Posts Tagged ‘Antoni Macierewicz’

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Szef Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani nie przywiązuje żadnej wagi do wizyty swego rodaka – ale o odmiennych poglądach – Matteo Salviniego u Jarosława Kaczyńskiego, gdyż „wśród suwerenistów (włoska wersja wstawania z kolan – przyp. mój) panuje całkowity brak zgody”. Dlaczego brakuje zgody? Po pierwsze, są to ruchy polityczne wsobne, nacjonalistyczne, stawiające tylko na swój naród, a więc każdy inny jest wrogiem, choć może być w sojuszu taktycznym.

Do tego momentu z Tajanim się zgodzę, a drugie jego rozróżnienie zniuansowałbym. Włoch mówi, że Salvini jest zwolennikiem Putina, a PiS pozostaje antyrosyjski. Czy na pewno? Elektorat PiS jest antyrosyjski, ale działania polityczne partii Kaczyńskiego niekoniecznie.

Mit założycielski PiS to katastrofa smoleńska, który partię Kaczyńskiego wyniósł do władzy. Od polityków PiS słyszymy retorykę antyrosyjską, ale tylko retorykę. Kreml może sobie tylko taką wymarzyć, bo co dla władców Rosji zawsze było najważniejsze – skłócać Polaków. Kreml osiąga to za pomocą „partii wpływu” w Polsce – PiS i ich poszczególnych polityków. Dobrze to rozebrał na czynniki pierwsze Tomasz Piątek w dwóch książkach o Antonim Macierewiczu. Wiceprezes PiS jest wymarzonym agentem wpływu, a to że ględzi antyrosyjsko? A jak ma mówić?

Tak więc prorosyjskość we Włoszech należy czytać zupełnie inaczej niż w Polsce. Kreml rozgrywa Polaków przeciw sobie dokładnie tak jak to robił przez cały XIX wiek, gdy znaleźliśmy się pod zaborami. A że PiS ma elektorat z terenów tego zaboru, więc mamy takie zniuansowanie.

W XIX wieku wykuwała się polska myśl niepodległościowa, jednym z jej elementów było wspieranie Ukrainy w dążeniu do państwowości. Tak widział politykę wschodnią Józef Piłsudski, a w naszych czasach pisał o tym Jerzy Giedroyc w paryskiej „Kulturze”. Dzisiaj działanie na osłabienie Ukrainy to działanie w interesie Kremla. Co dzisiaj robi w tej kwestii PiS? Kijów ustawia w roli wroga.

Tatuś premiera Kornel Morawiecki – który w czasach peerelowskiej opozycji był V kolumną w „Solidarności”, uchował się, bo widziano go jako folklor polityczny – nie raz bardzo ciepło wyrażał się o Kremlu i marzy mu się brak „sporu między nami a Rosjanami”, co samo w sobie jest godne gołąbka pokoju, ale następstwo logiczne obnaża niezbyt lotnego intelektualnie starszego Morawieckiego: nie chce wojsk amerykańskich w Polsce.

Co na to jego syn Mateusz, który retorycznie jest krew z krwi i prezentuje podobne zaplecze intelektualne – czyli marne – o tych prorosyjskich sentymentach? Nic w słowie, ale „poznacie ich po czynach”. A czynem rządu jest to, iż obecnie import rosyjskiego węgla jest dwukrotnie większy niż w 2015 roku. 20 proc. węgla zużywanego w kraju ma rosyjski stempel.

Tak więc zupełnie inaczej należy czytać prorosyjskość (pro-Putinowość) Włocha Salviniego, a zupełnie inaczej prorosyjskość – uwikłaną historycznie – panów Kaczyńskich, Macierewiczów, Morawieckich. W Europie od dawna jest tendencja stref wpływów – jeżeli nie cywilizowany Zachód, nie Unia Europejska, to Rosja. Capisce? – jak retorycznie mówił rodak Salviniego, Tajaniego, literacki i filmowy don Corleone.

Na pisowskie salony wkracza antysemityzm, co nie jest jakąś wielką niespodzianką. Wystarczyło wcześniej posłuchać polityków tej partii, co mają do powiedzenia na temat Jedwabnego albo, jaki jest ich stosunek do szmalcownictwa, którego wykładnia jest jedna: część Polaków ujawniało hitlerowcom miejsca, w których ukrywali się Żydzi w czasie II wojny światowej.

Nie tylko Jan Gross opisywał „sąsiadów” Polaków, będących pomagierami hitlerowców, ale nasi historycy. Ponadto, kiedy wsłuchać się w domowe opowieści, szybko można odkryć, iż Polacy niczym nie różnią się od innych narodów, a czasami są „lepsi”. Polski kołtun i Ciemnogród utrzymał się lepiej niż kołtuny w innych nacjach.

Żyd zresztą wchodzi w triadę nienawiści: Żydzi, masoni i cykliści, co należy dzisiaj czytać: obcy, demokraci i nowocześni. Przepraszam, a prezes jakiej partii szczuł na uchodźców, którzy jakoby mogą przynieść do Polski „cholerę, dezynterię i pasożyty”? Ten sam prezes szczuje na demokratów, na obrońców państwa prawa i Konstytucji, no i musi szczuć na cyklistów, bo nie posiada prawa jazdy.

W takiej przyszło nam żyć Polsce. Antysemityzm jest odgrzewany z historycznej hibernacji, choć Żydów nie ma. I jeszcze jedna uwaga: antysemityzm w okresie międzywojennym w Polsce był równy niemieckiemu, a możliwe, że „lepszy”. Tam jednak doszedł do władzy Hitler, a u nas odpowiednik jego nie zdążył, acz Roman Dmowski (jawny antysemita, pisze o parchach Żydach w swoich publikacjach) miał swoich rozlicznych następców, którzy prześladowali Żydów. Antysemityzm jest obecnie wybudzany. Wystarczy posłuchać uważnie obydwu Morawieckich i innych polityków PiS. Ustawa o IPN, która została utrącona przez USA i Izrael, też zmierzała do odmrożenia antysemityzmu.

Antysemityzm podskórny, ledwie ukryty ma się dobrze w Polsce pisowskiej w mediach publicznych. Dano temu wyraz w czwartkowym programie „Minęła 20” TVP Info. Zaprezentowano w nim krótką animację, w której aż roi się od antysemityzmu i spełnia wszystkie powyższe zarzuty, które wyżej zmetaforyzowałem. Żydów nie ma, ale można ich wykreować i tak – dostaje się Hannie Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent Warszawy na filmiku „powołuje” do działalności Jerzego Owsiaka, a ten „grabi” Polaków i pieniądze oddaje Żydom. Mniej więcej taka jest interpretacja filmiku zrealizowanego przez niejaką Barbarę Pielę. Estetyka jest turpistyczna wzięta z goebbelsowskiego „Żyda Suessa”.

Polska humanistycznie marnieje w oczach, telewizja publiczna pluje, zohydza, szczuje. Nie jest to medium obywateli, ale funkcjonariuszy PiS. Filmik antysemicki należy wpisać na konto partii rządzącej. Olechowski, który jest szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, tweetuje, że „zostaną wyciągnięte surowe konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych za incydent”. Uśmialiście się z tych zapowiadanych konsekwencji? Nie chodzi tylko o to, że znowu Mateusz Morawiecki będzie się kajał w naszym imieniu, ale przede wszystkim o to, jak niszczone jest społeczeństwo polskie, jak ważne dla społeczeństwa są opluwane wartości ludzkie.

Tego nie można załatwić jakąś ustawą – amoralność jest trwalsza niż długość życia Kaczyńskiego i Morawieckiego. Oni zejdą z tego świata, a przyszłe pokolenia zostaną z tym złem, które jest obecnie reanimowane.

Czy żona prezydenta RP powinna otrzymywać pensję; jeżeli tak, to w jakiej wysokości?

Rusza debata na ten temat i jak wszystko w polityce polskiej będzie gorące, a może nawet gotujące, zwłaszcza że niemal wszyscy pod pojęciem „prezydentowa” będą sobie przedstawiać tę jedną osobę – Agatę Kornhauser-Dudę. I na tym skupi się debata. Przed Dudową prezydentowe były aktywne i często wznosiły się ponad partyjne spory. Choćby Maria Kaczyńska, która była mało kaczystowska.

Jeżeli prezydentowa – a w przyszłości może zdarzyć się prezydent jako kobieta, więc jej małżonek byłby jakimś prezydenciakiem – dostanie szmal z kasy państwowej, to obowiązkiem jej będzie wypowiedzieć się w ważnych kwestiach społecznych, a nawet politycznych. Więc czyje zdanie ma prezentować? Czy Agata Duda ma mówić swoim głosem, czy być echem Andrzeja Dudy albo mówić to, co Nowogrodzka rozsyła w oficjalnych komunikatach dnia?

A zatem zasadne jest pytanie: czy prezydentowa ma być politykiem, czy człowiekiem? Przecież nie została wybrana w procesie demokratycznym na stanowisko żony prezydenta, bo np. Dudzie bardziej „należałaby” się Beata Szydło albo Beata Kempa, a może pasowałaby mu Anna Sobecka…

Agata Duda kiedy jeszcze była Agatą Kornhauser wybrała Andrzeja jednym głosem i bynajmniej nie była to urna, lecz serce. Czy w polityce jest miejsce na serce? W PiS serce – nawet polityczne – zostało zamordowane.

Żona prezydenta Dudy pochodzi z jednego z najlepszych domów krakowskich, wszak jej ojcem jest wybitny poeta Julian Kornhauser. Stosując nie tylko wytrych liryczny do odczytywania charakterów osób, ale i narracyjny – bo milczenie i jego przeciwieństwo logorea, dużo mówią o charakterach osób – Agata Duda-Kornhauser miałaby często odmienne zdanie, niż Kaczyński – daruję sobie Dudę, bo ten mówi, co prezes mu nakaże.

A więc Agata Korhauser-Duda na państwowym etacie zamiast posyłać ironiczne dmuchane całusy z dłoni w stronę protestujących, może przesłałaby kciuka skierowanego w dół? Lecz co najważniejsze, prezydentowa mówiłaby, bo za to między innymi by jej płacono. Czy zatem należałoby obawiać się o nierozerwalność małżeńską w chwili wyrażania odmiennego zdania przez nią od zdania, jakie wypowiadałby Jarosław Kaczyński? Takie czekają nas wygibasy polityczne. Nad uregulowaniem statusu małżonki prezydenta rozpoczęła prace jedna z komisji sejmowych – Komisja ds. Petycji.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Nie dają się upchać pisowskie „trupy” w szafie. Krystyna Pawłowicz tylko kilka dni wytrzymała i musiała zakomunikować swoje „a kuku” o przerwaniu kuracji. Na co zapadła posłanka PiS? Raczej nie na mądrość…

Pawłowicz to jednak tylko pryszcz, bo inny prominentny osobnik wypada z szafy – wiceprezes PiS Antoni Macierewicz i to w dwóch sprawach, których jest inicjatorem. Nie wiadomo, która jest ważniejsza, bo obydwie są najcięższego kalibru. Ich finały – kiedyś do takich dojdzie – mogą być szokujące dla publiczności.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

Postępowania wobec niego mogą zakończyć się dyscyplinarkami.

Sędzia Igor Tuleya to jeden z bardziej rozpoznawalnych sędziów. Bardzo nie pasuje władzy PiS, gdyż zachowuje swoją niezależność. Zaliczany jest do niewielkiego grona 284 „sędziów wolności”, którego listę publikuje Archiwum Osiatyńskiego w dziale „Alfabet buntu”.

Służby podległe Zbigniewowi Ziobrze urządziły na sędziego Tuleyę dosłownie polowanie z nagonką. Tuleyi trafiła się w Sądzie Okręgowym w Warszawie sprawa wg przydziału normalnego obiegu, tj. alfabetycznego. Ale za to sprawa spektakularna, która wejdzie do podręczników politologii.

W grudniu 2016 roku doszło w Sejmie do wykluczenia posła PO Michała Szczerby, po czym marszałek Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, do której nie wpuszczono posłów opozycji, a głosowano wówczas nad jedną z najważniejszych uchwał – budżetową. Istniało domniemanie, iż nie było kworum podczas głosowań, czyli budżet został najprawdopodobniej uchwalony niezgodnie z prawem.

Odbywał się wówczas protest obywateli pod Sejmem, a Jarosław Kaczyński wyjeżdżał z gmachu parlamentu z charakterystycznym uśmieszkiem na swej twarzy, który narracyjnie należy odczytać: „ale zrobiłem z was wałów”. Później sekwencję tych zdarzeń przyciężkie umysły pisowskie nazwały „puczem”.

Opozycja złożyła zawiadomienie do prokuratury, ta jednak podległa Ziobrze nie dopatrzyła się żadnych uchybień i sprawę umorzyła. Jednak trafiła ona do sądu i rozpatrzył ją sędzia Tuleya, który uchylił decyzję prokuratury i nakazał wznowienie śledztwa.

No i się zaczęło. Od kilku miesięcy specjalny wydział w Prokuraturze Krajowej sprawdza decyzję Tuleyi. Przesłuchiwani są pracownicy sądu i sędziowie oraz prezes Sądu Okręgowego w Warszawie. Ten wydział wewnętrzny  został utworzony przez PiS do specjalnego ścigania sędziów i prokuratorów.

W tym aspekcie jest to przykład ewidentnego państwa policyjnego. Niczego na Tuleye nie znaleziono, bo ten zachował szczególną staranność proceduralną. Nawet nominant Ziobry zastępca prezesa sądu Dariusz Drajewicz wzywał Tuleye na dywanik i co charakterystyczne dla tej władzy, zrobił to, gdy prezes sądu była na urlopie.

To jest polowanie na Tuleyę z najwyższej półki prokuratorskiej (ambony), bo Prokuratury Krajowej. Nagonkę zaś prowadzi rzecznik dyscyplinarny sądów powszechnych. W tej chwili przeciw Tuleyi odbywa się 7 postępowań, w których jest wymieniony z nazwiska.

Postępowania mogą zakończyć się dyscyplinarkami. I chyba tak się stanie. Tuleya jeszcze się trzyma, nie daje zaszczuć, ale każdy ma swoją wytrzymałość. W tym aspekcie w ogóle nieznanym publiczności polskie sądownictwo zostało rozłożone, gnije, toczy je nowotwór bezprawia i służalczości. Togi sędziowskie zamienione zostały na liberie. Na czele ministerstwa sprawiedliwości i prokuratury stoi osobnik Ziobro, niezbyt kumaty magister prawa.

Wiele wskazuje, że Jarosław Kaczyński szykuje przedterminowe wybory parlamentarne. Znaki są aż nadto czytelne nie mogą być zignorowane przez opozycję. Jeżeli wybory miałyby odbyć się już w marcu, najpóźniej w kwietniu, to spokojnie możemy orzec, iż w tej chwili mamy do czynienia z nieformalną kampanią wyborczą.

Na ostatniej konwencji PiS w Szeligach pod Warszawą prezes Kaczyński zastrzegł się, że nie zostanie przedstawiony program partii na zbliżające się wybory, ale z ust Mateusza Morawieckiego usłyszeliśmy zaskakujące słowa i one noszą stygmat haseł wyborczych.

Premier orzekł, iż „jesteśmy bijącym sercem Europy”, co w zderzeniu ze zdegradowaniem Polski w UE należałoby szukać innych porównań z adekwatnymi częściami ciała. Zostaliśmy w tej Europie zmarginalizowani w ciągu trzech lat rządów PiS i bliżej nam do zanikającej kości ogonowej.

A ponadto Morawiecki sformułował hasło żywcem przeniesione z krajów o rozwiniętej demokracji i kapitalizmie: – „Chcemy odbudować silną klasę średnią”. Podkreślam, że Morawiecki nie jest orłem retoryki, kiepsko czuje język – odbudować można ewentualnie z ruin, a klasy średniej w kraju nigdy nie było, bo klasa średnia w Europie to mieszczaństwo.

Ta uwaga o klasie średniej jest skierowana właśnie do mieszczuchów, którzy podczas ostatnich wyborów samorządowych kandydatów PiS na prezydentów miast odesłali z kwitkiem już w pierwszej turze. PiS, aby utrzymać się u władzy, musi pozyskać miasta, dlatego partia Kaczyńskiego wygładza swój wyraz twarzy. Odsyła na tymczasową emeryturę Krystynę Pawłowicz, Dominika Tarczyńskiego czy Antoniego Macierewicza.

Afera KNF w istocie nabiera rozpędu, nie chodzi tylko o to, jakie ona ukazuje oblicze korupcyjne PiS, lecz dociera dość powoli do ogółu Polaków, szczególnie do tych, którzy niespecjalnie interesują się polityką. Ta zasada kuli śnieżnej dopiero rozpoczęła swoja drogę w dół. Do wiosny jej pęd może być jeszcze powstrzymany, ale jesienią już raczej nie. Przykładem jest SLD po aferze Rywina, które kilka miesięcy po niej miało wysokie sondaże, zaś po przeszło pół roku Leszek Miller witał się z zieloną trawą.

Nie powinno zatem dziwić, że nieoczekiwanie zostało przesunięte głosowanie nad budżetem z grudniowej sesji Sejmu na połowę stycznia 2019. Jeżeli Sejm nie przyjmie – także po głosowaniu w Senacie – ustawy budżetowej do 27 stycznia, to prezydent Duda zgodnie z art. 98 ust. 4 Konstytucji RP może rozwiązać Sejm i ogłosić przedterminowe wybory.

I o to chodzi. Także nieuchronne wysokie podwyżki cen za prąd zostały przesunięte na późniejszy termin – oczywiście po wyborach. Duda spotkał się – jakby on o czymkolwiek decydował – z ministrem energii Krzysztofem Tchórzewskim, po czym pojawił się komunikat, iż podwyżek w 2019 roku nie będzie.

Były premier Kazimierz Marcinkiewicz uważa, że „przeprowadzenie przyspieszonych wyborów w marcu 2019 roku wydaje się bardzo prawdopodobne”. Przypomina o roku 2006, gdy było blisko do takich wyborów, PiS wówczas wygrałby je, półtora roku później zostały przez nich przerżnięte.

Dzisiaj wygląda jakby PiS rozpoczął kampanię wyborczą. Co na to opozycja? Zjednoczona – już dzisiaj wygrałaby z PiS, rozproszona – nie chcę myśleć, co stanie się wówczas z Polską, gdyby stan obecnej degradacji miał być kontynuowany.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Piątkowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance w ogóle nie było oryginalne, prezes powtarzał swoje banały – by nie rzec banialuki – ale wskazuje, jaką drogą powiedzie swoje owieczki przez następny rok do wyborów parlamentarnych, acz te do PE nie są dla niego ważne, niemniej mogą pociągnąć za sobą konsekwencje topielca znajdującego się w wirze wodnym, który może wciągnąć i PiS zatopić.

Przemowę swoją prezes zbudował na najprostszym schemacie narracyjnym: my – oni. Zauważmy – nie było to: my i Polska, my i Unia Europejska, bądź my i przyszłość, ale stosunek „naszego” pisowskiego posiadania do onych. Jest to podstawa myślenie feudalnego, w którym pan decyduje, co jest dobre i co jego podwładnym (suwerenowi) się należy. Ponadto prymitywizm tej narracji polega na tym, że „my” pisowcy jesteśmy zawsze lepsi. Dante tak zbudował „Komedię boską”: my z piekła rodem (w tym wypadku kler) jesteśmy dla was dobrem – i wraz z nami wylądujecie na dnie, w którymś z kręgów piekieł. Uczulam na to, bo mamy do czynienia z formacją polityczną, która prowadzi nasz kraj do katastrofy. Kaczyński nie musi być tego świadomy, bo to człowiek ograniczony.

Prezes zrezygnował z repolonizacji mediów, co mu skutecznie wybiła z głowy ambasador USA Georgette Mosbacher. I za to należy jej się wielkie dzięki, gdyż wolne i niezależne media nie pozwolą PiS-owi na ukrywanie swoich afer, a te są podstawą rządzenia feudalnego. Takiego skutku nie odniosłyby żadne instytucje unijne, bo z nimi PiS niespecjalnie się liczy.

W dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z przykrywaniem afery Komisji Nadzoru Finansowego, która musi pogrążyć PiS, bowiem wszelkie działania maskujące prowadzą do odkrywania kolejnych kręgów korupcji, upartyjnienia państwa. Znowu mamy do czynienia z narracją dantejską. Jakikolwiek skrawek opowieści się odsłoni, pokazuje piekło PiS.

Kaczyński skupił się na onych z Platformy Obywatelskiej, politykom partii Grzegorza Schetyny zostanie sporządzone piekło, czasami przy pomocy innych podmiotów opozycyjnych, które mogą być nieodporne na manipulacje prezesa. I znowu możemy mówić o szczęściu, bo rdzeń sądownictwa zachował niezależność i nie pójdzie na żaden dyktat bezprawia.

Kaczyński będzie się pienił, tak samo jak desygnowany przez niego premier Mateusz Morawiecki. Zdani są więc na bicie głową w mur. Raczej go nie przebiją, najwyżej głowy sobie rozbiją, nie ucierpi na tym rozum, bo go za wiele nie mają.

Na powyższych polach PiS jest na przegranych pozycjach, może nadrobić tylko w sferze socjalnej, fundując prezenty grupom społecznym, ale i to nie będzie możliwe do zaspokojenia, bo nierządzenie – po raz pierwszy mamy partię u władzy, która nie rządzi, tylko rozdaje – przyniesie efekty (o czym przekonali się komuniści) w drożyźnie, a ta musi być konsekwencją podniesienie ceny energii. Nawet gdyby budżet rekompensował podwyżkę indywidualnym odbiorcom prądu, to nie jest w stanie tego samego zrekompensować przedsiębiorcom, a ci z kolei – by nie zbankrutować – podniosą ceny za produkty i usługi. PiS może tę drożyznę przesunąć na czas po wyborach, wątpię jednak by tak długo udawało im się odwlec.

Politycy PiS nie należą do żadnych orłów, to drób rzędu nielotów, ale i oni wyczuwali pismo nosem podczas przemówienia prezesa – swąd porażki piekielnej krążył nad nimi jak swego czasu widmo komunizmu. Joachim Brudziński nawet przyznał się, że dobra zmiana uczyniła z niego potencjalną skwarę, którą zostanie po porażce.

Porażka PiS jest w rękach opozycji, oby nie popełniała błędów, nie rozdrabniała się i nie formułowała programu na prymitywnej dychotomii – my i oni. Prezesa przemówienie w Jachrance należy do narracji diabelskiej alternatywy, co by nie zrobił, czego by nie zmanipulował, zawsze wyjdzie mu diabelski ogon. I tak jest zwykle z ludźmi, którzy nie mają predyspozycji do rządzenia, ale mają ambicje i wizje. Kończą w piekle niemocy, w imposybilizmie, który to termin prezes niespecjalnie rozumiał, gdy kiedyś go nadużywał. A teraz go dopadł.

Były szef MON to polityk swoistego marginesu, także w PiS, który wokół siebie wytwarza bardzo silne napięcia – uwielbienia i niechęci, tych ostatnich zdecydowanie więcej. Nie powinien utrzymać się w polityce, a jednak od 1989 roku jest zawsze obecny – do dzisiaj i to w randze wiceprezesa PiS.

Umiejętności Macierewicza też są zastanawiające, czego się nie dotknie destruuje, niszczy, ale na tych ruinach skonstruował mit najwartościowszy dla Jarosława Kaczyńskiego, który nadał PiS tożsamość partyjną i na tym wyniósł do władzy. Mit smoleński to jeden z największych przekrętów narracji politycznej w nowoczesnej historii Polski. Ten, który ponosi odpowiedzialność za katastrofę pod Smoleńskiem, został wyniesiony na pomniki, zaś panteon patriotyzmu organizowany przez PiS jest tworzony wokół jego osoby, brata prezesa PiS.

Ale i te zasługi nie tłumaczą pozycji Macierewicza. Przede wszystkim Macierewicz jest niezniszczalny – ilość kompromitacji, które są jego udziałem zniszczyłyby każdego po wielokroć, ale nie jego. Nawet gdy przestał być ministrem, swego następcy nie wpuścił do gabinetu i w nim urzędował.

A zatem – kim jest Macierewicz? Tej odpowiedzi szuka w dwóch książkach pisarz i dziennikarz Tomasz Piątek. Pierwsza pozycja „Macierewicz i jego tajemnice” opowiadała o powiązaniach Macierewicza z rosyjską mafią i służbami specjalnymi, błyskawicznie została bestsellerem. W drugiej książce „Macierewicz. Jak to się stało?” Piątek pisze o tym, że „nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa od niemal pół wieku”.

„Głęboka zależność” brzmi jak eufemizm, a to po prostu przypuszczenie o agenturalności Macierewicza od „niemal pół wieku”. Czy uprawnionym jest podejrzewać, że Macierewicz – bardzo aktywny opozycjonista w PRL – był agentem? Waldemar Kuczyński – wybitny opozycjonista i członek rządu Tadeusza Mazowieckiego – przyznaje, że „nie dopuszcza, by Macierewicz był wysokim oficerem GRU od dziesięcioleci na placówce w Polsce, jako agent wpływu”. Ale… „co, jeśli byśmy się mylili?”

Piątek z rozmowie z Jackiem Żakowskim w TOK FM mówi o swoich podejrzeniach, które solidnie udokumentował w książkach. Macierewicz, jego zdaniem, jest przede wszystkim kłamcą lustracyjnym, a mógł sobie na to „pozwolić”, bo jego teczka, esbecki kwestionariusz ewidencyjny, została zniszczona w styczniu 1990 roku, kiedy komuniści palili akta najważniejszych swoich agentów.

O paleniu owych akt opowiada wybitny film Pasikowskiego „Psy”. Nie wszystko jednak zostało spalone, bo dokumenty dotyczące Macierewicza zachowały się w aktach innych represjonowanych osób. Jeden z nich zachował się w teczce Piotra Naimskiego i jest podpisany przez szefa wywiadu PRL generała Sarewicza. Napisano w nim, że nie ma żadnych podstaw do ścigania lub represjonowania Macierewicza, a przecież ten jakoby uciekł z internowania. Internowanie Macierewicza to temat na komedię w stylu Stanisława Barei. Z ośrodka internowania wyszedł sobie do niestrzeżonego szpitala, skąd z głupia frant udał się do domu, aby wśród opozycji opowiadać, jak to heroicznie dał dyla.

Inny bardzo ważny dokument zachowany w aktach SB to notatka oficera wywiadu stwierdzająca, iż„nie może ścigać Macierewicza, bo ten jest chroniony przez Biuro Studiów SB. A była to elitarna jednostka”. Zachowane dokumenty, na które powołuje się Piątek, są dostępne w archiwach, ale nikt z historyków IPN ich nie przeglądał.

Macierewicz był traktowany przez służby PRL w „sposób szczególnie uprzywilejowany”. Jako minister obrony faktycznie rozbrajał Wojsko Polskie i utworzył szwejkowskie Wojska Obrony Terytorialnej, a zatem jeżeli opozycjoniści z PRL stwierdzą, „co, jeśli byśmy się mylili?”, to czy zasadnym jest podejrzenie, „by Macierewicz był wysokim oficerem GRU od dziesięcioleci na placówce w Polsce, jako agent wpływu”? Pytanie wagi ciężkiej i takież oskarżenie tego co najmniej dziwnego polityka: Macierewicz, kim jesteś?

Eliot Ness dostał wolną rękę do walki z mafią Ala Capone, którego posadził nie za przestępczość zorganizowaną, ale za podatki. Ness był nietykalny – nawet dla Capone, gdyż był przedstawicielem państwa, które reprezentowało dobro. To nie tylko jeden z mitów popkultury, ale i mit założycielski nowoczesnych Stanów Zjednoczonych, który nie został dotychczas podważony.

Gdyby przy tak pojętej walce dobra ze złem próbowano majstrować, jedno z najpotężniejszych państw wszech czasów rozpadłoby się. Społeczeństwa scala tego typu narracja, tak jak kiedyś mity Greków. Chrześcijaństwo zaś nigdy nie było tak użyteczne, bo to kultura hierarchiczna, feudalna, namaszcza władców, a jak im się chwieje tron, chrześcijaństwo udziela krzyża do walki z rzeczywistym bądź wyimaginowanym wrogiem.

Odwołuję się do Eliota Nessa nieprzypadkowo. Władza PiS zachwiała się w wyniku afery KNF, której korupcji jeszcze nie poznaliśmy, tylko wierzchołek góry lodowej. Od początku jest zamiatana pod dywan. Nieudane to próby, co rusz wypada jakiś trup z szafy.

I chyba mamy owe „podatki”, które w wyniku zamiatania wyszły na wierzch. Mianowicie aresztowany został bogu ducha winny poprzedni zarząd KNF z szefem Andrzejem J. Typowy zabieg rozmycia, zabieg względności, który polega na tym, że jeżeli „nasi” kradną („nasi” – pisowscy), to dlaczego nie mieliby kraść poprzednicy. Ta względność – w moralności nazywa się relatywizmem – ma zaciemnić obraz, a nawet zastraszyć.

I oto mamy wśród aresztowanych naszego Eliota Nessa – wcale nie przesadzam – Wojciecha Kwaśniaka, który walczył z mafijnymi układami, gdy w poprzednim KNF był wiceszefem. Walczył do tego stopnia, że nie był „nietykalny” dla lokalnych Al Caponów, mianowicie – nie podlega to raczej dyskusji – członek zarządu SKOK Wołomin nasłał na Kwaśniaka bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach.

Kwaśniak ledwo przeżył, a dzisiaj w ramach zamiatania pod dywan, w ramach pisowskiego relatywizmu prawnego i moralnego, został aresztowany. Jankes Eliot Ness miał za sobą siłę państwa i prawo, nasz Ness Kwaśniak ma przeciw sobie państwo.

Aresztowanie Kwaśniaka Andrzej S. Nartowski (prawnik z praktyką w organach spółek handlowych, publicysta, ekspert corporate governance) użył porównania i snuje oskarżycielskie przypuszczenia: – „Zatrzymać Wojciecha Kwaśniaka za SKOKi to jak papieża ekskomunikować za herezję. Potępiam tych, którzy wydali taką decyzję, i tych, co wcześniej zlecili pobicie/zabójstwo Kwaśniaka. Może to ci sami, kto wie?”

Taka jest siła odśrodkowa afery KNF, ze wszystkimi podanymi przeze mnie konsekwencjami ujętymi w metafory, ale przede wszystkim z głównym zarzutem, które samo się formułuje: państwo polskie reprezentuje zło.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To bynajmniej nie jest śmieszne. Polska wypisuje się z obowiązującego prawa w Unii Europejskiej, drobnymi kroczkami jesteśmy z niej wyprowadzani, rzec można: bezboleśnie. Na Radzie UE przyjmowany był roczny raport dotyczący kwestii praw człowieka. Reprezentujący Polskę zastępca Zbigniewa Ziobry Łukasz Piebiak zablokował dokument. Zgłosił do niego weto ze względu, iż była mowa o obronie praw mniejszości seksualnych.

Stanowisko PiS polegało w tym wypadku na wykręcie – mianowicie domagano się ujęcia w raporcie obrony praw katolików. W głosowaniu padł słynny już wynik 1:27. Instytucje unijne nauczyły się obchodzić szerokim łukiem „chorego człowieka Europy”. Raport po prostu został opublikowany jako raport prezydencji Rady, którą w tym półroczu sprawuje Austria.

Nie dość, że zrażamy do siebie innych, to jesteśmy traktowani, jak zarażeni, zadżumieni. Jeden z dyplomatów postawę Polski pisowskiej nazwał jako „haniebną”. Wykluczenie naszego kraju będzie polegało właśnie na takim kordonie sanitarnym kruczków, jak publikacja pod innym instytucjonalnym pretekstem. Działania polityków PiS spotykają się z ostracyzmem, nie są brani pod uwagę, nie są dopraszani do dyskusji.

Nas nie trzeba będzie relegować z Unii, nie potrzeba będzie żadnego Polexitu. Po prostu najważniejsze traktaty unijne, czy to z Maastricht, czy z Schengen będą poprawiane albo renegocjowane, ale Polski jako strony się nie uwzględni. Pewnego dnia obudzimy się, a granice będą zamknięte, zaś pan prezes PiS zaserwuje nam mowę zamiast Teleranka: „Drodzy rodacy, wrogie nam siły…”.

Z kolei Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy (instytucja nieunijna) przyjęło rezolucję, w której wzywa Rosję do zwrotu Polsce wraku samolotu Tu-154M, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Co z tego wynika? Niewiele, acz będzie bita piana jako sukces dyplomacji PiS. Rosja rezolucję potraktuje w swoim stylu, uzna, czy jej się opłaca przyjęcie jej bądź odrzucenie. Złom smoleński w Polsce uznany zostałby za relikwie i mógłby spowodować powrót traumy smoleńskiej, w której pielęgnowaniu – wsadzania palca w ranę – mistrzem jest Antoni Macierewicz, który z miejsca „wybuchnął” radością i nadał rezolucji formę fake-newsa.

Macierewicz napisał na Twitterze m.in.: – „Raport potwierdza stanowisko Polski, że samolot rozpadł się w powietrzu”. Same krętactwa. Otóż Zgromadzenie Rady Europy przyjęło rezolucję na podstawie raportu, a nie sam raport, dzieło zresztą ekspertów prawa międzynarodowego, a nie specjalistów od katastrof smoleńskich. Nigdzie nie ma mowy o żadnym rozpadzie w powietrzu (o żadnych wybuchach), tylko jako dowodzie materialnym, który po 8 latach powinien był oddany Polsce. Tyle.

Mateusz Morawiecki jest mistrzem wpadek, gdyby takich nie miał, uznałby, że dzionek jest stracony. Nie dziwię mu się, bo jego szefem gabinetu politycznego jest Marek Suski. Muszą się tylko podszkolić w szkole aktorskiej i mogą w wersji polskiej zastąpić Jima Carreya i Jeffa Danielsa i zagrać w rodzimym remake’u „Głupi i głupszy”.

Nie wiem, którym jest Morawiecki – tym pierwszym czy drugim, ale minę ze zdumienia, jaką zrobił dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego Andrzej Grygoruk nazwać można wytrzeszczem aż do wypadnięcia gałek ocznych z oczodołów. Grygoruk mógł nie wrócić z twarzą do właściwej mu fizis, gdy usłyszał z ust Morawieckiego: – „Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało”.

Wytrzeszcz dotyczy nie tylko Grygoruka, bo demokraci w kraju dostają go dzień w dzień po wystąpieniu tego „głupiego” bądź „głupszego”. Nie dość, że Morawiecki nie ma wiedzy, iż wilki są pod ścisłą ochroną, to mu się pomyliły Lasy Państwowe z parkami narodowymi. Taki z Morawieckiego komediant, niestety naraża nas na ciągły wytrzeszcz.

Ta władza przez 3 lata niczego konkretnego nie stworzyła, podpisuje się pod dziełami innych.

PiS chce opowiedzieć światu historię Polski. Tak zapowiedział Mateusz Morawiecki podczas wmurowania kamienia węgielnego pod budowę Muzeum Historii Polski. Oby nie było z tym kamieniem jak ze stępką pod prom w Szczecinie. Stępka zardzewiała, może ją ktoś już podkosił, złomiarze wywieźli na złom, zaś kamień węgielny zamieni się w proch, w piasek.

Morawiecki lubi wmurowywać, otwierać istniejące obiekty, lubi wstęgi przecinać. Ta władza przez 3 lata niczego konkretnego nie stworzyła, podpisuje się pod dziełami innych. Morawiecki też gra w narracji wymyślonej przez kogoś innego. Teraz przez wynajętych pijarowców, którzy podpowiadają mu, co ma robić. Wcześniej podpowiadali mu właściciele Santander.

Morawiecki jest od paciorków, które chce sprzedać światu i wyborcom. Blada Twarz liczy, że inni nie znają wartości historii Polski, więc jak w BZ WBK liczy na to, że „ludzie są tacy głupi, że to działa”.

Na taśmie z podsłuchu Morawiecki niechcący sypnął się z metodologią swojej kariery. Kolokwialnie nazywa się to kitem. Nie należy być zdziwionym, że wcześniej te paciorki sprzedawał, będąc doradcą Donalda Tuska, teraz jako premier używa paciorków hurtowo.

Oto co powiedział Morawiecki o historii Polski, gdy wmurowywał kamień węgielny: – „Będziemy potrafili w końcu zacząć opowiadać naszą wspaniałą historię o samych sobie. Polska jak żaden naród na świecie nie ma się czego wstydzić”. Nie wyjmuję tej retoryki z kontekstu. Morawiecki tak mówi, w literaturze nazywa się to grafomanią, podobnie w retoryce, grafomanią oralną, którą cytują media.

Otóż, panie Morawiecki, Polacy się wstydzą takich jak pan, jak pan prezes Kaczyński, którzy w przeszłości doprowadzali kraj do blamażu, do niszczenia naszego znaczenia, do upadłości, czyli utraty suwerenności. Dzisiaj mamy się też czego wstydzić. Jesteśmy wypychani z najnowocześniejszego projektu cywilizacyjnego – z Unii Europejskiej. Na świecie postrzega się nas jako niedojrzały naród.

Wstyd Polsce przynoszą tacy Kaczyńscy, Dudowie i Morawieccy, którzy mają tylko do zaoferowania paciorki – zarówno światu, jak i narodowi („ludzie są tacy głupi”). I to muzeum winno nazywać się: Muzeum Historii Paciorków, bo takie podobnie wstydliwe postaci, jak wymienieni politycy PiS, doprowadzili nas do wstydu, handlowali paciorkami. Niestety byli i są tacy, którzy na takie świecidełka dają się nabierać.

Morawiecki lubi oprócz tego „poezję” iście grafomańską. Według niego, owo muzeum ma opowiadać „taką prawdziwą historię, gdzie byliśmy trubadurami wolności Europy”. Wicie-rozumicie, towarzysze, rzekł specjalista od paciorków Morawiecki. Otóż trubadurem wolności był i jest Lech Wałęsa. A nie inny handlarz od paciorków Jarosław Kaczyński ani jego brat, trzeciorzędna postać „naszej wspaniałej historii”.

I taka trzeciorzędna postać – odpowiedzialna za katastrofę smoleńską – nagrodzona zostanie pomnikiem. W Radiu Plus poinformował o tym podsekretarz stanu z kancelarii Dudy Wojciech Kolarski. W rozmowie z Jackiem Prusinowskim w audycji „Sedno Sprawy” doszło do absurdalnego dialogu. – „11 listopada w programie nie ma odsłonięcia pomnika prezydenta Lecha Kaczyńskiego” – mówił urzędnik Dudy. Dziennikarz dopytywał: – „10 listopada?” I usłyszał odpowiedź: – „Taki jest plan, taką informację otrzymałem”.

Na Święto Niepodległości i 100-lecie odzyskania niepodległości pomnik brata prezesa będzie już stał. Takie są paciorki pamięci PiS, sprzedać kit, „bo ludzie są tacy głupi”.

Polska pisowska nie mieści się w żadnym standardzie krajów demokracji zachodniej.

Przyzwyczajamy się do naszej republiki bananowej, która ma już swój rytm, rytuały, repertuar zachowań i gestów akolitów oraz jednego kacyka. Do najważniejszego wydarzenia z punktu działania mechanizmów operetkowej republiki doszło przy placu Piłsudskiego.

Prezes Kaczyński złożył kwiaty pod pomnikiem ze schodami, bo dzisiaj 10 dzień miesiąca. Już nie ma deptania do prawdy na Krakowskim Przedmieściu, bo ta została koncertowo wygaszona. Kaczyński zrobił w swojej limuzynie krótką żołnierską odprawę dla Mateusza Morawieckiego i Mariusza Błaszczaka. W ciągu 13 minut złożyli raporty i otrzymali instrukcje.

Na zewnątrz liczba funkcjonariuszy ze Służby Ochrony Państwa większa niż dostają dla swego bezpieczeństwa prezydenci USA. Tak się nosi Kaczyński, tak działa państwo polskie – w limuzynach, karne w stosunku do kacyka i z dala od szarych ludzi.

Zresztą prezes się nie szczypie. Nie stawia się do pracy, choć jeździ po mieście i po Polsce na różne konwencje i mityngi wyborcze w otoczeniu bizantyjskiej ochrony. Od marca – czyli w ciągu pół roku – stawił się dwa razy do pracy, a z 9 posiedzeń Sejmu obecny był tylko na jednym. Za to wszystko zainkasował 110 tysięcy zł.

On i jego akolici noszą się z pańska. Morawiecki obywateli traktuje tak, jak w rozmowie na taśmie z podsłuchu (nowe nagranie opublikowane przez Onet), gdy o reklamie banku BZ WBK z Chuckiem Norrisem w roli głównej mówi, że jej propaganda działa rewelacyjnie: – „Ludzie są tacy głupi, że to działa! Niesamowite!”.

Morawiecki nie jest tak sprawny fizycznie jak strażnik Teksasu ani jak Donald Tusk, który harata w gałę.  Ma jednak talenty Janosika, czym się chwalił po spotkaniu z gazdami i bacami w Zakopanem. Lecz Janosik musi się liczyć z tym, co spotkało jego poprzednika, został powieszony za żebro, niektórzy uwspółcześniają – za Ziobrę.

Janosik ma dla „głupich ludzi” miskę ryżu, która jest kolejnym symbolem władzy PiS. Premier przekonał się o tym, gdy na spotkaniu w Augustowie mieszkańcy przynieśli ryż, ale po spotkaniu zostali spisani przez policję. To następna nowa świecka tradycja.

Andrzej Duda, któremu uszy już puchną od okrzyków „Konstytucja”, powołał nowych 27 sędziów Sądu Najwyższego wbrew uchwale Sądu Najwyższego i wyrokowi Naczelnego Sądu Administracyjnego, a także wbrew planowanemu za kilka dni wydaniu zabezpieczenia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Wieść o przyjętym przez Dudę ślubowaniu nowych sędziów dotarła natychmiast do Luksemburga, siedziby TSUE. Unijni prawnicy uznali, że Duda zdecydował się rozpocząć otwartą wojnę z tą unijną instytucją. Postępowanie Dudy zostało nawet nazwane wprost: – „Jest okolicznością obciążającą w postępowaniu przed Trybunałem Sprawiedliwości UE”. Co brzmi jak zarzut z Kodeksu karnego.

Polska pisowska łamie we współpracy z instytucjami unijnymi „zasadę lojalnej współpracy”, to znaczy stawia się na pozycji wroga. No, ale republika bananowa nie mieści się w żadnym standardzie krajów demokracji zachodniej.

Trzy felietony Waldemara Mystkowskiego.

Zarówno Fundusz Obrony Narodowej, jak i Pracownicze Plany Kapitałowe są z repertuaru jakiegoś kabaretu na specjalnych papierach.

Generał Waldemar Skrzypczak udzielił wywiadu-rzeki, który ukaże się 19 września i nosi wręcz złowieszczy tytuł „Jesteśmy na progu wojny”. Raczej generałowi chodzi o konflikt globalny, lecz Polska separująca się od Zachodu jest tym bardziej narażona na ugodzenie odłamkiem.

Należy zawierać sojusze i zbroić armię, która potrafiłaby odstraszać i współdziałać z nowoczesnymi armiami NATO. A mamy stan armii po Macierewiczu taki, iż zastał armię z kontraktem na zakup nowoczesnych Caracali, a pozostawił wojska terytorialne wyposażone w karabiny na sznurkach i w domowych łapciach.

Na armię idzie spory grosz, bo 2 proc. PKB, ale nie są ogłaszane przetargi na nowoczesną broń. Tym samym Polska nie korzysta z nowoczesnych technologii via offset, który można przy takiej formie zakupu utargować. Pieniądze rozłażą się, bo nawet wspomniany Szwejk Macierewicz i jego następca takiż sam Szwejk Błaszczak nie opracowali planów modernizacji armii.

Już mamy do czynienia z historycznym déja vu. Jak przed II wojną światową ma być utworzony Fundusz Obrony Narodowej. W 1936 roku powołał go prezydent Ignacy Mościcki, obecnie nad możliwością jego reaktywacji trwają prace studyjne. Pieniądze pozyskiwano by poza budżetem, czyli patriotyczną zrzutką różnych podmiotów plus obywateli. W II Rzeczpospolitej w ten sposób nabywano sprzęt wojskowy, w tym karabiny maszynowe.

W tej groteskowej wizji można dopatrzeć się, jak patrioci z jakiegoś miasta zakupują dla armii karabiny na porządnych rzemykach, a dzieci z przedszkola im. Lecha Kaczyńskiego dwie paczki nabojów. Gdy ukaże się wywiad z gen. Skrzypczakiem można będzie snuć historyczne porównania, czy już znajdujemy się w roku 1936, a więc mamy 3 lata do wojny. Zaś Macierewicz, Błaszczak, Morawiecki tudzież Kaczyński winni wzorem przedwojennych notabli wyznaczyć sobie Zaleszczyki, przez które dawaliby patriotyczną nogę.

Fundusz Obrony Narodowej, który ma cedować odpowiedzialność państwa na społeczeństwo, przypomina inny zwodniczy pomysł rządu – Pracownicze Plany Kapitałowe. Jeszcze nie powstały, a już są w rządzie obiektem targu. Powtórzmy, FON jest powtórką z rozrywki OFE (Otwartych Funduszu Emerytalnych), które padły łupem państwa. Po nieistniejące jeszcze pieniądze emerytów z FON już zgłosił się minister energii Krzysztof Tchórzewski, który ma pomysł, jak je zainwestować – mianowicie ulokować na kontrolowanym przez niego TFI Energia.

Zarówno Fundusz Obrony Narodowej, jak i Pracownicze Plany Kapitałowe nie poddają się poważnej krytyce. Są z repertuaru jakiegoś kabaretu na specjalnych papierach, gdyż Mrożek ani Bareja by za PiS-em nie nadążyli. Tym specjałem groteskowym mógłby być Latający Cyrk Ferdynanda Kiepskiego, nie muszę wszak wskazywać, kto w nim byłby – phi, jest! – prezesem.

Ze śmiechu właśnie wytrącił mnie Mateusz Morawiecki, który powtórzył swój „genialny” pomysł, aby wszyscy razem – w tym „nasza opozycja” jak się wyraził – uczestniczyli w Marszu Niepodległości. I jak Paździoch wymyślił, że wszyscy pójdą pod jedną flagą. Ludzie walczący o trójpodział władzy, o niezależność sądów, o zachodnie standardy demokratyczne, mają iść z akolitą Paździochem Morawieckim w jednym marszu, który na życzenie prezesa Kiepskiego prowadzi nas na Wschód. Paździochu, nie pójdę, postoję!

Czy Kreml pomógł PiS sięgnąć po władzę, tak jak w USA Donaldowi Trumpowi?

W polityce nie wszystko jest logiczne, ale nielogiczności trzeba logicznie wyjaśniać. I to jest problem podstawowy, zwłaszcza w świecie, który nam się przewraca, nie tylko w Polsce. To samo dotyczy bezprawia, które trzeba zwalczać prawem, a nie jego surogatem – prawem ludowym czy też moralnym.

Od początku afery podsłuchowej padało podejrzenie, iż za podsłuchami w restauracji „Sowa & Przyjaciele” stoją służby rosyjskie. Niemal natychmiast sformułował to Donald Tusk: – „Nie wiem, jakim alfabetem jest pisany ten scenariusz”. Wszak oprócz łaciny, drugim alfabetem w użyciu w Europie jest tylko cyrylica.

W najnowszej „Polityce” Grzegorz Rzeczkowski potwierdza, iż jest „rosyjski ślad na taśmach”. Za taśmami w Polsce stał Marek Falenta, który skazany nie idzie siedzieć, bo go chroni… PiS. Zresztą beneficjentem afery podsłuchowej była partia Kaczyńskiego, której afera walnie pomogła sięgnąć po władzę.

A zatem Kreml pomógł PiS sięgnąć po władzę, tak jak w USA Donaldowi Trumpowi? Znak zapytania jest nieodzowny, bo przecież Kaczyński nie został złapany na gorącym uczynku, choć w przypadku jego kolegi partyjnego Antoniego Macierewicza wiele śladów prowadzi do Moskwy, co zostało opisane w książce Tomasza Piątka.

W wypadku takiego podejrzenia stosuje się jeszcze formułę: ja tylko pytam. I tak w tej kwestii postąpił naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, odnosząc się do materiału w konkurencyjnej „Polityce”: – „Tylko pytam – czy logiczny jest wniosek, że Kreml, używając współpracującego z PiS-em Falenty, pomógł zainstalować w Polsce antyeuropejski reżim? A także wniosek, że w tej kwestii Kaczyński pośrednio współpracował z Putinem? Bo te wnioski wydają mi się całkiem logiczne”.

Rosja nie zna innych systemów politycznych niż reżim. Tylko taki w niej panuje od zawsze, oprócz krótkich epizodów Kiereńskiego i Borysa Jelcyna. Każdy reżim bądź prawica są wsobne, zamknięte, ograniczone nacjonalistycznie, rasowo, a więc niewchodzące w alians z systemami otwartymi, demokratycznymi. W to gra Putin w Europie – w rozerwanie Unii Europejskiej i ten scenariusz też realizuje PiS.

Czy partię Kaczyńskiego powstrzymamy, czy zwyciężymy w nadchodzących wyborach? W pierwszym rzędzie odpowiedzialni za to są politycy z partii opozycyjnych, ale może nawet większą rolę odgrywa społeczeństwo obywatelskie, które nie zgadza się na reżimową ucieczkę od wolności.

W Brukseli w siedzibie Parlamentu Europejskiego odbył się wernisaż wystawy zdjęć Chrisa Niedenthala i Wojciecha Kryńskiego z naszych protestów przeciwko władzy PiS „Poland’s Street Pulse”. Po nim miała miejsce debata „How Poles defend democracy?”, która cieszyła się bardzo dużym powodzeniem. W panelu uczestniczyli m.in. reżyserka Agnieszka Holland, prof. Marcin Matczak i lider Obywateli RP Paweł Kasprzak.

Matczak zapowiedział, iż pod koniec tego roku Fundacja Batorego opublikuje raport działającego w niej zespołu, który opracowuje scenariusze przywrócenia państwa prawa po rządach PiS. Matczak przestrzega: nie można iść na skróty, nie można po PiS sprzątać bałaganu jedną ustawą.

Ponadto Matczak ujawnił kilka szczegółów, jakimi etapami usunąć pisowskie bezprawie. Otóż Sejm jest władny uchwałą usunąć z Trybunału Konstytucyjnego sędziów-dublerów, a wobec innych, którzy nie trzymali się Konstytucji – w tym nich prezes TK Julii Przyłębskiej – wszcząć postępowania dyscyplinarne i w ten sposób usunąć ich z TK. Uzdrowiony TK będzie mógł wówczas zaskarżyć pisowskie ustawy, likwidujące niezależność wymiaru sprawiedliwości, a ten niechybnie stwierdzi ich niezgodność z Konstytucją. I tak dalej. To samo dotyczy niekonstytucyjności wyboru członków nowej KRS, w konsekwencji powołania nowych sędziów Sądu Najwyższego.

Wcześniej jednak musimy wygrać z autokratycznym PiS. Potem ewentualnie służby państwa dojdą, na jakim to pasku i jak go zastosował Kreml, który poprzez narzędzia dezorganizacji – jak afera podsłuchowa – zainstalował u władzy PiS, partię wrogą Unii Europejskiej, wrogą standardom demokratycznym, Zachodowi.

Były szef MON mógłby zainicjować każdą kontrolę, która by mu się przyśniła – a fantazję ma on nie byle jaką…

Prezes Kaczyński wrócił na łono polityki z chorym kolanem. Wrócił też – choć nie był chory w sensie nominalnym – wiceprezes Antoni Macierewicz. Specjalista od katastrofy smoleńskiej wrócił w dwójnasób, bo wiceprezes PiS to postać zarówno komiczna, jak i tragiczna.

Macierewicz został z rządu brutalnie wykopany, ale długo trzymał się siedziby ministra obrony. Jego następca Mariusz Błaszczak musiał się zainstalować pod innym adresem. I bynajmniej nie streszczam literackiej farsy, tylko politykę uprawianą przez ministrów rządu RP.

Raczej nie łudziliśmy się, że Macierewicz zostanie wykopany na amen z pisowskiej polityki, bo to gość, który ma haki na wielu, w tym na swego prezesa. Nie wiemy, czego dotyczą – choć możemy się domyślać – swoje atuty trzyma przy orderach. I co rusz rzuca atutową kartę na stół – wraca do polityki.

Kaczyński nie może się go pozbyć, bo to on stoi za sukcesem PiS. Mit katastrofy smoleńskiej jest dziełem Macierewicza. Osiągnięcia wiceprezesa PiS w demolowaniu obronności polskiej są niebywałe (ulubione słowo prezesa) – dla niego jednak niewystarczające.

Macierewicz obracał głową, co by tu jeszcze sknocić. Mówiło się, że może objąć posadę marszałka Sejmu, bo to instytucja coraz bardziej fasadowa. Można gnębić opozycję jeszcze dotkliwiej niż to czyni Marek Kuchciński. Niemniej pozory parlamentaryzmu z marszałkiem Macierewiczem byłyby konkurencyjne np. z rosyjską Dumą, a to nie podobałoby się instytucjom unijnym.

No i proszę, Macierewicz wypatrzył dla siebie posadę – prezes Najwyższej Izby Kontroli. Na razie jest po słowie z prezesem, czyli nastąpiły zaręczyny, które proceduralnie mogą zostać skonsumowane. Kaczyński ponoć klepnął Macierewicza. Obecny szef NIK Krzysztof Kwiatkowski kończy kadencję w przyszłym roku, lecz przeciw niemu ruszył proces w warszawskim sądzie, w którym staje jako oskarżony o ustawianie konkursów w podległej mu instytucji.

Czy słowo Kaczyńskiego stanie się ciałem dla Macierewicza i obejmie posadę prezesa NIK? Na pewno byłoby wesoło. Macierewicz mógłby zainicjować każdą kontrolę, która by mu się przyśniła. A fantazję ma on nie byle jaką… Mateusz Morawiecki mógłby się bać nadejścia hord kontrolnych Macierewicza i Misiewicza, gdyż i ten ostatni wróciłby do władzy pod skrzydłami Macierewicza.

Macierewicz uzyskałby bat na wszystkich, miałby możliwości nawet większe niż na poprzednich posadach rządowych. W czasie kadencji prezesa NIK byłby nieusuwalny, zwłaszcza gdyby PiS oddał władzę.

Jak powszechnie wiadomo, Macierewicz w młodości uprawiał skoki do wody, był nawet wicemistrzem Polski w skokach z wieży, dzisiaj też lubi skoczyć do basenu. W polityce zwykle skacze na główkę bez zabezpieczenia, wody bowiem w takim basenie zwykle nie ma. A jednak wychodzi bez szwanku. Jako kontrolujący obecną władzę i przyszłą Macierewicz nie bałby się skoczyć głową do przodu i wyrżnąć o dno.

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Defilujący rekonstruktorzy nie byli jedynymi, gdyż na honorowej trybunie też stała grupa rekonstrukcyjna… władz PRL, acz zabrakło pierwszego sekretarza

Największa defilada wojskowa po 1989 roku miała do spełnienia w istocie jeden cel – propagandowy. Czy został osiągnięty? W mniemaniu władzy propagującej swoją wielkość – na pewno. Jak reagowała publiczność? Raczej bawiła się w czas wakacji, refleksje pozostawiając na później bądź fachowcom. Właśnie – co z fachowcami? Czy dadzą się oszukać? Albo inaczej postawmy pytanie – czy fachowca można orżnąć?

Kilka twardych danych. W Defiladzie Niepodległości pokazanych zostało 200 wojskowych maszyn, 100 samolotów, a Wisłostradą przemaszerowało około tysiąca żołnierzy i 900 rekonstruktorów. MON ponadto podał informację, iż paradę oglądało 120 tys. osób, znając tę władzę należy zakładać, że podana liczba jest bardzo zawyżona.

Zwraca uwagę duża grupa rekonstruktorów, która nie powinna brać udziału w czymś tak poważnym, lecz nie powinna dziwić, bo jej rolą jest zaciemnianie rzeczywistych problemów. Defilujący rekonstruktorzy nie byli jedynymi, gdyż na honorowej trybunie też stała grupa rekonstrukcyjna… władz PRL, acz zabrakło pierwszego sekretarza, prezesa. Przepowiadałem, że może jak Breżniew, prezes Kaczyński zechce pomachać rączką do publiki, lecz jego stan zdrowia nie pozwolił na tę rekonstrukcję.

Obserwujący defiladę attaché wojskowi znają się na uzbrojeniu, więc część sprzętu musiała wzbudzić uśmiechy politowania, gdyż niektóre wyposażenia wojska polskiego nadaje się tylko do muzeum bądź do sprzedaży krajom Trzeciego Świata, co zresztą zamierzał uczynić poprzedni rząd.

Fachowcy przede wszystkim nie zobaczyli żadnego nowego sprzętu, który podnosiłby zdolności obronne kraju. Tak naprawdę Antoni Macierewicz i Mariusz Błaszczak rozbrajali i rozbrajają polską armię, czyniąc ją coraz bardziej bezsilną. A prezydent Andrzej Duda nie potrafi się temu przeciwstawić, jest bezwolny.

Jedyny zaprezentowany nowy sprzęt na defiladzie to samoloty dla VIP-ów. Czy w ten sposób władza chce powiedzieć – trawestując Jerzego Urbana – my się obronimy. Zamontują działka na pokładzie gulfstreama, czy boeinga, wezmą słuszny kurs ucieczki na Zaleszczyki – którymi dzisiaj może być Budapeszt Viktora Orbana, a ten i tak ich wyda, gdy agresorem okaże się Putin, bo kto inny.

Ta defilada wojskowa jest proweniencji wschodniej, bizantyjskiej. Lecz do moskiewskich defilad ma się nijak, bo pod Kremlem zawsze jest prezentowany nowy sprzęt, a wśród publiki odbywa się parada szpiegów, którzy zlatują się do Moskwy z całego świata, aby zobaczyć, co Kreml chowa pod plandekami.

Na Wisłostradzie oglądaliśmy defiladę rozbrojonej armii, a głównym rekonstruktorem był Mariusz Błaszczak, który w związku z nową ksywką Sodomita jest bohaterem rodem z commedii dell’arte. O defiladzie nie napiszą na świecie, ale o sodomicie owszem.

W przeddzień Święta Wojska Polskiego Komisja Europejska przeszła do kolejnego postępowania przeciwko naruszeniu praworządności przez Polskę. Władze PiS dostały miesiąc na podjęcie „niezbędnych środków w celu zastosowania się do uzasadnionej opinii”. A ta opinia brzmi w komunikacie KE: – „Komisja Europejska podtrzymuje stanowisko, że polska ustawa o Sądzie Najwyższym jest niezgodna z prawem UE, ponieważ podważa zasadę niezawisłości sędziowskiej, w tym nieusuwalność sędziów, a tym samym Polska nie wypełnia swoich zobowiązań wynikających z art. 19 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej w związku z artykułem 47 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej”. Po stronie PiS cisza, są zajęci oswajaniem się z kompromitacją, której nam Polakom przysparzają i bałaganem codziennie przez nich powiększanym.

Mariusz Błaszczak przebił się na czołówki najznamienitszych dzienników i portali. „Washington Post” zauważa, iż Błaszczak, nazywając sodomitami uczestników Parady Równości w Poznaniu, używa mowy nienawiści: – „Narażenie na mowę nienawiści płynącą od rządzących jest katastrofą: czyni nienawiść normatywną”.

Do normy wyzwisk się przyzwyczailiśmy, choć nie jesteśmy psychicznymi masochistami. Inni nie mogą pojąć plugastwa, które jest normą w ustach Błaszczaka, Brudzińskiego czy też Kaczyńskiego. Nie wspominając o pomniejszych, ci są bowiem echem tuzów partyjnych, jak Pawłowicz, Czarnecki czy Tarczyński.

Defilada w rocznicę zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej 1920 roku będzie największą tego typu imprezą po 1989 roku, ale faktycznie najsmutniejszą. Potrzebna jest do celebry pisowskich politycznych Szwejków, którym „polityka narodowej dumy służy wyłączeniu racjonalnego myślenia, a odgłos paradnego kroku i grzechot gąsienic mają zagłuszyć rzeczywistość po trzech latach rządów PiS” (Paweł Wroński).

Przez 3 lata rządów jedyny nowy sprzęt do obrony ojczyzny to zakup samolotów Gulfstream i Boeing – dla VIP-ów. Mizeria jest taka, iż nie starcza na buty dla żołnierzy, a z magazynów wyciągnięto stare stalowe hełmy.

No, ale nie dziwmy się, państwowy gigant Polska Grupa Zbrojeniowa znalazła się w trudnej sytuacji z powodu gwałtownego wzrostu zatrudnienia, bo wśród nowych menedżerów są krewni i znajomi polityków PiS. Na pensje przeznaczono 1,08 mld złotych, czyli o ponad 120 mln złotych więcej niż rok wcześniej. Dojenie w spółkach państwowych idzie na całego.

Bizantyjska defilada w dniu Święta Wojska Polskiego nie przysłoni prawdziwego obrazu polskiej armii. Nie ma śmigłowców dla wojska, flota nie istnieje, a obronny holding PZG jest na skraju upadku. Błaszczak zajmuje się sodomitami, nie mając pojęcia, co to słowo znaczy. Na powrót zaś szykuje się Antoni Macierewicz, bodaj największy szkodnik w historii polskiej obronności, który może zechcieć Wojsko Polskie w całości posłać do demobilu, aby jego miejsce zajęły osławione Wojska Obrony Terytorialnej, które mogą być li tylko mięsem armatnim w razie wojny hybrydowej.

Podczas defilady zobaczymy hybrydowe możliwości polskiej obronności, nienowoczesną armię Szwejków, którzy z zazdrością będą patrzeć na nowe samoloty VIP-ów.

Tematy w polityce są iście ogórkowe. Tygodnik „Wprost” kontynuuje wątek węża boa, który nie spłynął Wisłą do Bałtyku i nie rozmienił się na drobne – w sinice, ale przeistoczył się w Antoniego Macierewicza. Były minister obrony zdusił modernizację Wojska Polskiego, generałów fachowców wysłał na trawkę i emeryturę, a oficerowie NATO i Jankesi nie chcieli widzieć jego podejrzanej fizjonomii wśród siebie. Jednak chory Jarosław Kaczyński wysłuchał go przy łóżku. Czy Macierewicz groził, że mu powyrywa wenflony ze spływającymi lekarstwami do organizmu, nie wiemy. W każdym razie „Wprost” donosi, że prezes zlecił Macierewiczowi specjalne zadanie: ma on dokonać kompleksowej oceny obecnego stanu polskiej armii.

Czyli armia jakoś przeżyła, więc mamy sequel „Boa 2”. Będzie dalszy ciąg duszenia polskiej zdolności obronnej. Nie jestem przekonany do tego, aby Tomasz Piątek miał pisać drugą część „Macierewicza i jego tajemnic”, bo jeszcze bardziej aktualne są wnioski, które nieodparcie nasuwają się po lekturze – gdy mówisz „Macierewicz” i myślisz… Co myślimy? Tak, o najgorszym. O Targowicy.

Orzeł intelektu Mariusz Błaszczak w te upały wzbił się „na wyżyny” i stwierdził, iż Marsz Równości w Poznaniu był „paradą sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację praw i obowiązków obywatelskich na innych”. Nie ma w tym stwierdzeniu ładu i składu, ale tak z takimi pożal się boże orłami bywa, iż wzbija się do góry i okazuje się nielotem, bo wyrżnął łbem o byle przeszkodę. Na szczęście Safona, Heraklit, Archimedes, Platon czy Sokrates – że zacznę od starożytnych Greków – nie byli Błaszczakami i wszelkie przeszkody intelektualne zamieniali w pył.

Innym nielotem politycznym okazał się Jan Rokita, który wysłał zbyt szybko Nelli Rokitę do PiS, aby zaszkodziła Platformie i Donaldowi Tuskowi. Nelli zaszkodziła raczej nazwisku Rokity, które stało się synonimem głupawki. Czy nie mógł Rokita poczekać do dzisiaj i wysłać Nelli do PiS? Z Markiem Suskim utworzyliby polityczną parę, jak Beata Mazurek z Ryszardem Terleckim.

Wobec tego, że Rokita się pospieszył, pozostała mu rola Suskiego. Jan upodobnił się do Nelli, tak to bywa w małżeństwach, a nawet w kontaktach ze zwierzętami, gdy właściciel buldoga upodabnia się do psa. Otóż Rokita bystry jak Suski rzecze o Tusku w rozmowie z dziennikarzem „Wprost”, że „Tusk zawsze swojej partii nie cierpiał”, czyli Platformy. Rokicie raczej nie zaszkodziły upały. Uszczerbek na umyśle dopadł go dużo wcześniej, gdy markę Rokita reprezentowała Nelli i wówczas umysłowo do niej się upodobnił.

I jeszcze jeden michałek z gumna PiS, która to partia nie zważa na porę roku i podrzuca soczyste dowody swej pokraczności. Były sekretarz KC PZPR Marek Król, który aktualnie ma się całkiem dobrze na garnuszku PiS, w pisowskim radiu rzekł, iż „dla zdrowia przyszłych pokoleń trzeba przeprowadzić redukcję tych, którzy profitowali w PRL…”. Jakoś szybko zapomniał, że zasiadał w… KC PZPR, więc niech zacznie od zredukowania samego siebie.

Tematy w polityce są iście ogórkowe. Tygodnik „Wprost” kontynuuje wątek węża boa, który nie spłynął Wisłą do Bałtyku i nie rozmienił się na drobne – w sinice, ale przeistoczył się w Antoniego Macierewicza. Były minister obrony zdusił modernizację Wojska Polskiego, generałów fachowców wysłał na trawkę i emeryturę, a oficerowie NATO i Jankesi nie chcieli widzieć jego podejrzanej fizjonomii wśród siebie. Jednak chory Jarosław Kaczyński wysłuchał go przy łóżku. Czy Macierewicz groził, że mu powyrywa wenflony ze spływającymi lekarstwami do organizmu, nie wiemy. W każdym razie „Wprost” donosi, że prezes zlecił Macierewiczowi specjalne zadanie: ma on dokonać kompleksowej oceny obecnego stanu polskiej armii.

Czyli armia jakoś przeżyła, więc mamy sequel „Boa 2”. Będzie dalszy ciąg duszenia polskiej zdolności obronnej. Nie jestem przekonany do tego, aby Tomasz Piątek miał pisać drugą część „Macierewicza i jego tajemnic”, bo jeszcze bardziej aktualne są wnioski, które nieodparcie nasuwają się po lekturze – gdy mówisz „Macierewicz” i myślisz… Co myślimy? Tak, o najgorszym. O Targowicy.

Orzeł intelektu Mariusz Błaszczak w te upały wzbił się „na wyżyny” i stwierdził, iż Marsz Równości w Poznaniu był „paradą sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację praw i obowiązków obywatelskich na innych”. Nie ma w tym stwierdzeniu ładu i składu, ale tak z takimi pożal się boże orłami bywa, iż wzbija się do góry i okazuje się nielotem, bo wyrżnął łbem o byle przeszkodę. Na szczęście Safona, Heraklit, Archimedes, Platon czy Sokrates – że zacznę od starożytnych Greków – nie byli Błaszczakami i wszelkie przeszkody intelektualne zamieniali w pył.

Innym nielotem politycznym okazał się Jan Rokita, który wysłał zbyt szybko Nelli Rokitę do PiS, aby zaszkodziła Platformie i Donaldowi Tuskowi. Nelli zaszkodziła raczej nazwisku Rokity, które stało się synonimem głupawki. Czy nie mógł Rokita poczekać do dzisiaj i wysłać Nelli do PiS? Z Markiem Suskim utworzyliby polityczną parę, jak Beata Mazurek z Ryszardem Terleckim.

Wobec tego, że Rokita się pospieszył, pozostała mu rola Suskiego. Jan upodobnił się do Nelli, tak to bywa w małżeństwach, a nawet w kontaktach ze zwierzętami, gdy właściciel buldoga upodabnia się do psa. Otóż Rokita bystry jak Suski rzecze o Tusku w rozmowie z dziennikarzem „Wprost”, że „Tusk zawsze swojej partii nie cierpiał”, czyli Platformy. Rokicie raczej nie zaszkodziły upały. Uszczerbek na umyśle dopadł go dużo wcześniej, gdy markę Rokita reprezentowała Nelli i wówczas umysłowo do niej się upodobnił.

I jeszcze jeden michałek z gumna PiS, która to partia nie zważa na porę roku i podrzuca soczyste dowody swej pokraczności. Były sekretarz KC PZPR Marek Król, który aktualnie ma się całkiem dobrze na garnuszku PiS, w pisowskim radiu rzekł, iż „dla zdrowia przyszłych pokoleń trzeba przeprowadzić redukcję tych, którzy profitowali w PRL…”. Jakoś szybko zapomniał, że zasiadał w… KC PZPR, więc niech zacznie od zredukowania samego siebie.

3 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Śmiechem z reżimem raczej się nie wygra, ale śmiech jest narzędziem, które wskazuje, w jakim stadium znajduje się autokracja. Wrocławska Pomarańczowa Alternatywa działała pod koniec lat 80-tych i ośmieszała komuszy kolor czerwony poprzez wprowadzenie alternatywnego pomarańczowego.

Jeszcze śmieszniejszy był Różowy Czołg czeskiego artysty Davida Czernego, na który to kolor przemalowany został przez niego sowiecki czołg, ten był symbolem dominacji sowietów nad dumnym narodem czeskim i usytuowany w centrum Pragi w dzielnicy – nomen omen – Smichov. Różowy Czołg wjechał do wyobraźni Czechów jako symbol wolności.

Czerny był nawet przez pewien czas ścigany, tak jak niektórzy modyści z KOD, którzy nakładają koszulki z napisem Konstytucja i o dziwo wszystkie t-shirty pasują pomnikowym modelom jak ulał. Tylko czekać, gdy na różowy zostanie przemalowany pomnik smoleński.

Temperatura ośmieszania władzy PiS osiągnęła wysoki poziom, t-shirty Konstytucja wskazują, że PiS ma się blisko upadkowi. Raut w warszawskim klubie Palladium z okazji 70-tych urodzin Antoniego Macierewicza zaleciał Dołęgi-Mostowicza „Karierą Nikodema Dyzmy”.

Dyzmy są u władzy, bo czego się nie dotkną, rozlatuje się im w proch. Macierewicz rozwalił wojsko, za co został pochwalony przez prezesa Kaczyńskiego, wg niego były minister obrony jest „niezwykle twardym, asertywnym człowiekiem, żeby rozstawać się z tym całym układem generalsko-pułkownikowskim, który tam funkcjonuje”.

Znowu Czechy nam odzywają się czkawką, bo Macierewicz niszcząc „układ generalsko-pułkownikowski” utworzył wojsko Szwejków.  Macierewicz leci także monologiem gbura Edka z „Tanga” Mrożka, bowiem nie będzie rozmawiał z opozycją: „Nigdy nie dawajmy wrogom prawa głosu, nigdy nie uznawajmy wrogów Polski za równych nam w dyskusji, (…) o niepodległości spierać się będziemy między sobą”. Wygląda na to, że niedługo Macierewicz pogada sobie z prokuratorem, a będzie miał o czym.

Jarosław Kaczyński dyktuje ten śmieszny marszowy krok pisowskich Szwejków. Nie inaczej odczytuję jego pozew sądowy w stosunku do Lecha Wałęsy m.in. za słowa, że Kaczyński „nie jest zdrowy, zrównoważony psychicznie”, prezes PiS domaga się przeprosin. To znaczy, że jeśli Wałęsa nie dygnie przed Kaczyńskim, biegli psychiatrzy będą musieli przebadać głowę Kaczyńskiego.

PiS jest pałowany śmiechem i sam się śmiechem pałuje. Jak to pod koniec PRL-u przypisywano milicjantom: to się w pale nie mieści.

PiS uzależnia nas od rosyjskiego gazu i węgla, tego ostatniego wydawałoby się, że mamy pod dostatkiem na Śląsku. W I półroczu 2018 kolejny wzrost rok do roku zanotowaliśmy w imporcie gazu aż o 6,6%, a import rosyjskiego węgla bije wszelkie rekordy, w tym z Donbasu, który w wyniku wojny hybrydowej Putina został oderwany od Ukrainy (przypomnę, że Donbas dla Ukrainy jest tym, czym Śląsk dla Polski).

Na bazie tych twardych danych i faktów Dariusz Rosati, eurodeputowany PO w bardzo sugestywnym twitcie sumuje sytuację, w jakiej się znaleźliśmy: „głównym wrogiem dla PiS jest Bruksela i Zachód, PiS nie atakuje Rosji. Dodajcie do tego rosnące uzależnienie Polski od rosyjskiego węgla i gazu. Dodajcie Macierewicza i poparcie dla PiS ze strony nacjonalistów finansowanych przez Rosję”.

Rosati pisze pointę: „Wszystko jasne”. Sytuacja jest naprawdę poważna, co może umknąć opinii publicznej. Posłuchajmy byłego dowódcę generalnego polskich sił zbrojnych generała Mirosława Różańskiego, który podzielił się swoją wiedzą z młodzieżą na owsiakowym festiwalu Pol’and’Rock w Kostrzynie n/O: „Jeśli czekamy na wojnę, to ona już trwa. To Syria, Irak, Afganistan, Jemen i Ukraina. Pytanie, czy dotrze do Polski. Tak, jeśli Polska będzie niestabilna, podzielona i skłócona z sojusznikami. Wtedy będzie doskonałym celem dla Rosji”.

Zestawmy to z naszą wiedzą. Kogo PiS atakuje? Zachód, Brukselę, demokrację, która jest standardem ustrojowym Unii, a Rosja… jest wzorcem dla PiS, jest pożądaną demokracją fasadową. Z czasem jak dla Węgier Viktor Orbana stanie się sojusznikiem PiS.

Współczesna Targowica definiuje się sama przez się. Radosław Sikorski na Twitterze przypomina: „Pamiętajmy. Targowica to klerykalno-tradycjonalistyczny ruch sprzeciwu wobec europejskiej, oświeceniowej Konstytucji 3 Maja”.

Czy już wszystko jasne? Targowica PiS sprzeciwia się niezależności Sądu Najwyższego, który skierował do oświeconego Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) pięć pytań prejudycjalnych. PiS na naszych oczach powtarza najbardziej samobójczy gest zdrady ojczyzny.

Najprawdopodobniej już na jesieni nastąpi przyśpieszenie wyjścia naszego z Unii Europejskiej i ogłoszenia – za Kornelem Morawieckim – ze Kreml jest naszym sojusznikiem. Historycy za lat dziesiąt będą dociekać, kiedy przeflancowany na rosyjską stronę został Macierewicz, kiedy przekonał do tego Jarosława Kaczyńskiego, a kiedy walczący z „Solidarnością” Kornel Morawiecki, lider „Solidarności Walczącej” zindoktrynował w domu swego syna Mateusza.

Powtarzamy się do bólu. Kiedyś Targowica zakończyła się tragedią dla Polski, czy teraz dążenie PiS skończy się farsą, jak Janukowycz na Ukrainie, który dał dyla do Putina? PiS boi się wszystkiego – koszulek z napisem Konstytucja, które są nakładane na pomniki w całym kraju, przeszkadza partii Kaczyńskiego młodzież na festiwalu, bo flejtuch intelektualny Brudziński żałuje wody z motopomp strażackich w upały.

Jak pisał Henryk Sienkiewicz, dopadła na okrutna małość niektórych mieniących się Polakami. Na złodzieju demokracji czapka gore. Tym złodziejem naszej wolności jest PiS. Zostanie im odpłacone, bo… poeta pamięta.

Jeszcze Andrzejowi Dudzie nie drży ręka przy podpisywaniu niekonstytucyjnych ustaw, ale łydka owszem. Nie jest to może skurcz tej części nogi, bo taki przyjdzie, gdy stanie przed Trybunałem Stanu. Na razie mamy do czynienia z drżeniem łydki, prezydent się boi, demolka sądownictwa nie idzie, jak to sobie jego zwierzchnik prezes PiS zamyślił.

Po zawieszeniu przez Sąd Najwyższy niektórych przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym – m.in. dotyczących przechodzenia sędziów w stan spoczynku – i skierowaniu pytań w ich sprawie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), Kancelaria Prezydenta opublikowała komunikat, w którym stwierdza, iż działanie Sądu Najwyższego „nastąpiło bez prawidłowej podstawy prawnej i nie wywiera skutków wobec Prezydenta RP ani jakiegokolwiek innego organu”.

Ale… Właśnie chodzi o „ale”. Ale zadrżała łydka Dudzie, bo ucieka od odpowiedzialności za komunikat Kancelarii, który nie został podpisany. Poseł Platformy Marcin Kierwiński mniema, że Duda widzi czarno swoją przyszłość, unika dowodów, które przed Trybunałem Stanu by go obciążały: – „Kto przygotował i kto podpisał się pod tym oświadczeniem? To ważne, kto w przyszłości i na podstawie jakich przepisów będzie za to odpowiadał. Jak rozumiem nie podpisał się pod tym PAD? To z obawy przed Trybunałem Stanu? On i tak już na niego czeka”.

Tomasz Lis także uważa, że „Duda całkiem poważnie myśli o Trybunale Stanu i śladu woli nie zostawiać”. Duda ucieka, „to jest krążenie opłotkami” (Tomasz Wołek). Duda liczy na to, że „nie zostawiając śladów zasłoni się odpowiedzialnością zbiorową, czyli żadną” (Marek Borowski).

Duda nie ma raczej szans wygrania z sędziami. Ludwik Dorn umieszcza konflikt PiS – sędziowie w opowiastce Fredry „Paweł i Gaweł”. PiS jest demolującym Gawłem, który nie zważa na skutki swoich zachowań – „wolnoć Tomku w swoim domku” – ale spokojny Paweł, jak sędziowie, ma plan utemperowania. U Fredry Paweł mieszkający u góry zalał człowieka demolkę.

Sędziowie i tak wygrają, ale jaki koszt poniesie Polska, gdyż pozwoliliśmy na niszczenie kraju? Podłoga się wypaczy, ściany zawilgotnieją, wejdzie w nie grzyb i trzeba będzie skuwać tynki. Zatem czeka nas roboty huk.

Właśnie Gawłowi PiS cieknie na łeb – zakutą pałę autokratyzmu. Komisja Europejska stwierdziła, że decyzja w sprawie pytań prejudycjalnych skierowanych przez polski Sąd Najwyższy należy do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Pisowcy pyszczą do mikrofonów i kamer, że Sąd Najwyższy nie miał prawa, ale wiaderkami już wybierają wodę, a że rozum u polityków PiS jest w deficycie i przecieka, więc będą bronić się przed potopem durszlakami. I tak się zatopią, aby jednak nie poszli na dno, bo ktoś będzie musiał stanąć przed sądem bądź Trybunałem. Łydki więc im drżą.