Posts Tagged ‘katastrofa smoleńska’

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Nie dają się upchać pisowskie „trupy” w szafie. Krystyna Pawłowicz tylko kilka dni wytrzymała i musiała zakomunikować swoje „a kuku” o przerwaniu kuracji. Na co zapadła posłanka PiS? Raczej nie na mądrość…

Pawłowicz to jednak tylko pryszcz, bo inny prominentny osobnik wypada z szafy – wiceprezes PiS Antoni Macierewicz i to w dwóch sprawach, których jest inicjatorem. Nie wiadomo, która jest ważniejsza, bo obydwie są najcięższego kalibru. Ich finały – kiedyś do takich dojdzie – mogą być szokujące dla publiczności.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

Postępowania wobec niego mogą zakończyć się dyscyplinarkami.

Sędzia Igor Tuleya to jeden z bardziej rozpoznawalnych sędziów. Bardzo nie pasuje władzy PiS, gdyż zachowuje swoją niezależność. Zaliczany jest do niewielkiego grona 284 „sędziów wolności”, którego listę publikuje Archiwum Osiatyńskiego w dziale „Alfabet buntu”.

Służby podległe Zbigniewowi Ziobrze urządziły na sędziego Tuleyę dosłownie polowanie z nagonką. Tuleyi trafiła się w Sądzie Okręgowym w Warszawie sprawa wg przydziału normalnego obiegu, tj. alfabetycznego. Ale za to sprawa spektakularna, która wejdzie do podręczników politologii.

W grudniu 2016 roku doszło w Sejmie do wykluczenia posła PO Michała Szczerby, po czym marszałek Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, do której nie wpuszczono posłów opozycji, a głosowano wówczas nad jedną z najważniejszych uchwał – budżetową. Istniało domniemanie, iż nie było kworum podczas głosowań, czyli budżet został najprawdopodobniej uchwalony niezgodnie z prawem.

Odbywał się wówczas protest obywateli pod Sejmem, a Jarosław Kaczyński wyjeżdżał z gmachu parlamentu z charakterystycznym uśmieszkiem na swej twarzy, który narracyjnie należy odczytać: „ale zrobiłem z was wałów”. Później sekwencję tych zdarzeń przyciężkie umysły pisowskie nazwały „puczem”.

Opozycja złożyła zawiadomienie do prokuratury, ta jednak podległa Ziobrze nie dopatrzyła się żadnych uchybień i sprawę umorzyła. Jednak trafiła ona do sądu i rozpatrzył ją sędzia Tuleya, który uchylił decyzję prokuratury i nakazał wznowienie śledztwa.

No i się zaczęło. Od kilku miesięcy specjalny wydział w Prokuraturze Krajowej sprawdza decyzję Tuleyi. Przesłuchiwani są pracownicy sądu i sędziowie oraz prezes Sądu Okręgowego w Warszawie. Ten wydział wewnętrzny  został utworzony przez PiS do specjalnego ścigania sędziów i prokuratorów.

W tym aspekcie jest to przykład ewidentnego państwa policyjnego. Niczego na Tuleye nie znaleziono, bo ten zachował szczególną staranność proceduralną. Nawet nominant Ziobry zastępca prezesa sądu Dariusz Drajewicz wzywał Tuleye na dywanik i co charakterystyczne dla tej władzy, zrobił to, gdy prezes sądu była na urlopie.

To jest polowanie na Tuleyę z najwyższej półki prokuratorskiej (ambony), bo Prokuratury Krajowej. Nagonkę zaś prowadzi rzecznik dyscyplinarny sądów powszechnych. W tej chwili przeciw Tuleyi odbywa się 7 postępowań, w których jest wymieniony z nazwiska.

Postępowania mogą zakończyć się dyscyplinarkami. I chyba tak się stanie. Tuleya jeszcze się trzyma, nie daje zaszczuć, ale każdy ma swoją wytrzymałość. W tym aspekcie w ogóle nieznanym publiczności polskie sądownictwo zostało rozłożone, gnije, toczy je nowotwór bezprawia i służalczości. Togi sędziowskie zamienione zostały na liberie. Na czele ministerstwa sprawiedliwości i prokuratury stoi osobnik Ziobro, niezbyt kumaty magister prawa.

Wiele wskazuje, że Jarosław Kaczyński szykuje przedterminowe wybory parlamentarne. Znaki są aż nadto czytelne nie mogą być zignorowane przez opozycję. Jeżeli wybory miałyby odbyć się już w marcu, najpóźniej w kwietniu, to spokojnie możemy orzec, iż w tej chwili mamy do czynienia z nieformalną kampanią wyborczą.

Na ostatniej konwencji PiS w Szeligach pod Warszawą prezes Kaczyński zastrzegł się, że nie zostanie przedstawiony program partii na zbliżające się wybory, ale z ust Mateusza Morawieckiego usłyszeliśmy zaskakujące słowa i one noszą stygmat haseł wyborczych.

Premier orzekł, iż „jesteśmy bijącym sercem Europy”, co w zderzeniu ze zdegradowaniem Polski w UE należałoby szukać innych porównań z adekwatnymi częściami ciała. Zostaliśmy w tej Europie zmarginalizowani w ciągu trzech lat rządów PiS i bliżej nam do zanikającej kości ogonowej.

A ponadto Morawiecki sformułował hasło żywcem przeniesione z krajów o rozwiniętej demokracji i kapitalizmie: – „Chcemy odbudować silną klasę średnią”. Podkreślam, że Morawiecki nie jest orłem retoryki, kiepsko czuje język – odbudować można ewentualnie z ruin, a klasy średniej w kraju nigdy nie było, bo klasa średnia w Europie to mieszczaństwo.

Ta uwaga o klasie średniej jest skierowana właśnie do mieszczuchów, którzy podczas ostatnich wyborów samorządowych kandydatów PiS na prezydentów miast odesłali z kwitkiem już w pierwszej turze. PiS, aby utrzymać się u władzy, musi pozyskać miasta, dlatego partia Kaczyńskiego wygładza swój wyraz twarzy. Odsyła na tymczasową emeryturę Krystynę Pawłowicz, Dominika Tarczyńskiego czy Antoniego Macierewicza.

Afera KNF w istocie nabiera rozpędu, nie chodzi tylko o to, jakie ona ukazuje oblicze korupcyjne PiS, lecz dociera dość powoli do ogółu Polaków, szczególnie do tych, którzy niespecjalnie interesują się polityką. Ta zasada kuli śnieżnej dopiero rozpoczęła swoja drogę w dół. Do wiosny jej pęd może być jeszcze powstrzymany, ale jesienią już raczej nie. Przykładem jest SLD po aferze Rywina, które kilka miesięcy po niej miało wysokie sondaże, zaś po przeszło pół roku Leszek Miller witał się z zieloną trawą.

Nie powinno zatem dziwić, że nieoczekiwanie zostało przesunięte głosowanie nad budżetem z grudniowej sesji Sejmu na połowę stycznia 2019. Jeżeli Sejm nie przyjmie – także po głosowaniu w Senacie – ustawy budżetowej do 27 stycznia, to prezydent Duda zgodnie z art. 98 ust. 4 Konstytucji RP może rozwiązać Sejm i ogłosić przedterminowe wybory.

I o to chodzi. Także nieuchronne wysokie podwyżki cen za prąd zostały przesunięte na późniejszy termin – oczywiście po wyborach. Duda spotkał się – jakby on o czymkolwiek decydował – z ministrem energii Krzysztofem Tchórzewskim, po czym pojawił się komunikat, iż podwyżek w 2019 roku nie będzie.

Były premier Kazimierz Marcinkiewicz uważa, że „przeprowadzenie przyspieszonych wyborów w marcu 2019 roku wydaje się bardzo prawdopodobne”. Przypomina o roku 2006, gdy było blisko do takich wyborów, PiS wówczas wygrałby je, półtora roku później zostały przez nich przerżnięte.

Dzisiaj wygląda jakby PiS rozpoczął kampanię wyborczą. Co na to opozycja? Zjednoczona – już dzisiaj wygrałaby z PiS, rozproszona – nie chcę myśleć, co stanie się wówczas z Polską, gdyby stan obecnej degradacji miał być kontynuowany.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To bynajmniej nie jest śmieszne. Polska wypisuje się z obowiązującego prawa w Unii Europejskiej, drobnymi kroczkami jesteśmy z niej wyprowadzani, rzec można: bezboleśnie. Na Radzie UE przyjmowany był roczny raport dotyczący kwestii praw człowieka. Reprezentujący Polskę zastępca Zbigniewa Ziobry Łukasz Piebiak zablokował dokument. Zgłosił do niego weto ze względu, iż była mowa o obronie praw mniejszości seksualnych.

Stanowisko PiS polegało w tym wypadku na wykręcie – mianowicie domagano się ujęcia w raporcie obrony praw katolików. W głosowaniu padł słynny już wynik 1:27. Instytucje unijne nauczyły się obchodzić szerokim łukiem „chorego człowieka Europy”. Raport po prostu został opublikowany jako raport prezydencji Rady, którą w tym półroczu sprawuje Austria.

Nie dość, że zrażamy do siebie innych, to jesteśmy traktowani, jak zarażeni, zadżumieni. Jeden z dyplomatów postawę Polski pisowskiej nazwał jako „haniebną”. Wykluczenie naszego kraju będzie polegało właśnie na takim kordonie sanitarnym kruczków, jak publikacja pod innym instytucjonalnym pretekstem. Działania polityków PiS spotykają się z ostracyzmem, nie są brani pod uwagę, nie są dopraszani do dyskusji.

Nas nie trzeba będzie relegować z Unii, nie potrzeba będzie żadnego Polexitu. Po prostu najważniejsze traktaty unijne, czy to z Maastricht, czy z Schengen będą poprawiane albo renegocjowane, ale Polski jako strony się nie uwzględni. Pewnego dnia obudzimy się, a granice będą zamknięte, zaś pan prezes PiS zaserwuje nam mowę zamiast Teleranka: „Drodzy rodacy, wrogie nam siły…”.

Z kolei Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy (instytucja nieunijna) przyjęło rezolucję, w której wzywa Rosję do zwrotu Polsce wraku samolotu Tu-154M, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Co z tego wynika? Niewiele, acz będzie bita piana jako sukces dyplomacji PiS. Rosja rezolucję potraktuje w swoim stylu, uzna, czy jej się opłaca przyjęcie jej bądź odrzucenie. Złom smoleński w Polsce uznany zostałby za relikwie i mógłby spowodować powrót traumy smoleńskiej, w której pielęgnowaniu – wsadzania palca w ranę – mistrzem jest Antoni Macierewicz, który z miejsca „wybuchnął” radością i nadał rezolucji formę fake-newsa.

Macierewicz napisał na Twitterze m.in.: – „Raport potwierdza stanowisko Polski, że samolot rozpadł się w powietrzu”. Same krętactwa. Otóż Zgromadzenie Rady Europy przyjęło rezolucję na podstawie raportu, a nie sam raport, dzieło zresztą ekspertów prawa międzynarodowego, a nie specjalistów od katastrof smoleńskich. Nigdzie nie ma mowy o żadnym rozpadzie w powietrzu (o żadnych wybuchach), tylko jako dowodzie materialnym, który po 8 latach powinien był oddany Polsce. Tyle.

Mateusz Morawiecki jest mistrzem wpadek, gdyby takich nie miał, uznałby, że dzionek jest stracony. Nie dziwię mu się, bo jego szefem gabinetu politycznego jest Marek Suski. Muszą się tylko podszkolić w szkole aktorskiej i mogą w wersji polskiej zastąpić Jima Carreya i Jeffa Danielsa i zagrać w rodzimym remake’u „Głupi i głupszy”.

Nie wiem, którym jest Morawiecki – tym pierwszym czy drugim, ale minę ze zdumienia, jaką zrobił dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego Andrzej Grygoruk nazwać można wytrzeszczem aż do wypadnięcia gałek ocznych z oczodołów. Grygoruk mógł nie wrócić z twarzą do właściwej mu fizis, gdy usłyszał z ust Morawieckiego: – „Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało”.

Wytrzeszcz dotyczy nie tylko Grygoruka, bo demokraci w kraju dostają go dzień w dzień po wystąpieniu tego „głupiego” bądź „głupszego”. Nie dość, że Morawiecki nie ma wiedzy, iż wilki są pod ścisłą ochroną, to mu się pomyliły Lasy Państwowe z parkami narodowymi. Taki z Morawieckiego komediant, niestety naraża nas na ciągły wytrzeszcz.

Ta władza przez 3 lata niczego konkretnego nie stworzyła, podpisuje się pod dziełami innych.

PiS chce opowiedzieć światu historię Polski. Tak zapowiedział Mateusz Morawiecki podczas wmurowania kamienia węgielnego pod budowę Muzeum Historii Polski. Oby nie było z tym kamieniem jak ze stępką pod prom w Szczecinie. Stępka zardzewiała, może ją ktoś już podkosił, złomiarze wywieźli na złom, zaś kamień węgielny zamieni się w proch, w piasek.

Morawiecki lubi wmurowywać, otwierać istniejące obiekty, lubi wstęgi przecinać. Ta władza przez 3 lata niczego konkretnego nie stworzyła, podpisuje się pod dziełami innych. Morawiecki też gra w narracji wymyślonej przez kogoś innego. Teraz przez wynajętych pijarowców, którzy podpowiadają mu, co ma robić. Wcześniej podpowiadali mu właściciele Santander.

Morawiecki jest od paciorków, które chce sprzedać światu i wyborcom. Blada Twarz liczy, że inni nie znają wartości historii Polski, więc jak w BZ WBK liczy na to, że „ludzie są tacy głupi, że to działa”.

Na taśmie z podsłuchu Morawiecki niechcący sypnął się z metodologią swojej kariery. Kolokwialnie nazywa się to kitem. Nie należy być zdziwionym, że wcześniej te paciorki sprzedawał, będąc doradcą Donalda Tuska, teraz jako premier używa paciorków hurtowo.

Oto co powiedział Morawiecki o historii Polski, gdy wmurowywał kamień węgielny: – „Będziemy potrafili w końcu zacząć opowiadać naszą wspaniałą historię o samych sobie. Polska jak żaden naród na świecie nie ma się czego wstydzić”. Nie wyjmuję tej retoryki z kontekstu. Morawiecki tak mówi, w literaturze nazywa się to grafomanią, podobnie w retoryce, grafomanią oralną, którą cytują media.

Otóż, panie Morawiecki, Polacy się wstydzą takich jak pan, jak pan prezes Kaczyński, którzy w przeszłości doprowadzali kraj do blamażu, do niszczenia naszego znaczenia, do upadłości, czyli utraty suwerenności. Dzisiaj mamy się też czego wstydzić. Jesteśmy wypychani z najnowocześniejszego projektu cywilizacyjnego – z Unii Europejskiej. Na świecie postrzega się nas jako niedojrzały naród.

Wstyd Polsce przynoszą tacy Kaczyńscy, Dudowie i Morawieccy, którzy mają tylko do zaoferowania paciorki – zarówno światu, jak i narodowi („ludzie są tacy głupi”). I to muzeum winno nazywać się: Muzeum Historii Paciorków, bo takie podobnie wstydliwe postaci, jak wymienieni politycy PiS, doprowadzili nas do wstydu, handlowali paciorkami. Niestety byli i są tacy, którzy na takie świecidełka dają się nabierać.

Morawiecki lubi oprócz tego „poezję” iście grafomańską. Według niego, owo muzeum ma opowiadać „taką prawdziwą historię, gdzie byliśmy trubadurami wolności Europy”. Wicie-rozumicie, towarzysze, rzekł specjalista od paciorków Morawiecki. Otóż trubadurem wolności był i jest Lech Wałęsa. A nie inny handlarz od paciorków Jarosław Kaczyński ani jego brat, trzeciorzędna postać „naszej wspaniałej historii”.

I taka trzeciorzędna postać – odpowiedzialna za katastrofę smoleńską – nagrodzona zostanie pomnikiem. W Radiu Plus poinformował o tym podsekretarz stanu z kancelarii Dudy Wojciech Kolarski. W rozmowie z Jackiem Prusinowskim w audycji „Sedno Sprawy” doszło do absurdalnego dialogu. – „11 listopada w programie nie ma odsłonięcia pomnika prezydenta Lecha Kaczyńskiego” – mówił urzędnik Dudy. Dziennikarz dopytywał: – „10 listopada?” I usłyszał odpowiedź: – „Taki jest plan, taką informację otrzymałem”.

Na Święto Niepodległości i 100-lecie odzyskania niepodległości pomnik brata prezesa będzie już stał. Takie są paciorki pamięci PiS, sprzedać kit, „bo ludzie są tacy głupi”.

Polska pisowska nie mieści się w żadnym standardzie krajów demokracji zachodniej.

Przyzwyczajamy się do naszej republiki bananowej, która ma już swój rytm, rytuały, repertuar zachowań i gestów akolitów oraz jednego kacyka. Do najważniejszego wydarzenia z punktu działania mechanizmów operetkowej republiki doszło przy placu Piłsudskiego.

Prezes Kaczyński złożył kwiaty pod pomnikiem ze schodami, bo dzisiaj 10 dzień miesiąca. Już nie ma deptania do prawdy na Krakowskim Przedmieściu, bo ta została koncertowo wygaszona. Kaczyński zrobił w swojej limuzynie krótką żołnierską odprawę dla Mateusza Morawieckiego i Mariusza Błaszczaka. W ciągu 13 minut złożyli raporty i otrzymali instrukcje.

Na zewnątrz liczba funkcjonariuszy ze Służby Ochrony Państwa większa niż dostają dla swego bezpieczeństwa prezydenci USA. Tak się nosi Kaczyński, tak działa państwo polskie – w limuzynach, karne w stosunku do kacyka i z dala od szarych ludzi.

Zresztą prezes się nie szczypie. Nie stawia się do pracy, choć jeździ po mieście i po Polsce na różne konwencje i mityngi wyborcze w otoczeniu bizantyjskiej ochrony. Od marca – czyli w ciągu pół roku – stawił się dwa razy do pracy, a z 9 posiedzeń Sejmu obecny był tylko na jednym. Za to wszystko zainkasował 110 tysięcy zł.

On i jego akolici noszą się z pańska. Morawiecki obywateli traktuje tak, jak w rozmowie na taśmie z podsłuchu (nowe nagranie opublikowane przez Onet), gdy o reklamie banku BZ WBK z Chuckiem Norrisem w roli głównej mówi, że jej propaganda działa rewelacyjnie: – „Ludzie są tacy głupi, że to działa! Niesamowite!”.

Morawiecki nie jest tak sprawny fizycznie jak strażnik Teksasu ani jak Donald Tusk, który harata w gałę.  Ma jednak talenty Janosika, czym się chwalił po spotkaniu z gazdami i bacami w Zakopanem. Lecz Janosik musi się liczyć z tym, co spotkało jego poprzednika, został powieszony za żebro, niektórzy uwspółcześniają – za Ziobrę.

Janosik ma dla „głupich ludzi” miskę ryżu, która jest kolejnym symbolem władzy PiS. Premier przekonał się o tym, gdy na spotkaniu w Augustowie mieszkańcy przynieśli ryż, ale po spotkaniu zostali spisani przez policję. To następna nowa świecka tradycja.

Andrzej Duda, któremu uszy już puchną od okrzyków „Konstytucja”, powołał nowych 27 sędziów Sądu Najwyższego wbrew uchwale Sądu Najwyższego i wyrokowi Naczelnego Sądu Administracyjnego, a także wbrew planowanemu za kilka dni wydaniu zabezpieczenia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Wieść o przyjętym przez Dudę ślubowaniu nowych sędziów dotarła natychmiast do Luksemburga, siedziby TSUE. Unijni prawnicy uznali, że Duda zdecydował się rozpocząć otwartą wojnę z tą unijną instytucją. Postępowanie Dudy zostało nawet nazwane wprost: – „Jest okolicznością obciążającą w postępowaniu przed Trybunałem Sprawiedliwości UE”. Co brzmi jak zarzut z Kodeksu karnego.

Polska pisowska łamie we współpracy z instytucjami unijnymi „zasadę lojalnej współpracy”, to znaczy stawia się na pozycji wroga. No, ale republika bananowa nie mieści się w żadnym standardzie krajów demokracji zachodniej.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Tak jak podejrzewałem, Komisja Europejska dzień po szczycie UE w Salzburgu podjęła decyzję, iż idzie w sprawie Sądu Najwyższego do Trybunału Sprawiedliwości UE. Znaczy, iż Mateusz Morawiecki pogrywał sobie z Jean-Claudem Junckerem i Fransem Timmermansem, a jego spotkanie z I Prezes SN prof. Małgorzatą Gersdorf było tylko na pokaz, było symulacją.

Informację o skierowaniu sprawy do TSUE podał Reuters, podkreślając, iż jest to już trzeci krok w długiej procedurze sankcjonowania państw członkowskich, które naruszają prawo UE. Oficjalnie oskarżenie w TSUE zostanie złożone w poniedziałek 24 września.

Na to trzeba zwrócić szczególną uwagę: rząd PiS nie tylko narusza polską Konstytucję, standardy demokratyczne, ale narusza prawo unijne, czyli jest oskarżonym. Gdybyśmy przełożyli to na język publicystyczny, to reprezentantowi rządu polskiego Mateuszowi Morawieckiemu przy publikacji jego podobizny powinniśmy nałożyć na oczy czarny prostokącik, jaki nakłada się osobom sądzonym, bo to on reprezentuje rząd, który jest zaskarżony przez Komisję Europejską.

Nie dość, że Morawiecki poprzedniego dnia (wczoraj) robił bokami, chciał orżnąć najpierw prof. Gersdorf, a w Salzburgu Junckera i Timmermansa, to dzisiaj – używając języka prokuratury – mataczył. Zwykle mataczących wsadza się za kraty, aby do procesu nie zacierali śladów swoich przestępstw. Komisja Europejska winna Morawieckiego wsadzić do jakiegoś symbolicznego aresztu, zamknąć mu usta, niech sobie poleży na pryczy, milcząc.

A Morawiecki od samego rana mataczył. Powinienem to słowo rozbić na sylaby, bo Morawiecki jest zagrożeniem dla egzystencji Polski (zagrożeniem śmiertelnym). Ma-ta-czył. Oto Onet w materiale z samego rana w tytule i w leadzie wprost sugeruje, że prof. Gersdorf powiedziała im o treści półgodzinnej rozmowy z Morawieckim tuż przed szczytem w Salzburgu. Rozmowa miała być poufna. Akurat taka rozmowa nie może uzyskać żadnej klauzuli poufności, jeżeli informacja o niej dotarła do publiczności.

Po tym materiale Onetu do mikrofonu podchodzi Morawiecki i ma jedną istotną informację, iż wg niego prof. Gersdorf puściła farbę, on na to się nie umawiał. Morawiecki nie odniósł się do istoty, ale to tajności, którą jakoby ustalił. A czytając materiał w Onecie, od razu się zorientowałem, że farba wypłynęła z Kancelarii Premiera, z jego otoczenia pijarowców, którzy kompletnie nie znają się na arkanach zawodu, ale na pomówieniach owszem.

Prof. Gersdorf zresztą dość jasno powiedziała o tych matactwach Morawieckiego: – „Nie komentowałam przez dwa dni”. I trudno jej nie wierzyć, gdy słyszymy zewsząd pisowskie ujadanie na jej temat.

Morawiecki mataczy, bo miał wiedzę, że Juncker i Timmermans nie kupili jego kitu. Czy Morawiecki jest zdolny do kompromisu w sprawie Sądu Najwyższego? Napiszę: nie! Bo to byłoby nie tylko wycofanie się z ustawy, ale konsekwencje prawne są takie, iż musiałby się PiS wycofać ze wszystkich ustaw sądowniczych, a Andrzej Duda cofnąć nominacje do KRS i do Sądu Najwyższego. PiS musiałby przyznać się do porażki.

Więc dalej będzie Morawiecki brnął, a za sankcje zapłacimy my, Polacy z budżetu Polski. Czort, że stracimy szmal, ale zapłacimy w każdym niematerialnym wymiarze, w znaczeniu naszego kraju, honorze.

3 tysiące km kłamstw Morawieckiego i Dudy.

Kłamstwa PiS sypią się w gruz, lecz to nie dociera do elektoratu tej partii. Głównie z powodu, że obecnie obieg informacji jest zupełnie inny, niż jeszcze kilka lat temu. Dzisiaj można posługiwać się fake newsami, których siła rażenia wyniosła do władzy Donalda Trumpa, a u nas boty internetowe, wynajęte przez PiS, pomogły zniszczyć prezydenta Bronisława Komorowskiego, z czego skorzystał Andrzej Duda. Ten schemat został przeniesiony na kampanię parlamentarną, której hasłem była „Polska w ruinie”.

Ten sam leitmotiv jest powielany w obecnej kampanii. Przy czym PiS-owi jest o wiele łatwiej, bo ma w swoich rękach media publiczne, a komercyjne korzystają ciągle z profesjonalnej równowagi stron sporu politycznego.

Takie wpadki, jak wizyta Dudy w Waszyngtonie powinny pogrążyć prezydenta do poziomu Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku przed katastrofą smoleńską, kiedy to miał 20 procent poparcia i widmo pewnej porażki przy reelekcji, a przecież był mniejszym nieudacznikiem niż obecny prezydent.

Do pisowskich porażek należy zaliczyć wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu ws. ekshumacji smoleńskich, w którym orzeczono, iż zostało naruszone prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, zasądzono rekompensaty rodzinom ofiar katastrofy. Ten precedens zostanie przeniesiony na wszystkich, którzy zwrócą się z podobnym pozwem przeciw instytucjom państwa polskiego.

A zatem powinien lec w gruzach mit smoleński, który był jednym z wehikułów wyniesienia PiS do władzy i do stawiania pomników brata Jarosława Kaczyńskiego, a jest ich w Polsce tyle, ile Kim Ir Sena w Korei Płn. Ale i ten wyrok zostanie przez media propisowskie przedstawiony w propagandowej papce z prezesowską logiką: „nikt nam nie powie, że białe jest białe…”

Mateusz Morawiecki jest spadkobiercą kłamstw Kaczyńskiego, w tym aspekcie niewątpliwie należy mu się tytuł delfina manipulacji. Jego przeciętna kłamstw jest wyjątkowo rekordowa, premier osiąga 2,5 kłamstwa na jedno zdanie. Nawet zmierzono mu długość kłamstw, acz za pomocą narzędzi publicystycznych. Jak pamiętamy, kilka dni temu na spotkaniu w Świebodzinie (Lubuskie) powiedział: – „Nasi poprzednicy mówili: budujmy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów”.Podliczono jednak długości wszystkich wybudowanych autostrad, dróg szybkiego ruchu i wyszło ok. 3 tys. km dróg, jakie wybudowano za poprzedników, głównie rządu PO-PSL.

Takie długie jest kłamstwo Morawieckiego – 3 tys. kilometrów. Jak premier się jeszcze postara i nadyma w tych kłamstwach, to opasze nimi kulę ziemską wynoszącą na równiku 40 tys. km. Niestety, tak absurdalnie trzeba mierzyć niestworzone rzeczy, które głosi ten człowiek „wprowadzający Polskę do Unii Europejskiej”.

Teraz zresztą ma kłopot, bo podobnymi kłamstwami chce omotać szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera. Na szczycie w Salzburgu rząd PiS dostał ostatnią możliwość, aby wycofać się z tzw. reformowania Sądu Najwyższego, gdyż gotowy jest wniosek Komisji Europejskiej, aby w tej sprawie podać Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE. Morawiecki właśnie powiedział, że „my z Jean-Claude Junckerem rozmawiamy nieustannie o sprawach polsko-europejskich, w tym o konieczności reformowania wymiaru sprawiedliwości”. Czyli niczego nie załatwił.

Duda zresztą nie czekał na żadne postanowienia TSUE – dzisiaj wręczył dziesięciu sędziom nominacje do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Pokrętność PiS ma długość 3 tys. km manipulacji Morawieckiego i Dudy. Taka jest ta pajęczyna, ta ośmiornica – którymi to metaforami nazywane są praktyki będące na bakier z prawem i Konstytucją.

Władza PiS polega na udawaniu, a Morawiecki to pierwszy symulant po prezesie.

Przybycie Mateusza Morawieckiego do gabinetu I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf ma kilka pięter znaczeń, inaczej: kilka den. Premier potwierdził, że mimo uchwał sejmowych, pohukiwań rządu i ministrów prezydenckich prof. Gersdorf jest I Prezes SN, a cała ta reforma sądownictwa nie trzyma się kupy.

Czyn Morawieckiego ponadto potwierdził, że rząd PiS przegrywa z Konstytucją, wg której prof. Gersdorf sprawuje kadencję do 2020 roku, to ona trzyma się litery i ducha prawa ustrojowego. Jest to przykład dla innych sędziów, prawników i społeczeństwa obywatelskiego, że przestrzeganie prawa i opór przynosi pozytywne skutki w starciu z bezprawiem PiS. Służbom państwa podporządkowanym PiS będzie teraz zdecydowanie trudniej usunąć siłą I Prezes.

Do półgodzinnej rozmowy w cztery oczy doszło z inicjatywy Morawieckiego. Rozmowa była tajna, ale jedna sugestia prof. Gersdorf sporo mówi, o czym rozmawiano. Na pytanie Justyny Dobrosz-Oracz, czy wizyta może być grą premiera, który chce powiedzieć Komisji Europejskiej, że toczy się dialog w sprawie SN, Gersdorf odpowiedziała: – „Tak. Może tak być”.

W ciągu pół godziny oprócz perswazji, zaklinań i szantażu, można dużo powiedzieć. I Prezes na razie treść rozmowy zachowała dla siebie: – „To nasza słodka tajemnica”, ale uznała, że warto podkreślić: – „Spotkanie niczego nie zmienia. Podtrzymałam moje stanowisko”.

Do spotkania doszło w kontekście decyzji Komisji Europejskiej, która dzisiaj miała skierować skargę w sprawie Sądu Najwyższego do Trybunału Sprawiedliwości UE, ale została wstrzymana. Dziennikarka Polsatu Dorota Bawołek pisze o kontrolowanych przeciekach z Komisji Europejskiej: – „Komisarze chcą dać szansę na ewentualne ostatnie rozmowy Morawieckiego z Junckerem na marginesie szczytu UE w Salzburgu i nie psuć atmosfery przed spotkaniem przywódców…”.

Szczyt w Salzburgu odbywa się w środę i w czwartek. Nietrudno zgadnąć, iż do decyzji KE nie doszło, bo Morawiecki kanałami dyplomatycznymi („iskrówką”) zasymulował rozmowy w sprawie Sądu Najwyższego z I Prezes prof. Gersdorf. Dlatego Morawiecki zjawił się na półgodzinną rozmowę.

Piszę, iż Morawiecki „zasymulował”. Bo tak jest! PiS nauczył się tej gry pozorów, kłamstw, manipulacji, gry na czas. Używają tej metody na rynku krajowym i zagranicznym. Przecież już w kwietniu miało dojść do ogłoszenia przez szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera i Jarosława Kaczyńskiego rozwiązania sporu o praworządność, szukano już nawet miejsca ogłoszenia tego sukcesu. Szybko okazało się, że strona polska gra na czas, a uzgodnienia podczas rozmów to tylko symulowanie.

I teraz też tak jest! Politykom PiS nie chodzi o żaden kompromis, załatwienie sprawy, ale tworzenie narzędzi, które utrzymają ich przy władzy. I to jest podstawowe dno rządów PiS: władza. Żadne reformy, żadne rządzenie dla powodzenia rodaków i rozwoju kraju, tylko symulacja rządzenia. Władza PiS polega na udawaniu, a Morawiecki to pierwszy symulant po prezesie.

Chyba komuś zabrakło elementarnej przyzwoitości

JUSTYNA KOĆ: PiS zapowiedział opublikowanie starych wyroków TK, a także zmiany w ustawie o SN i sądach powszechnych – wpływ kolegium sędziów i KRS przy zmianie prezesa sądu i zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Wszystko ma przekonać KE, że Polska jest krajem praworządnym. Ten zabieg się uda?

PROF. MACIEJ GUTOWSKI: Ja się bardzo cieszę, że w ogóle rząd zaczął myśleć o tym, że oczekiwania UE to jest coś, co należy brać poważnie pod uwagę, a nie zastępować wewnętrzną retoryką złej Unii, która stawia nam wygórowane oczekiwania. Wreszcie rząd próbuje się odnieść do stanowiska UE. Na plus też trzeba zaliczyć to, że włącza się do współdecydowania o wyborze i odwoływaniu prezesów sądów sędziów członków kolegium sądów. I oczywiście dobrze oceniam też ruch z publikowaniem nareszcie wyroków TK. Przypominam tylko, że to jest i zawsze był wymóg prawny, i tyle.

Ale czy to zaspokoi oczekiwania UE, mam wątpliwości. Biorąc pod uwagę fakt, że pięć obszarów zostało wskazanych jako te, które budzą poważne zastrzeżenia KE, a tylko jednym z tych obszarów jest kwestia wpływu politycznego na sądownictwo powszechne, to trochę mało.

Drugim obszarem, na który zwróciła uwagę Bruksela, jest niekonstytucyjna możliwość odwołania prezesa i sędziów w Sądzie Najwyższym, trzecim – przywrócenie niezależności TK, czwartym obszarem niezgodnie z konstytucją wygaszenie kadencji członków KRS i niereprezentatywność tego ciała dla środowiska sędziowskiego. I wreszcie piąty obszar to powstrzymanie się od wypowiedzi podważających autorytet sądów i sędziów. Jak wiemy, jeszcze niedawno pojawiły się nieodpowiedzialne wypowiedzi kontestujące kompetencje orzecznicze Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Oczywiście mam świadomość, że na te ostatnie rząd ma najmniejszy wpływ i mam nadzieję, że właśnie rozpoczął się odwrót od antyunijnej retoryki.

To rzeczywiście trochę mało, żeby przekonać Brukselę.

Rząd porusza się właściwie w ramach jednego zagadnienia, no może odrobinę też wokół zastrzeżeń dotyczących Trybunału, chociaż opublikowanie starych wyroków ma niewiele wspólnego z przywróceniem niezależności TK. Zatem dobrze, że jakiś krok naprzód, ale powiedziałbym raczej, że to kroczek.

Bruksela ciągle nie kupuje retoryki rządu, że reforma była niezbędna?

To nie jest reforma. Trudno użyć słowa reforma, gdy mówimy wyłącznie o zmianach personalnych.

To, co się stało, nie doprowadziło w żaden sposób do polepszania, usprawnienia działania wymiaru sprawiedliwości, ani do podniesienie merytorycznej jakości orzekania, czy polepszenia pozycji obywatela przed sądem. Były to tylko różne rozwiązania prawne, które miały umożliwić zmianę kadrową tam, gdzie konstytucja lub ustawa na to nie pozwala.

Nikt nie zaproponował tak naprawdę rozwiązań mających polepszyć prace sądów, czego bardzo żałuję. To, co rządzący nam pokazali, to takie naiwne spojrzenie, jakby wyrzucić część lekarzy ze szpitala pod hasłem, że mieli komunistyczne poglądy, a następnie oczekiwać, że w szpitalu zacznie się lepiej operować.

Tymczasem w sądach są ludzie, którzy orzekają. To fachowcy, polityki w tym jest bardzo niewiele. Może z wyjątkiem TK, tam rzeczywiście tę politykę widać dużo wyraźniej. W sądach powszechnych praktycznie jej nie ma.

Jeszcze nie ma, bo minister Ziobro wymieniając prezesów upolitycznia sądy.

Politycznie naznaczony będzie tylko jakiś, niewielki procent spraw. Oczywiście one są papierkiem lakmusowym tego, jak działa sądownictwo. Wtedy, gdy można wywrzeć polityczny wpływ na te sprawy, które są w obszarze politycznego zainteresowania, to znaczy, że prawo działa źle. Problem polega na tym, że

ludzie potrzebują zreformowanych mechanizmów systemowych, aby ta większość spraw, która nie jest dotknięta ręką polityka, funkcjonowała dobrze. O tym nikt nie myślał. Pomysł z reformą, który został przedstawiony, to jest pomysł na utrudnienie obywatelowi funkcjonowania przed sądem.

Ja w istocie kibicuję temu, aby uspokoić nastroje w Komisji i żeby te działania rządu przyniosły efekt, by Unia nie wdrażała procedury z art. 7. Nie chciałbym izolacji politycznej Polski w UE, nie chciałbym, żeby Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał, że Polska nie mieści się w kategorii państw rządów prawa, co do których stosuje się zasada wzajemnego uznawania orzeczeń, nie chciałbym, abyśmy w następstwie ostrego stanowiska KE stali się wyrzutkiem, Pariasem Unii. Bo to, co się dzieje, jest dla Polski bardzo niedobre, jesteśmy średniej wielkości państwem między Rosją a Unią.

Co nas oddala od Unii, zbliża nas do Rosji. Nie jesteśmy samotną wyspą na środku oceanu. Jeśli nie uda się uspokoić zastrzeżeń Komisji i dojdzie do uruchomienia art. 7, to aż boję się wewnętrznych konsekwencji na unijne sankcje.

Myślę, że każdy chciałby, aby ten spór z Komisją zakończył się jak najszybciej i bez konsekwencji, tylko niewiele na to wskazuje, aby się udało. Z nieoficjalnych doniesień z Brukseli wynika, że KE nie kupiła tych zabiegów rządzącej większości. Podobnie było z tzw. białą księgą.

Biała księga to był chyba w ogóle niepotrzebny dokument, bo ani to dobrze zrobione pod względem merytorycznym, ani oparte na sensownych argumentach. To, co dzieje się w Polsce, naprawdę trudno wytłumaczyć w ten sposób, że chodzi o jakąś reformę i poprawę na lepsze. Proces na przestrzeni ostatnich dwóch lat to splot zmian ustawowych, z których część naruszała reguły konstytucyjne i faktów dokonanych.

Ostatecznym efektem tych zmian w połączeniu z niepublikowaniem orzeczeń TK jest to, że mamy dziś TK, który nie spełnia konstytucyjnych założeń, że składa się w lwiej części z osób wybranych przez ustępujący parlament. Taka jest idea przecież, aby właśnie Trybunał złożony z sędziów wybranych przez poprzednią władzę, kontrolował dzisiejszą władzę.

Tę zasadę przełamano, więc właściwie ta kontrola konstytucyjna jest dokonywana przez osoby nominowane przez aktualny parlament, a po drugie – są w ramach tego gremium 3 osoby, które nie mogą orzekać, bo były nominowane na zajęte miejsca. Trudno powiedzieć, że publikacją orzeczeń odnoszących się do nieobowiązujących już ustaw (dwie z nich, a trzecia odnosząca się do reguł wyboru prezesa i wiceprezesa) da się przywrócić niezależność Trybunału tak, jak wskazywała KE. Ten obszar dość słabo rozpoznano. Powołano Krajową Radę Sądownictwa spośród cudem znalezionych sędziów, którzy dodatkowo w żaden sposób nie są reprezentatywni co do tego, co mówi konstytucja, nie ma tam sędziów SN, NSA, sądów apelacyjnych, wojskowych.

Wiadomo, że to ciało nie jest dla środowiska reprezentatywne, wreszcie przerwanie kadencji członków poprzedniej Rady jest całkowicie niezgodne z konstytucją. Zatem jak tu bronić poglądu, że ta złożona z przypadkowych sędziów KRS jest właściwym konstytucyjnym organem?

Za chwilę zmiany dotkną też SN.

I tu też trudno tłumaczyć, że nie mamy do czynienia z próbą wymienienia sędziów wbrew konstytucyjnej zasadzie nieusuwalności. Myślę, że około połowa składu SN zostanie odsunięte od orzekania, odsunięty zostanie Pierwszy Prezes, pomimo że konstytucja wyraźnie określa jego kadencję. Tego nie da się wytłumaczyć, kiedy zasadę nieusuwalności sędziów przyjmują w zasadzie wszystkie kraje Europy. Oczywiście, że ta zasada ma czasem swoje złe strony i widzimy to od czasu do czasu w praktyce prawniczej, obserwując niekiedy sędziów słabszych merytorycznie. Jednak ma ona silne znaczenie ustrojowe i gwarancyjne.

Naruszając tę gwarancję konstytucyjną, trudno tłumaczyć, że robi się to w jakimś celu. Nikt tego celu przez dwa lata nie pokazał, bo przecież obniżenie wieku emerytalnego nie musi obejmować sędziów dziś orzekających.

Panie profesorze, a jaki status będą miały teraz po opublikowaniu te orzeczenia TK?

Status orzeczeń TK jest bardzo skomplikowanym zagadnieniem prawnym. Natomiast w skrócie wygląda to tak, że opublikowanie orzeczenia jest wiążące i ma moc ustawy, jest prawem powszechnie obowiązującym. Tyle tylko, że jeżeli to prawo powszechnie obowiązujące odnosi się do prawa, które już nie obowiązuje, to oczywiście ono mogłoby mieć tylko znaczenie w przypadku tzw. prawa międzyczasowego, które działa między ustawami. Tego już nie ma, bo Trybunał został zmieniony i to metodą faktów dokonanych, pomimo że zostało opublikowane orzeczenie TK, z którego wynika wprost, że trzej sędziowie, niekiedy nazywani dublerami, nie mogli być powołani. Bo powołanie poprzednich trzech sędziów przez poprzedni parlament nastąpiło zgodnie z konstytucją. Zatem o tym, że ci trzej sędziowie nie powinni być w Trybunale, bo tam nie ma dla nich miejsca, rozstrzygało już prawo przed publikacją tych orzeczeń.

Te orzeczenia w istocie z punktu widzenia praktycznego nie będą dziś miały istotnego znaczenia. A z punktu widzenia teoretycznego i być może przyszłej praktyki mają takie znaczenie, że kiedyś nastąpi ocena tych naruszeń, które nastąpiły w drodze wymiany sędziów TK i na tej bazie będzie trzeba przywrócić zgodną z konstytucyjnymi założeniami kontrolę konstytucyjną.

Kiedy dojdzie do spokojnej, merytorycznej oceny konstrukcji dzisiejszego Trybunału, być może jakieś znaczenie będzie miało opublikowanie tych trzech orzeczeń, z których jedno odnosi się do reguł wyboru prezesa i wiceprezesa, które przecież budzą poważne wątpliwości.

Ma to też znaczenie wizerunkowe?

Oczywiście, i to ogromne. Na arenie międzynarodowej wygląda to fatalnie. Prawidłowa kontrola konstytucyjności prawa jest przecież potrzebna również dziś rządzącym, jeśli chcą być postrzegani jako przedstawiciele prawnej demokracji. Myślę też, że to dobry pomysł rządu, aby opublikować wszystkie orzeczenia TK i pokazać KE, że niezgodna z konstytucją praktyka niepublikowania już nie istnieje. Z drugiej strony

zniesienie tej praktyki nie przywróci tego, do czego ona była pomyślana.

Nie zmieni to też sytuacji z KRS, gdzie ewidentnie złamano konstytucję.

I o to właśnie chodzi, niestety. W istocie te zmiany dokonywane na tym etapie nie odwrócą już tego, co się wydarzyło. Nie wrócą już prezesi sądów, którzy zostali wymienieni, sędziowie w TK, którzy orzekają w Trybunale – to też się nie zmieni. Pewne fakty już się dokonały na przestrzeni tych dwóch lat.

Mimo wszystko jednak wolę działania rządu, który próbuje rozmawiać z Unią zamiast wzniecać nastroje antyunijne. Ja nawet kibicuję w tej kwestii rządowi, choć jestem nieco sceptyczny.

A czy opublikowanie wyroków nie uderza w premier Szydło, która nie opublikowała wyroków?

Jeżeli z konstytucji wynika obowiązek opublikowania wyroku TK, to oczywiście, że należy wykonać go niezwłocznie. Jak to się robi, wystarczy popatrzyć, w jakim czasie zostały publikowane inne orzeczenia. Możemy się zastanawiać, czy dwa, czy pięć dni, czy 2 tygodnie.

Nieopublikowanie wyroku jest oczywistym naruszeniem konstytucji, nie ma co się nad tym zastanawiać. Ci, którzy nie opublikowali wyroków, naruszyli konstytucję, to jest jasne.

Tak samo jak inne przypadki, o których mówiliśmy. Dobrze, że w końcu ktoś zdecydował się je opublikować, ale nie stawiałbym pomników z tego powodu.

„Zmiany wprowadzone w 2017 r. do ustaw o Sądzie Najwyższym, o Krajowej Radzie Sądownictwa i o sądach powszechnych nie są zgodne ze standardami antykorupcyjnymi” – ogłosiła komisja GRECO, czyli antykorupcyjna agenda Rady Europy.

Agnieszka Kublik o ostatnich „odkryciach” Macierewicza.

Czarne skrzynki z prezydenckiego samolotu, który rozbił się 10 kwietnia 2010 r., sfałszowano – to jedna z ostatnich hipotez Antoniego Macierewicza. Według firmy ATM, producenta polskiego rejestratora, nie było to możliwe.

Antoni Macierewicz, szef podkomisji smoleńskiej w MON, spotkał się w połowie marca z rodzinami ofiar katastrofy. Uprzedzał je, że w ósmą rocznicę katastrofy nie będzie raportu podkomisji – jedynie sprawozdanie z tego, co dotąd zrobiła.

Co znajdzie się w tym sprawozdaniu? Rodziny pytały m.in. o ostatnie rewelacje prof. Wiesława Biniendy, wiceszefa podkomisji, który pod koniec lutego informował, że do skrzydła tupolewa przyczepiono paski detonacyjne. Macierewicz na spotkaniu tłumaczył, że to tylko hipoteza badawcza zakładająca, że gdyby ktoś chciał wysadzić skrzydło, mógłby to zrobić w ten sposób. Czyli podkomisja wciąż niczego w tej sprawie nie ustaliła.

Były też pytania o nieodnalezioną na miejscu katastrofy jedną z pięciu czarnych skrzynek o oznaczeniu K3-63. Macierewicz twierdzi, że zabrali ją Rosjanie. – Odnaleziono jeden z najważniejszych materialnych dowodów. Ten dowód został zatuszowany przez Rosjan. Jest to rejestrator, który rejestruje analogowy zapis lotu. Bardzo trudno go sfałszować, a w istocie nie można – mówił niedawno w TV Republika. – Wszelkie materiały dowodowe były przez kluczowe momenty w rękach rosyjskich. Mamy tu do czynienia z oczywistym fałszowaniem. Wniosek jest jeden: rejestrator zniknął, ponieważ nie da się go sfałszować. Dlaczego Rosjanie zostawili pozostałe? Tamte mogli spreparować – ogłosił.

Dowód „znaleziony” na zdjęciu

Czym jest zaginiony rejestrator K3-63? To bardzo proste analogowe urządzenie rejestrujące jedynie trzy parametry: przeciążenie pionowe samolotu, prędkość i wysokość barometryczną lotu. Nośnikiem, na którym zapisują się dane (właściwie są „wydrapywane” za pomocą specjalnego rysika), jest taśma filmowa 35 mm.

Oczywiście podkomisja niczego nie „odnalazła”. Macierewicz opowiada jedynie o tym, że na jednym ze zdjęć katastrofy „udało się zidentyfikować obudowę i mocowanie (…), które bliźniaczo przypominają kasetę rejestratora”. Czyli na zdjęciach ujrzeli nawet nie sam rejestrator, ale „bliźniaczo podobną kasetę”.

Podkomisja nie mogła znaleźć „materialnego dowodu” z prostego powodu: żaden z jej członków nigdy nie był na lotnisku pod Smoleńskiem i nie przeprowadził oględzin wraku (choć podkomisja to zapowiadała).

Obudowa rejestratora jest wykonana z materiału nieodpornego na działanie dużych przeciążeń i wysokiej temperatury, więc jest wysoce prawdopodobne, iż uległ on całkowitej destrukcji. Nawet gdyby jakimś cudem został odnaleziony, wartość dowodowa zarejestrowanych przez niego parametrów byłaby wątpliwa ze względu na niewielką dokładność rejestrowanych danych.

Nie było śladów ingerencji

W tupolewie standardowo było pięć czarnych skrzynek. Na miejscu katastrofy odnaleziono cztery.

O teorię Macierewicza, że czarne skrzynki sfałszowano (poza K3-63, którą Rosjanie ukryli, bo jej się nie da sfałszować), zapytaliśmy Pawła Jajkowskiego z firmy ATM, producenta polskiej czarnej skrzynki ATM-QAR, która także była zainstalowana w prezydenckim samolocie.

– Jest dokładnie przeciwnie – mówi „Wyborczej” Jajkowski. – Właśnie K3-63 najprościej sfałszować, bo drapie rysikiem po taśmie filmowej. Wymiana taśmy to prosta czynność, specjaliście może zająć nie więcej niż kilka minut.

– Polski rejestrator ATM-QAR został odczytany 16 i 17 kwietnia 2010 r. w Warszawie, nie w Moskwie, przez zespół ekspertów składający się z przedstawicieli ATM, Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych w Warszawie, Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego i Prokuratury Wojskowej. W pracach uczestniczył też jako obserwator przedstawiciel rosyjskiego MAK – mówi Jajkowski, który był obecny podczas odczytu. – Rejestrator był bardzo zniszczony, wszystko było posklejane błotem. Jedynym w pełni ocalałym elementem była kaseta, na której zapisują się dane. Nie było śladów ingerencji, widać było, że nikt się do niej nie próbował dostać – zapewnia.

Rosjanie mogli zrobić odczyt, zanim przysłali rejestrator? – pytam.

Jajkowski: – Teoretycznie tak. ATM-QAR używały w latach 90. rosyjskie linie Aerofłot. Ale nawet gdyby im się udało, mogliby jedynie skopiować dane na dysk komputera. Niemożliwa byłaby deszyfracja zapisu. Specjalny klucz software’owy miało tylko laboratorium kontroli lotów 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego w Warszawie, które na co dzień zajmowało się analizą danych z tego samolotu. Co do fałszowania zapisów to trzeba by go było dokonać na wszystkich odnalezionych rejestratorach ze względu na możliwość porównania ich zapisów. Bardzo szybkie odnalezienie (i odczytanie w obecności polskich przedstawicieli z Komisji Badania Wypadków Lotniczych) obu rosyjskich rejestratorów pozostawiało bardzo niewiele czasu na dokonanie ewentualnego fałszerstwa, czyniąc tę operację praktycznie niewykonalną.

Co odczytaliście z ATM-QAR?

Jajkowski: – Nasz zespół dokonał jedynie skopiowania danych z kasety rejestratora na dysk komputera. Nie analizowaliśmy tych danych, ponieważ było to w gestii rządowej komisji Jerzego Millera.

Na podstawie odczytów z odnalezionych czarnych skrzynek komisja Millera ustaliła, że samolot do końca był sprawny, nie było skoku ciśnienia, temperatury, nie nagrały się odgłosy wybuchu. Do katastrofy doszło, bo samolot był za nisko, leciał za szybko, a przez gęstą mgłę załoga nie widziała ziemi.

Jakie czarne skrzynki były na pokładzie tupolewa

Na miejscu katastrofy odnaleziono cztery z pięciu czarnych skrzynek

  1. Rosyjski rejestrator parametrów lotu MłP-14-5, który zapisuje na taśmie magnetycznej dane o pracy zespołów napędowych, systemów pokładowych i wyposażenia z ostatnich 50 godzin lotu samolotu. Jego specjalna ochronna obudowa może wytrzymać przez 15 minut działanie temperatury ok. 1000 stopni Celsjusza, udarów i przeciążeń czy wody morskiej (do 36 godzin).
  2. Rosyjski magnetofon pokładowy MARS-BM, który rejestruje korespondencję z radiostacji pokładowych, rozmowy pomiędzy członkami załogi przez interkom, a także dźwięki w kabinie takie jak rozmowy osób postronnych będących w zasięgu mikrofonów czy charakterystyczne sygnały, np. wyłączenia autopilota, zapewnia ciągły zapis turbosprężarek trzech silników z co najmniej ostatnich 30 minut lotu.
  3. Polski cyfrowy rejestrator eksploatacyjny ATM-QAR/R128ENC zapisujący dane z ostatnich kilkudziesięciu godzin lotu w specjalnej kasecie pamięci typu ATM-MC4/15. Rejestrator rejestruje te same dane co MłP-14-5 oraz dodatkowo czas, datę i sygnały z czujników wibracji silników (wchodzących w skład systemu monitoringu poziomu wibracji silników szwajcarskiej firmy VIBROMETER SA).
  4. Rosyjski taśmowy rejestrator eksploatacyjny typu KBN 1-1, który zapisuje parametry lotu na taśmie magnetycznej umieszczonej w specjalnej kasecie typu KS-13 (przypominającej kasetę wideo VHS). Jego rola była identyczna z tą, którą odgrywał na pokładzie ATM-QAR, więc nie był na co dzień wykorzystywany do rejestracji. Wykorzystywano go jedynie (zamiast ATM-QAR) w trakcie przelotów na remonty i okresowe przeglądy, które były wykonywane w Rosji (był wykorzystywany przez Rosjan również w trakcie oblotów samolotu po wykonanych pracach).

Nie odnaleziono piątej skrzynki – rosyjskiego rejestratora K3-63 (jego obudowa nie jest tak wytrzymała jak dwóch pierwszych rejestratorów MłP-14-5 i MARS BM), to pomocnicze urządzenie jest przydatne, gdyby nie udało się odzyskać danych z rejestratorów MSRP lub ATM-QAR; zapisuje dane o czasie, wysokości barometrycznej, prędkości i przeciążeniach.

Spisek, manipulacja, a może kłopoty po wystąpieniu Beaty Szydło? Politycy PiS próbują wyjaśnić wyniki sondażu Millward Brown, według którego poparcie dla ich partii znacznie spadło. – Z szacunkiem i pokorą odnosimy się do wyników badań, ale wiemy też jak są prowadzone i w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu – skomentował Jarosław Kaczyński. O co chodziło prezesowi?

Jeden sondaż wiosny nie czyni – socjologowie podkreślają, że odczytanie przybliżonego poparcia dla partii jest możliwe dopiero na podstawie wielu powtarzających się badań. Jeden sondaż wystarczy za to, by wywołać olbrzymie zamieszanie. Tak stało się z ankietą przeprowadzoną na zlecenie „Faktów” TVN i tvn24.pl – wynika z niej, że PiS stracił w miesiąc 12 pkt. proc., a na partię chce głosować 28 proc. wyborców.

Wszystko wskazuje na to, że politycy rządzącej partii nie wierzą, by ten wynik odzwierciedlał rzeczywistość. Jak go tłumaczą? Przede wszystkim zarzucają, że badanie zostało zmanipulowane. O to najpewniej chodziło prezesowi PiS, kiedy mówił, że z „pokorą odnosimy się do wyników badań, ale wiemy też jak są prowadzone”.

Pytanie podprowadzające

Co prezes miał na myśli? Wątek rozwinął twórczo wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. Jego zdaniem wpływ na wynik badania miało to, że wcześniej ankieterzy zadawali pytanie o premie dla ministrów rządu Beaty Szydło. Rzeczywiście  Millward Brown przeprowadził dla „Faktów” TVN i tvn24.pl takie badanie. Jego wynik jest dla PiS druzgoczący – 75 proc. pytanych krytycznie odnosi się do wypłacenia premii, jedynie 17 proc. oceniło je pozytywnie.

– Daliście pytanie podprowadzające o nagrodach, a potem spytaliście o partie? Jeśli tak się stało, to sondaż mógł być zmanipulowany – krytykował Jaki odpowiadając na pytanie dziennikarza TVN. – Oba badania (o nagrodach dla rządu PiS i o sympatiach politycznych) przeprowadzono na tej samej grupie osób, w tych samych dniach i na podstawie tej samej metody. Jeżeli było pytanie podprowadzające, to takie są wyniki, a nie inne – komentował z kolei Sebastian Kaleta, członek komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji.

Nie wiadomo, czy pytania rzeczywiście zadawano w takiej kolejności jak sugerują Jaki i Kaleta. Jeśli tak, to mogły mieć wpływ na wyniki. Ale skala tego wpływu pokazałaby, że Polacy są niesłychanie krytyczni wobec przywilejów władzy. I mogą surowo ukarać partię, która o tym zapomni.

Przykrywanie Patriotów czy „efekt Szydło”?

A może nie było manipulacji, a sondażowy kryzys to żółta kartka dla ekipy rządzącej? Taką możliwość dopuszcza poseł PiS Marek Ast. – Jest to sygnał, że nie można spoczywać na laurach, że trzeba dalej ciężko pracować, że być może popełniliśmy również błędy – stwierdził w rozmowie z TVN24. Przyznał też, że do niezadowolenia elektoratu mogło się przyczynić słynne już wystąpienie Beaty Szydło, w którym gorąco broniła nagród dla ministrów. – Z tym trzeba się liczyć, że jest to efekt tego wystąpienia, aczkolwiek usprawiedliwionego – podkreślił, dodając, że Szydło w czasie swoich dwuletnich rządów odniosła znaczące sukcesy.

Z kolei szef Komitetu Wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski skupił się nie na możliwych przyczynach wyniku, a na dacie publikacji sondażu. „Prawdziwym sondażem są #wybory powtarzam to za każdym razem, gdy są raz lepsze raz gorsze sondaże. Ten sondaż jednak „przypadkowo” został opublikowany w dniu podpisania umowy na wyposażenie polskiej armii w najnowocześniejsze systemy #Patriot …. #dziennikarzebezgranic” – napisał na Twitterze.

To „hatakumba”. Opozycja się cieszy

Spadek poparcia dla PiS w sondażu Millward Brown zbiegł się ze wzrostem poparcia dla większości opozycyjnych partii. Po raz pierwszy od miesięcy wynik Platformy Obywatelskiej był słabszy od wyniku rządzącej partii o zaledwie kilka punktów. Zyskiwały też Kukiz’15 i Nowoczesna.

– To jest taka „hatakumba”, jak mawiają politycy PiS – ocenił rezultat rzecznik PO Jan Grabiec, nawiązując do niedawnego przejęzyczenia wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego (polityk, pisząc na Facebooku o reparacjach od Niemiec, określił II wojnę światową jako „niemiecką hatakumbę”).

Widzimy zapaść w notowaniach PiS i w tym sondażu jest ona wyjątkowo duża, ale przecież trend z ostatnich sondaży z ostatniego miesiąca pokazuje wyraźnie te spadki na poziomie kilku – 6 procent, w tym przypadku – 12. Najwyraźniej polityka PiS przestała być akceptowana przez Polaków – dodał rzecznik Platformy Obywatelskiej.

Jego zdaniem „arogancja” obecnie rządzących, której wyrazem stały się ubiegłotygodniowe słowa wicepremier Beaty Szydło, że nagrody „należały się” członkom jej ówczesnego rządu, „jaskrawo kontrastuje z obietnicami wyborczymi i deklaracjami polityków PiS sprzed kilku miesięcy”. – To się po prostu w głowie ludziom nie mieści – podkreślił Grabiec.

Waldemar Mystkowski komentuje.

Prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i najnowszy sondaż to dla niego manipulacja.

Jarosław Kaczyński został zaskoczony. Już miał wpakować piłkę do kosza, usłyszał jednak pytanie: co z tym sondażem? Prezes został złapany na wykroku.

Z sondażu wynika, że zjednoczona opozycja ma tyle samo punktów procentowych, co PiS. Na tablicy widnieje remis 28:28. Więc prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i obwieszcza: manipulacja. – „Z szacunkiem odnosimy się do wyników i z pokorą do wyników badań, ale też wiemy, jak są prowadzone i w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu”.

Prezes wraz z Jarosławem Gowinem promowali konstytucję, choć to inna konstytucja, bo dla nauki. Pada jednak słowo kluczowe dla bezprawia PiS. Można zatem kozłować i kiwać wokół prawa, jak to PiS je przestrzega. Gowin nawet cmokał prezesa i konsultacje społeczne: – „Chciałbym bardzo serdecznie podziękować prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu za to poparcie (…). To był dialog unikalny. Na taką skalę po 1989 roku nie organizowano żadnych konsultacji społecznych z zainteresowanymi grupami zawodowymi”.

Sondaż przykrył cmokanie Gowina. Cóż jednak z sondażu wynika? Przede wszystkim jest to taki pierwszy sondaż, tąpniecie bardzo poważne, bo aż o 12 proc. spadło PiS-owi, z 40 do 28. Gdyby w jednym z miast śląskich doszło do tak poważnego tąpnięcia, to centrum miasta zapadłoby się pod ziemię, nawet, gdyby ratusz znajdował się przy Nowogrodzkiej.

Wg socjologicznych obliczeń, przy założeniu, iż frekwencja wyborcza wynosi 50 proc., to 12 proc. wyborców, które odeszło od PiS, to około 1,5 mln elektoratu. Czy to możliwe, że PiS w ostatnich tygodniach stracił zaufanie aż tylu Polaków z powodu przyznania sobie wysokich nagród?

Z pewnością mamy do czynienia ze spadkiem poparcia wyborców dla PiS. Poczekajmy na następne sondaże, które albo potwierdzą sondażową katastrofę dla PiS, albo pokażą dynamikę zjazdu partii Kaczyńskiego. Dotychczas nic nie ruszało partii Kaczyńskiego, żadni Misiewicze, zawłaszczanie państwowych spółek, przyznawanie niebotycznych apanaży.

Obsuwa wydaje się być trwała. PiS będzie się pogrążało, gdyż dopiero teraz na wierzch wybije szambo, o którym za wiele nie wiemy. Ponadto dojdzie do wyrywania sukna dla siebie, wewnętrzne tarcia i oskarżanie siebie nawzajem. I ukaże się imposybilizm rządu, który nic nie może bez Kaczyńskiego.

Tąpnięcie PiS to dla nich piekło, gdyż trzeba będzie ponieść odpowiedzialność za łamanie Konstytucji i prawa, a tam na dole elektorat już czeka, będzie przysmażał, domagał się prawa i sprawiedliwości. Oj, będzie – Pichcenie i Skwareczki.

Katarzyna Szymańska-Jakubowska, była rzeczniczka MON, została skazana przez Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście za pomówienie czterech byłych szefów służb. W podpisanym przez siebie komunikacie prasowym zarzuciła im „współpracę ze służbami wrogimi Polsce i NATO”. Chodzi o Krzysztofa Bondaryka, Janusza Noska, Pawła Białka i Piotra Niemczyka. Sąd wymierzył jej karę dwóch tysięcy złotych grzywny i pięciu tysięcy złotych nawiązki na hospicjum dla dzieci.

Sędzia Małgorzata Drewin, uzasadniając wyrok, stwierdziła, że „wykorzystano autorytet ministerstwa, a działanie oskarżonej miało na celu pozbawienie godności osobistej pomówionych i spowodowanie swoistej śmierci cywilnej”. Podkreśliła, że byłym szefom służb postawiono w komunikacie najcięższy zarzut – zdrady. – „Nawet człowiek z wykształceniem podstawowym wie, że tak ciężkich oskarżeń nie wysuwa się, nie mając żadnych dowodów” – uznała sędzia.

Była rzeczniczka tłumaczyła, że ona tylko… wykonywała polecenie służbowe przełożonego, czyli Antoniego Macierewicza. Sądu to nie przekonało – Małgorzata Drewin uznała, że nie zwalnia to Szymańskiej-Jakubowskiej z osobistej odpowiedzialności za popełnione czyny. Sędzia dodała, że „sam minister „schował” się za niekompetentną urzędniczką”.

W komunikacie MON, opublikowanym 3 grudnia 2016 r., pod którym podpisała się Katarzyna Szymańska-Jakubowska, czytamy m.in.: – „Coraz częściej pod pozorem dyskusji naukowej wypowiadają się byli funkcjonariusze służb odpowiedzialni za katastrofalny stan polskiego bezpieczeństwa, tolerowanie środowisk mafijnych wyrosłych ze Służby Bezpieczeństwa, inwigilację niepodległościowych partii politycznych, a nawet przestępczą działalność na rzecz obcych służb. Smutnym przykładem takiego działania była dyskusja zorganizowana 24 listopada 2016 roku w Collegium Civitas, w której wzięli udział byli funkcjonariusze podejrzewani o współpracę ze służbami wrogimi Polsce i NATO. Przestrzegamy polską opinię naukową i opinię publiczną przed dezinformacyjnymi konsekwencjami propagowania takich działań”. Nazwiska szefów byłych służb nie padły, ale wiadomo było, że w spotkaniu uczestniczyli Krzysztof Bondaryk, Janusz Nosek, Paweł Białek i Piotr Niemczyk.

Oko.press przypomina, że zanim Katarzyna Szymańska-Jakubowska trafiła do MON, była społeczną asystentką w biurze poselskim Macierewicza i właścicielką firmy zajmującej się produkcją dzianin.

Uchwała Sądu Najwyższego oznacza, że prezydent Warszawy miała prawo zaskarżyć decyzję wojewody mazowieckiego zakazującą kontrmiesięcznic Obywateli RP, Obywateli „Solidarnie w Akcji” (OSA) i stowarzyszenia Tama. Uznano także, że nawet po upływie terminu zgromadzenia, które zostało zakazane przez wojewodę, sądy powinny rozpatrywać odwołania od takiej decyzji.

PiS-owski wojewoda od chwili wejścia w życie nowego prawa o zgromadzeniach wydał ponad 30 decyzji o zakazie kontrmiesięcznic, z czego większość zapadła w ostatniej chwili. Mówił o tym Jarosław Kaczyński, pełnomocnik protestujących w ramach kontrmiesięcznic. – „Wtedy nie ma fizycznie czasu, aby odwołać się do sądu. To działanie w sposób oczywisty bezprawne. Pokazuje też arogancję i butę wojewody” – stwierdził Kaczyński.

Podobnie komentuje uchwałę SN Helsińska Fundacja Praw Człowieka. – „Wszystkie decyzje dotyczyły demonstracji organizowanych w trybie uproszczonym, a te nigdy nie mogą być zakazane, więc decyzje wojewody były bezprawne” – napisano w opinii HFPC. Sądy mogą więc teraz oceniać legalność działań wojewody, np. czy nie przekroczył on swoich uprawnień. Grozi za to kara pozbawienia wolności do 3 lat.

To już druga w ciągu tygodnia sprawa, w której sądy stają po stronie prawa obywateli do zgromadzeń. Kilka dni temu pisaliśmy o wyroku warszawskiego Sądu Rejonowego w artykule „Miesięcznice smoleńskie prywatną imprezą PiS”.

Aż 12-punktowy spadek poparcia PiS w sondażu Kantar Public jest spektakularny. Sondaże rzadko przynoszą tak drastyczne zmiany. Poprzednie wyniki publikowane przez IBRIS zapowiadały co prawda zmianę trendu, ale środowe dane to dla prawicy prawdziwa katastrofa. Co się właściwie stało? Oto 5 przyczyn.

1. Nagrody jak ośmiorniczki

Żeby zrozumieć mechanizm gwałtownych zmian nastrojów społecznych, trzeba wyobrazić sobie prostą codzienną sytuację, gdy zdeklarowany wyborca danej opcji politycznej znajduje się w nie do końca sprzyjającym środowisku (w miejscu pracy albo na imieninach u rzadko widywanej rodziny) i jest atakowany politycznym argumentem, na który nie znajduje odpowiedzi. PiS nie dał swoim wyborcom języka obrony decyzji o nagrodach. „Nam się należy” – brzmi to jak szyderstwo przeciwników.

Nie tylko sama decyzja o nagrodach niemile zaskoczyła zwolenników PiS. Po niej nastąpił cały festiwal błędów i porażek. Premier Morawiecki oświadczył, że w jego rządzie nagród nie będzie, tymczasem media opublikowały kolejną listę beneficjentów. Oto Beata Szydło w agresywnym przemówieniu broni swojej decyzji, a jej arogancja musiała zrobić na zwolennikach prawicy fatalne wrażenie. Gromkie oklaski posłów jeszcze gorsze. Jarosław Kaczyński w tej sprawie stracił instynkt i zapomniał o sile symboli. Wszak zdecydowanie mniejszy problem ośmiorniczek doprowadził jego poprzedników do wyborczej klęski.

Sprawa ministerialnych nagród jest dla prawicy śmiertelnie niebezpieczna, bo dotyczy jej mitu założycielskiego. Rewolucja PiS miała przecież przywrócić godność zwykłemu człowiekowi i ukarać skorumpowane elity. Tymczasem pod hasłem „skromność i praca” rząd wypłacił sam sobie roczne premie w wysokości, która dla przeciętnego Polaka jest szokująco wysoka. Nie tylko wysokość premii ale także fakt, że zostały przyznane wszystkim ministrom, także zdymisjonowanym, według reguły „nam się należy”, był dla wyborców prawicy nie do zaakceptowania. Nagrody stanowią zaprzeczenie fundamentalnych wartości prawicy, dzięki którym wygrała wybory.

2. Ustawa o IPN, czyli awantura o… no właśnie, o co?

Nowelizacja ustawy o IPN zakończyła się dla władzy nie tylko międzynarodową porażką, prawica przegrała wojnę o pamięć także we własnym kraju. Cała ta sprawa pokazała Polakom awanturniczy charakter tych rządów. Eskalacja napięcia nie tylko z Ukrainą i Izraelem, ale przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi jest nawet dla wyborców prawicy trudna do zrozumienia. Po pierwsze nie chodzi w tym sporze o żadne realne interesy. Konflikt z Unią Europejską o praworządność dało się przedstawić jako walkę z sądowniczą kliką, spór o konieczne reformy, które skrócą kolejki w sądach, obronę suwerenności i prawa demokratycznie wybranego rządu do realizacji wyborczych obietnic. Tymczasem w ustawie o IPN… nie wiadomo o co chodzi. Wojna z całym światem prowadzona jest w kwestii, która Polaków bezpośrednio na co dzień nie dotyczy. Trudno wytłumaczyć nawet własnym wyborcom, po co rząd naraża strategiczny sojusz Polski z USA, po co wystawia się na powszechną krytykę, dyplomatyczny bojkot, groźnie brzmiące listy.

I jeszcze ważna okoliczność: Putin. Im bardziej z mediów bije poczucie zagrożenia wzrastającą agresją Rosji (po chemicznym ataku Kremla w Londynie konflikt Zachodu z Rosją może eskalować), tym bardziej wyborcy będą się obawiać samotności ekipy PiS na arenie międzynarodowej. Trudno prawicowym wyborcom wytłumaczyć, dlaczego ich rząd w tak niepewnej sytuacji międzynarodowej nie potrafi się dogadywać z sojusznikami z Izraela i USA.

3. Przegrana na własnym podwórku

PiS przegrał ustawę o IPN, choć przecież potyczka była prowadzona na polu, które dla prawicy stanowi jedną z definicji jej tożsamości – na polu polityki historycznej. Tymczasem działania władzy okazały się żałośnie nieporadne, wręcz kompromitujące. Nie można pokazywać bezradności w kwestiach wydawało się politycznie całkowicie zdominowanych. Wstawanie z kolan przybrało groteskowe formy. Do oskarżeń o nielegalne finansowanie Fundacji Narodowej doszły zarzuty bezczynności. Przez cały okres kryzysu Fundacja nie zrobiła nic, by w końcu kupić jacht i z pompą ogłosić plan promocji Polski na oceanach przy pomocy francuskiego jachtu za 20 milionów złotych. Pokaz bezradności i głupoty.

Rząd w sprawie ustawy o IPN miota się bezsilnie. Wyborcy otrzymują całkowicie sprzeczne komunikaty. Tego samego dnia, gdy prezydent przeprasza Żydów za marzec, premier oświadcza, że z marca możemy być dumni. Zwolennicy opozycji zaczęli szydzić z fundamentalnych aksjologicznych postulatów prawicy. Patrioci, szukający narodowej dumy, zamiast dumy dostali kompromitację i wstyd.

4. Brak elastyczności

Dlaczego Kaczyński w obu tych sprawach (ustawa o IPN i nagrody) próbował iść w zaparte? W sprawie ustawy o IPN partii Kaczyńskiego wyszło z badań, że jeśli ustąpi grozi jej utrata części twardego elektoratu. Sondaże analizowane na posiedzeniu kierownictwa partii wskazywały zresztą, że wojna z całym światem będzie wręcz dla PiS korzystna (podobnie jak w przypadku wcześniejszej wojny o sądy). I byłaby to prawda pod warunkiem, że tę wojnę w międzynarodowej skali można politycznie kontrolować. Stało się odwrotnie.

Z kolei decyzja, by iść w zaparte w sprawie nagród została podjęta wbrew wynikom badań. Ponad 70 proc. Polaków (w tym większość wyborców PiS) nie popiera decyzji o nagrodach. W tej sprawie Kaczyński zdecydował się na zignorowanie własnego elektoratu. Przełożył interesy partyjnego aparatu, rozgrywając walkę frakcyjną pomiędzy Morawieckim a Szydło, ponad długofalową pozycję polityczną własnej partii. To kolejny błąd, a przede wszystkim dowód słabości.

5. Jak bronić PiS w święta?

Na naszych oczach rozpoczął się proces dezintegracji obozu władzy. Proces ten w święta przyspieszy. Święta bowiem to – wbrew pozorom – czas możliwych ruchów tektonicznych w świadomości politycznej obywateli. Wtedy właśnie spotykają się dawno nie widziani krewni. To w tym gronie zaczyna się dyskusja o polityce pomiędzy ludźmi reprezentującymi różne opcje, którzy nie spotykają się ze sobą na co dzień. Tymczasem zwolennicy rządu nie dostali instrukcji na święta. Nie mają języka obrony własnych przekonań. Partia zostawiła ich bezradnych. „Nam się należy” – mają powtarzać słowa Szydło? Zostaną wyśmiani.

W kolejnym sondażu można spodziewać się dalszych spadków notowań. W żaden sposób nie przyczyniła się do tego opozycja. PiS przegrywa sam ze sobą. Przegrywa skutecznie.

Jacek Kapica został zatrzymany dziś rano na polecenie białostockiej prokuratury – podały na Twitterze „Wiadomości” TVP. Według nich zatrzymanie ma mieć związek z aferą hazardową. >>>

Jedna z niszowych prawicowych telewizji odkryła wielce tajemnicze zapisy archiwalne z posiedzeń komisji Millera, które miałyby świadczyć, że z katastrofą smoleńską jest coś nie tak.

Oczywiście, chodzi o chachmęcenie.

Ale Maciej Lasek wszystko, co pochodzi od paranoicznych wyznawców katastrofy smoleńskiej bierze na serio i analizuje.

Odnosi się do tej rewelacji prawicowej.

„Żeby to wyjaśnić, należy najpierw przybliżyć ideę posiedzeń plenarnych komisji Millera. Odbywały się one co tydzień lub częściej (zwłaszcza w czasie pisania raportu końcowego czy uwag do raportu MAK). Ich celem było dzielenie się wnioskami między zespołami roboczymi oraz uzgadnianie treści raportu końcowego, uwag do raportu MAK i innych dokumentów. Pomimo, że nie było takiego wymagania formalnego, dyskusje podczas tych posiedzeń były na wniosek komisji nagrywane i archiwizowane. Dlaczego? Aby w razie wątpliwości co do sformułowań użytych w projekcie raportu końcowego, można było wrócić do wcześniejszych dyskusji.

Opinie wyrażane podczas badania, zgodnie z prawem lotniczym, należą do kategorii informacji szczególnie chronionych i mogą być udostępniane wyłącznie na potrzeby postepowania przygotowawczego, sądowego lub sądowo-administracyjnego za zgodą sądu. Dlaczego nie mogą być upubliczniane? Bo ostateczną opinią komisji jest raport końcowy podpisany przez wszystkich jej członków lub ze zdaniami odrębnymi, a próba analizowania dyskusji członków komisji w oderwaniu od kontekstu prowadzi do błędnych wniosków.”

Lecz wszystko jest wodą na młyn paranoi Macierewicza. Byle się kręciło, byle gadać, straszyć, podtrzymywać smoleńskie paliwo.

Maciej Lasek przypomina, że 416 dni temu  rosyjski MAK zgłosił gotowość do rozmów z ekspertami Macierewicza, ale ci nie pojechali, choć mogli.

Lasek przypomina też, że rok temu – 14 listopada 2016 – Macierewicz ogłosił, że spotkał się znanym ekspertem Luisem Moreno-Ocampo.

I tak o tym poinformowano na stronach MON:

„Profesor Ocampo wyraził zgodę na przygotowanie dla MON analizy w sprawie dalszego procedowania badania katastrofy smoleńskiej, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii zwrotu wraku samolotu. Będzie także ekspertem w pracach Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem. W tej sprawie we wtorek, 15 listopada, prof. Ocampo spotka się z przewodniczącym podkomisji, dr. inż. Wacławem Berczyńskim.”

Problem może być taki, iż Ocampo nie wiedział, że się spotkał z Macierewiczem i nie wiedział, że ma przygotować analizy.

Typowa zagrywka dla Macierewicza.

Wszystko o faktach dotyczących przyczyn katastrofy smoleńskiej:

http://komisja.smolensk.niezniknelo.com/

http://faktysmolensk.niezniknelo.com/

http://niezniknelo.pl/NPW/www.npw.gov.pl/491-Katastrofa_smolenska.html …

https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-wizytach-vip-w-latach-2005-2010.html …

Waldemar Mystkowski pisze o pawiach i pawianach PiS, które chwaliły się dwuletnimi rządami – demolką Polski.

„Pawie sobie poskrzeczały, zmniejszyła się wrażliwość słuchu dziennikarzy, gdyby nie Parlament Europejski, który podjął rezolucję, iż w kraju rządzonym przez pawie niszczona jest demokracja.

Nie wiem, jaki związek istnieje między pawiem a pawianem, na pewno onomatopeiczny. Mogliśmy zobaczyć, że niektórzy od razu przeistoczyli się w pawianów. Dostali małpiego rozumu po rezolucji PE. Beata Szydło nawet zapowiedziała, że na szczycie europejskim w Goeteborgu odniesie się do – jak napisała na Twitterze – „dzisiejszych skandalicznych wydarzeń w PE”.

Szczyt europejski gromadzi przywódców krajów europejskich pod godnym kierownictwem szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska i raczej – a w zasadzie na pewno – żaden z przywódców nie jest europarlamentarzystą. Więc komu zaskrzeczy premier Szydło o „skandalicznych wydarzeniach”, hę?”

Taki jest PiS. Pawie i pawiany. A kim jest Macierewicz? Pawiem, czy pawianem?

>>>

Całe zaprzaństwo Macierewicza w jednym obrazku. Zaprzaństwo polityka PiS bezwiednie ujawnione przez portal TVP Info.

Redaktor portalu gadzinówki TVP Info opisuje zdarzenie:

„Zawodnicy Oklahoma City Thunder przeżyli trudne chwile, gdy samolot, którym lecieli z Minneapolis do Chicago, zderzył się z ptakiem. Samolot został poważnie uszkodzony”.

Słynny koszykarz umieścił zdjęcie na Instagramie.

„Początkowo nie było jasne, z jakim obiektem zderzył się samolot. „W co mogliśmy uderzyć o tej porze nocą na niebie?” – zastanawiał sie Carmelo Anthony. Koszykarz zamieścił na Instagramie zdjęcie uszkodzonego samolotu.”

I to jest cała prawda o katastrofie smoleńskiej.

Zestawmy ptaka z potężną brzozą.

Ptak a brzoza – czyni różnicę, czyż nie?

Przez przypadek portal gadzinówki odkrył prawdę.

Nie tylko o katastrofie smoleńskiej, ale przede wszystkim o zaprzaństwie Macierewicza.

Zaporzeniec.

Za-prza-niec Macierewicz. Ohyda! Jak ręka zanurzona w szambie. To się odczuwa, gdy widzi się twarz Macierewicza.

Zmatolenie w PiS jest dogłębne, wrodzone.

Waszczykowski w tym mistrz. MasterPiS.

Zdziwiony, że Amerykanie przekazali wszystkie materiały o katastrofie smoleńskiej. MasterPiS nie znalazł ich w ministerstwie.

Ależ one nie są do przechowywania w sejfie, do ukrywania. Zostały przekazane odpowiednim służbom.

MasterPiS matołectwa.

Nie dziwota, bo podkomisja Macierewicza nie zebrała się od przeszło roku. Nad czym matoły maja pracować, wszystkie alternatywy 4 wymyślili.

Wszak drogę do kasy znają.

Paranoja smoleńska sporo kosztuje kasę państwa. Paranoja nie jest leczona. A jak będzie – koszty wzrosną.