Posts Tagged ‘Bartłomiej Sienkiewicz’

Trzy ostatnie teksty Waldemara Mystkowskiego.

Władza nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami

Gdy kiedyś solidny historyk spojrzy na dzień, w którym świętujemy 100. lecie odzyskania niepodległości, co zobaczy?

Władzę, która szybko okazała się wstydem dla rodaków i która nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami, a nawet sprowadzonymi z zewnątrz, z Włoch.

Zobaczy prezydenta, który nie ma w sobie krzty przyzwoitości, nie dość, że swoją osobą nie potrafił przekonać nikogo znacznego z zagranicy, ale najwybitniejszego obecnie polityka polskiego, szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska ustawił w piątym rzędzie, bo nie jest z jego opcji politycznej.

Zobaczy manifestację rządową, która została doproszona do manifestacji nacjonalistów i neofaszystów, a gdy już ruszyli okazywać sztuczną radość, prezydent RP wraz z premierem i faktycznym odpowiedzialnym za groteskowy stan ojczyzny, prezesem partii rządzącej, uciekali jak Benny Hill przed pogonią nacjonalistów. Muzyczka z tyłówki telewizyjnej brytyjskiej komedii w odcinkach to niemal oficjalny hymn tego dnia, a nie żaden Mazurek Dąbrowskiego.

O prezydencie, premierze i prezesie należy opowiadać ze świadomością, że z tła wydobywa się muzyczka z Benny Hilla, a symbolem tego oficjalnego obrazka jest jakość oleodruku z jeleniem na rykowisku. Nasza ojczyzna wygląda jak jakiś podrzędny zapomniany kraj, a patriotyzm – uczucia, które winno się wymawiać „rzadko na moich wargach” – został zeszmacony jak biało-czerwona flaga powiewająca obok flag ONR.

Przyszły historyk będzie musiał zmierzyć się z tymi nie zasługującymi na pamięć postaciami polityków rządzącej partii, bo taka jest jego profesja, ale pocieszający dla niego i dzisiaj dla nas jest podskórny nurt pod powierzchnią zdarzeń, wynoszący do reprezentowania rodaków osoby, na które zasługuje dumny naród Polski.

Wspomniany już Donald Tusk, który swoją osobą wywyższył imię Polaka, w historii kraju piastuje najwyższą polityczną funkcję w Europie.

Historyk zwróci uwagę na innego polityka, który już za rok spełni swoją przepowiednię z dnia obchodów 100. lecia odzyskania niepodległości: „11 listopada 2019 roku stąd zacznie się wielki, wspólny marsz, gdzie będziemy wszyscy obecni, gdzie wszyscy będziemy mówić: Polska może być wspólnotą, wspólnotą w UE, dumnych ludzi, którzy pamiętają o swojej historii, ale zawsze chcą łączyć, a nie dzielić”.

Tak! To Grzegorz Schetyna będzie dla przyszłego historyka tym ziarnem, z którego zawsze odnawia się Polska, bo przecież nie godzimy się na PiS goniony jak Benny Hill przez ONR.

W drugą setkę odzyskania niepodległości wkraczamy jeszcze bardziej izolowani od świata niż zamykaliśmy pierwszą setkę. Politycy PiS legitymizowali nacjonalizm i neofaszyzm, bo takim zapowiada się tzw. Marsz Niepodległości.

Jest jeszcze gorzej niż w latach 30. ubiegłego stulecia, gdy Polska nie miała sojuszników i była skazana na przegraną. Wówczas ONR był zdelegalizowany, a dzisiaj spadkobiercy faszystów pójdą obok prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego.

Świat to widzi i „doceni”. PiS może się łudzić, iż istnieje jakaś międzynarodówka prawicowa, w której znajdą popleczników. Otóż nigdy takiej nie było, wojny i wrogowie definiują się właśnie poprzez wyższość własnego nacjonalizmu. Dwa nacjonalizmy wchodzą zawsze w konflikt, najpierw zimny, a następnie gorący – wojnę.

My, Polacy możemy liczyć, iż górę weźmie demokratyczność krajów Unii Europejskiej i płynące z niej standardy, które będą przekonujące dla większości Polaków. Mamy czego bronić, gdyż przeciw nam z kartką wyborczą staje tylko 30 kilka procent wyborców PiS. I to należy uzmysławiać, obecna władza może mówić o suwerenności swoich decyzji w imieniu tych 30 procent.

Od trzech lat władza PiS wszystko robi, aby zdemolować ustrój demokratyczny i wydalić nas z UE. Ale ma przeciw sobie zdecydowaną większość, co udowodniły ostatnie wybory samorządowe, w wyniku mobilizacji wyborców partia Kaczyńskiego zobaczyła figę, która zostanie jeszcze bardziej zobrazowana podczas wyborów parlamentarnych, gdy zostaną odsunięci od władzy.

Nie możemy jednak dać sie dzielić, a będą to robić poprzez różnego rodzaju akty prawne i zaniechania w stosunku do instytucji Unii Europejskiej, aby nastawić wrogo Brukselę.

Sojusz PiS z nacjonalistami Marszu Niepodległości to nie przypadek. Do ostatniej chwili ten pakt sojuszniczy był trzymany w tajemnicy, przecież można było jeszcze miesiąc temu aktem prawnym zdelegalizować Marsz Niepodległości.

Racja jest jednak po stronie opozycji, która musi przekuć ją na odsunięcie PiS od władzy. Wybitny historyk Norman Davies, który zna naszą historię jak nikt na świecie, życzy Polsce szybkiego powrotu do zdrowia i spokoju.

Jak nic nie stanie się nieprzewidzianego i politycy opozycji nie popełnią kardynalnych błędów, Polska w następnym roku powinna wstać z łoża boleści i mieć się tak, jak przed 2015 rokiem. Ale temu pacjentowi musimy pomóc my wszyscy.

Donald Tusk twierdzi, że wszystko, co złe jest do odwrócenia, acz po wygranej będziemy musieli żyć obok wyborców PiS, którzy jeszcze bardziej zostaną napuszczeni i szczuci przeciw społeczeństwu obywatelskiemu.

Wystąpienie Tuska w Łodzi podczas Igrzysk Wolności wejdzie do historii polskiej retoryki politycznej, już dzisiaj można je porównać z wystąpieniem innego Polaka, który zwrócił się do nas: „Nie lękajcie się!”. Teraz też mamy do czynienia z podobną wagą słów, dlatego musimy je docenić: „Brońcie tych praw, tej wolności i brońcie polskiej niepodległości. To wasze zadanie”.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz w apelu o odzyskanie 11 listopada jasno wyraża się, w jakim miejscu znajduje się państwo polskie. Sienkiewicz zasłynął określeniem „państwo teoretyczne”, które dostało wykładnię w książce o tym samym tytule. Minister rządu PO-PSL apeluje o podpisanie petycji, wg której na mocy spec-ustawy winno się ustanowić święto 11 listopada organizowane tylko przez państwo polskie, abyśmy nie kompromitowali się zgodą na „na ponure marsze ludzi w kominiarkach, nienawistne, rasistowskie, ksenofobiczne transparenty i okrzyki”.

PiS miał 3 lata, aby do postulowanej sytuacji doprowadzić. Ale zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i premier Mateusz Morawiecki obudzili się 4 dni przez obchodami 100 rocznicy odzyskania niepodległości, gdy Marsz Niepodległości nacjonalistów i neofaszystów został zakazany przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Zakaz został przez sąd anulowany, bo ma podstawy prawne w ustawie o zgromadzeniach cyklicznych, której autorem są orły PiS. Ustawa pisana była pod miesięcznice smoleńskie, które już się nie odbywają. Zarówno rząd, jak i kancelaria Dudy mogły napisać spec-ustawę, o którą apeluje Sienkiewicz, lecz były zajęte innymi sprawami demolującymi państwo polskie.

W tej chwili sytuacja z obchodami przedstawia się absurdalnie, operetkowo. Joachim Brudziński w ostatniej chwili podpisał porozumienie ze służbami mundurowymi. Funkcjonariusze gremialnie zapadli na zdrowiu, którego odzyskanie stało się możliwe tylko w wypadku podwyżki pensji i licznych przywilejów socjalnych. Brudziński dostał prikaz od Kaczyńskiego, aby iść na wszelkie ustępstwa i poszedł. Policji w ochronie marszu ma pomóc wojsko, które ściąga do Warszawy najnowocześniejszy sprzęt i „ochotników”.

Nadal Kancelarie Prezydenta i Premiera negocjują z narodowcami warunki wspólnego marszu. Szantaż nacjonalistów jest skuteczny, nikt nie będzie w stanie kontrolować ekscesów. Podczas marszu najpierw przemawiać będzie prezydent, ale ostatnie słowo ma należeć do przedstawiciela nacjonalistów.

Szef Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski chwali się na Twitterze, że w dniu Święta Niepodległości budynki w wielu krajach będą podświetlone na biało-czerwono. I tak najbardziej spektakularnie uroczystości za granicą organizuje Sławomir Nowak – były minister rządu PO-PSL, a obecnie pracujący dla rządu ukraińskiego. W Kijowie w tamtejszym Teatrze  Narodowym odbędą się uroczyste obchody, na których obecna będzie elita polityczna naszego wschodniego sąsiada.

Uroczystości państwowe z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości to istny dramat dla władzy PiS, której indolencja może doprowadzić do tragedii. Na razie prezentuje się w wymiarze tragifarsy.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Sejmowa Komisja Śledcza ds. Amber Gold została powołana z jednego powodu, acz dzisiaj dzień po II turze wyborów samorządowych ma dwa oblicze. Komisja ta nigdy nie miała na celu wyjaśnienia, dlaczego właścicielowi tej piramidy finansowej Marcinowi P. udało się orżnąć ludzi, którzy zawierzyli mu swoje oszczędności. Gdyby tak było, to w pierwszym rzędzie powstałyby komisji wyjaśniające przekręty w SKOK-ach bądź w GetBacku.

Amber Gold miał jeden smaczek i on zadecydował, że powstała komisja – mianowicie przez jakiś czas w innym interesie Marcina P. pracował syn Donalda Tuska. Można sobie wyobrazić, iż ta cząstkowa wiedza dotarła do Jarosława Kaczyńskiego, który wbił zęby w ścianę i do swoich przybocznych wychrypiał: – Dorwać Tuska!

A więc komisja zwać się powinna: Wina Tuska (WT). Druga tura wyborów samorządowych przerżnięta została przez PiS na cacy, a szefowa Komisji WT Małgorzata Wassermann poniosła najbardziej spektakularną porażkę ze wszystkich startujących w tej fazie wyborów podwładnych Jarosława Kaczyńskiego. Została pokonana przez Jacka Majchrowskiego.

Decydując się na komisję WT, musiała mieć świadomość, że nie ma szans w starciu retorycznym z Tuskiem, ale chodziło o owe drugie oblicze, aby Tuskiem przykryć sromotę wyborczą PiS. Wassermann ma większe kwalifikacje jako gwiazda show niż polityk i prawnik, bowiem w szermierce słownej pada zwykle po pierwszym ciosie, po pierwszym zdaniu riposty, fechtunku erystycznego.

Wassermann nie ukrywała, do kogo się w pierwszym rzędzie odnosi. Używała sformułowań bynajmniej nie prawniczych czy mających na celu wyłuskiwanie prawdy. Tak! Teatrum na miarę PiS, którego adresatem jest nie tyle elektorat, ile prezes, który po tak spektakularnych porażkach wyborczych, może Wassermann odmówić poparcia.

Szefowa komisja ds. WT zatem uznała, że jej porażka z Majchrowskim o prezydenturę miasta królewskiego Krakowa to był mały pikuś. Na starcie z Tuskiem stawiła się jak pod Waterloo, a nawet z tego wynika więcej – Tusk to istny Wellington dla Jarosława Kaczyńskiego, który po tym wszystkim albo ucieknie na Elbę, albo od razu na Wyspę Św. Heleny.

Wiele ripost jest wartych zapamiętania, jak to Tusk przesłuchiwał komisję do sprawy swojej winy. Jedno jego stwierdzenie o Mateuszu Morawieckim może się znaleźć w notesie prezesa, gdy jego premier był doradcą Tuska: „Był dość pasywnym członkiem Rady Gospodarczej, mam wrażenie, że raczej nastawionym na słuchanie niż udzielanie jakichś rad”.

A drugie jeszcze smaczniejsze, gdy padła kwestia, iż Tusk może być przesłuchiwany w komisji śledczej ds. VAT, czyli nazwijmy ją umownie „Wina Tuska II”: – „Odradzam. Będą wybory do Parlamentu Europejskiego, później parlamentarne w Polsce. Po co zakłócać i psuć nastrój przesłuchującym? W tej sprawie mój rząd ma bardzo mocne argumenty”.

I bodaj najważniejsze stwierdzenie – acz nie mające związku z celem komisji ds. Winy Tuska – szef Rady Europejskiej zapytany o to, czy PiS chce doprowadzić do Polexitu: – „Nie jest dla mnie istotne, czy Jarosław Kaczyński planuje wyjście Polski z Unii Europejskiej, czy tylko inicjuje pewne procesy, które się tym zakończą. Polexit jest niestety możliwy nie dlatego, że Jarosław Kaczyński ma taki plan. Problem polega na tym, że Cameron też nie miał planu wyprowadzania Wielkiej Brytanii z UE. Sprawa jest dramatycznie poważna”.

W niedzielę PiS doznał spektakularnej porażki w II turze wyborów samorządowych, a w poniedziałek Donald Tusk, jak Jędrek Kmicic w pojedynkę pokonał PiS, wysadzając ich kolubrynę pod Częstochową. Zdaje się, że zaczął się odwrót armii Kaczyńskiego, którą wespół musimy przegnać od władzy.

Andrzej Duda w trakcie ciszy wyborczej udał się do małopolskich miejscowości Zakliczyna i Łowczówka, które do naszej historii weszły wraz z pierwszą poważną bitwą I Brygady w 1914 roku.

W ciszy szept jest krzykiem, a jak ma się przewiny jako polityk, ten wewnętrzny krzyk może być nie do zniesienia. I chyba coś takiego przeżywa prezydent, który ciągle zawodzi, a 100. rocznica odzyskania niepodległości jest oddana walkowerem, jeżeli to przełożyć na działania militarne, to Duda uciekł jako dowódca, a żołnierze jego zostali wysieczeni w krwawej jatce.

Jeszcze niedawno Duda perorował o referendum konstytucyjnym, które miało się odbyć 11. listopada, a na uroczystości najważniejszego święta narodowego od stuleci mieli przybyć wielcy tego świata. Niestety nikt nie przybędzie, bo Duda i PiS nie są już dla nikogo partnerami, przybędą za to faszyści z całej Europy i zhańbią nasze największe święto.

Nie wiadomo, czy z nimi poradzą sobie służby porządkowe, bo inny „orzeł” Jarosława Kaczyńskiego Joachim Brudziński ma kłopoty ze związkami zawodowymi policjantów, funkcjonariusze biorą chorobowe, nie godzą się na warunki socjalne, jakie zgotowała im władza.

Duda w Zakliczynie snuł jakąś dziwną pajęczynę eschatologiczną w imieniu poległych żołnierzy I Brygady. Duda wczuł się w rolę zabitego żołnierza i tak w jego imieniu się wypowiedział: „Było warto (stracić życie – przyp. mój), mimo że żyłem tylko 20 kilka lat”. Lepiej, żeby Duda jednak nie otwierał twarzy i nie tylko dlatego, że jej nie ma. Duda to taki statysta na planie filmowym, który udaje poległego i leży twarzą do ziemi.

Desperacką propozycję ratowania Święta Niepodległości przedstawił były minister spraw wewnętrznych rządu PO-PSL Bartłomiej Sienkiewicz, który wykombinował, aby rządzący wyłączyli 11 listopada spod ustawy o zgromadzeniach, a tym samym nie pozwolili na nacjonalistyczno-faszystowski Marsz Niepodległości. Jak pisze Sienkiewicz: „Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski”.

Już jednak na to za późno. Świat zobaczy naszą hańbę i jej autorów: Dudę, Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego, którzy nas ośmieszają. Będziemy musieli jako naród żyć z tym piętnem.

Chciałoby się napisać: nareszcie, więc piszę: nareszcie! Opozycja poszła po rozum do głowy, bo w ciszy gabinetów wodzów partyjnych musi się coś nie zgadzać, wszak wynik PiS – 34 proc. – jakby nie patrzył wg wszelkich absurdów polskich, nie jest zwycięstwem ani tym bardziej większością.

Wybory samorządowe wygrała opozycja, niezależnie od rozdrobnienia partyjnego. Opozycja wygrała wyścig do rozumu wyborców, co może brzmi górnolotnie, na koturnie, lecz tak jest. Motorami rozwoju kraju są duże ośrodki miejskie, one skupiają elity, a w żadnym dużym i średnim mieście PiS nie wygrał ani wyborów samorządowych, ani prezydenckich.

Wygrana z PiS – wg najbardziej niekorzystnych przeliczników głosów, z obowiązującą u nas metodą D’Hondta – jest na wyciągnięcie ręki.  Potrzeba do tego nie tylko mobilizacji elektoratu – a na taki można liczyć, o czym przekonaliśmy się w I turze wyborów samorządowych. Przede wszystkim trzeba wymusić mobilizację liderów partyjnych, mobilizację do kompromisów.

Wszystko można pogodzić w ramach demokratycznych struktur – od ideowych lewicy do liberalizmu. Zagrożenia zawsze przychodzą ze strony prawicy. W Polsce jest to regułą – tak było w okresie międzywojennym, tak jest i teraz.

Nareszcie opozycja zebrała się w sobie i po raz pierwszy liderzy sześciu stronnictw opozycyjnych na wspólnej konferencji zapowiedzieli współpracę w samorządach, a są to: Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. A więc niemal wszyscy są przeciw PiS.

Nareszcie! Po samorządach przyjdzie czas na wybory do Parlamentu Europejskiego, które mogą być najciekawszym poligonem współpracy opozycji, a następnie do Sejmu i Senatu. Metoda D’Hondta premiuje największych, a opozycja jest 2-krotnie większa niż PiS w swoim najlepszym okresie. Dopiero przegrane PiS można rozliczyć – za dewastację mediów publicznych, niezależności sądownictwa, za demolkę demokracji i prestiżu Polski.

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Nie można wykluczyć, że w walce z Morawieckim o prezydenturę mógł Duda zawrzeć przymierze ze Zbigniewem Ziobrą i Mariuszem Kamińskim.

Andrzej Duda w wywiadzie dla „Sieci” chwali się, że za jego sprawą Polska zyskuje moc, taki zresztą jest tytuł wywiadu, wybity na okładce. Tę moc zyskuje dzięki wizycie w Białym Domu, bo prezydent powołuje się głównie na Trumpa, który zaliczył go (jako reprezentanta Polski) do „kluczowych partnerów strategicznych USA”.

Z tej mocy Duda nawet nie mógł znaleźć krzesła w Gabinecie Owalnym, aby się posadowić obok „strategicznego partnera”. Bracia Karnowscy stawiają głowie państwa bardzo obłe, owalne pytania, które czynią wywiad nieinteresujący, niewart czasu na czytanie.

Ale jedno pytanie jest najważniejsze, cały wywiad poprzez nie nabiera kolorów, tym interesownym bliźniakom bodaj o to chodzi. Pytanie dotyczy reelekcji. I ono ma moc, zdradza sympatie Karnowskich, gdzie lokują swoje nadzieje: – „Nie czytał pan prezydent tych plotek o ewentualnym starcie premiera Morawieckiego w wyborach prezydenckich?”. Duda się wije jak piskorz: – „Media co chwila o to pytają, spekulują, taka jest wasza rola”. Po czym z tej mocy prezydent błaga: – „Błagam, zatrzymajmy się w tych publicystycznych dywagacjach”. Bracia Karnowscy, jak Trump, zostawiają Dudę w „strategicznej” pozycji i wywiad toczy się dalej gładko.

Ale na innej kolumnie tygodnika „Sygnalista nadaje” przyłbica jest podniesiona i bez owijania w bawełnę zostało napisane: – „Zdaniem „Faktu” obecny premier Mateusz Morawiecki może być kandydatem PiS na prezydenta. W takim scenariuszu Andrzej Duda nie dostałby poparcia macierzystej partii. Rzeczywiście taka plotka od dość dawna krąży po Warszawie. Ale to scenariusz bardzo ryzykowny. Bo w Pałacu Prezydenckim stawiają sprawę jasno: jeśli PiS nie wystawi Dudy, to on i tak wystartuje”.

Duda może się pocieszać, że on z tej mocy stoi, bo Morawiecki wygląda, jakby leżał. Cios, jaki zadała Morawieckiemu taśma z afery podsłuchowej, raczej nie wyszedł z Kancelarii Prezydenta. Nie można jednak tego wykluczyć, bo w walce o stołek mógł Duda zawrzeć przymierze ze Zbigniewem Ziobrą i Mariuszem Kamińskim. Wszak tego ostatniego ułaskawił z wyroku trzech lat więzienia.

Morawiecki dostaje następne ciosy. Leżący premier dostaje po raz drugi od Sądu Najwyższego, który wydawało się, że został ograny. Za wcześnie trąbiły te wszystkie fanfary w PiS, gdy ZUS w Jaśle wycofał skargę do Sądu Najwyższego, a ten sformułował na tej podstawie pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE. Sąd Najwyższy obchodzi sztuczkę ZUS i zadaje TSUE te same pytania, ale w oparciu o inną sprawę, już bez ZUS-u. Prosi o połączenie tych spraw i zastosowanie trybu przyspieszonego, który tryb ta pierwsza sprawa już ma.

Jakby tego było mało Morawiecki dostaje plombę od Junckera i Timmermansa, którzy w imieniu Komisji Europejskiej składają do TSUE skargę w sprawie Sądu Najwyższego, a tak naprawdę w sprawie niepraworządności. W tym ostatnim wypadku mamy do czynienia zdecydowanie z czymś groźniejszym, z możliwościami sankcji finansowych, które mogą zostać nałożone na Polskę. Morawiecki leży, wcale nie na ringu, ale w klatce sportów walki i okłada go bynajmniej nie Duda.

Morawiecki może nie pozbierać się z afery podsłuchowej, a sojusznik rządzących Kościół katolicki znalazł się w najgłębszej zapaści po 1989 roku.

Może to ten moment, że na PiS i sojusznika partii rządzącej Kościół katolicki – trzymającsię słynnych słów Bartłomieja Sienkiewicza z taśmy z „Sowy & Przyjaciele” – ruszyła lawina „ch…, d… i kamieni kupa”. Mateusz Morawiecki może nie pozbierać się z afery podsłuchowej, choć tylko jedna taśma jest dostępna, dopiero teraz Onet przepisał z niej słowa kiepsko słyszalne. Premier klnie jak szewc, nie jest to jakaś straszna wada. Słyszymy jednak, jak się mieni być przyjacielem polityków Platformy i nie jest takim kołtunem, jakim chciałby być wśród kraczących pisowców.

Jak się ma Morawieckiego rechrystianizacja do stwierdzenia, iż nasz naród powinien 300 lat temu zrobić porządne Oświecenie: „…oczywiście trzysta lat temu daliśmy dupy i zamiast mieć porządnie Oświecenie”. Premiera mamy więc zakłamanego do trzewi. Przyznam, że nie jest jednak orłem intelektu, taki sobie przedstawiciel elity. Ta taśma uzmysławia coś innego, mianowicie dysponent nieujawnionych taśm zadecyduje o losach Morawieckiego i być może pisowskiej władzy.

Inna pułapka PiS została uruchomiona przez policjantów, którzy wyszli na ulice Warszawy, aby domagać się podwyżek. Jeżeli jest taka wspaniała sytuacja gospodarcza w kraju, Morawiecki obiecuje kolejnym grupom społecznym świadczenia socjalne, różne plusy dodatków, to dlaczego nie ma ich dla policjantów, którzy ponoć zarabiają mniej niż kasjerka w Biedronce.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz przyznał się do zaniedbań w sferze wynagrodzenia mundurowych: – „Policjanci klepią biedę. Za moich czasów klepali biedę, za czasów moich poprzedników też. Nic nie mogłem z tym zrobić, ale życzę im powodzenia, żeby nie żyli w takiej biedzie, w jakiej żyją”. Manifestowało blisko 30 tys. funkcjonariuszy.

Sojusznik rządzących Kościół katolicki znalazł się w najgłębszej zapaści po 1989 roku. Nie dość, że „Kler” Wojciecha Smarzowskiego w weekend obejrzało milion widzów (rekord wszechczasów, „Wiadomości” TVP pocieszyły duchownych tym, że „tylko w 3 dni „Kler” zbojkotowało 37 mln Polaków” – przepisuję z paska), to jeszcze Sąd Apelacyjny w Poznaniu utrzymał w mocy orzeczenie sądu pierwszej instancji dotyczące wyroku w sprawie kobiety gwałconej w dzieciństwie przez księdza Romana B. Sąd zasądził na rzecz kobiety milion złotych odszkodowania i dożywotnią rentę.

Ten precedens otwiera ścieżkę prawną w kwestii pedofilii kleru. Wg znawców przestępstwo pedofilii dotyczy wielu funkcjonariuszy Kościoła. „Kler” Smarzowskiego poza tym otwiera oczy i umysły katolikom, którzy od dzieciństwa byli indoktrynowani.

Zdaje się, że jesteśmy na progu przewartościowań, które mogą doprowadzić do takiego odbioru kleru i zniechęcenia się do Kościoła, jaki dokonał się w Hiszpanii i Irlandii, w krajach katolickich. Ucierpi na tym też PiS, który z Kościołem związał się stułą na dobre i na złe. Nie zajrzeli pod ornat i za to zapłacą.

Dyzma IV RP Ziobro chce nimi skończyć karierę Dyzmie III RP Morawieckiemu

Osoba Mateusza Morawieckiego wymyka się opisowi, nie dlatego, że prezentuje bogatą osobowość. On jest wewnętrznie ubogi (po  staropolsku – nikczemny), a intelektualnie nakierowany na konsumowanie kariery. Świadczą o tym mało ambitne lektury literatury pięknej („Winnetou”), a jak już podpisał swoim nazwiskiem pozycję książkową, była to praca szwajcarskiego prawnika prof. Franka Emmerta, którego był studentem, a więc w istocie plagiat.

Stefan Chwin nazywa formację pisowską handlarzami złudzeń. Tę umiejętność premier opanował do perfekcji. A ja porównuję go do Nikodema Dyzmy III RP, choć wyszedł z wyższej klasy społecznej, lecz temperament ma podobny bohaterowi Dołęgi-Mostowicza. Morawiecki musi stwarzać miraże, bo nie potrafi kreować rzeczywistości, nie potrafi się z nią mierzyć. Na razie jako premier konsumuje to, co wypracowali poprzednicy, ale to już się kończy, na horyzoncie niedalekich zdarzeń grzmi katastrofa.

Na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie znowu szastał pieniędzmi: – „Podjęliśmy decyzję (…) przeznaczyć wiele miliardów złotych więcej na naukę z jednej strony, z drugiej właśnie na służbę zdrowia”. Później się okaże, że to mniejsze kwoty niż za rządów PO-PSL. Morawiecki po prostu chlapnął, bo miał okazję, gdyż w kalendarzu zaznaczono przemówienie na początek roku akademickiego.

Gdyby przejmował się służbą zdrowia, pojechałby do Przemyśla, gdzie już 29 dzień trwa protest głodowy pielęgniarek. To byłoby rządzenie, a nie handlowanie złudzeniami. Żalił się Morawiecki, iż z Polski wyjechało 20-25 tys. lekarzy, naprędce obliczył, ile kosztowali budżet i wyszło mu 20-30 mld zł. W arytmetyce jest dobry, ale nie w analizach socjologicznych i na ich podstawie szukania rozwiązań. W ten prosty sposób jako prezes banku sprzedawał kredyty we frankach szwajcarskich, na polskich klientach zarobił miliardy dla zagranicznych właścicieli, którzy następnie Morawieckiemu wypłacili za pracę kilkanaście milionów zł.

Dyzma III RP potrafił się podpiąć pod poprzedni rząd, gdzie nie zrobił większej kariery, był tylko doradcą. Morawieckiemu nie zaszkodziła w karierze afera podsłuchowa, wystąpił na kilku taśmach, ale one – jak dotąd – nie zostały opublikowane.

Dlaczego wiedza o nich wypłynęła dopiero teraz? W PiS odbywa się bezpardonowa walka o przywództwo po Jarosławie Kaczyńskim. Prezes najprawdopodobniej naznaczył Morawieckiego, a to się nie może podobać byłemu delfinowi Zbigniewowi Ziobrze, który wszak jako szef resortu sprawiedliwości pozyskał taśmy z przesłuchań Marka Falenty i jego kelnerów.

Widmo afery taśmowej krąży nad Morawieckim. Dyzma IV RP Ziobro chce nimi skończyć karierę Dyzmie III RP Morawieckiemu. Jak to się skończy? Raczej nie za kulisami, bo jeżeli wypłynęła wiedza o taśmach, wypłyną i one. Morawiecki nie potrafił tego powstrzymać, więc na razie przegrywa z konkurentem we własnej ekipie rządowej.