przy Trybunale Konstytucyjnym.

W przypadku państwa ważne jest też pytanie, komu ono służy? Np. czy zamożniejszym, czy uboższym. O tym trochę mało Pan pisze.

Może mnie pan demaskować klasowo, nie jestem oczywiście Maciejem Gdulą, mam inne spojrzenie i wrażliwość. Będę się jednak trochę bronił. W „Wyjściu awaryjnym” zwracam uwagę na kwestię słabszej niż centrum prowincji. Geografia bardzo różnicuje dziś w Polsce szanse życiowe. Co innego znaczy być prekariuszem w Warszawie, co innego w Wałbrzychu. To szkodzi państwu, sprawia, iż wykorzystuje ono tylko część swoich zasobów. Zaś same podziały klasowe nie są w Polsce aż tak politycznie znaczące, jak na przykład w Czechach. Nie wierzę w to, że polityka w Polsce będzie się rozgrywała wokół konfliktu klasowego, ekonomicznego. Zbyt wiele rzeczy zakrywa te podziały.

„PiS nie ma żadnych pomysłów na trwałą przebudowę instytucji – co najlepiej pokazuje to, co wyszło z ich manipulacji przy Trybunale Konstytucyjnym”.

Ważną częścią polskiej doktryny państwowej jest w pana narracji Europa. Polska musi w niej rozpoznać narzędzie realizacji własnej racji stanu. Dziś z tym jest ciężko?

Tak, politycy najczęściej mówią „Unia jest fajna bo daje nam pieniądze. Warto tam być, póki nie jesteśmy płatnikiem netto”. Oprócz tego mamy zupełnie anachroniczny język „twardej walki o polski interes” i naiwny euroentuzjazm parad Schumana. Chodzi tymczasem o to, by budować taką europejską konstrukcję, która będzie nas chronić. Powinniśmy mocno zainwestować w koncepcję Unii z Traktatu Lizbońskiego, opartą na podwójnym obywatelstwie: państw narodowych i europejskim. Unia nie jest narzędziem globalizmu w walce z polskim interesem narodowym, ale narzędziem dzięki któremu możemy chronić nasze interesy przed naciskami globalizacji.

Unii nie zagraża kryzys i procesy rozkładowe w jej łonie?

Kryzys jest wpisany w konstrukcję UE od samego początku Wspólnot Europejskich. Wielokrotnie w historii wydawało się, że to się za chwilę rozpadnie, ta groźba nigdy się nie spełniła. Groźba rozpadu Unii jest tym, co utrzymuje ją przy życiu , podobnie jak groźba konfliktu atomowego zapewniała pokój w okresie zimnej wojny.

W co PiS gra z Europą? Chce wyjścia z Unii?

PiS robi to, co Orbán: podporządkował politykę unijną krajowej. Wchodzi w spory zagranicą, by pokazać elektoratowi, że „broni polskich interesów”. Jest to jednak wyłącznie retoryka, nie polityka, za tym nie idzie żadne realne wzmocnienie Polski. Ta metoda doszła dziś do ściany i PiS chyba sam widzi, że to przynosi skutki, jakich chyba nie przewidział. PiS w kwestii europejskiej niepotrzebnie ryzykuje, chodzi po spróchniałym moście. Na razie belki trzeszczą, to się może zawalić, ale też wcale nie musi.

Nie ma w tym żadnego planu?

Nie. PiS nie ma żadnej własnej „doktryny europejskiej”. Z jednej strony Jarosław Gowin mówił w 2014 roku, że chce „wielkiej Polski w małej Europie”, z drugiej politycy prawicy oczekują, że Europa będzie mówić jednym głosem z Polską w sprawie Rosji czy Nord Stream 2. To jest wzajemnie sprzeczne. Albo ograniczona Europa albo wspólna dyplomacja w relacjach z zewnętrznymi partnerami. Kwestia tego, jak wykorzystać nasz udział w projekcie europejskim to największe zadanie dla młodego pokolenia.

Którego pana zdaniem nie ma w polskiej polityce.

No nie ma – polityka zdominowana jest przez pokolenie, które zostało ukształtowane przy Okrągłym Stole albo bardzo podobnie myślących ludzi. Odpowiada za to mechanizm doboru partyjnych kadr, gdzie promuje się osoby niesamodzielne, o mentalności asystentów – nie silne jednostki. Tymczasem realnie dzielimy się politycznie pokoleniowo. PiS ma największe poparcie wśród starszych. Pokolenie wyżu poparło PO. Grupa 18-24 szczególnie silne Kukiza i Korwina. Polityka to powinna odzwierciedlać. Na razie zauważył to Kukiz, oferując młodym antysystemowość. To jednak nic tak naprawdę nie znaczy i jest zupełną ślepą uliczką.

Jeśli pokolenie trzydziestolatków ma wejść do polityki, to potrzebuje swojej narracji, swojej „przygody”. Nie może być nią odsunięcie PO-PiS od władzy. Może być wykorzystanie Europy by długofalowo, strategicznie poprawić pozycję Polski w świecie.

Partia Razem ma trochę inną narrację, ale też nie mówi tylko o odsunięciu PO-PiS o władzy. Mówi: jesteśmy reprezentacją ludzi pracy najemnej, chcemy zmienić model polskiego kapitalizmu i państwa, tak, by faktycznie służyły większości, nie garstce. A jednak to nie porywa trzydziestolatków.

Bardzo mi się podobało, gdy Zandberg w słynnej debacie przedwyborczej powiedział, że Polacy potrzebują sprawnego państwa, zdolnego zapewnić usługi publiczne na wysokim poziomie. Razem ma jednak problem z dotarciem do własnego pokolenia. Coś zawodzi tu w sferze aksjologii, symboli, polityki historycznej. Może gdyby się odwoływali do tradycji „Solidarności”, a nie PPS z 1905 roku – czego zrozumienie wymaga przecież dużego stopnia wtajemniczenia w historię.

Dzięki czemu w takim razie w polityce będzie się mogła dokonać zmiana?

Prawdziwa zmiana musi przyjść spoza partyjnej polityki. Z obywatelskiego nacisku i samoorganizacji i ze zmiany politycznej wyobraźni. W kwestii doktryny państwowej, zerwania z centralizmem, naszego stosunku do Europy musi zadziałać podobna presja, jaka zadziałała w sprawie korupcji – gdzie obywatelski nacisk zmienił zasady gry i dziś wygląda to już zupełnie inaczej, niż w latach 90.

*Rafał Matyja (1967), politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania.

Crowdmedia.pl

Gdzie Jarosław Kaczyński może mieć poczucie zwycięstwa, a gdzie powinien się niepokoić? Nie tylko z powodu zachwiania w sondażach, niskiej jakości jego partyjnych kadr, ich łapczywości, czy czegoś jeszcze poważniejszego – braku wizji tego, co robić z władzą.

Najważniejsze zwycięstwo zrealizowane, którego już Kaczyńskiemu nikt nie zabierze, to zwycięstwo w planie symboliczno-politycznym. Wyznaczył nowy punkt odniesienia dla polskiej polityki. I to w taki sposób, żeby jego obóz miał polityczne paliwo na jakieś 10-15 lat, ustanowione przez zmianę, do które doszło w 2015 roku. Tylko rozpad może to zniszczyć. Natomiast instytucjonalizacja na poziomie państwa wymagałaby co najmniej drugiej kadencji. Na razie Kaczyński woli podtrzymywać swój obóz w stanie nieustannej niepewności. To nie prowadzi do zakorzenienia.

Ale właściwie co może się zakorzenić? I na czym polega zmiana 2015 roku? „Zamach w Smoleńsku” był instrumentalnym oszustwem, z którego teraz trzeba się jakoś wycofać. Zatem nie ma zamachu, są pomniki stawiane siłą i coraz mniej lubiane. Hasło uczciwszej i bardziej kompetentnej elity PiS-owskiej kończy się elitą mniej kompetentną, ale zarabiającą więcej w spółkach skarbu państwa i przyznającą sobie wyższe nagrody. Co zostanie po Jarosławie Kaczyńskim – Stanisław Piotrowicz i Mariusz Błaszczak? Katolicyzm polegający na walce z aborcją nie jest własną agendą Kaczyńskiego, podobnie jak Rydzyk, który na „dobrej zmianie” korzysta? „Żołnierze wyklęci” też nie są pomysłem Kaczyńskiego, choć zrozumiał, że można to wykorzystać przeciwko wszystkim tradycjom historycznym „elit III RP”, takim jak AK, opozycja demokratyczna czy pierwsza „Solidarność”.

On dokonał przełomu na tym płytszym poziomie symboliczno-politycznym, bo nie zmienił głębszego kulturowego poziomu, nie naruszył w miarę trwałych przekonań o tym co słuszne, a co nie. On raczej na tym surfuje, niż to zmienia. Ale na ten ważny symboliczny przełom dotyczy przede wszystkim konsolidacji obozu, na którego czele stoi Jarosław Kaczyński. Czyli partii, ale to jest od dawna coś więcej, niż partia, bo także instytucje i środowiska wokół niej. Zwycięstwo 2015 roku, droga jaką przebył Kaczyński, żeby do tego zwycięstwa dojść – to polityczna legenda, której nie da się tak łatwo utracić. Dla części wyborców i ludzi tego obozu pozostanie na długo punktem odniesienia, momentem triumfu. Także dlatego, że nie ma innej legendy. SLD rozproszyło wszystko, co mogłoby być legendą lewicy – szczególnie w czasach rządów Leszka Millera i wobec niezdolności tego obozu do zmiany sposobu istnienia i oddania władzy pokoleniu następców. Legenda PO wiązała się zbyt silnie z przywództwem Tuska, by móc ją dziś kontynuować. To może być kiedyś także problem PiS. Ale dziś zwycięstwo 2015 roku jest ważnym momentem konsolidującym ten obóz.

A może jeśli ktoś modernizuje Polskę to ma kłopoty z legendą, jest „imitacyjny”, „pozytywistyczny”, na sposób endecki czy liberalny? A jeśli ktoś stawia na sarmackie wierzgnięcie przeciwko modernizacji i „kolonializmowi Zachodu”, to z legendą nie ma problemu, tylko że legendy w Polsce są toksyczne, a praca modernizacyjna nie ma swojej legendy. Może to dobrze, że SLD Millera i Kwaśniewskiego porzuciło kłamstwo lewicowego populizmu – w rodzaju Partii Razem – na rzecz pragmatyzmu pchającego ich do NATO i UE? Mazowiecki zamiast zbudować legendę wykonał jakąś pracę, Balcerowicz podobnie. Oczywiście legenda modernizacji też ma w Polsce swoje fałsze, swoich oszustów, całe środowiska, które grabiły pod siebie w imię modernizacji. Ale jak to porównać do dzisiejszego Kaczyńskiego i Morawieckiego, to u nich „legendy” dużo, a pracy prawie nie ma.

Ta legenda, o której ja mówię, zdefiniowana została przez Jarosława Kaczyńskiego na poziomie walki legionu dobrych z siłami zła. To sprawia, że sprawa bardziej precyzyjnego kształtu państwa, które chce się budować, jest na dalszym planie. Radykalizm czy kolejność tych działań jest podporządkowywana dążeniu do pełni władzy czy walce o drugą kadencję. Na razie jest to logika walki, a nie stabilizacji, tego ciągłego „idziemy” po prawdę, po nową Polskę. Inny ważnym przełomem jest skuteczne ustanowienie w świadomości całego obozu Jarosława Kaczyńskiego wątpliwości, co do samej istoty państwa funkcjonującego przed 2015 rokiem. Czy to było „nasze, suwerenne, polskie państwo”? Dla obozu PiS historia naprawdę polskiego państwa rozpoczyna się dopiero w 2015 roku. III RP była formą przejściową, czymś w rodzaju „postPRL”, jakimś wielkim ustępstwem. A jeszcze Lech Kaczyński pytany o IV RP odpowiadał wyraźnie, że w jego życiu nie będzie ważniejszego momentu, niż rok 1989. Było jasne, że to jest ta data przełomowa. Dziś jest to relatywizowane.

Wiara w to, że polskie państwo rozpoczyna się wraz ze zwycięstwem mojego stronnictwa czy partii, a wraz z naszą przegraną się kończy, to jest surfowanie po najgorszej polskiej tradycji, nie widzę tu żadnego przełomu.

Dlatego uważam, że w głębszym wymiarze Kaczyński nie zmienia pewnych kulturowych postaw, ale nadaje im polityczny wymiar. Ten wymiar streszcza się w poglądzie, iż państwo zostało przejęte przez obóz, który pilnuje polskości wobec ludzi, których związki z Polską są wątpliwe.

Zatem Paweł Machcewicz jest niszczony przez CBA i swoich dawnych kolegów z historii UW, jako „niepolak”, zdrajca i złodziej, popełniający w dodatku „błąd uniwersalizmu”. Nadal stara polska tradycja: „ja i synowiec to Polska, a inni to zdrajcy”. Gdzie tu reforma państwa, nowe instytucje?

Takiej propozycji nie ma. I to nie jest zaniedbanie, ale świadoma postawa Kaczyńskiego. Treść tych rządów polega na tym, że jego obóz nie musi się liczyć z żadnymi regułami stosowności wypracowanymi w III RP, po roku 1989. Formalnymi i nieformalnymi. Jeżeli Jarosław Kaczyński powie, że któryś element prawa znaczy dla niego coś innego, albo go unieważni, to nie ma oporu. Dawniej byłoby inaczej. Do Mariana Krzaklewskiego przyszedłby Jerzy Buzek i powiedział: „no wiesz, Marian, ja tego nie mogę zrobić, różne rzeczy mogę, ale tego nie”. I opublikowałby orzeczenia TK. Tymczasem tutaj nie obowiązuje ani prawo, ani różne reguły nieformalne. Prezes Kaczyński ustanawia nowe reguły stosowności, narzuca je swemu otoczeniu i swojej partii, która korzysta z bezwzględnej większości głosów w Sejmie.

To jest jednak nihilizm. Nie wiadomo, czy osłaniający silniejszą formułę patriotyczną, skoro na zewnątrz świat się przed Kaczyńskim nie ugiął, a wewnątrz Kaczyński wygenerował ostrzejszy konflikt, niż w czasach Donalda Tuska. W porządku instytucjonalnym też nie ma pomysłu. Jest tak jak w latach 2006-2007 skakanie po instytucjach w poszukiwaniu „prawdziwej władzy”. Jedne instytucje przejmuje się personalnie, inne niszczy, a „władzy wciąż ni ma i ni ma” – jak szydził sobie z tej metody politycznej Ludwik Dorn.

PiS realizuje projekty względnie proste – co zresztą nie musi być w polityce zarzutem – obniżenie wieku emerytalnego i ograniczenie handlu w niedzielę, czy trochę bardziej skomplikowane 500 plus i uszczelnienie VAT-u. Te bardziej skomplikowane – jak sprawa sklepów wielkopowierzchniowych czy frankowiczów – są dla tej machiny za trudne. Zobaczymy jak pójdzie sprawa zmian w nauce i szkolnictwie wyższym robiona jak dotąd innymi metodami. Reszta nie jest nawet opowiedziana, są tylko sugestie, że zrobimy więcej, jak będzie druga kadencja i zniszczymy opór. Ale trzeba pamiętać, że dla wielu ludzi to 500 plus zweryfikowało pozytywnie hasło „walki z impossybilizmem”. Stworzyło wrażenie przekraczające to, co ta partia rzeczywiście w walce z impossyblizmem potrafiła zrobić. To bardzo ważne dla społecznego odbioru tej ekipy i jej poczucia siły. Podobnie destrukcja TK przez zwolenników Kaczyńskiego może być interpretowana jako „sprawczość”. Choć w wymiarze tworzenia instytucji nią nie było. Sposób przejęcia KRS jest niebywałą partyzantką. Nie udało się sfinalizować nawet prostej rzeczy jaką jest wzmocnienie centrum rządu, nawet w formie małej instytucji analitycznej zapowiedzianej przez Beatę Szydło ponad rok temu. Natomiast sukcesem Kaczyńskiego, wedle jego własnej definicji zwycięstwa, jest to, że udało mu się stworzyć partię, a nawet cały obóz, który w najtrudniejszych warunkach będzie mógł odgrywać polityczną, a nawet historyczną rolę i się nie rozpadnie. Bardzo wcześnie tak zdefiniował swój cel – zbudować obóz patriotyczny, który przetrwa wyborczą porażkę.

Jarosław Kaczyński ma wreszcie spółkę Telegraf rozmiarów całego państwa.

Jeśli gdzieś Kaczyński nie chciał iść drogą Orbana, to w tym, że nie chce budować oligarchów w swoim obozie. On się tego zupełnie słusznie boi, nie chce mieć Lajosa Simicski, który był skarbnikiem Fideszu, ale zbudował własne prywatne imperium i w końcu Orbana zaatakował.

Dziesiątki nowych PiS-owskich milionerów zarabiających w spółkach skarbu państwa czy na państwowych urzędach to faktycznie dla niego bezpieczniejsze, niż wykreowanie jakiegoś PiS-owskiego Solorza czy Kulczyka. Stąd etatyzm partyjny Kaczyńskiego, zamiast Orbanowskiego partyjnego liberalizmu. Ale jaką wartość mają ci partyjni milionerzy dla Polski, do czego można ich użyć?

Priorytetem każdego politycznego lidera jest siła i pozycja własnej formacji. Ludzie uczestniczący w polityce, żeby wzmocnić państwo, zmienić je głęboko instytucjonalnie, to raczej w dzisiejszej polityce europejskiej rzadkość.

Jarosław Kaczyński od początku chciał za takiego uchodzić.

W wydanym przed kilkoma tygodniami „Wyjściu awaryjnym” piszę sporo o zwątpieniu Jarosława Kaczyńskiego zarówno w demokrację, społeczeństwo, jak też w nowoczesne państwo. Dlatego on uznał, że siłą sprawczą musi być partia, ona musi być opiekunem społeczeństwa i państwa, napędzać je. Inaczej państwo nowoczesne się rozłazi, a społeczeństwo nie może stać się narodem. Silna i sprawcza partia jest dla niego warunkiem wszystkich innych działań. Partię stworzył, dał jej zwycięstwo i ma poczucie pełnej kontroli nad nią. PiS jest dzisiaj wyjątkowo spójne zewnętrzne. Nawet SLD Leszka Millera nie osiągnęło takiej spójności jak dzisiejszy PiS. Baronowie Sojuszu byli bardziej niezależni od lidera, poza tym Miller miał Kwaśniewskiego, a Andrzej Duda Aleksandrem Kwaśniewskim dla Jarosława Kaczyńskiego zdecydowanie nie jest.

Co dalej można zrobić mając taką partię?

Zamierzeniem, które dotąd się nie udało jest rozliczenie poprzedniej ekipy. To może być plan na najbliższe miesiące. Upokorzenie, ukaranie, odcięcie od społecznego zaplecza i możliwości politycznego działania ludzi, których – jak to usłyszeliśmy w lipcu ubiegłego roku – on uważa za morderców swojego brata. Kaczyński tak zdefiniował swoich przeciwników, może nawet całe elity III RP, nie sprowadzające się tylko do dzisiejszej Platformy. One mają ulec destrukcji, jakiejś – nie wiadomo jakiej. Bolesnej.

Jednak PO zachowało spójność. Wciąż nie ma też pełnego „ciągu technologicznego” pozwalającego wsadzić liderów opozycji do „aresztów wydobywczych”, nie mówiąc już o ich prawomocnym skazaniu.

„Ciąg technologiczny” o którym mówisz – od policji i służb, poprzez prokuraturę, skończywszy na sądach – miał być gotowy jak rozumiem w październiku ubiegłego roku, ale przez to, co wydarzyło się latem, przez weto prezydenckie, wciąż go jeszcze nie ma. Jednak upokorzenie elit III RP jest równie ważne, jak odebranie im czegoś w sensie materialnym albo wsadzenie do więzienia. Ludzie, którzy głosowali na Kaczyńskiego poczuli się silni dzięki temu, że on te elity upokarza. Co przy typie polskiego życia „ideowego” wielu ludziom wystarczy. „Nam nie musi być lepiej – wystarczy, że Oni są upokarzani”.

„Człowiek resentymentu” – jak to nazywał Fryderyk Nietzsche – cieszy się z upokarzania kogoś, kogo uważa za „elitę” i od kogo uzależnił własne poczucie wartości. Ale jednocześnie on się tego „zwierciadła elity” nie potrafi pozbyć, więc im bardziej „elitę” upokarza, tym bardziej czuje się sfrustrowany, bo ta „elita” wciąż go nie szanuje.

Upokarzanie elit jest raczej procedurą ciągłą, niż zaspokojeniem jednorazowym, jakimś nagłym zniszczeniem. I to jest dobry uzupełniający element socjotechniki „dobrej zmiany” – oprócz niechęci do obcych. To sprawia, że cały system sam się na razie napędza. Kaczyński ma w ten sposób nadzieję na uzyskanie drugiej kadencji. Wtedy – w tej logice – pewne zmiany można będzie pogłębić, a także społeczny oportunizm jeszcze wyraźniej przesunie się na korzyść jego formacji. Ale te hasła też powodują zaciąganie swego rodzaju długów: traci się elastyczność w polityce zagranicznej, nie można iść na kompromis z elitami, trzeba jakoś pilnować apetytów materialnych we własnej grupie.

Zatem po stronie zwycięstw Kaczyńskiego mamy dyspozycyjną partię i zdolność upokarzania elit, choć na razie bez rozbicia spójności opozycji. Ale jako warunek jakich dalszych działań? W imię jakiej doktryny – patriotycznej, państwowej?

Ja próbowałem uchwycić, czy po 2015 roku jest jakaś nowa myśl polityczna w PiS-ie. Nowe przesłanie jest tylko na poziomie propagandy, ale nie ma niczego nowego na poziomie reformy państwa czy zdefiniowania kluczowego politycznego konfliktu. Jarosław Kaczyński miał zawsze zwyczaj wygłaszania „właściwego” expose, także po oficjalnym expose premierów, których namaścił. Ważne było jego expose po Marcinkiewiczu, po Beacie Szydło – tymczasem po Morawieckim nie wygłosił żadnego. To jest słabość, być może pokazująca, że jego zdolność do definiowania tematów, frontów walki, nie jest niewyczerpana. Być może „czas Kaczyńskiego” – jak to nazwał Robert Krasowski – jako człowieka określającego, wokół jakich tematów toczy się polityka, który zaczął się w 2005 roku, skończy się niedługo. To zależy oczywiście także od zdolności opozycji, od innych sił społecznych.

Także od jego sukcesorów, od innej prawicy?

Nie sądzę. Formuła, którą Jarosław Kaczyński narzucił swemu obozowi jest obezwładniająca. „Tylko Kaczyński definiuje przesłanie, które dało nam zwycięstwo”. Ale przez to nie możemy reformować jego przesłania, jesteśmy przez niego obezwładnieni.

Stąd ostrożność – żeby nie powiedzieć gorzej – Ziobry, Gowina, Morawieckiego?

No – dwaj pierwsi tylko czekają na okazję. Ale wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na przedwczesną samodzielność. Pytanie czy mają coś nowego do powiedzenia. W 2014 pomysły Solidarnej Polski i Polski Razem były bardzo słabe. Także Morawiecki powiedział nam już wszystko, co miał ważnego do powiedzenia. A Kaczyński myśli raczej o reelekcji.

Kto na zwycięstwie Kaczyńskiego zyskał, poza PiS-em, na prawicy, w Kościele, w społeczeństwie?

Żeby korzystać na takich czasach, trzeba mieć instytucję, która umie to robić. Są oczywiście możliwe indywidualne sukcesy materialne. To, że ktoś się tak wzbogaci, że nigdy już nie będzie musiał pracować, ale instytucje są tutaj kluczowe. Na pewno beneficjentem jest cały konglomerat wokół Radia Maryja. Ta instytucja dokleiła się do „dobrej zmiany” w sensie materialno-strukturalnym, ale też – co jest bardzo ważne – wykorzystała ją do absolutnego wzmocnienia swojej pozycji w Kościele. O ile kiedyś było tak, że mamy Radio Maryja, ale mamy dominujący nad wszystkim episkopat. To były proporcje w Kościele i zjawiska nieporównywalne…

Często nawet oba te podmioty były w publicznym sporze, jeszcze prymas Józef Glemp krytykował o. Rydzyka bardzo ostro…

…dziś już tego nie ma. Zatem to jest beneficjent numer jeden. W jakimś stopniu instytucjonalnie, ale z elementami ryzyka, beneficjentem jest NSZZ „Solidarność”. Kierownictwo związku może się przed swoimi członkami legitymizować, że swoje najważniejsze postulaty – obniżenie wieku emerytalnego, wolne niedziele – w całości lub w istotnej części zrobili wraz z PiS-em. No i trzecim beneficjentem mogą być „media tożsamościowe” związane z PiS-em. Mówię „mogą”, bo zostały co prawda wzmocnione materialne, ale się skłóciły, straciły część swojej legendy mediów „niepokornych”, trochę ludzi poszło do instytucji oficjalnych. I tak naprawdę nie wiadomo, w jakim stanie by się odnalazły – silniejsze czy słabsze, niż przed rokiem 2015 – gdyby np. PiS straciło władzę w 2019 roku. Natomiast jeśli chodzi o ludzi zatrudnionych przez PiS na urzędach państwowych albo w spółkach skarbu państwa, to tutaj „benefit” zależny jest całkowicie od tego, czy Kaczyński będzie rządził przez drugą kadencję. Jeśli nie, to oni swoje stanowiska stracą. Ludzie mianowani przez SLD czy AWS mogli mieć w jakiejś części nadzieję, że nowe ekipy pozwolą im – choćby na gorszym stanowisku – zostać. Nawet ci mianowani w czasach pierwszych rządów PiS. Tusk zostawił początkowo nie tylko Mariusza Kamińskiego w CBA, ale także Witolda Waszczykowskiego w MSZ – a mówimy tutaj o najbardziej rozpoznawalnych osobach. Ci mianowani przez PiS teraz – nie zostaną na pewno. Po stronie opozycji pojawiła się grupa takich jej twardych zwolenników, którzy będą się domagać czystki, sprawdzać, czy nie zostawia się PiS-owców w spółkach, w instytucjach państwa.

Sam Jarosław Kaczyński chętnie mobilizuje swoich ludzi tym argumentem.

Ja to nazywam podniesioną stawką dla zwycięzcy.

Jaka jest sytuacja opozycji, czy dzisiaj można powiedzieć, że ma jakiekolwiek szanse na odebranie Kaczyńskiemu drugiej kadencji?

Dziś, mimo wahań sondażowych, Jarosław Kaczyński wciąż może uspokajać swoich ludzi, bo każde zliczenie słupków pokazuje, że po kolejnych wyborach mógłby rządzić sam albo z Kukizem. Natomiast wiosną czy też przedwiośniem tego roku skończył się okres powyborczy – definiowany przez wynik wyborów prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku. Zaczął się okres przedwyborczy, czyli moment, w którym ludzie weryfikują swoje wybory. Mamy ukształtowaną – w perspektywie wyborów samorządowych grupę głównych graczy. Po stronie „antypisowskiej” ten moment startu jest korzystny dla Platformy Obywatelskiej. Po pierwsze jest najważniejszą siłą polityczną opozycji, nie straciła tej pozycji na rzecz Nowoczesnej, nie pojawiła się żadna inna znacząca inicjatywa. Po drugie PO nie gra o wszystko, tak jak PSL. Ludowcy, jeśli nie wejdą do sejmików, to będzie z nimi marnie. Natomiast Platforma walczy w wyborach samorządowych o zachowanie pozycji jedynej poważnej alternatywy dla PiS przed dalszymi wyborami.

Jakie są kryteria pozwalające powiedzieć, że po wyborach samorządowych PO utrzymało się na ringu, a Grzegorz Schetyna nie przegrał?

Utrzymanie władzy przynajmniej na poziomie ośmiu województw to będzie dobry wynik dla Platformy, zwłaszcza gdyby został wzmocniony zwycięstwem nad PiS-em w 10 dużych miastach. A obie rzeczy są możliwe nawet bez wielkich zmian preferencji wyborczych. To raczej kwestia mobilizacji, pójścia do urn mieszkańców dużych miast, z czym w 2014 roku były kłopoty. Ważne – choć raczej symbolicznie, niż politycznie – będą też wyniki obu partii w wyborach do sejmików w skali całej Polski. Jeśli wynik będzie w okolicy 48 dla PiS do 16 dla PO, oznacza to porażkę Platformy i daje pretekst do rozliczenia Schetyny. Jeśli, powiedzmy, coś zbliżonego do wyniku z 2015 nawet z górką dla PiS czyli 40 do 26 czy 30 lub jakikolwiek wynik lepszy dla PO, daje to Platformie dobre wyjście do całego wyborczego sezonu.

Nawet jeśli PiS będzie to propagandowo ogrywało jako swój miażdżący sukces?

Wybory samorządowe nie są decydujące, ale trzeba w nich jakoś wypaść. Jeśli PO „jakoś wypadnie”, wystartuje do sezonu wyborczego jako jedyna poważna alternatywa dla PiS, blokując także przestrzeń dla nowych inicjatyw politycznych. Jeśli jednak Platformie powinie się noga, następny ruch nie będzie już należał do niej. Natura kolejnych wyborów – do Parlamentu Europejskiego – jest taka, że słabość PO w wyborach samorządowych może wykorzystać inna partia, inny projekt. Poszukiwania „polskiego Macrona”, np. po stronie lewicy, staną się jeszcze bardziej intensywne. A przekroczyć 5 procent z jakąś nową listą w wyborach europejskich nie jest aż tak trudno. Dla PO i PSL wyniki sejmikowe będą zatem decydujące.

Rozmawiał Cezary Michalski

Rafał Matyja, publicysta, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. W latach 80. związany z Ruchem Młodej Polski. W latach 1992-1993 był Sekretarzem Biura Programowego Rządu przy premier Hannie Suchockiej, współpracował też przy realizacji reformy administracji publicznej w okresie rządu Jerzego Buzka. Autor hasła „IV Rzeczpospolita” stworzonego przez niego w początkowym okresie rządów AWS, które w jego intencjach oznaczać miało konieczność reformy i wzmocnienia państwa. Ostatnio wydał książkę „Wyjście awaryjne” (Wydawnictwo Karakter, 2018).

Reklamy

Chyba komuś zabrakło elementarnej przyzwoitości

JUSTYNA KOĆ: PiS zapowiedział opublikowanie starych wyroków TK, a także zmiany w ustawie o SN i sądach powszechnych – wpływ kolegium sędziów i KRS przy zmianie prezesa sądu i zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Wszystko ma przekonać KE, że Polska jest krajem praworządnym. Ten zabieg się uda?

PROF. MACIEJ GUTOWSKI: Ja się bardzo cieszę, że w ogóle rząd zaczął myśleć o tym, że oczekiwania UE to jest coś, co należy brać poważnie pod uwagę, a nie zastępować wewnętrzną retoryką złej Unii, która stawia nam wygórowane oczekiwania. Wreszcie rząd próbuje się odnieść do stanowiska UE. Na plus też trzeba zaliczyć to, że włącza się do współdecydowania o wyborze i odwoływaniu prezesów sądów sędziów członków kolegium sądów. I oczywiście dobrze oceniam też ruch z publikowaniem nareszcie wyroków TK. Przypominam tylko, że to jest i zawsze był wymóg prawny, i tyle.

Ale czy to zaspokoi oczekiwania UE, mam wątpliwości. Biorąc pod uwagę fakt, że pięć obszarów zostało wskazanych jako te, które budzą poważne zastrzeżenia KE, a tylko jednym z tych obszarów jest kwestia wpływu politycznego na sądownictwo powszechne, to trochę mało.

Drugim obszarem, na który zwróciła uwagę Bruksela, jest niekonstytucyjna możliwość odwołania prezesa i sędziów w Sądzie Najwyższym, trzecim – przywrócenie niezależności TK, czwartym obszarem niezgodnie z konstytucją wygaszenie kadencji członków KRS i niereprezentatywność tego ciała dla środowiska sędziowskiego. I wreszcie piąty obszar to powstrzymanie się od wypowiedzi podważających autorytet sądów i sędziów. Jak wiemy, jeszcze niedawno pojawiły się nieodpowiedzialne wypowiedzi kontestujące kompetencje orzecznicze Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Oczywiście mam świadomość, że na te ostatnie rząd ma najmniejszy wpływ i mam nadzieję, że właśnie rozpoczął się odwrót od antyunijnej retoryki.

To rzeczywiście trochę mało, żeby przekonać Brukselę.

Rząd porusza się właściwie w ramach jednego zagadnienia, no może odrobinę też wokół zastrzeżeń dotyczących Trybunału, chociaż opublikowanie starych wyroków ma niewiele wspólnego z przywróceniem niezależności TK. Zatem dobrze, że jakiś krok naprzód, ale powiedziałbym raczej, że to kroczek.

Bruksela ciągle nie kupuje retoryki rządu, że reforma była niezbędna?

To nie jest reforma. Trudno użyć słowa reforma, gdy mówimy wyłącznie o zmianach personalnych.

To, co się stało, nie doprowadziło w żaden sposób do polepszania, usprawnienia działania wymiaru sprawiedliwości, ani do podniesienie merytorycznej jakości orzekania, czy polepszenia pozycji obywatela przed sądem. Były to tylko różne rozwiązania prawne, które miały umożliwić zmianę kadrową tam, gdzie konstytucja lub ustawa na to nie pozwala.

Nikt nie zaproponował tak naprawdę rozwiązań mających polepszyć prace sądów, czego bardzo żałuję. To, co rządzący nam pokazali, to takie naiwne spojrzenie, jakby wyrzucić część lekarzy ze szpitala pod hasłem, że mieli komunistyczne poglądy, a następnie oczekiwać, że w szpitalu zacznie się lepiej operować.

Tymczasem w sądach są ludzie, którzy orzekają. To fachowcy, polityki w tym jest bardzo niewiele. Może z wyjątkiem TK, tam rzeczywiście tę politykę widać dużo wyraźniej. W sądach powszechnych praktycznie jej nie ma.

Jeszcze nie ma, bo minister Ziobro wymieniając prezesów upolitycznia sądy.

Politycznie naznaczony będzie tylko jakiś, niewielki procent spraw. Oczywiście one są papierkiem lakmusowym tego, jak działa sądownictwo. Wtedy, gdy można wywrzeć polityczny wpływ na te sprawy, które są w obszarze politycznego zainteresowania, to znaczy, że prawo działa źle. Problem polega na tym, że

ludzie potrzebują zreformowanych mechanizmów systemowych, aby ta większość spraw, która nie jest dotknięta ręką polityka, funkcjonowała dobrze. O tym nikt nie myślał. Pomysł z reformą, który został przedstawiony, to jest pomysł na utrudnienie obywatelowi funkcjonowania przed sądem.

Ja w istocie kibicuję temu, aby uspokoić nastroje w Komisji i żeby te działania rządu przyniosły efekt, by Unia nie wdrażała procedury z art. 7. Nie chciałbym izolacji politycznej Polski w UE, nie chciałbym, żeby Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał, że Polska nie mieści się w kategorii państw rządów prawa, co do których stosuje się zasada wzajemnego uznawania orzeczeń, nie chciałbym, abyśmy w następstwie ostrego stanowiska KE stali się wyrzutkiem, Pariasem Unii. Bo to, co się dzieje, jest dla Polski bardzo niedobre, jesteśmy średniej wielkości państwem między Rosją a Unią.

Co nas oddala od Unii, zbliża nas do Rosji. Nie jesteśmy samotną wyspą na środku oceanu. Jeśli nie uda się uspokoić zastrzeżeń Komisji i dojdzie do uruchomienia art. 7, to aż boję się wewnętrznych konsekwencji na unijne sankcje.

Myślę, że każdy chciałby, aby ten spór z Komisją zakończył się jak najszybciej i bez konsekwencji, tylko niewiele na to wskazuje, aby się udało. Z nieoficjalnych doniesień z Brukseli wynika, że KE nie kupiła tych zabiegów rządzącej większości. Podobnie było z tzw. białą księgą.

Biała księga to był chyba w ogóle niepotrzebny dokument, bo ani to dobrze zrobione pod względem merytorycznym, ani oparte na sensownych argumentach. To, co dzieje się w Polsce, naprawdę trudno wytłumaczyć w ten sposób, że chodzi o jakąś reformę i poprawę na lepsze. Proces na przestrzeni ostatnich dwóch lat to splot zmian ustawowych, z których część naruszała reguły konstytucyjne i faktów dokonanych.

Ostatecznym efektem tych zmian w połączeniu z niepublikowaniem orzeczeń TK jest to, że mamy dziś TK, który nie spełnia konstytucyjnych założeń, że składa się w lwiej części z osób wybranych przez ustępujący parlament. Taka jest idea przecież, aby właśnie Trybunał złożony z sędziów wybranych przez poprzednią władzę, kontrolował dzisiejszą władzę.

Tę zasadę przełamano, więc właściwie ta kontrola konstytucyjna jest dokonywana przez osoby nominowane przez aktualny parlament, a po drugie – są w ramach tego gremium 3 osoby, które nie mogą orzekać, bo były nominowane na zajęte miejsca. Trudno powiedzieć, że publikacją orzeczeń odnoszących się do nieobowiązujących już ustaw (dwie z nich, a trzecia odnosząca się do reguł wyboru prezesa i wiceprezesa) da się przywrócić niezależność Trybunału tak, jak wskazywała KE. Ten obszar dość słabo rozpoznano. Powołano Krajową Radę Sądownictwa spośród cudem znalezionych sędziów, którzy dodatkowo w żaden sposób nie są reprezentatywni co do tego, co mówi konstytucja, nie ma tam sędziów SN, NSA, sądów apelacyjnych, wojskowych.

Wiadomo, że to ciało nie jest dla środowiska reprezentatywne, wreszcie przerwanie kadencji członków poprzedniej Rady jest całkowicie niezgodne z konstytucją. Zatem jak tu bronić poglądu, że ta złożona z przypadkowych sędziów KRS jest właściwym konstytucyjnym organem?

Za chwilę zmiany dotkną też SN.

I tu też trudno tłumaczyć, że nie mamy do czynienia z próbą wymienienia sędziów wbrew konstytucyjnej zasadzie nieusuwalności. Myślę, że około połowa składu SN zostanie odsunięte od orzekania, odsunięty zostanie Pierwszy Prezes, pomimo że konstytucja wyraźnie określa jego kadencję. Tego nie da się wytłumaczyć, kiedy zasadę nieusuwalności sędziów przyjmują w zasadzie wszystkie kraje Europy. Oczywiście, że ta zasada ma czasem swoje złe strony i widzimy to od czasu do czasu w praktyce prawniczej, obserwując niekiedy sędziów słabszych merytorycznie. Jednak ma ona silne znaczenie ustrojowe i gwarancyjne.

Naruszając tę gwarancję konstytucyjną, trudno tłumaczyć, że robi się to w jakimś celu. Nikt tego celu przez dwa lata nie pokazał, bo przecież obniżenie wieku emerytalnego nie musi obejmować sędziów dziś orzekających.

Panie profesorze, a jaki status będą miały teraz po opublikowaniu te orzeczenia TK?

Status orzeczeń TK jest bardzo skomplikowanym zagadnieniem prawnym. Natomiast w skrócie wygląda to tak, że opublikowanie orzeczenia jest wiążące i ma moc ustawy, jest prawem powszechnie obowiązującym. Tyle tylko, że jeżeli to prawo powszechnie obowiązujące odnosi się do prawa, które już nie obowiązuje, to oczywiście ono mogłoby mieć tylko znaczenie w przypadku tzw. prawa międzyczasowego, które działa między ustawami. Tego już nie ma, bo Trybunał został zmieniony i to metodą faktów dokonanych, pomimo że zostało opublikowane orzeczenie TK, z którego wynika wprost, że trzej sędziowie, niekiedy nazywani dublerami, nie mogli być powołani. Bo powołanie poprzednich trzech sędziów przez poprzedni parlament nastąpiło zgodnie z konstytucją. Zatem o tym, że ci trzej sędziowie nie powinni być w Trybunale, bo tam nie ma dla nich miejsca, rozstrzygało już prawo przed publikacją tych orzeczeń.

Te orzeczenia w istocie z punktu widzenia praktycznego nie będą dziś miały istotnego znaczenia. A z punktu widzenia teoretycznego i być może przyszłej praktyki mają takie znaczenie, że kiedyś nastąpi ocena tych naruszeń, które nastąpiły w drodze wymiany sędziów TK i na tej bazie będzie trzeba przywrócić zgodną z konstytucyjnymi założeniami kontrolę konstytucyjną.

Kiedy dojdzie do spokojnej, merytorycznej oceny konstrukcji dzisiejszego Trybunału, być może jakieś znaczenie będzie miało opublikowanie tych trzech orzeczeń, z których jedno odnosi się do reguł wyboru prezesa i wiceprezesa, które przecież budzą poważne wątpliwości.

Ma to też znaczenie wizerunkowe?

Oczywiście, i to ogromne. Na arenie międzynarodowej wygląda to fatalnie. Prawidłowa kontrola konstytucyjności prawa jest przecież potrzebna również dziś rządzącym, jeśli chcą być postrzegani jako przedstawiciele prawnej demokracji. Myślę też, że to dobry pomysł rządu, aby opublikować wszystkie orzeczenia TK i pokazać KE, że niezgodna z konstytucją praktyka niepublikowania już nie istnieje. Z drugiej strony

zniesienie tej praktyki nie przywróci tego, do czego ona była pomyślana.

Nie zmieni to też sytuacji z KRS, gdzie ewidentnie złamano konstytucję.

I o to właśnie chodzi, niestety. W istocie te zmiany dokonywane na tym etapie nie odwrócą już tego, co się wydarzyło. Nie wrócą już prezesi sądów, którzy zostali wymienieni, sędziowie w TK, którzy orzekają w Trybunale – to też się nie zmieni. Pewne fakty już się dokonały na przestrzeni tych dwóch lat.

Mimo wszystko jednak wolę działania rządu, który próbuje rozmawiać z Unią zamiast wzniecać nastroje antyunijne. Ja nawet kibicuję w tej kwestii rządowi, choć jestem nieco sceptyczny.

A czy opublikowanie wyroków nie uderza w premier Szydło, która nie opublikowała wyroków?

Jeżeli z konstytucji wynika obowiązek opublikowania wyroku TK, to oczywiście, że należy wykonać go niezwłocznie. Jak to się robi, wystarczy popatrzyć, w jakim czasie zostały publikowane inne orzeczenia. Możemy się zastanawiać, czy dwa, czy pięć dni, czy 2 tygodnie.

Nieopublikowanie wyroku jest oczywistym naruszeniem konstytucji, nie ma co się nad tym zastanawiać. Ci, którzy nie opublikowali wyroków, naruszyli konstytucję, to jest jasne.

Tak samo jak inne przypadki, o których mówiliśmy. Dobrze, że w końcu ktoś zdecydował się je opublikować, ale nie stawiałbym pomników z tego powodu.

„Zmiany wprowadzone w 2017 r. do ustaw o Sądzie Najwyższym, o Krajowej Radzie Sądownictwa i o sądach powszechnych nie są zgodne ze standardami antykorupcyjnymi” – ogłosiła komisja GRECO, czyli antykorupcyjna agenda Rady Europy.

Agnieszka Kublik o ostatnich „odkryciach” Macierewicza.

Czarne skrzynki z prezydenckiego samolotu, który rozbił się 10 kwietnia 2010 r., sfałszowano – to jedna z ostatnich hipotez Antoniego Macierewicza. Według firmy ATM, producenta polskiego rejestratora, nie było to możliwe.

Antoni Macierewicz, szef podkomisji smoleńskiej w MON, spotkał się w połowie marca z rodzinami ofiar katastrofy. Uprzedzał je, że w ósmą rocznicę katastrofy nie będzie raportu podkomisji – jedynie sprawozdanie z tego, co dotąd zrobiła.

Co znajdzie się w tym sprawozdaniu? Rodziny pytały m.in. o ostatnie rewelacje prof. Wiesława Biniendy, wiceszefa podkomisji, który pod koniec lutego informował, że do skrzydła tupolewa przyczepiono paski detonacyjne. Macierewicz na spotkaniu tłumaczył, że to tylko hipoteza badawcza zakładająca, że gdyby ktoś chciał wysadzić skrzydło, mógłby to zrobić w ten sposób. Czyli podkomisja wciąż niczego w tej sprawie nie ustaliła.

Były też pytania o nieodnalezioną na miejscu katastrofy jedną z pięciu czarnych skrzynek o oznaczeniu K3-63. Macierewicz twierdzi, że zabrali ją Rosjanie. – Odnaleziono jeden z najważniejszych materialnych dowodów. Ten dowód został zatuszowany przez Rosjan. Jest to rejestrator, który rejestruje analogowy zapis lotu. Bardzo trudno go sfałszować, a w istocie nie można – mówił niedawno w TV Republika. – Wszelkie materiały dowodowe były przez kluczowe momenty w rękach rosyjskich. Mamy tu do czynienia z oczywistym fałszowaniem. Wniosek jest jeden: rejestrator zniknął, ponieważ nie da się go sfałszować. Dlaczego Rosjanie zostawili pozostałe? Tamte mogli spreparować – ogłosił.

Dowód „znaleziony” na zdjęciu

Czym jest zaginiony rejestrator K3-63? To bardzo proste analogowe urządzenie rejestrujące jedynie trzy parametry: przeciążenie pionowe samolotu, prędkość i wysokość barometryczną lotu. Nośnikiem, na którym zapisują się dane (właściwie są „wydrapywane” za pomocą specjalnego rysika), jest taśma filmowa 35 mm.

Oczywiście podkomisja niczego nie „odnalazła”. Macierewicz opowiada jedynie o tym, że na jednym ze zdjęć katastrofy „udało się zidentyfikować obudowę i mocowanie (…), które bliźniaczo przypominają kasetę rejestratora”. Czyli na zdjęciach ujrzeli nawet nie sam rejestrator, ale „bliźniaczo podobną kasetę”.

Podkomisja nie mogła znaleźć „materialnego dowodu” z prostego powodu: żaden z jej członków nigdy nie był na lotnisku pod Smoleńskiem i nie przeprowadził oględzin wraku (choć podkomisja to zapowiadała).

Obudowa rejestratora jest wykonana z materiału nieodpornego na działanie dużych przeciążeń i wysokiej temperatury, więc jest wysoce prawdopodobne, iż uległ on całkowitej destrukcji. Nawet gdyby jakimś cudem został odnaleziony, wartość dowodowa zarejestrowanych przez niego parametrów byłaby wątpliwa ze względu na niewielką dokładność rejestrowanych danych.

Nie było śladów ingerencji

W tupolewie standardowo było pięć czarnych skrzynek. Na miejscu katastrofy odnaleziono cztery.

O teorię Macierewicza, że czarne skrzynki sfałszowano (poza K3-63, którą Rosjanie ukryli, bo jej się nie da sfałszować), zapytaliśmy Pawła Jajkowskiego z firmy ATM, producenta polskiej czarnej skrzynki ATM-QAR, która także była zainstalowana w prezydenckim samolocie.

– Jest dokładnie przeciwnie – mówi „Wyborczej” Jajkowski. – Właśnie K3-63 najprościej sfałszować, bo drapie rysikiem po taśmie filmowej. Wymiana taśmy to prosta czynność, specjaliście może zająć nie więcej niż kilka minut.

– Polski rejestrator ATM-QAR został odczytany 16 i 17 kwietnia 2010 r. w Warszawie, nie w Moskwie, przez zespół ekspertów składający się z przedstawicieli ATM, Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych w Warszawie, Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego i Prokuratury Wojskowej. W pracach uczestniczył też jako obserwator przedstawiciel rosyjskiego MAK – mówi Jajkowski, który był obecny podczas odczytu. – Rejestrator był bardzo zniszczony, wszystko było posklejane błotem. Jedynym w pełni ocalałym elementem była kaseta, na której zapisują się dane. Nie było śladów ingerencji, widać było, że nikt się do niej nie próbował dostać – zapewnia.

Rosjanie mogli zrobić odczyt, zanim przysłali rejestrator? – pytam.

Jajkowski: – Teoretycznie tak. ATM-QAR używały w latach 90. rosyjskie linie Aerofłot. Ale nawet gdyby im się udało, mogliby jedynie skopiować dane na dysk komputera. Niemożliwa byłaby deszyfracja zapisu. Specjalny klucz software’owy miało tylko laboratorium kontroli lotów 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego w Warszawie, które na co dzień zajmowało się analizą danych z tego samolotu. Co do fałszowania zapisów to trzeba by go było dokonać na wszystkich odnalezionych rejestratorach ze względu na możliwość porównania ich zapisów. Bardzo szybkie odnalezienie (i odczytanie w obecności polskich przedstawicieli z Komisji Badania Wypadków Lotniczych) obu rosyjskich rejestratorów pozostawiało bardzo niewiele czasu na dokonanie ewentualnego fałszerstwa, czyniąc tę operację praktycznie niewykonalną.

Co odczytaliście z ATM-QAR?

Jajkowski: – Nasz zespół dokonał jedynie skopiowania danych z kasety rejestratora na dysk komputera. Nie analizowaliśmy tych danych, ponieważ było to w gestii rządowej komisji Jerzego Millera.

Na podstawie odczytów z odnalezionych czarnych skrzynek komisja Millera ustaliła, że samolot do końca był sprawny, nie było skoku ciśnienia, temperatury, nie nagrały się odgłosy wybuchu. Do katastrofy doszło, bo samolot był za nisko, leciał za szybko, a przez gęstą mgłę załoga nie widziała ziemi.

Jakie czarne skrzynki były na pokładzie tupolewa

Na miejscu katastrofy odnaleziono cztery z pięciu czarnych skrzynek

  1. Rosyjski rejestrator parametrów lotu MłP-14-5, który zapisuje na taśmie magnetycznej dane o pracy zespołów napędowych, systemów pokładowych i wyposażenia z ostatnich 50 godzin lotu samolotu. Jego specjalna ochronna obudowa może wytrzymać przez 15 minut działanie temperatury ok. 1000 stopni Celsjusza, udarów i przeciążeń czy wody morskiej (do 36 godzin).
  2. Rosyjski magnetofon pokładowy MARS-BM, który rejestruje korespondencję z radiostacji pokładowych, rozmowy pomiędzy członkami załogi przez interkom, a także dźwięki w kabinie takie jak rozmowy osób postronnych będących w zasięgu mikrofonów czy charakterystyczne sygnały, np. wyłączenia autopilota, zapewnia ciągły zapis turbosprężarek trzech silników z co najmniej ostatnich 30 minut lotu.
  3. Polski cyfrowy rejestrator eksploatacyjny ATM-QAR/R128ENC zapisujący dane z ostatnich kilkudziesięciu godzin lotu w specjalnej kasecie pamięci typu ATM-MC4/15. Rejestrator rejestruje te same dane co MłP-14-5 oraz dodatkowo czas, datę i sygnały z czujników wibracji silników (wchodzących w skład systemu monitoringu poziomu wibracji silników szwajcarskiej firmy VIBROMETER SA).
  4. Rosyjski taśmowy rejestrator eksploatacyjny typu KBN 1-1, który zapisuje parametry lotu na taśmie magnetycznej umieszczonej w specjalnej kasecie typu KS-13 (przypominającej kasetę wideo VHS). Jego rola była identyczna z tą, którą odgrywał na pokładzie ATM-QAR, więc nie był na co dzień wykorzystywany do rejestracji. Wykorzystywano go jedynie (zamiast ATM-QAR) w trakcie przelotów na remonty i okresowe przeglądy, które były wykonywane w Rosji (był wykorzystywany przez Rosjan również w trakcie oblotów samolotu po wykonanych pracach).

Nie odnaleziono piątej skrzynki – rosyjskiego rejestratora K3-63 (jego obudowa nie jest tak wytrzymała jak dwóch pierwszych rejestratorów MłP-14-5 i MARS BM), to pomocnicze urządzenie jest przydatne, gdyby nie udało się odzyskać danych z rejestratorów MSRP lub ATM-QAR; zapisuje dane o czasie, wysokości barometrycznej, prędkości i przeciążeniach.

Spisek, manipulacja, a może kłopoty po wystąpieniu Beaty Szydło? Politycy PiS próbują wyjaśnić wyniki sondażu Millward Brown, według którego poparcie dla ich partii znacznie spadło. – Z szacunkiem i pokorą odnosimy się do wyników badań, ale wiemy też jak są prowadzone i w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu – skomentował Jarosław Kaczyński. O co chodziło prezesowi?

Jeden sondaż wiosny nie czyni – socjologowie podkreślają, że odczytanie przybliżonego poparcia dla partii jest możliwe dopiero na podstawie wielu powtarzających się badań. Jeden sondaż wystarczy za to, by wywołać olbrzymie zamieszanie. Tak stało się z ankietą przeprowadzoną na zlecenie „Faktów” TVN i tvn24.pl – wynika z niej, że PiS stracił w miesiąc 12 pkt. proc., a na partię chce głosować 28 proc. wyborców.

Wszystko wskazuje na to, że politycy rządzącej partii nie wierzą, by ten wynik odzwierciedlał rzeczywistość. Jak go tłumaczą? Przede wszystkim zarzucają, że badanie zostało zmanipulowane. O to najpewniej chodziło prezesowi PiS, kiedy mówił, że z „pokorą odnosimy się do wyników badań, ale wiemy też jak są prowadzone”.

Pytanie podprowadzające

Co prezes miał na myśli? Wątek rozwinął twórczo wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. Jego zdaniem wpływ na wynik badania miało to, że wcześniej ankieterzy zadawali pytanie o premie dla ministrów rządu Beaty Szydło. Rzeczywiście  Millward Brown przeprowadził dla „Faktów” TVN i tvn24.pl takie badanie. Jego wynik jest dla PiS druzgoczący – 75 proc. pytanych krytycznie odnosi się do wypłacenia premii, jedynie 17 proc. oceniło je pozytywnie.

– Daliście pytanie podprowadzające o nagrodach, a potem spytaliście o partie? Jeśli tak się stało, to sondaż mógł być zmanipulowany – krytykował Jaki odpowiadając na pytanie dziennikarza TVN. – Oba badania (o nagrodach dla rządu PiS i o sympatiach politycznych) przeprowadzono na tej samej grupie osób, w tych samych dniach i na podstawie tej samej metody. Jeżeli było pytanie podprowadzające, to takie są wyniki, a nie inne – komentował z kolei Sebastian Kaleta, członek komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji.

Nie wiadomo, czy pytania rzeczywiście zadawano w takiej kolejności jak sugerują Jaki i Kaleta. Jeśli tak, to mogły mieć wpływ na wyniki. Ale skala tego wpływu pokazałaby, że Polacy są niesłychanie krytyczni wobec przywilejów władzy. I mogą surowo ukarać partię, która o tym zapomni.

Przykrywanie Patriotów czy „efekt Szydło”?

A może nie było manipulacji, a sondażowy kryzys to żółta kartka dla ekipy rządzącej? Taką możliwość dopuszcza poseł PiS Marek Ast. – Jest to sygnał, że nie można spoczywać na laurach, że trzeba dalej ciężko pracować, że być może popełniliśmy również błędy – stwierdził w rozmowie z TVN24. Przyznał też, że do niezadowolenia elektoratu mogło się przyczynić słynne już wystąpienie Beaty Szydło, w którym gorąco broniła nagród dla ministrów. – Z tym trzeba się liczyć, że jest to efekt tego wystąpienia, aczkolwiek usprawiedliwionego – podkreślił, dodając, że Szydło w czasie swoich dwuletnich rządów odniosła znaczące sukcesy.

Z kolei szef Komitetu Wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski skupił się nie na możliwych przyczynach wyniku, a na dacie publikacji sondażu. „Prawdziwym sondażem są #wybory powtarzam to za każdym razem, gdy są raz lepsze raz gorsze sondaże. Ten sondaż jednak „przypadkowo” został opublikowany w dniu podpisania umowy na wyposażenie polskiej armii w najnowocześniejsze systemy #Patriot …. #dziennikarzebezgranic” – napisał na Twitterze.

To „hatakumba”. Opozycja się cieszy

Spadek poparcia dla PiS w sondażu Millward Brown zbiegł się ze wzrostem poparcia dla większości opozycyjnych partii. Po raz pierwszy od miesięcy wynik Platformy Obywatelskiej był słabszy od wyniku rządzącej partii o zaledwie kilka punktów. Zyskiwały też Kukiz’15 i Nowoczesna.

– To jest taka „hatakumba”, jak mawiają politycy PiS – ocenił rezultat rzecznik PO Jan Grabiec, nawiązując do niedawnego przejęzyczenia wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego (polityk, pisząc na Facebooku o reparacjach od Niemiec, określił II wojnę światową jako „niemiecką hatakumbę”).

Widzimy zapaść w notowaniach PiS i w tym sondażu jest ona wyjątkowo duża, ale przecież trend z ostatnich sondaży z ostatniego miesiąca pokazuje wyraźnie te spadki na poziomie kilku – 6 procent, w tym przypadku – 12. Najwyraźniej polityka PiS przestała być akceptowana przez Polaków – dodał rzecznik Platformy Obywatelskiej.

Jego zdaniem „arogancja” obecnie rządzących, której wyrazem stały się ubiegłotygodniowe słowa wicepremier Beaty Szydło, że nagrody „należały się” członkom jej ówczesnego rządu, „jaskrawo kontrastuje z obietnicami wyborczymi i deklaracjami polityków PiS sprzed kilku miesięcy”. – To się po prostu w głowie ludziom nie mieści – podkreślił Grabiec.

Waldemar Mystkowski komentuje.

Prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i najnowszy sondaż to dla niego manipulacja.

Jarosław Kaczyński został zaskoczony. Już miał wpakować piłkę do kosza, usłyszał jednak pytanie: co z tym sondażem? Prezes został złapany na wykroku.

Z sondażu wynika, że zjednoczona opozycja ma tyle samo punktów procentowych, co PiS. Na tablicy widnieje remis 28:28. Więc prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i obwieszcza: manipulacja. – „Z szacunkiem odnosimy się do wyników i z pokorą do wyników badań, ale też wiemy, jak są prowadzone i w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu”.

Prezes wraz z Jarosławem Gowinem promowali konstytucję, choć to inna konstytucja, bo dla nauki. Pada jednak słowo kluczowe dla bezprawia PiS. Można zatem kozłować i kiwać wokół prawa, jak to PiS je przestrzega. Gowin nawet cmokał prezesa i konsultacje społeczne: – „Chciałbym bardzo serdecznie podziękować prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu za to poparcie (…). To był dialog unikalny. Na taką skalę po 1989 roku nie organizowano żadnych konsultacji społecznych z zainteresowanymi grupami zawodowymi”.

Sondaż przykrył cmokanie Gowina. Cóż jednak z sondażu wynika? Przede wszystkim jest to taki pierwszy sondaż, tąpniecie bardzo poważne, bo aż o 12 proc. spadło PiS-owi, z 40 do 28. Gdyby w jednym z miast śląskich doszło do tak poważnego tąpnięcia, to centrum miasta zapadłoby się pod ziemię, nawet, gdyby ratusz znajdował się przy Nowogrodzkiej.

Wg socjologicznych obliczeń, przy założeniu, iż frekwencja wyborcza wynosi 50 proc., to 12 proc. wyborców, które odeszło od PiS, to około 1,5 mln elektoratu. Czy to możliwe, że PiS w ostatnich tygodniach stracił zaufanie aż tylu Polaków z powodu przyznania sobie wysokich nagród?

Z pewnością mamy do czynienia ze spadkiem poparcia wyborców dla PiS. Poczekajmy na następne sondaże, które albo potwierdzą sondażową katastrofę dla PiS, albo pokażą dynamikę zjazdu partii Kaczyńskiego. Dotychczas nic nie ruszało partii Kaczyńskiego, żadni Misiewicze, zawłaszczanie państwowych spółek, przyznawanie niebotycznych apanaży.

Obsuwa wydaje się być trwała. PiS będzie się pogrążało, gdyż dopiero teraz na wierzch wybije szambo, o którym za wiele nie wiemy. Ponadto dojdzie do wyrywania sukna dla siebie, wewnętrzne tarcia i oskarżanie siebie nawzajem. I ukaże się imposybilizm rządu, który nic nie może bez Kaczyńskiego.

Tąpnięcie PiS to dla nich piekło, gdyż trzeba będzie ponieść odpowiedzialność za łamanie Konstytucji i prawa, a tam na dole elektorat już czeka, będzie przysmażał, domagał się prawa i sprawiedliwości. Oj, będzie – Pichcenie i Skwareczki.

Katarzyna Szymańska-Jakubowska, była rzeczniczka MON, została skazana przez Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście za pomówienie czterech byłych szefów służb. W podpisanym przez siebie komunikacie prasowym zarzuciła im „współpracę ze służbami wrogimi Polsce i NATO”. Chodzi o Krzysztofa Bondaryka, Janusza Noska, Pawła Białka i Piotra Niemczyka. Sąd wymierzył jej karę dwóch tysięcy złotych grzywny i pięciu tysięcy złotych nawiązki na hospicjum dla dzieci.

Sędzia Małgorzata Drewin, uzasadniając wyrok, stwierdziła, że „wykorzystano autorytet ministerstwa, a działanie oskarżonej miało na celu pozbawienie godności osobistej pomówionych i spowodowanie swoistej śmierci cywilnej”. Podkreśliła, że byłym szefom służb postawiono w komunikacie najcięższy zarzut – zdrady. – „Nawet człowiek z wykształceniem podstawowym wie, że tak ciężkich oskarżeń nie wysuwa się, nie mając żadnych dowodów” – uznała sędzia.

Była rzeczniczka tłumaczyła, że ona tylko… wykonywała polecenie służbowe przełożonego, czyli Antoniego Macierewicza. Sądu to nie przekonało – Małgorzata Drewin uznała, że nie zwalnia to Szymańskiej-Jakubowskiej z osobistej odpowiedzialności za popełnione czyny. Sędzia dodała, że „sam minister „schował” się za niekompetentną urzędniczką”.

W komunikacie MON, opublikowanym 3 grudnia 2016 r., pod którym podpisała się Katarzyna Szymańska-Jakubowska, czytamy m.in.: – „Coraz częściej pod pozorem dyskusji naukowej wypowiadają się byli funkcjonariusze służb odpowiedzialni za katastrofalny stan polskiego bezpieczeństwa, tolerowanie środowisk mafijnych wyrosłych ze Służby Bezpieczeństwa, inwigilację niepodległościowych partii politycznych, a nawet przestępczą działalność na rzecz obcych służb. Smutnym przykładem takiego działania była dyskusja zorganizowana 24 listopada 2016 roku w Collegium Civitas, w której wzięli udział byli funkcjonariusze podejrzewani o współpracę ze służbami wrogimi Polsce i NATO. Przestrzegamy polską opinię naukową i opinię publiczną przed dezinformacyjnymi konsekwencjami propagowania takich działań”. Nazwiska szefów byłych służb nie padły, ale wiadomo było, że w spotkaniu uczestniczyli Krzysztof Bondaryk, Janusz Nosek, Paweł Białek i Piotr Niemczyk.

Oko.press przypomina, że zanim Katarzyna Szymańska-Jakubowska trafiła do MON, była społeczną asystentką w biurze poselskim Macierewicza i właścicielką firmy zajmującej się produkcją dzianin.

Uchwała Sądu Najwyższego oznacza, że prezydent Warszawy miała prawo zaskarżyć decyzję wojewody mazowieckiego zakazującą kontrmiesięcznic Obywateli RP, Obywateli „Solidarnie w Akcji” (OSA) i stowarzyszenia Tama. Uznano także, że nawet po upływie terminu zgromadzenia, które zostało zakazane przez wojewodę, sądy powinny rozpatrywać odwołania od takiej decyzji.

PiS-owski wojewoda od chwili wejścia w życie nowego prawa o zgromadzeniach wydał ponad 30 decyzji o zakazie kontrmiesięcznic, z czego większość zapadła w ostatniej chwili. Mówił o tym Jarosław Kaczyński, pełnomocnik protestujących w ramach kontrmiesięcznic. – „Wtedy nie ma fizycznie czasu, aby odwołać się do sądu. To działanie w sposób oczywisty bezprawne. Pokazuje też arogancję i butę wojewody” – stwierdził Kaczyński.

Podobnie komentuje uchwałę SN Helsińska Fundacja Praw Człowieka. – „Wszystkie decyzje dotyczyły demonstracji organizowanych w trybie uproszczonym, a te nigdy nie mogą być zakazane, więc decyzje wojewody były bezprawne” – napisano w opinii HFPC. Sądy mogą więc teraz oceniać legalność działań wojewody, np. czy nie przekroczył on swoich uprawnień. Grozi za to kara pozbawienia wolności do 3 lat.

To już druga w ciągu tygodnia sprawa, w której sądy stają po stronie prawa obywateli do zgromadzeń. Kilka dni temu pisaliśmy o wyroku warszawskiego Sądu Rejonowego w artykule „Miesięcznice smoleńskie prywatną imprezą PiS”.

Aż 12-punktowy spadek poparcia PiS w sondażu Kantar Public jest spektakularny. Sondaże rzadko przynoszą tak drastyczne zmiany. Poprzednie wyniki publikowane przez IBRIS zapowiadały co prawda zmianę trendu, ale środowe dane to dla prawicy prawdziwa katastrofa. Co się właściwie stało? Oto 5 przyczyn.

1. Nagrody jak ośmiorniczki

Żeby zrozumieć mechanizm gwałtownych zmian nastrojów społecznych, trzeba wyobrazić sobie prostą codzienną sytuację, gdy zdeklarowany wyborca danej opcji politycznej znajduje się w nie do końca sprzyjającym środowisku (w miejscu pracy albo na imieninach u rzadko widywanej rodziny) i jest atakowany politycznym argumentem, na który nie znajduje odpowiedzi. PiS nie dał swoim wyborcom języka obrony decyzji o nagrodach. „Nam się należy” – brzmi to jak szyderstwo przeciwników.

Nie tylko sama decyzja o nagrodach niemile zaskoczyła zwolenników PiS. Po niej nastąpił cały festiwal błędów i porażek. Premier Morawiecki oświadczył, że w jego rządzie nagród nie będzie, tymczasem media opublikowały kolejną listę beneficjentów. Oto Beata Szydło w agresywnym przemówieniu broni swojej decyzji, a jej arogancja musiała zrobić na zwolennikach prawicy fatalne wrażenie. Gromkie oklaski posłów jeszcze gorsze. Jarosław Kaczyński w tej sprawie stracił instynkt i zapomniał o sile symboli. Wszak zdecydowanie mniejszy problem ośmiorniczek doprowadził jego poprzedników do wyborczej klęski.

Sprawa ministerialnych nagród jest dla prawicy śmiertelnie niebezpieczna, bo dotyczy jej mitu założycielskiego. Rewolucja PiS miała przecież przywrócić godność zwykłemu człowiekowi i ukarać skorumpowane elity. Tymczasem pod hasłem „skromność i praca” rząd wypłacił sam sobie roczne premie w wysokości, która dla przeciętnego Polaka jest szokująco wysoka. Nie tylko wysokość premii ale także fakt, że zostały przyznane wszystkim ministrom, także zdymisjonowanym, według reguły „nam się należy”, był dla wyborców prawicy nie do zaakceptowania. Nagrody stanowią zaprzeczenie fundamentalnych wartości prawicy, dzięki którym wygrała wybory.

2. Ustawa o IPN, czyli awantura o… no właśnie, o co?

Nowelizacja ustawy o IPN zakończyła się dla władzy nie tylko międzynarodową porażką, prawica przegrała wojnę o pamięć także we własnym kraju. Cała ta sprawa pokazała Polakom awanturniczy charakter tych rządów. Eskalacja napięcia nie tylko z Ukrainą i Izraelem, ale przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi jest nawet dla wyborców prawicy trudna do zrozumienia. Po pierwsze nie chodzi w tym sporze o żadne realne interesy. Konflikt z Unią Europejską o praworządność dało się przedstawić jako walkę z sądowniczą kliką, spór o konieczne reformy, które skrócą kolejki w sądach, obronę suwerenności i prawa demokratycznie wybranego rządu do realizacji wyborczych obietnic. Tymczasem w ustawie o IPN… nie wiadomo o co chodzi. Wojna z całym światem prowadzona jest w kwestii, która Polaków bezpośrednio na co dzień nie dotyczy. Trudno wytłumaczyć nawet własnym wyborcom, po co rząd naraża strategiczny sojusz Polski z USA, po co wystawia się na powszechną krytykę, dyplomatyczny bojkot, groźnie brzmiące listy.

I jeszcze ważna okoliczność: Putin. Im bardziej z mediów bije poczucie zagrożenia wzrastającą agresją Rosji (po chemicznym ataku Kremla w Londynie konflikt Zachodu z Rosją może eskalować), tym bardziej wyborcy będą się obawiać samotności ekipy PiS na arenie międzynarodowej. Trudno prawicowym wyborcom wytłumaczyć, dlaczego ich rząd w tak niepewnej sytuacji międzynarodowej nie potrafi się dogadywać z sojusznikami z Izraela i USA.

3. Przegrana na własnym podwórku

PiS przegrał ustawę o IPN, choć przecież potyczka była prowadzona na polu, które dla prawicy stanowi jedną z definicji jej tożsamości – na polu polityki historycznej. Tymczasem działania władzy okazały się żałośnie nieporadne, wręcz kompromitujące. Nie można pokazywać bezradności w kwestiach wydawało się politycznie całkowicie zdominowanych. Wstawanie z kolan przybrało groteskowe formy. Do oskarżeń o nielegalne finansowanie Fundacji Narodowej doszły zarzuty bezczynności. Przez cały okres kryzysu Fundacja nie zrobiła nic, by w końcu kupić jacht i z pompą ogłosić plan promocji Polski na oceanach przy pomocy francuskiego jachtu za 20 milionów złotych. Pokaz bezradności i głupoty.

Rząd w sprawie ustawy o IPN miota się bezsilnie. Wyborcy otrzymują całkowicie sprzeczne komunikaty. Tego samego dnia, gdy prezydent przeprasza Żydów za marzec, premier oświadcza, że z marca możemy być dumni. Zwolennicy opozycji zaczęli szydzić z fundamentalnych aksjologicznych postulatów prawicy. Patrioci, szukający narodowej dumy, zamiast dumy dostali kompromitację i wstyd.

4. Brak elastyczności

Dlaczego Kaczyński w obu tych sprawach (ustawa o IPN i nagrody) próbował iść w zaparte? W sprawie ustawy o IPN partii Kaczyńskiego wyszło z badań, że jeśli ustąpi grozi jej utrata części twardego elektoratu. Sondaże analizowane na posiedzeniu kierownictwa partii wskazywały zresztą, że wojna z całym światem będzie wręcz dla PiS korzystna (podobnie jak w przypadku wcześniejszej wojny o sądy). I byłaby to prawda pod warunkiem, że tę wojnę w międzynarodowej skali można politycznie kontrolować. Stało się odwrotnie.

Z kolei decyzja, by iść w zaparte w sprawie nagród została podjęta wbrew wynikom badań. Ponad 70 proc. Polaków (w tym większość wyborców PiS) nie popiera decyzji o nagrodach. W tej sprawie Kaczyński zdecydował się na zignorowanie własnego elektoratu. Przełożył interesy partyjnego aparatu, rozgrywając walkę frakcyjną pomiędzy Morawieckim a Szydło, ponad długofalową pozycję polityczną własnej partii. To kolejny błąd, a przede wszystkim dowód słabości.

5. Jak bronić PiS w święta?

Na naszych oczach rozpoczął się proces dezintegracji obozu władzy. Proces ten w święta przyspieszy. Święta bowiem to – wbrew pozorom – czas możliwych ruchów tektonicznych w świadomości politycznej obywateli. Wtedy właśnie spotykają się dawno nie widziani krewni. To w tym gronie zaczyna się dyskusja o polityce pomiędzy ludźmi reprezentującymi różne opcje, którzy nie spotykają się ze sobą na co dzień. Tymczasem zwolennicy rządu nie dostali instrukcji na święta. Nie mają języka obrony własnych przekonań. Partia zostawiła ich bezradnych. „Nam się należy” – mają powtarzać słowa Szydło? Zostaną wyśmiani.

W kolejnym sondażu można spodziewać się dalszych spadków notowań. W żaden sposób nie przyczyniła się do tego opozycja. PiS przegrywa sam ze sobą. Przegrywa skutecznie.

Jacek Kapica został zatrzymany dziś rano na polecenie białostockiej prokuratury – podały na Twitterze „Wiadomości” TVP. Według nich zatrzymanie ma mieć związek z aferą hazardową. >>>

Waldemar Mystkowski pisze o okradaniu budżetu przez polityków PiS.

Nieprofesjonaliści, niedołędzy zawsze więcej kosztują. Wszak nie płacimy im za potrzebną pracę, ale za to, że szkodzą. PiS dzisiaj nas ogromnie wiele kosztuje, ale gdy zostaną odsunięci od władzy, koszty wzrosną jeszcze bardziej. Szkodnika zawsze trzeba poprawiać, mimo że zawyżone koszty za jego obecność już ponieśliśmy. To tylko sfera materialna, a gdzie duchowa, psychologiczna?

Wypadek Beaty Szydło może posłużyć za przykład, jak to wygląda i będzie wyglądało. Skasowany został samochód z kolumny konwojującej byłą premier na odpoczynek, przez rok grupa śledczych do niczego nie doszła, pobierała pensje i za nią, i wszelakie ekspertyzy zapłacono 154 tys. zł.
To jednak nie koniec, bo młody kierowca seicento nie godzi się być kozłem ofiarnym, aby za nim ciągnął się smród polityków, którym wystaje słoma z pantofli. Koszty procesowe znowu spadną na państwo.

Pod tym względem Szydło ma rację: – „Ministrowie i wiceministrowie otrzymywali nagrody za ciężką, uczciwą pracę i te pieniądze im się po prostu należały”. Może nie jest tak ciężko coś zepsuć – limuzynę rządową bądź prawo konstytucyjne i sądownictwo – ale ciężko jest prowadzić felerne śledztwo i ustanawiać felerne ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, sądownictwie, KRS i Sądzie Najwyższym.

Napracowali się. To jednak nie wszystko, bo rzeczywiste koszty przed nami. Nadszarpnięta została reputacja Polski, szkodnicy nie uzyskają adekwatnych pieniędzy z budżetu unijnego. Więc zasadne jest dzisiaj pytanie: Czy PiS zapłaci Polsce reperacje za swoje szkodliwe nieudacznictwo?

Jeden z funkcjonariuszy PiS Marek Suski przynajmniej potrafił się zachować. Gdy dowiedział się o nagrodzie, że została przelana z automatu, oddał ją: – „Poszedłem do banku i odesłałem – 31 tys. zł”. Dobrze wiedzieć, że w PiS działa automat, który przelewa szmal o takiej wysokości. Suski jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego ledwie trzy miesiące, a już automat mu przelewa. A przecież nie jest jakimś Stańczykiem, lecz zwykłą „kupą śmiechu”. Ile zatem automat przelewa bardziej zasłużonym szkodnikom, hę?

Po PiS zostaną do zapłacenia ogromne rachunki i ten startup: automat przelewający szmal na konto.

Pozwiemy te wszystkie osoby za szarganie narodowych autorytetów, szarganie polskich świętości. (…) To nie byli faszyści, to byli polscy żołnierze – mówił Płużański w TVP3.

Co najmniej trzy osoby, w tym Włodzimierza Czarzastego, Joannę Senyszyn i dziennikarza Piotra Szumlewicza fundacja „Łączka”, zamierza pozwać za szarganie pamięci Żołnierzy Wyklętych. Zarzuca im, że nazywają „naszych polskich żołnierzy bandytami, zbrodniarzami, gwałcicielami. Padły różne epitety. Naszym zdaniem to niedopuszczalne” –– powiedział w sobotę prezes Fundacji Tadeusz Płużański i zaakcentował, że Szumlewicz nazwał „Burego” – żołnierza wyklętego – mordercą.

Nie zważając na fundamentalne różnice zdań w ocenie postawy Burego, działacze fundacji za złe mają Czarzastemu, iż podczas konferencji prasowej w Kielcach 1 marca powiedział, że „SLD jest jedyną formacją w Polsce, która o „żołnierzach wyklętych” będzie mówiła, że byli wśród nich ludzie uczciwi walczący o swoją godność, o swoją wizję kraju”. „Ale były też świnie, mordercy, złodzieje i gwałciciele. Byli ludzie, którzy zabili 187 dzieci. Dlatego żaden PiS, żadna manipulacja przy historii nie zdejmą tego jarzma z „żołnierzy wyklętych” – oświadczył Włodzimierz Czarzasty.

Joanna Senyszyn naraziła się z kolei swoim tweetem: „Mija dzień honorowania bandytów, którzy mordowali ludność cywilną, w tym dzieci. Dla dodatkowego uczczenia słusznie wyklętych rząd podjął dziś decyzję o umożliwieniu degradacji gen. Jaruzelskiego. Dużo będzie do likwidacji i odwracania”.

„Łączka” tymczasem radzi liczyć się ze słowami oraz grozi konsekwencjami i zapowiada, że będzie prowadzić konsultacje z prawnikami, jak sformułować pozew.

Do sprawy pozwu odniósł się na Twitterze Piotr Szumlewicz: „Prawicowy historyk grozi mi procesem za nazwanie Burego zbrodniarzem. Jak inaczej nazywać człowieka, o którym IPN pisał, że jego działania „nosiły znamiona ludobójstwa”? Nie dość, że czczą morderców, to jeszcze chcą karać za piętnowanie ich zbrodni” – czytamy we wpisie.

Banki, czekolada, zegarki, góry? Nie tym razem. Wielkim, a niekoniecznie powszechnie znanym bogactwem Szwajcarii są dzieła sztuki. Oczywiście głównie w prywatnych kolekcjach.

W niemal każdej bajce najmłodsi synowie mają najlepiej. Tak jak urodzony w 1885 r. Oskar Reinhart, trzeci syn bardzo bogatego kupca z Winterthur. Już od wczesnej młodości wiedział, co będzie robił w życiu. I nie chodziło tu wcale o przejęcie rodzinnego biznesu, czyli pośrednictwa w handlu kawą i bawełną między Europą a Indiami. Tym zajmowali się jego starsi bracia.

19-latek dostał inne zadanie. Miał na prawo i lewo wydawać pieniądze, które jego rodzina od pokoleń oszczędzała i pomnażała. Ale miał je wydawać na chwałę rodu Reinhartów i Volkartów (bo tak nazywała się z domu matka Oskara, która wniosła do małżeństwa doskonale prosperującą firmę). Bo ojciec, wielki miłośnik malarstwa, kazał najmłodszemu synowi stworzyć rodzinną kolekcję dzieł sztuki.

Zostawił po sobie niesamowitą kolekcję malarstwa. Zobaczyć ją można tylko w Szwajcarii

Na zdjęciu: Vincent van Gogh, ‚Oddział w szpitalu w Arles’, 1889 Fot. AKG-Images / André Held / East News.

MYŚLELIŚCIE, ŻE KIEDYŚ DOCZEKACIE TAKICH CZASÓW???

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o prezesie.

Kaczyński trwoni dorobek wielu lat pracowitego równania do standardów cywilizowanego świata.

Historycy nie są pewni, czy to właśnie Ludwik XIV powiedział „Państwo to ja”, ani czy jego następca Ludwik XV rzucił beztrosko: „Po nas choćby potop!”. Pewne jest natomiast, kto spośród współczesnych władców przyjął te konstatacje jak własne.

Identyfikacja pojedynczego człowieka z całym państwem nie jest tylko wytworem kalekiej wyobraźni maniaka chorego na władzę. Nie jest też wyłącznie objawem jego megalomańskiej hucpy. To wynik prostackiej procedury myślowej, polegającej na przywołaniu odpowiednio dobranych reguł demokratycznych i obcięciu im wszystkich „ale”, „jednak” oraz „pod warunkiem”.

Bierze się na przykład taką demokrację opisaną jako rządy większości i pozbawia się ją dopisku „z poszanowaniem praw mniejszości”, bez którego to warunku o demokracji nie ma mowy. Albo zamazuje się w Konstytucji fragmenty ograniczające władzę wykonawczą i dopisuje komentarze dowodzące, że prawdziwie demokratycznym sposobem sprawowania władzy jest autorytaryzm. Lub też któregoś dnia 19 procent uprawnionych do głosowania, którzy zapewnili swojej partii wygraną, w nagrodę stają się Suwerenem. A minimalne zwycięstwo wyborcze nazwane zostaje – uroczyście i z sejmowej trybuny – Wolą Całego Narodu, a jednocześnie kasowany jest obowiązek sprawowania tej władzy w interesie całego społeczeństwa. Swoi wyborcy stają się jedynymi beneficjentami wyborczego tryumfu.

Państwo to on. Sam sobie sterem, wozem i szoferem – mimo że nie ma prawa jazdy. Każdą krytykę poczynań władz Polski bierze na własną klatę, bo przecież sam podejmuje wszystkie ważne decyzje. Kiedy Polska obraża się na Unię, to osobiście obrażony jest Kaczyński. A kiedy Polska obraża swoich sąsiadów, to złośliwy, lekceważący uśmieszek maluje się tylko na twarzy prezesa, który nie rozumie powagi sytuacji, bo nie ma pojęcia o współczesnej polityce. W ustabilizowany na mapie świata układ sił wpycha kolanem swoją wizję dziewiętnastowiecznej racji stanu.

Bój o dobre imię Polski jest więc w gruncie rzeczy walką o szacunek dla imienia „Jarosław”. Walką beznadziejną, bo o dobre imię się nie walczy i nikomu nie należy się ono z definicji. Dobre imię trzeba zbudować i pilnie strzec, nie trwoniąc go na buńczuczne pogróżki, żałosne pretensje, teatralne rozdzieranie szat i polityczne fantasmagorie, obliczone na użytek niedowidzącej części elektoratu, wpatrzonej w oblicze wodza. Oblicze wyrażające niewiarygodną troskę o Ukochaną Ojczyznę Matkę Naszą i marsowy gniew na tych, co przeszkadzają mu zawłaszczyć Polskę do końca. Ludzie, którzy potrzebują mesjasza zawsze będą gotowi bać się obcych, nienawidzić myślących inaczej i walczyć nawet z nieistniejącym wrogiem, a sam mesjasz zawsze będzie przypominał naburmuszonego przedszkolaka, obrażającego się na każdą zwracaną mu uwagę i czepiającego się wszystkich, którzy nie uznając jego przywództwa budują konkurencyjną wieżę z klocków.

Jarosław Kaczyński, natchniony ślepą wiarą swoich wyznawców, wymyśla im kolejnych rzekomych przeciwników i stawia przed nimi kolejne nieosiągalne cele. Słyszałem kiedyś o człowieku, który kosztem niezamożnej rodziny wydawał ogromne sumy na kupony totka – a na uwagę, że jeśli nie może żyć bez hazardu, to mógłby przerzucić się na inne gry, gdzie płaci się mniejszy podatek od marzeń, odpowiedział, że jak już ma nie wygrać, to woli nie wygrać miliona… Zaryzykuję tezę: Kaczyński grając o wielkie stawki też wie, że swojej wojny z Polakami nie wygra. Ma świadomość, że kiedyś przegra, że jego karykaturalna wizja Polski nie przetrwa długo. Obawia się, że za obrażania i wygrażania Europa w końcu obetnie nam fundusze i postawi nasz kraj do kąta. Dociera do niego, że również najpotężniejszy sojusznik wyżej ceni sobie demokratyczne tradycje i praworządność niż słabnące wsparcie przetrzebionej polskiej armii i entuzjastyczne wiwaty organizowane dla uciechy amerykańskiego przywódcy.

Wie, że przegra, a mimo to trwoni dorobek wielu lat pracowitego równania do standardów cywilizowanego świata. Pcha Polskę ku zatracie, dzieli społeczeństwo, obraża kolejne grupy zawodowe, szczuje wierzących na niewierzących, wywołuje z niebytu duchy komunistów, Żydów, muzułmanów i uchodźców. Śmieszy, tumani przestrasza. Dlaczego? Czyżby jakieś kłopoty ze zdrowiem? Czy raczej zemsta za lata klęsk, ignorowania, pomijania w zaszczytach? A może Kaczyński, niedościgniony kreator konfliktów, twórca artystycznych burd i mistrz hucznych awantur, po prostu dobrze się bawi? A po nim – choćby potop…

Dywagacje prowadzi Waldemar Kuczyński.

Kuczyński o Jarosławie Kaczyńskim i jego partii.

Laczyński powinien siedzieć za katastrofę smoleńską. Jest taki paragraf: za sprawstwo kierownicze.

W każdym razie Kaczyński zapracował na tytuł największego niszczyciela Polski.